Witaj gościu!
Zarejestruj się lub zaloguj.

Szybkie wybieranie streszczeń:   Dyskusje na forum:

PRZEDWIOŚNIE - STEFAN ŻEROMSKI - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE

Translator Polsko Niemiecki - Niemiecko Polski - darmowe tłumaczenie tekstów

Rodowód 

Ojciec głównego bohatera – Cezarego, nazywa się Seweryn Baryka, ma polskie pochodzenie, ale pracuje jako rosyjski urzędnik. Nie wyróżnia się żadnym specjalnym wykształceniem, nigdy nie podjął studiów wyższych ani nie miał konkretnego zawodu. Jednakże stanowił typ karierowicza i zawsze dążył, by osiągnąć więcej niż miał. Ówczesne warunki panujące w Rosji i protekcja dobrze sytuowanych rodaków umożliwiały mu pnięcie się po drabinie urzędniczej kariery. Był przy tym człowiekiem uczciwym i z lekką drwiną odnosił się do Rosjan. Jego pełne nazwisko brzmiało po rosyjsku „Siewierian Grigoriewicz Baryka”, co nie raziło zbytnio Moskali, prześlizgiwało się niepostrzeżenie. Młody Seweryn, gdy się ustatkował, postanowił znaleźć sobie żonę i to koniecznie w kraju. Wziął miesięczny urlop i odbył podróż, w trakcie której pieczołowicie zabrał się do realizacji swojego celu. Na przyszłą towarzyszkę życia wybrał Jadwigę Dąbrowską. Wykonał „konkury”, uzyskał zgodę rodziców i przychylność dziewczyny (mimo że Jadwiga miała wcześniej jakiegoś adoratora). Po ślubie Seweryn, już w towarzystwie młodej żony, udał się w drogę powrotną w głąb Rosji.
Matka Cezarego – Jadwiga z Dąbrowskich, pochodziła z Siedlec, do których tęskniła i które wspominała z sentymentem. Związek z rodzinnymi stronami nie słabł; mimo wielu lat spędzonych w Rosji Jadwiga nie opanowała dobrze tamtejszego języka, co prowadziło do nieporozumień w towarzystwie. Interesowała się jedynie informacjami prasowymi, które dotyczyły Siedlec. Była też niewrażliwa na uroki Baku, w którym mieszkała. Nad przejrzyste morze i bujną roślinność południa przekładała polskie stawy i łąki.
Seweryn dzięki oszczędności dorabia się majątku; zbiera także drogocenne przedmioty: meble, biżuterię, obrazy, książki.  Szczególną troską Baryka darzy pamiętnik anonimowego autora, w którym opisywane były wydarzenia wojenne z 1831 roku. Znajdowała się tam wzmianka o udziale w powstaniu Kaliksta Baryki, pana na Sołowijówce i dziada Seweryna. Po upadku powstania pozbawiono go majątku i skazano na wygnanie. Jego legendę nadal w rodzinie pielęgnowano; pamiętnik z powstania Seweryn traktował z szacunkiem, jako dowód swojego nieprzeciętnego pochodzenia. Na okładce pod tytułem zanotował rozkaz skierowany do potomnych, który brzmiał: „Pilnować jako oka w głowie!”.
Gdy Sewerynowi i Jadwidze rodzi się syn, nadają mu na imiona Cezary Grzegorz. W Baku Seweryn dostaje posadę wyższego urzędnika – ma pod sobą całe biuro. Barykowie wprowadzają się do wielkiego, luksusowego apartamentu. Jadwiga czuje się w nim jednak nieszczęśliwa i pragnie powrotu do rodzinnych stron. Nie cieszą jej perskie dywany, drogie meble, złote i srebrne naczynia czy olejne obrazy mistrzów na ścianach. Pochlipująca żona wzbudza czasem w Sewerynie nieśmiałą myśl o powrocie do kraju. Jednak warunki panujące w Baku – zarówno klimatyczne, jak i ekonomiczne odwodzą Barykę od tego pomysłu. Dzięki temu, że stał się znaczący i zamożny mógł inwestować w edukację jedynego syna. Chłopiec uczy się kilku języków. Znaczenie lepiej mówi po rosyjsku niż po polsku. Kochany przez rodziców Czaruś jest rozpieszczany; dzieciństwo mija mu beztrosko i dostatnio. 

Część I – Szklane domy 

Cezary ma czternaście lat, gdy wybucha I wojna światowa. Jego ojca powołano do wojska, ale chłopak nie odczuwa tęsknoty – cieszy się większą swobodą i brakiem ojcowskiej dyscypliny. Nie rozumie przygnębienia matki. Jadwiga nie potrafi wyobrazić sobie życia bez Seweryna u boku. Jej syn ciągle włóczy się z kolegami, w szkole awanturuje z nauczycielami lub po prostu chodzi na wagary. Matka nie potrafi sobie z nim poradzić, załamuje ręce na jedynakiem. Cezary często obiecuje poprawę, ale w postanowieniach trwa bardzo krótko i wraca do próżniaczego życia.

***

Pod nieobecność męża Barykowa musi sobie radzić w obcym sobie mieście; załatwianie i dopilnowywanie spraw przychodzi jej jednak z wielkim trudem. Cierpi na bezsenność, czasem nachodzą ją myśli o ucieczce do kraju. Tak dramatycznej decyzji podjąć nie może ze względu na Seweryna. W Siedlcach bowiem Jadwiga zostawiła swoją młodzieńczą miłość – Szymona Gajowca. Był biednym kancelistą o chłopskim pochodzeniu. W oczach rodziny Dąbrowskich nie stanowił poważnego kandydata na zięcia. Dlatego też gdy pojawił się dobrze sytuowany Baryka, szybko uzyskał zgodę na małżeństwo z Jadwigą. Ona była zadowolona z rychłego zamążpójścia. Podarła list, w którym Gajowiec błagał ją o zerwanie zaręczyn z Sewerynem. Do dziś jednak nosi w pamięci wspomnienie swojego wyjazdu z kraju – zatłoczona stacja kolejowa, żegnający się ludzi i on, Szymon stający gdzieś na uboczu, z dala od innych i wpatrujący się w nią przeraźliwie smutnymi oczami. Jadwiga nigdy nie potrafiła zupełnie zapomnieć o swojej pierwszej miłości. Obecnie koresponoduje z mężem, który walczy w Prusach Wschodnich, potem w Karpatach i na Węgrzech. Mimo że spodziewano się, iż wojna nie potrwa długo, nie ma jednak nadziei na jej szybki koniec. W listach Jadwiga okłamuje męża na temat zachowania syna. Wychwala Cezarego, by nie wypadł źle w oczach ojca. Chłopak tylko raz przeżywa moment skruchy i tęsknoty za ojcem – gdy śpiewa religijną pieśń po polsku. Uczucia te są jednak krótkotrwałe.

***

Pensja oficerska ojca wypłacana jest regularnie, co zapewnia dobrobyt w domu Baryków. Cezary może używać życia, ile chce. Ale nie uczy się źle. Lubi muzykę i gra dużo także poza lekcjami. Z ochotą czyta książki. Z czasem zapomina zupełnie o ojcu i zaczyna podejmować wszystkie ważne decyzje w domu. Matka potulnie wykonuje jego polecenia. W trzecim roku wojny nadchodzi wiadomość o zaginięciu Seweryna na froncie.

***

W 1917 roku w Rosji wybucha rewolucja: „jednego dnia rozeszła się w mieście Baku lotem błyskawicy wieść: rewolucja! Co znaczyło w praktyce to słowo, nikt objaśnić nie umiał, a gdy było najmądrzejszego prosić o wyjaśnienie, na pewno orzekł coś innego niż poprzedni znawca i co innego niż jego następca”. Cezary korzystając z panującego zamętu przestaje chodzić na lekcje, a gdy na ulicy spotyka dyrektora szkoły, wdaje się z nim w bójkę. W ten sposób chłopak dostaje wilczy bilet, co nie martwi go zbytnio. Rewolucja do Baku dociera powoli. Na początku brakuje żywności, zaprzestano też wypłat pensji. Organizuje się wiele antyburżuazyjnych mityngów, w których młody Baryka chętnie uczestniczy. Nie do końca jednak orientuje się, o co w nich naprawdę chodzi. Z wielkim zainteresowaniem ogląda publiczne egzekucje. Zaaferowany rewolucyjnymi hasłami poróżnia się z matką, która komunizm budowany na zagarniętych dobrach traktuje jako grabież: „Drażniła tak syna swymi banialukami, argumentami spod ciemnej gwiazdy, a raczej najobskurniejszej „siedleckiej ulicy”, aż tutaj na światło rewolucji przytaszczonymi, iż świerzbiła go ręka, żeby ją za takie antyrewolucyjne bzdury po prostu zdzielić potężnie i raz na zawsze oduczyć reakcji”. Gdy wprowadzony zostaje dekret o oddaniu prywatnych kosztowności, Cezary sam – w imię idei – wskazuje miejsce ukrycia rodzinnych precjozów. Barykowa nie prostestuje – przecież domem rządzi jej syn. Jednak gdy chłopak wraca do domu głodny, żąda obiadu i nie rozumie, dlaczego dostaje tak małe porcje. Jego matka wyprawia się za miasto, gdzie za ocalałe kosztowności kupuje jedzenie. Podupada na zdrowiu. Mieszkanie Baryków zostaje zarekwirowane, wprowadzają się do niego nowi lokatorzy. Butne nastawienie Cezarego zaczyna się zmieniać, gdy dostrzega jak mizernie i niezdrowo wygląda jego matka. Odkrywa jej wyprawy na wieś. Zbliża sie do niej. Razem wychodzą do portu wyglądać, czy na statku z Astrachania nie przypływa ojciec. Młody Baryka nie bardzo już wierzy, że ojciec żyje, ale milczy, by nie ranić matki. Do portu w Baku przybywa wielu uciekających przed rewolucją w kraju. Chłopak zaczyna odczuwać wrogość, a nawet wstręt wobec przybyszów. Nazywa ich tchórzliwymi burżujami, „kałem Rosji”. Dawniej wyzyskiwali, dziś pierzchają w popłochu przed sprawiedliwością. Pewnego dnia do portu dobija statek, na pokładzie którego znajduje się księżna Szczerbatow-Mamajew wraz z córkami. Kobiety są wyniszczone przez choroby, brud i wszy, pozbawione majątku i odziane w łachmany. Mimo nędznego położenia ich regularne i subtelne twarze zdradzają wysokie urodzenie. Sytuacja arystokratek wzbudza litość Barykowej. Jadwiga zaprasza je do siebie. Księżna ujawnia przed nią swój sekret – kosztowne bransolety pozapinane na łydkach, których nie ściągała od wielu tygodni, co skutkowało krwawymi ranami. Jednak uciekinierki były śledzone i jeszcze tej samej nocy do domu wpada rewizja; kosztowności zostają zarekwirowane, a arystokratki zabrane z domu Barykowej. Ją samą wraz z Cezarym umieszcza się na czarnej liście za ukrywanie złota i szlachetnych kamieni. Od zupełnej zguby ratuje ich dobra opinia, jaką u władz bolszewickich cieszy się „towarzysz Baryka”.

***

Wydarzenie to odbija się na i tak wątłym zdrowiu Jadwigi. Jej stan pogarsza się jeszcze, gdy zostaje przyłapana na wyciąganiu kosztowności z kryjówki za miastem. Potrzebowała ich do zakupu jedzenia. Zostaje dotkliwie pobita, a następnie skierowana do robót publicznych w porcie. Krótko po tym umiera. W trakcie pogrzebu „Cezary zapragnął raz jeszcze spojrzeć na matkę. Oderwał deskę nakrywającą świerkowe pudło i po raz ostatni przypatrzył się obliczu zgasłej. Splatają jej zesztywniałe palce do snu wiecznego zobaczył również, że złota obrączka, którą przez tyle lat przywykł całować i wyczuwać, iż była niejako częścią ręki (...) – że ta złota obrączka zdarta została z palca wraz z nieżywą skórą, gdyż, widać, nie chciała poddać się rozłączeniu dobrowolnemu”. Cezary dostaje także wieści z frontu o ojcu. Najpierw dowiaduje się, że Seweryn zdradził swój sztandar i przystał do polskich legionów. Jednak nie figuruje w rejestrach danych, jakie posiadają biura wywiadowcze. Przepadł bez wieści. Ostatecznie Cezaremu zostaje przekazany komunikat o śmierci ojca. Osierocony chłopak uświadamia sobie swoją samotność. Dopiero teraz docenia ogrom wsparcia, jakie dostawał od matki. Wspomina ją, wyobraża sobie, że znów jest małym chłopcem tulącym się do rodzicielki. Spędza wiele czasu na wpatrywaniu się w morze, kontemplacji miejscowej przyrody i rozpamiętywaniu przeszłości.

***

W marcu 1918 roku Ormianie w odwecie za tatarski pogrom z roku 1905, zaczynają palić meczety i mordować Tatarów. Baku znajduje się na linii walk angielsko-tureckich. Wojenna pożoga trwa. Cezary chroni się w ruinach swojego rodzinnego domu. Cierpi głód i nędzę. Często wałęsa się po mieście obojętny na okrucieństwa wojny. W końcu zostaje złapany i zaciągnięty do wojska. Dostaje stary karabin i rozkaz strzelania w przestrzeń. Strzela uporczywie. Do września 1918 walczy w okopach. Potem następuje chaos – wycofywanie się żołnierzy rosyjskich z pola walki i ich masowa ucieczka. Baryka nie ma domu, do którego mógłby uciec. Porzuca swoją broń. Gdy rozpoczyna się tatarski mord na Ormianach, zostaje ocalony dzięki legitymacji, którą przez przypadek dostaje do konsula „jakiegoś Państwa Polskiego”. Dokument poświadcza jego polskie obywatelstwo. Choć sam uważa ów papier za rzecz mało poważną, unika dzięki niemu śmierci. Przeznaczono go do pracy przy zakopywaniu zwłok. Zajęcie to zapewnia mu skromny, ale stały posiłek, przyzwyczaja się też do widoku i woni trupów. Przełomowy okazuje się dzień, w którym w jednym z transportów przywiezione zostaje ciało pięknej Ormianki: „Czarne włosy dosięgały ziemi i wlokły się po skrwawionej kurzawie drogi. Prawa ręka opadła na lewe koło i, bezwładna w swym stężeniu, dostała się między szprychy (...) Jej ciało, policzki, podbródek, usta i uszy były cudem harmonii (...) Naga szyja i małe, dziewicze, obnażone piersi trzymały w sobie zaklęty ten sam krzyk, który przenikał stokroć ostrzej niż łoskot gromu padający wraz z błyskawicą”. Młody Baryka przygląda się zwłokom, jest jednocześnie zauroczony urodą dziewczyny i zdruzgotany okolicznościami, w jakich ją ogląda – uświadamia sobie bezmiar wojennej rzezi. Ma wrażenie, że słyszy apel dziewczyny: „Nie zapomnij krzywdy mojej, woźnico młody! Przypatrz się dobrze zbrodni ludzkiej! Strzeż się! Pamiętaj!”.

***

Ciężkie warunki, w jakich przyszło żyć Cezaremu – głód, brud, robactwo i brak odzienia zacierają wspomienia beztroskich lat w luksusie. Obmierzają mu grzebane ciała, a żywi są mu niechętni. Rekrutujący się spośród innych nacji pracownicy trupiarni pogardliwie nazywają go „Polaczyszkiem”. Z czasem utarte zostaje się inne przezwisko: „Barynczyszek”. Wokół dołów gromadzą się żebracy, łazęgi i pomyleńcy liczący na resztki jedzenia od pracowników trupiarni: „W mieście Baku było to podówczas jedyne miejsce, gdzie można było jaki taki kąsek do zgryzienia i strawienia pochwycić zgrabiałymi albo drżącymi palcami”. Wśród nich Cezary spostrzega rosyjskiego chłopa, brodatego i zgarbionego, drzemiącego na stercie kamieni. Pewnego razu włóczega zaczyna śpiewać, a chłopak odkrywa, że w monotonnej pieśni powtarza się jego własne imię. Postanawia przyjrzeć się włóczędze, podchodzi bliżej i rozpoznaje w nim swojego zagionionego ojca. Seweryn cieszy się jednak milczącą radością. Udaje się za parkan odgradzający ustęp od widoku publicznego i tam przywołuje syna. Dopiero przy tej odrobinie prywatności pozwala sobie na wybuch radości. Musi ukrywać swoją tożsamość w obawie przed Tatarami. Niewiele mówi o tym, jak udało mu się wrócić do Baku, wspomina, że służył w polskich legionach. Wie już także, że jego żona nie żyje.

***

Zgodnie z postanowieniami traktami wersalskiego Turcy opuszczają Baku, ale wkrótce pojawiają się wojska bolszewickie i sytuacja nadal pozostaje niejasna. Barykom udaje się jednak zamieszkać wspólnie. Planują wyjazd z Baku. Wszystkimi siłami pracują, by uzbierać na bilety, ale Cezary nie jest jeszcze przyzwyczajony do zarabiania, zaś Seweryn jest na to już zbyt słaby i chory. Dokucza im bieda. Po raz ostatni odwiedzają grób Jadwigi Barykowej. Ich marzeniem jest przejęcie walizki, jaką Seweryn powierzył swojemu przyjacielowi Bogusławowi Jastrunowi w Moskwie. Walizka ta, kunsztownie wykonana, towarzyszyła staremu Baryce podczas wyprawa wojennych. W jej wnętrzu znajdują się czyste ubrania i bielizna, leki, wata, termos oraz rodzinny skarb – pamiętnik wzmiankujący o dziadku Kalikście.

***

Swoją podróż rozpoczynają zimą jako dwaj robotnicy z kopalni nafty wracający do domu w Moskwie. Dzięki fałszywym paszportom i nienagannej znajomości rosyjskiego udaje się im przemieszczać bez wzbudzania podejrzeń. W Carycynie przesiadają się ze statku do pociągu towarowego. Panuje tam ścisk i zaduch. W wagonach podróżują przedstawiciele wielu nacji. Pociąg często bez powodu zatrzymuje się, co drażni młodego Barykę. Pierwszy raz wyrusza w świat i niecierpliwią go takie postoje. By zrobić ojcu przyjemność, rozmawia z nim po polsku. Obawia się jednak o to, co zrobią, gdy już odzyskają wymarzoną walizkę. Seweryn odpowiada, że kolejnym etapem ich tułaczki będzie podróż do Polski. To tam, według starego Baryki, rodzi się nowa cywilizacja. Snuje opowieść o niesłychanie zdolnym człowieku, lekarzu, którego poznał na froncie i który także nazywa się Baryka. Mężczyzna ten osiadł nad morzem, gdzie sprowadził dziwną maszynę z Ameryki, wykopującą nadmorski torf. Torf ten jest osuszany i sprzedawany na opał, a wytworzone torfowisko przerabiane zostaje na kanał w kształcie litery „U”. Wykorzystując siłę prądów morskich Baryka uzyskuje energię do zasilenia  ogromnej fabryki wybudowanej wokół kanału. Jest to huta szkła produkująca szkło belkowe z piasku morskiego. W bardzo szybkim tempie buduje się z niego parterowe domy: ”W domach tego typu, wiejskich, czyli jak się dawniej mówiło, chłopskich, nie ma pieców. Gorąca woda w ziemie idzie dokoła ścian, wewnątrz belek, obiegając każdy pokój. Pod sufitem pracują szklane wentylatory normujące pożądane ciepło i wprowadzające do wnętrza zawsze świeże powietrze (...) tymi samymi rurami w lecie idzie woda zimna obiegająca każdy pokój. Woda ochładza ściany (...) Tąż wodą zmywa się stale szklane podłogi, ściany i sufity, szerząc chłód i czystość”. Nawet przyzwyczajeni do brudu chłopi muszą żyć w bardziej higienicznych warunkach, bo jeśli dom zapuszczą, to będzie im w nim za gorąco. Ścieki odprowadzane są na zewnątrz do kloak w ziemi. Szkło nie pozwala na rozwój pleśni w pomieszczaniu. Domy są tworzone przez artystów: „są to ludzie mądrzy, pożyteczni, twórcy świadomi i natchnieni, wypracowujący przedmioty ozdobne, piękne a użyteczne, liczne, wielorakie, genialne, a godne jak najszerszego rozmnożenia – dla pracowników, braci swych, dla ludu. Domy są kolorowe, zależnie od natury okolicy, od natchnienia artysty, ale i od upodobania mieszkańców”. Szklane domy są niezwykle popularne w Polsce, gdyż są tanie i czyste. W przyszłości zostanie też przeprowadzona powszechna elektryfikacja. Wykorzystana jest także siła nurtu Wisły. Przeznacza się ją na napędzanie maszyn rolniczych; jednocześnie chroni się przyrodę. Zwierząta nie są zaprzęgane do pracy ani zabijane. Polscy chłopi przyzwyczajeni do rzadkiego spożywania mięsa bez żalu rezygnują z niego w ogóle. Wkrótce nie będzie brudnych obór i chlewików, ale da się je zastąpić budowlami szklanymi, gdzie w czystych warunkach będzie można hodować zwierzęta. Bogaci zapragną żyć w skromniejszych, ale zdrowszych warunkach. Zgrzebne koszule, razowy chleb, twardy sen po ciężkiej pracy – to według Seweryna będzie celem burżujów. Cezary początkowo sceptycznie odnosi się do tych opowiadań, ostatecznie uznaje doktora Barykę za filantropa w beznadziejnej sytuacji. Bowiem dopóki nie zostanie zniszczone całe zło, jeden człowiek nie da rady naprawić świata. Ojciec i syn poróżniają się w sprawie rewolucji. Cezary nadal wierzy w rewolucyjne ideały, w konieczność znoszenia własności prywatnej i wprowadzania w jej miejsce własności wspólnej. Seweryn Baryka, podobnie jak żona, jest rewolucji niechętny – to dom wariatów, gdzie magnatów strąca się do piwnic, a biedotę wprowadza do pałaców.

***

Po dotarciu do Moskwy Barykowie zrzucają robocze przebrania, pozostają zwykłymi „inteligentami”. Odzyskują upragnioną walizkę z całą zawartością, jak i z dodatkowymi przedmiotami podarowanymi przez Bogusława Jastruna. Uzyskują miejsce w pociągu towarowym zmierzającym do Charkowa, który wiezie Polaków do ojczyzny. Panuje tutaj ogromny tłok, częstych postojów udaje się uniknąć tylko dzięki przekupieniu maszynisty. Ostatni postój wypada tuż pod Charkowem. Cezary wraz z ojcem decydują się ten odcinek drogi pokonać pieszo. Zmuszeni zostają do spędzenia kilku dodatkowych dni w Charkowie, gdyż nie ma następnego pociągu, który mógłby ich zabrać dalej. Znajdują nocleg u miejscowego krawca. W tym czasie ginie złożona w przechowalni walizka. Pozbawieni całego dobytku znów zaczynają cierpieć nędzę. Imają się najordynarniejszych zajęć, by móc zarobić na chleb. Nikt z rodaków nie kwapi się, by im pomóc. Seweryn czuje się coraz gorzej, nie ma dość sił, aby  próbować wyruszyć pieszo na zachód. Nie jest też w stanie wystawać w długich kolejkach pod polskim urzędem.

***

Czas oczekiwania na pociąg Cezary wypełnia mityngami robotniczymi. Podziwia siłę i niezłomność tutejszych robotników. To prawdziwi i zdolni do czynu rewolucjoniści. Różnią się diametralnie od rozjuszonych Tatarów i Ormian, którzy tłoczyli się na bakińskich mityngach. Szczególny zachwyt budzą w nim mówcy pochodzenia żydowskiego. Mityngi napawają go chęcią do działania i entuzjazmem, który szybko gaśnie, gdy wraca do chorego ojca. Bowiem to Seweryn ma na ciele liczne rany – dowody swojego zaangażowania, walki, zapału, przy którym blednie uczestnictwo Cezarego w atrakcyjnych mityngach. Chłopak uświadamia sobie swoją bierność, podobną do tej, jaką widział i tak nie znosił u matki. Uprzytamnia sobie też synowską miłość, która nie pozwala mu ojca opuścić i prowadzi, jak na postronku, ku Polsce.

***

Cezary spędza całe dnie na czekaniu przed biurem, badaniu urzędników i zdobywaniu informacji na mieście. Gdy wreszcie pojawia się wiadomość o nadchodzącym pociągu, okazuje się, że jest przeładowany i nikogo z Charkowa nie zabierze. Barykowie szukając sposobu, by się do niego dostać, natrafiają na  przewodnika, inżyniera Białynia. Jest to znajomy Seweryna jeszcze z czasów urzędniczych. Mimo sympatii dla starego Baryki, w obawie przez konsekwencjami przeładowania, odmawia im miejsca w pociągu. Dopiero jeden z podróżnych oferuje swoją pomoc – zapewnia inżyniera, że przemyci Baryków, a w razie przyłapania całą winę weźmie na siebie. Pomaga mężczyznom w sekrecie dostać się do wagonu towarowego z kożuchami. W trakcie podróży wybawiciel Baryków odwiedza ich i przynosi jedzenie. Pewnego razu pojawia się w towarzystwie lekarza, który bada Seweryna i stwierdza, że jego stan jest bardzo ciężki. Oprócz chorych płuc trapią go senne koszmary. Ojciec przeczuwa swój niechybny koniec i prosi Cezarego, by w Warszawie szukał pomocy u niejakiego Szymona Gajowca. Niedługo po tym umiera. Cezarego otacza opieką tajemniczy podróżny. Nadal ukrywa chłopaka, pomaga też w wyniesieniu ciała Seweryna. Pochówek ma się odbyć w jednej z miejscowości, przez którą przejeżdża pociąg. Okazuje się, że nieznajomy jest księdzem, co nie do końca podoba się młodemu Baryce. Chłopak pragnie uczestniczyć w pogrzebie, ale ksiądz zabiera go z powrotem do pociągu. Długa podróż zostaje kontynuowana.

***

Gdy docierają na stację docelową, Cezarego niesie tłum ludzi pragnących jak najszybciej przejść na polską stronę. Młody Baryka nie ma ze sobą żadnych dokumentów - stracił je wraz z walizką w Charkowie.. Z pomocą przychodzi mu inżynier Białyń. Tuż przed bramą wciska mu jakąś legitymację. Pozwala ona chłopakowi  przekroczyć granicę. W Polsce akurat trwa okres przedwiośnia. Topniejące śniegi poodkrywały dziurawe dachy domostw. Jacyś nędznie wyglądający chłopcy bawią się w błocie. Cezary nigdzie nie widzi śladu szklanych domów z ojcowskich opowieści: „Gdzież są twoje szklane domy?” – pyta w duchu. 

Część II – Nawłoć  

Po przybyciu do Warszawy Cezary podejmuje studia medyczne. Pomaga mu Szymon Gajowiec, który jest wysokim urzędnikiem w Ministerstwie Skarbu. Chłopak zdobywa posadę w jego biurze. Gajowiec z wielkim zainteresowaniem wypytuje Cezarego o jego matkę; w końcu zdradza się ze swojego niespełnionego uczucia do niej. W młodym  Baryce widzi jej „podobiznę”, dlatego tak chętnie przebywa w jego towarzystwie. Warszawskie życie Cezarego zostaje przerwane przez wojnę polską-bolszewicką. Chociaż nie pała entuzjazmem do wojaczki, podobnie jak jego koledzy, zaciąga się do wojska. Pragnie uniknąć niesławy, ale i walczy bez przekonania. Gdy nieprzyjacielskie wojska zbliżają się do stolicy, Cezary znajduje się w kawiarni, gdzie staje się świadkiem dyskusji. Biorą w niej udział dwie grupy oponentów. Jedna strona nazywa bolszewików barbarzyńcami, druga uważa to za przesadę. Wszyscy zgodnie powtarzają sobie: „zobaczymy”, co świadczy o ich bierności, braku zaangażowania w rozwój wypadków. Baryka nie chce być taki jak oni. Zastanawia się, czy walcząc z bolszewikami, nie zdradza sprawy robotniczej. Niechęć wobec pasywności i widok polskich robotników, którzy z werwą pragną walczyć nie z burżuazją, ale z nowym najeźdźcą, popycha go na front.

***

W czasie pobytu w armii Cezary jest świadkiem sceny, w której tęga kobieta na widok prowadzonych rosyjskich jeńców wybiega z domu i ubliża im. Jest to wyraz niechęci ludu polskiego wobec Rosjan.

***

Wojna zmusza Cezarego do długich wędrówek ze swoim oddziałem. Ma dzięki temu okazję zobaczyć wojenne zniszczenia. Przy tym oddaje się służbie wzorowo, zbiera liczne pochwały, jak i udaje mu się zbratać z kolegami-Polakami. Jako nieliczny wśród żołnierzy nie ma ani rodziny ani ukochanej. Koresponduje z rzadka z panem Gajowcem. W końcu zaprzyjaźnia się ze walczącym studentem z Warszawy – Hipolitem Wielosławskim. Baryka ratuje go z wojennej opresji. Krążą słuchy, że Hipolit jest wysoko urodzony. Ale sam nigdy o tym nie wspomina i wraz z innymi dzieli cieżką żołnierską dolę. Wraz z nastaniem jesieni rozchodzi się wieść o zakończeniu wojny. Studentów zwalnia się chętniej niż pozostałych. Hipolit zaprasza Cezarego do Nawłoci pod Częstochową. Baryka składa jeszcze krótką wizytę Gajowcowi w Warszawie, po czym udaje się do majątku przyjaciela. Dwaj weteranie zostają odebrani ze stacji kolejowej przez Jędrka, ordynansa Hipolita. W okolicy zawitała już jesień, przez co drogi są zabłocone. W trakcie jazdy przyjaciel pokazuje Cezaremu biały pałacyk w Leńcu. Baryce nazwa ta niewiele mówi. W pewnym momencie kolaska wywraca się, na szczęście tuż przed samym dworkiem w Nawłoci. Na miejscu na przyjezdnych czekają już: matka Hipolita, ksiądz Anastazy – jego przyrodni brat oraz wuj Michał Skalnicki i stryjeczna siostra – Karolina Szarłatowiczówna. Okazuje się, że dziewczyna straciła przez bolszewików cały majątek na Ukrainie. W tym czasie odbywała nauki w Warszawie. Nie mając dokąd wrócić oddała się pod opiekę krewnych z Nawłoci. Znalazłszy schronienie u Wielosławskich, zajmuje się domowym ptactwem, ale raczej z nudów niż z konieczności. Cezary witany jest jako światowiec, choć powalone ubranie odbiera mu szyku. Całe towarzystwo spędza czas na długich rozmowach. Pojawiają się też dwaj starzy służący: lokaj Maciejunio i kucharz Wojciunio. Podpity Hipolit zaprasza do biesiady także innych służących. Cezary jest poruszony atmosferą w Nawłoci, czuje radość w sercu. Przestrzega jednak Wielosławskiego przed widmem rewolucji, która oddanych służących zamienia w krwawe bestie. „Strzeż się, bracie! Pilnuj się! Za tę jedną srebrną papierośnicę, za posiadanie kilku srebrnych łyżek, ci sami, wierz mi, ci sami, Maciejunio i Wojciunio, Szymek i Walek, a nawet ten Józio – Józio! – wywleką cię do ogrodu i głowę ci rozwalą siekierą” - ostrzega. Tymczasem wujcio Michaś opowiada historię niefortunnej spółki, jaką założył z dwoma Żydami. Cezary otrzymuje pokój w „Ariance”, wielokrotnie przerabianym budynku, w którym mieścił się dawniej zbór ariański. Na miejsce zaprowadzają go podchmielony ksiądz i Karolina. Gdy w „Arinace” zostają tylko Cezary i panna Szarłatowiczówna zaczynają ze sobą flitrtować. Ostatecznie chłopak odprowadza Karusię do dworku ochraniając ją swym płaszczem, by nie zmoczył ją deszcz.

***

Następnego ranka Cezary rozpoczyna zwiedzanie okolicy w dziennym świetle. Widzi rozległy park i drewniany, lecz podmurowany dwór, spaceruje po folwarku. Ukłony ze strony służby folwarcznej nieco go krępują. Idzie w stronę warzywnika, a potem ptasiego ogrójca. Tam dostrzega młodą dziewczynę. Wielkomiejski podlotek, nieprzyzwyczajony do gospodarskiego życia, zostaje zaatakowany przez perliczkę. Rozjątrzony ptak zaczyna dziobać i gonić dziewczynę, a widok ten zapewnia robotnikom z folwarku nie lada rozrywkę. Zgłodniały Cezary wraca do dworku. Tam napotyka Karusię, tym razem roznegliżowaną. Ona nie dostrzegając młodzieńca zaczyna tańczyć wokół ognia w samej tylko koszuli. Gdy Baryka zdradza swą obecność, panna z impetem ucieka. Maciejunio tymczasem przygotowuje śniadanie dla gościa. Podejmuje go licznymi smakołykami i najprawdziwszą kawą: „kawa jednym słowem – nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki – „kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcje śmietanki”. Od służącego Cezary dowiaduje się, że wszyscy jeszcze śpią, jedynie panna Karolina wstała, lecz z powodu bólu głowy wróciła do łóżka. Wkrótce przy stole pojawia się Hipolit. Zabiera przyjaciela do stajni, ujawnia swoje zamiłowanie do koni. Za paniczem Wielosławskim krok w krok podąża stajenny Jędrek, często nieporadnie próbujący naśladować Hipolita – nadużywa przy tym wielu „paradnych”, kwiecistych słów, które podsłuchał u wysoko urodzonych. Sytuacja ta znowu prowokuje u Cezarego refleksję na temat tego, kiedy służba i okoliczni chłopi zbuntują się przeciw swemu panu. Hipolit dosiada Kasztana i zaprasza Barykę na przejażdżkę po okolicy. Wielosławski okazuje się wielbicielem szaleńczego galopu, co przeraża Cezarego, jednak się do tego nie przyznaje. Zatrzymują się, gdy słyszą nawoływanie. Okazuje się, że to para zbliżających się konnych jeźdźców: pani Laura Kościeniecka – sąsiadka Wielosławskich oraz jej narzeczony. Laura prezentuje się dostojnie, jest zgrabną, urodziwą blondynką. Nosi obcisły męski strój. Zdaje się być bardzo zaaferowana Kasztanem i zabłoconym Hipolitem, ignoruje zaś obecność Cezarego. Jej towarzysz, także weteran ostatniej wojny, przedstawia się jako Władysław Barwicki. Pani Kościeniecka zaprasza dwójkę przyjaciół do siebie, do Leńca na śniadanie. W trakcie jazdy Hipolit szepcze Baryce o przeszłości kobiety. Jej pierwszy mąż był pisarzem i panem na Leńcu, schorowanym mizantropem. Zmarł dwa lata temu. Teraz o rękę wdowy zabiega Barwicki, człowiek bardzo bogaty i przedsiębiorczy. Laura zdaje się obdarzać go uczuciem, ale małżeństwo nie może być szybko zawarte. W Leńcu żyje nadal teściowa Laury, zaś Barwicki ma zobowiązania wobec dzieci z pierwszego związku. Po dotarciu na miejsce przyjaciele zostają ugoszczeni. Cezary jest pod wrażeniem dworu Kościenieckiej. Widok regału z książkami przypomina mu ojcowską biblioteczkę w rodzinnym domu w Baku. Ponownie ogarnia go fala osamotnienia i poczucia niepewności losu. Laura, przebrana już, ale nadal piękna, nawiązuje z nim rozmowę. Cezary podziwia piękne oprawy książek, ale przyznaje, że na czytanie nie ma czasu, a dawniej jako młokos nie zdradzał ku temu ochoty. Pani Laura wyraża szczere zdziwienie, gdy słyszy, że Baryka przyjechał do Polski aż z Baku. Pyta o czas, który gość ma zamiar spędzić w okolicy, po czym zaprasza go na dobroczynny bal, który sama organizuje w Odolanach.

***

W Nawłoci wita przyjaciół polonez Szopena. Wykonywany jest przez Wandę Okszyńską, szesnastoletnią krewną rządcy majątku, pana Turzyckiego. Dziewczyna nie jest zbyt pojętna; nie ukończyła szkoły, nie opanowała nawet tabliczki mnożenia. Jej ojciec nie chciał patrzeć na oblicze tej domowej „oślicy”, więc matka wysłała ją do rodziny na wieś. Wanda mimo mało bystrego rozumu i strachliwości, posiada jednak niezwykły talent muzyczny i brak fortepianu w domu Turzyckich jest dla niej katastrofą. To właśnie Wandzię tego ranka zaciekle atakowała perliczka. Dzięki interwencji Karoliny przywrócono do użytku „pałacowy” fortepian Wielosławskich i pozwolono pannie Okszyńskiej na nim grać. Hipolit i Cezary wchodzą do salonu z zamiarem poznania pianistki. Wanda robi wrażenie płochliwej i mało rozgarniętej. Nie chce kontynuować gry. Młodemu Baryce robi się żal przestraszonej dziewczyny i proponuje jej wspólna grę na cztery ręce. Dopiero podczas wykonywania utworu Wanda staje się zupełnie odmieniona – pewna siebie, promienna i energiczna, a jej twarz kraśnieje.

***

W trakcie obiadu pojawia się przy stole panna Karolina. Ból głowy okazuje się więc niezbyt dokuczliwy. Wobec Cezarego zachowuje się niezwykle wyniośle, korzystając z nieuwagi towarzystwa wytyka mu swój język. Gdy ksiądz Anastazy zaczyna śpiewać wesołą francuską piosenkę Caroline, Caroline..., przy fragmencie ta robe blanche (twoja biała suknia), Cezary odwdzięcza się dziewczynie podobnym gestem. Tym samym daje do zrozumienia, że wie, iż dziewczyna dąsa się z powodu swojego porannego paradowania w koszuli. Urażona Karolina odchodzi od stołu. Ksiądz Anastazy myśląc, że jest winny tej obrazy udaje się za nią.
Po obiedzie zostaje zorganizowana kolejna wycieczka po okolicy. Hipolit dosiada gniadego Urysia, zaś Cezary, Karolina i ksiądz wsiadają do bryczki powożonej przez Jędrka. Bryczka jest świeżo malowana i wyczyszczona, zaprzęgnięto do niej dwa czarne konie. Rumaki ruszają gwałtownie z miejsca, przez co ksiądz i Karolina spadają z siedzenia i wywracają się do góry nogami. Pannie Szarłatowiczównie ten wypadek obnażył okryte pończochami nogi. Cezary pomaga obydwojgu wstać, ale dziewczyna, którą po raz drugi tego dnia spotyka nieprzyzwoita przygoda, płacze ze złości. Baryka podczas jazdy odczuwa niechęć do wyjazdu z Nawłoci. Bryczka mija ubogiego Żyda, a potem tutejszych chłopów. Cezary uświadamia sobie, że bliżej mu do tej biedoty, że tęskni do prostego i skromnego życia, a jednak siedzi sobie w wygodnej bryczce. Czuje się nieswojo, nie na miejscu. Docierają do starego dworku w Chłodku. Baryka i panna Szarłatowiczówna wybierają się wspólnie nad staw. Piękno polskiej przyrody uświadamia Cezaremu, za czym tak tęskniła jego matka. Oboje zaczynają się sobie zwierzać. Karolina jest także sama na świecie, nie ma bliskiej rodziny ani majątku. Ojciec zmarł po wyjściu z więzienia, matka przeżyła grabież bolszewików, ale musiała żyć w nędznej chłopskiej chacie. Ich salonowy pudel zdechł, gdyż nie mógł znieść tak złych warunków. Karolina uważała, że powinni pójść jego przykładem, by uwolnić się od upokorzenia. Jej matka przedostała się do Warszawy, gdzie bawiła Karolina. Ale tam pani Szarłatowiczowa zmarła. Także Cezary po raz pierwszy szczerze opowiada o swojej przeszłości. Dziewczyna żałuje, że nie urodziła się mężczyzną i przez to nie może dokonać zemsty. Ta sytuacja zbliża oboje młodych ludzi, zaprzyjaźniają się. Cezary snuje plany o znalezieniu tutaj posady i pozostaniu na dłużej. Pragnie przyglądać się bliżej prostemu życiu miejscowych chłopów, robotników i rybaków.

***

Pomysł objęcia posady pisarczyka w Chłodku Hipolit kwituje jako tołstojowskie wyrzeczenie i ośmieszenie. Nie godzi się, by jego przyjaciel – przyjaciel arystokraty upadlał się takim zajęciem. Baryka odstępuje od swojego zamierzenia. Życie w Nawłoci upływa na wspólnych posiłkach, przejażdżkach, słuchaniu muzyki i tańcu. Beztroskę tę Cezary przerywa wypadami do folwarku, gdzie podgląda pracę robotników. Domownicy i goście dworku znajdują sobie nowe zajęcie. Siedzą na strychu, by tam segregować zgromadzone na zimę jabłka. W rzeczywistości zajmują się głównie ich zjadaniem i zabawą. W trakcie tych rozrywek Cezaremu udaje się skraść całusa Karolinie. Początkowo nadąsana, daje się szybko obłaskawić. Zbliża się także termin balu w Odolanach organizowanego przez Laurę Kościeniecką. Jego celem jest zebranie funduszy dla inwalidów wojennych. Laura podjęła się tego zadania na prośbę pana Storzana, także weterana, który jest zbyt słaby i schorowany, by móc zrobić to samemu. Kobietę wspiera jej narzeczony. Korzysta też z pomocy Hipolita i Cezarego. Młody Baryka dość łatwo daje się omotać pani Kościenieckiej, pojawia sie na jej każde skinienie. By godnie wystąpić na balu potrzebuje fraka, ale nie chce go przyjąć do panicza Wielosławskiego. Jednak po długich namowach przestaje się opierać. Przyjmuje prezent. Ma ambiwalentny stosunek do podarunku. Z jednej strony odzywa się jego duma, gdyż brak własnego fraka jest dowodem jego niezamożności. Z drugiej jego założenie to przepustka do salonowego życia, a to jest poniekąd zdradą jego ideałów. W nowym ubraniu niezwykle podoba się pannie Karolinie. To ona odpowiednio je przygotowała i wyprasowała. Zwabia ją do swojego pokoju i zaczyna całować. Dziewczyna wydaje się być nieco strwożoną, ale nie opiera się zbytnio. Boi się jednak, że zostaną przyłapani przez któregoś z domowników. Umyka z pokoju. Barykę ogarnia fala rozkoszy. Jest zadowolony, że udało mu się skraść te pocałunki. Ale uważa, że obawy Karoliny przed nakryciem były bezpodstawne – nikt ich przecież nie zauważył. Ale myli się grubo. Parę podglądała Wandzia, która w skrytości podkochuje się w Cezarym i często kręci sie wokół jego pokoju. Mimowolnie stała się świadkiem miłosnej sceny. Mimo niezbyt imponującej inteligencji panna Okszyńska jest świadoma, co widziała i jakie to dla niej oznacza nieszczęście.

***

Zaangażowany w organizację balu Cezary na prośbę pani Laury zawozi różne towary do pałacu w Odolanach. Z powodu deszczu oraz koni zabranych do innego dworu jest zmuszony pozostać tam nieco dłużej niż planował. Pan Storzan jest zbyt chory, by mu towarzyszyć, więc Cezary nudzi się niemiłosiernie. Dla zabicia czasu wałęsa się po domu. Marazm przerwany zostaje przez przyjazd pani Laury. Ona proponuje młodzieńcowi, że odwiezie go do Nawłoci. Ten zgadza się ochoczo. Wyznaje, że na balu będzie ciągle tańczyć z Laurą, mimo że jej narzeczony będzie zazdrosny. Pani Kościeniecka zaprasza Cezarego do karety, którą w okolicy nazywano „miłosną karetą” Kościenieckiego dla żony. Wewnątrz Baryka nie potrafi się dłużej opanowywać – w szaleńczym zapale bierze Laurę w ramiona, całuje, oddaje rozkoszom. Kościeniecka odwazajemnia pieszczoty. Po koniec tej pełnej namiętności podróży Cezary domyśla się, że Laura faktycznie nie kocha Barwickiego. Ona potwierdza to podejrzenia. Nie wyjaśnia jednak, dlaczego decyduje się na małżeństwo bez miłości. Obiecuje tylko, że wytłumaczy młodzieńcowi wszystko innym razem. Cezary niechętnie opuszcza karetę z kochanką w środku.

***

Na kilka dni przed balem pani Kościeniecka zjawia się z kilkoma „ważnymi” sprawami u Hipolita i Cezarego. Temu drugiemu przekazuje informację o ich wspólnym, sekretnym spotkaniu. Chłopak symuluje migrenę i kładzie się wcześniej spać. W rzeczywistości wymyka się z dworu i udaje na pieszo przez pola do Leńca. Unika stróżów i psów. Drzwi do domu zastaje otwarte. Cicho wchodzi do środka, rozgaszcza się w salonie i wymyśla tłumaczenia swojej obecności, na wypadek, gdyby znalazł go służący. Docierają do niego jednak odgłosy śmiechu: męskiego i kobiecego. Domyśla się obecności Barwickiego w Leńcu. Słyszy także trzeci głos, prawdopodobnie należący do starej pani Kościenieckiej. Laura wszedłszy do salonu gasi światło i tym samym ukrywa obecność amanta przed oczami narzeczonego i teściowej. Żegna się z odjeżdżającym Barwickim, następnie z kładącą się spać teściową i niepostrzeżenie skrada się do salonu. W ciemnościach odnajduje Cezarego i zabiera go do swojej sypialni. Spędzają razem noc.

***

Nastaje dzień pikniku w Odolanach. Z Częstochowy sprowadzeni zostają fryzjerzy, którzy zajmują się głowami pań. Talenty fryzjerskie zdradza też Maciejunio. Hipolit wyśmiewa strój, jaki przyodział ksiądz Nastek. Uważa go za niemęski. Po dotarciu na miejsce Hipolit, Anastazy i Cezary rozpierzchają się. Młody Baryka ma jednak trudności z odnalezieniem się wśród salonowego towarzystwa. Pojawienie się przepięknej Laury wzbudza jego zachwyt i radość, przyćmione jednak przez obecność „idioty” Barwickiego u jej boku. Laura świetnie wywiązuje się z obowiązków gospodyni – wita się ze wszystkimi i rozdaje uśmiechy. Odpowiada ukłonem na ukłon Cezarego, ale obdarza go tylko przelotnym spojrzeniem i natychmiast wraca do zajmowania się innymi gośćmi. Cezary czuje ukłucie zazdrości. Na balu pojawia się także towarzystwo z Nawłoci. Prezentuje się w sposób wystawny, ale i przebrzmiały, staroświecki. Wyjątek stanowi młoda Karolina. Na bal zabrano także przestraszoną Wandzię. Struchlala dziewczyna dawno już by uciekła, gdyby nie to, że Karolina dzielnie trzyma ją za rękę. Obie z lubością wypatrują Cezarego. Ten prosi pannę Szarłtowiczównę do tańca, przy okazji udaje mu się obserwować Laurę z parkietu. Jest obojętny wobec wdzięków Karusi, wzorkiem i myślami ciągle wraca do pani Kościenieckiej. Tymczasem w obserwującej tańczącą parę Wandzi potęguje się rozgoryczenie, zazdrość i gniew wobec Karoliny. Cezary prosi do tańca inne panie, także dwie stare ciotki z Nawłoci, Angélique i Victoire, które Hipolit określa jako „stare zwaliska”. Wszystkie tańce traktuje jako możliwość zbliżenia się do Laury. W końcu prosi na parkiet Wandzię Okszyńską. Spanikowana dziewczyna opiera się – parkiet jest dla niej przepaścią bez dna. W końcu jednak ulega, ale tańczy niezgrabnie – Baryka wręcz ciągnie ją za sobą. Nie dostrzega, że bliskość fizyczna w Wandzi rozpala gorące uczucia, wprowadza w miłosny szał. Po odprowadzeniu panny Okszyńskiej na miejsce, spotyka go fala pochwał ze strony Laury. On jednak wyrzuca jej ciągłe przebywanie z Barwickim. Kościeniecka przyznaje, że jest z nim dla pieniędzy. Tylko on może pomóc jej w spłaceniu teściowej i  podreperowaniu sytuacji finansowej. Rozmowę przerywa przybycie pana Storzana na ruchomym łóżku. Choć niesprawny i chory, jest nadal elegancki i uprzejmy. Wznosi toast. Wprowadza dość poważną atmosferę, która raczej nie sprzyja tańcom. Pani Wielosławska korzysta z okazji i zabiera z sobą Wandzię. Sadza ją przy fortepianie. Dziewczyna w trakcie gry zapomina o strachu i zagubieniu, jakie ogarniały ją na balu. Wykonuje utwór z prawdziwym artyzmem. Jeszcze przed zakończeniem występu Cezary i Laura wymykają się z sali. Zauważa to Karolina. Łącząc ten fakt z wcześniej dostrzeżoną wymianą uśmiechów i spojrzeń między tą parą, uświadamia sobie, co ich łączy. Zrozpaczona wybiega na zewnątrz, ale wszędzie czuje ich obecność. Płacze w samotności. W końcu przemarznięta do szpiku kości wraca na bal, już po skończonym występie Wandzi. Drażni ją wesołość gości. Proszona zostaje do kozaka – jest dziewczyną z Ukrainy, więc kogo jak kogo, ale jej na parkiecie nie może zabraknąć. Cezary pojawia się znikąd i także namawia ją do tańca. Ona godzi się pod warunkiem, że to właśnie Baryka jej potowarzyszy. Karolina tańczy niezwykle zgrabnie, wyzywająco i wyniośle wobec młodzieńca. W ten sposób manifestuje swoją dumę, mocno nadszarpniętą przez jego romanse. Parę obserwują z sali dwie kobiety – Wandzia i Laura. Tę drugą narzeczony uraczą kąśliwymi uwagami na temat niestosowności kacapskiego tańca, jak i „chłystka” Baryki. Towarzystwo na balu staje się coraz bardziej rozpite. Trunków nie szczędzą sobie ani Hipolit ani ksiądz Nastek. Zachęcają Cezarego do wspólnego picia i dyskusji. Próbują razem śpiewać, ale nie idzie im to za dobrze. Ostatecznie każdy śpiewa co innego. Cezary zostaje wezwany do sali balowej. Pani Kościeniecka pragnie go widzieć, on nosi się z zamiarem poproszenia jej do tańca, który porzuca z powodu bliskiej obecności Barwickiego. Kołysając się podąża za paniczem Wielosławskim. Budzi się nad ranem w Odolanach. Hipolit śpi jeszcze i przy tym strasznie chrapie. Ksiądz akurat myje się w misce. Pozostawiają panicza Wielosławskiego i we dwóch udają się do Nawłoci. Po drodze mijają chłopskie gospodarstwa, brudne i cuchnące. Cezaremu przypomina się utopijna wizja szklanych domów.

***

Po balu nastaje czas nudy i monotonii. Cezaremu przychodzą do głowy myśli o powrocie do Warszawy, w rzeczywistości jednak czuje się już z tym miejscem związany i nie ma ochoty go opuszczać. Brak wieści od Laury potęguje przygnębienie. W trakcie jednej z gier na cztery ręce z Wandzią, dziewczyna nieoczekiwanie kładzie swoją dłoń na jego dłoni. Ściska go mocno, ale wygląda niepewnie. Chłopak nie bardzo wie, jak się zachować, domyśla się w końcu intencji panienki. Jej uczucia nic jednak dla niego nie znaczą – myślami jest stale przy Laurze Kościenieckiej. Wspomina tylko owo zabawne wydarzenie, gdy widział Wandzię atakowaną przez perliczkę. Wywołuje w dziewczynie zmieszanie. Zażenowana wydaje z siebie głęboki jęk. Następnie wstaje, siada i ponownie wstaje. Dyga przerażona i ucieka z pokoju. Baryce udaje się w końcu spotkać z Laurą. Jest w niej prawdziwie zakochany. Spotyka się z nią potajemnie. Tylko Karolina dostrzega objawy tego stanu. Śledzi poczynania kochanków – widzi przemycane liściki, ślady końskich kopyt w parku, nagłe wyjazdy, czuje zapach damskich perfum.

***

Pod koniec listopada ma miejsce wypadek. Cezary zastaje w swoim pokoju kartkę od księdza Anastazego. Duchowny prosi w niej o jego natychmiastowe przybycie do pokoju Karoliny. Wszelką reakcję Baryki uprzedza wtargnięcie zdenerwowanego Anastazego. Ksiądz próbuje zaciągnąć chłopaka do Karoliny, napotykając opór, wyznaje co jest powodem takiego zachowania – panna Szarłatowiczówna jest umierająca. Prosi o ostatnie widzenie z Cezarym. Ksiądz Anastazy już wysłuchał jej ostatniej spowiedzi, jest więc świadomy, co zaszło między parą. Daje się zauważyć, że obwinia Cezarego o zaistniałą sytuację. Karolina wyje z bólu. Przyjeżdża lekarz z miasta. Domownicy kręcą się niespokojnie wokół pokoju chorej. Od Maciejunia młody Baryka dowiaduje się, że dziewczyna została najprawdopodobniej otruta. Lekarz bezradnie rozkłada ręce – jest już za późno, by Karolinę uratować. Ona prosi tylko o przedśmiertne spotkanie z Cezarym. Młodzieniec jest zszokowany jej widokiem. Dziewczyna wygląda upiornie i ciągle targają nią drgawki. Żegna się z niedoszłym kochankiem. Wyznaje przy tym, że nie jest samobójczynią i sama nie wie, czemu umiera. Anastazy wsuwa rękę Cezarego w zimną dłoń panny Szarłatowiczówny. Obwiązuje je stułą i odmawia modlitwę, w ten sposób zostają związani węzłem małżeńskim. Cezary całuje Karolinę w usta, ta w chwilę potem dostaje silnych ataków i umiera. Lekarz potwierdza, że przyczyną zgonu było otrucie. Cezary widzi w martwej twarzy Karoliny podobieństwo ze zmarłą Ormianką, którą widział w Baku. Rozpoczyna się dochodzenie, kto stoi za śmiercią dziewczyny. Próbuje się ustalić, gdzie bywała tego dnia. Okazuje się, że po obiedzie odwiedziła dom rządcy. Jego żona – pani Turzycka dowiaduje się o tragedii i jest zdruzgotana. Przyznaje, że Karolina piła u niej sok porzeczkowy. Ale nie wierzy, by przygotowany przez nią napój był śmiertelnie trujący. Sok podała jej panna Wandzia i to ona w następnej kolejności zostaje wypytana o okoliczności wizyty Karoliny u Turzyckich. Wuj Michał Skalnicki zwraca się do niej dobrotliwie, po ojcowsku. Dziewczyna zwięźle odpowiada na pytania. Napomyka o cukiernicy, która wzięła z szafy, aby dosłodzić Karolinie sok. Szklanka, z której piła zmarła została już umyta i z pewnością nie ma na niej śladów trucizny. Wobec tego Hipolitowi pozostaje jedynie spróbować podejrzanego soku. Okazuje się, że jest wyborny i nie mógł być przyczyną śmierci dziewczyny. Zapada grobowa atmosfera. Cezary zerka na Wandę. Jako jedyny wie, że panna Okszańska trzymała jego dłoń w trakcie gry, tym samym zdradzając sie ze swoimi uczuciami wobec niego.

***

W wyniku sekcji zwłok Karoliny, udaje się ustalić, że otruto ją strychniną. Truciznę taką znaleziono w szafie rządcy Turzyckiego. Wandzię wzywa się do sądu i zatrzymuje w areszcie. Ona broni się, nie przyznaje. Zostaje zwolniona z braku dowodów. Cezary pozostaje wobec tych wypadków niewzruszony. Rewolucyjne i wojenne doświadczenia wyrobiły w nim odporność na tragedie. Całe swoje zainteresowanie i uczucia nadal przelewa na Laurę. Pod pozorem przekazywania wszelkich nowin na temat wypadku w Nawłoci, Baryka często odwiedza Leniec. Nie przyznaje się jednak ani do romansu z Karoliną ani do uścisku dłoni Wandy.

***

W okolicy świąt Bożego Narodzenia Cezary przygotowuje się do powrotu na studia. Także pani Kościeniecka wybiera się do Warszawy, by spędzić tam karnawał. Towarzyszyć ma jej narzeczony. W drodze na nocne spotkanie z ukochaną Baryka zostaje przyłapany przez Barwickiego na skradaniu się do domu jego narzeczonej. Nawiązuje się między nimi bójka, przerwana przez przybycie Laury. Ta sprzecza sie z narzeczonym, a następnie udaje ofiarę zalotów Baryki. Cezary jeszcze raz atakuje Barwickiego. Pani Kościeniecka zakrywa go swoim ciałem. Żąda, by amant opuścił jej dom. Cezary wpada furię. Zamroczony rzuca ironiczne błogosławieństwo w stronę narzeczonych, po czym smaga szpicrutą Laurę po twarzy i rękach, a następnie wychodzi.

***

Zrozpaczony kochanek błąka się po polach. Nie wie, dlaczego podniósł rękę na bezbronną i delikatną Laurę. Uświadamia sobie swoje położenie – jest osaczony przez trzy kobiety. Ale też sam stanowi źródło ich nieszczęścia. Wygłasza pogróżki w stronę domu Kościenieckiej, w końcu drzemie na świeżym powietrzu. Mimo zimna nie chce wracać do Nawłoci, wstydzi się obitej twarzy. W pewnym momencie dostrzega, że Barwicki opuszcza Leniec. Postanawia ponownie zakraść się do Laury, ale zastaje pusty dom. Znów ucieka w pola. Natrafia na wiejski cmentarz. Odnajduje rodzinny grobowiec Wielosławskich, w którym pochowano także Karolinę Szarłatowiczównę. Spotyka księdza Anastazego. Ten wypomina mu, że zwodził dziewczynę, mimo że jej nie kochał i tym samym podsycał jej beznadziejną miłość. Baryka nie czuje się jednak wyrzutów sumienia; pocałunki uważa za niewinne. Dawały Karolinie rozkosz. Były przedmiotem jej pragnień i to ich brak stanowił powód dziewczęcych łez. Cezary nie chce się wyspowiadać. Wypomina Anastazemu zamiłowanie do zabawy i trunków. Nie uważa go za dobrego powiernika. Ksiądz w odwecie stwierdza, że Baryka sprowadza na niewinnych śmierć.

***

Cezary ukradkiem dostaje się do swojego pokoju. Śpi przez cały dzień i część nocy. Budzi go dopiero Hipolit, zatroskany o los przyjaciela. Baryka nie jest jednak chętny do zwierzeń. Sugeruje tylko, że chodzi o kobietę. Prosi Wielosławskiego o możliwość zamieszkania w Chłodku na jakiś czas. Przyjaciel przychyla się do tej prośby, jednocześnie przyznaje się do planów, jakie miał wobec Chłodka. Miał on stanowić posag Karoliny. Hipolit bowiem żywił nadzieję, że Szarłatowiczówna wyjdzie za Cezarego i tam we dwoje osiądą na stałe. Marzył, by przyjaciel został jego sąsiadem.

***

W Chłodku panują skromne, wręcz ubogie warunki. Dworek swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Od trzydziestu pięciu lat mieszka tam ekonom Gruboszewski wraz z małżonką. Baryka zostaje grzecznie przyjęty, choć zdaje sobie sprawę, że jego obecność nie jest gospodarzom na rękę. Zauważa też stosunek Gruboszewskiego do Chłodka – nie jest to jego własność, więc nie czuje się zobowiązany do napraw czy jakiejś specjalnej opieki. Jednocześnie wraz z żoną prowadzą iście szlachecki styl życia, czego dowodem jest wystawne, identyczne jak w Nawłoci, śniadanie. Cezary jest jednak zawiedziony, pragnął skromnego życia w samotności. Ekonom nie pojmuje, o co młodzieńcowi chodzi; widzi w nim domniemanego kontrolera z dworu i swojego następcę. Ochota Cezarego do pomocy przy prowadzeniu ksiąg i oglądania gospodarstwa tylko utwierdza go w tym przekonaniu. Rad nierad jest zmuszony do spełniania życzeń panicza Wielosławskiego i podejmowania pańskiego gościa. Młody Baryka zwiedza stary młyn, zaznajamia się z młynarzem Sylwestrem i chłopami. Udaje się mu zainteresować ich historiami swoich wojennych przygód. Ale już wszelkie opowieści na temat reform są dla chłopstwa niezrozumiałe i nudne. Ciekawi ich to co realne, namacalne, przyziemne, bliskie. Wizje przemian, jakie rozpościera przed nimi Baryka, są im obce. Młodzieńca złości ciemnota i wąskie horyzonty wieśniaków oraz brak zapału dla zmian.

***

Baryka spędza w Chłodku dwa tygodnie. Dopasowuje się do tamtejszego rytmu życia.  Wcześnie wstaje i pracuje przez cały dzień, chodzi spać z kurami. Szczególną uwagę zwraca ku komornikom – bezrolnym chłopom, zamieszkującym „kątem” u małorolnych gospodarzy. Utrzymują się z pracy najemnej. Przed wojną wielu z nich wyjeżdżało za chlebem do Niemiec. Dokucza im bieda, głód, choroby i zimno. Cezary widuje nędznych starców, których dzieci wygnały z chałup. Jest poruszony ich tragicznym losem. Wigilię spędza z Gruboszewskimi, ich dziećmi i wnukami. Nie ulega namowom Hipolita, by na święta zjechać do Nawłoci. W trakcie rozmowy z przyjacielem dowiaduje się o zawartym już małżeństwie Laury z Barwickim. Wiadomość ta jest dla niego bardzo bolesna. Dla zabicia smutku z jeszcze większym zaangażowaniem podejmuje się pracy w Chłodku. Wreszcie decyduje się na powrót do  Warszawy. Gruboszewski przyjmuje tę wiadomość z ulgą i radością. Teraz jest już pewien, że nikt go nie pozbawi posady: „Trza było gadać od samego początku, że to chodzi o romanse i filozofie!”. Cezary przed wyjazdem odwiedza Nawłoć. Żegnany jest ze smutkiem, ale daje się wyczuć pewien dystans domowników wobec niego. Zagląda także do państwa Turzyckich. Zauważa Wandzię, bladą, wychudłą i zestarzałą. Dziewczyna nadal wlepia w niego oczy, a wyjazd czyni ją jeszcze bardziej nieszczęśliwą. Po drodze na stację Cezary po raz ostani widzi Leniec. Nie jest w stanie opanować łez. Hipolit udaje, że ich nie widzi. Pod pozorem obawy przed upadkiem z siedzenia na wyboistej drodze, przytula Barykę z całej siły. 

Część III – Wiatr od wschodu 

Po powrocie do Warszawy Cezary kontynuuje studia medyczne. Zamieszkuje przy ulicy Miłej w mieszkaniu swojego kolegi, Buławnika. Dom znajduje się w żydowskiej dzielnicy miasta. Jest ponury i zapuszczony. Mieszka w nim wiele starych kobiet. Kamienica wymaga remontu, ale ani dziura w dachu ani gnijąca belka podłogowa nie interesują nikogo. Cezary po próbie interwencji u dozorcy, godzi się z beznadziejnymi warunkami i więcej o naprawy nie prosi. Gnieździ się w małym pokoju pomalowanym na kolor zupy pomidorowej. Przez nieszczelne okno dostaje się do środka fetor z podwórkowych ubikacji oraz dym z pobliskiej piekarni. To sąsiedztwo jest uciążliwe szczególnie nocą, gdy słychać hałas i wrzawę towarzyszące wypiekowi chleba. Także sam Buławnik daleki jest od ideału. Ma pochodzenie szynkarskie, małomiasteczkowe, ojciec nie żałuje mu pieniędzy. Ale i tak chłopak jest skąpcem i egoistą, prostackim prześmiewcą z jeszcze jedną dokuczliwą wadą – w nocy bardzo głośno chrapie.  Baryki nie stać jednak na inne, bardziej komfortowe lokum. Musi znosić trudy mieszkania przy Miłej. Dla podreperowania finansów postanawia sprzedać swój frak – prezent od Hipolita, pamiątkę z Nawłoci. Na materiale czuje jeszcze zapach perfum Laury. Wspomnienia utraconej rozkoszy są mu nieznośne. Ukradkiem, by Buławnik nie zauważył, roni ostaniom łzę na frakiem. Ten proponuje mu odsprzedanie ubrania pewnemu krawcowi. Cezary działa zgodnie z radą współlokatora, jednak szybko okazuje się, że odkupiony frak znajduje się już w kuferku Buławnika. Młody Baryka dostrzega zaletę takiego obrotu sprawy – pod nieobecności kolegi zawsze może ów frak oglądać i wąchać. Jego sprzedaż daje mu możliwość utrzymania się w Warszawie przez długi czas. Ale kiedy topnieje kapitał z tej transakcji, Buławnik odmawia dalszych pożyczek, a w sklepie z pieczywem patrzy się na Cezarego nieufnie, młodzieniec jest zmuszony szukać pomocy u Szymona Gajowca. Jak dotąd spotkania z nim unikał. Stary mężczyzna jest jednak niezwykle rozradowany wizytą młodego Baryki. Ponieważ w jego gabinecie ciągle panuje ruch i zamieszanie, zaprasza go do swojego prywatnego mieszkania. Tam będą mieli lepsze warunki dla spokojnej, przyjacielskiej rozmowy. Cezary pojawia się w świąteczny dzień u pana Szymona, ale nie zastaje go. Do środka zaproszony jest przez właścicielkę pensjonatu, w którym Gajowiec wynajmuje salon. Kobieta, uprzedzona o bliskiej wizycie Cezarego, informuje go, że pan wiceminister jest bardzo zajęty, więc spóźni się nieco. W oczekiwaniu na gospodarza Cezary ogląda jego mieszkanie. Choć bywał tu wcześniej, dopiero teraz dostrzega starannie urządzony salon, ogląda książki oraz ścienne portrety nieznanych mu osób. Po powrocie do domu pan Gajowiec jest bardzo ciekawy wrażeń młodego przyjaciela z pobytu na wsi. Cezary wykręca się, nie mówi niczego konkretnego. Nie może zebrać się na odwagę, by wprost zapytać gospodarza o jakąś pracę dla siebie. Dla zyskania czasu pyta o tożsamości portretowanych osób. Gajowiec nazywa ich „warszawiakami”. Byli to ludzie działający w stolicy; intelektualiści, mogący zrobić niebywałą karierę, gdyby żyli gdzieś indziej. Zasłużeni, ale nie pragnący rozgłosu, są zapomniani. Pierwszy z nich – Marian Bohusz był przyrodnikiem. Mimo dwóch potężnych  przeciwników – moskiewskiej władzy i rozpowszechnionej ciemnoty, podjął pracę na rzecz kształtowania nowego, światłego pokolenia. Cierpiał biedę. Swój heroizm przypłacił rosyjską niewolą. Wyszedł z niej duchowo wyniszczony. Nie chcąc kogokolwiek obarczać ciężarem swojego pogrzebu po prostu zniknął niczym duch. Z kolei Stanisław Krzemiński działał w Rządzie Narodowym w czasie powstania styczniowego. Gajowiec określa go jako „typ encyklopedysty”, człowieka rozmiłowanego w książkach, zawzięcie gromadzącego wiedzę. Pisał on o Polsce jako swojej „Pani” i „Matce”. Był zagorzałym zwolennikiem walki o niepodległość ojczyzny i badaczem jej przeszłości. Zmarł wśród swoich ukochanych książek. Trzeci z portretów przedstawia Ewdarda Abramowskiego, filozofa i socjologa. Stworzył koncepcję idealnego ładu społecznego – bez państwa i armii, opartego na stowarzyszeniach ludzi. Cezary wtrąca uwagę, iż wszystkie te opowieści kręcą się wokół Polski. Gajowiec mówi mu o „defekcie polskości”, z jakim się tutaj rodzili. To ułomność, która wszystko sprowadza do zainteresowania Polską. Przytoczona zostaje anegdota zatytułowana „Słoń”. Brzmi następująco: różne nacje miały napisać rozprawę o słoniu. Polak bez wahania rozpoczął swoją od słów: „Słoń a Polska”. Cezary uznaje, że odbiegł od tematu, więc powraca do kwestii portretów. Pyta, dlaczego właśnie ta trójka zasłużyła na miejsce w gabinecie Gajowca, przecież zasłużonych było tak wielu! Pan Szymon wyznaje, że ci trzej jegomoście byli jego nauczycielami. To im zawdzięcza zaszczepione w sobie patriotyczne ideały i zachowanie polskiej duszy. Dzięki nim, mimo urzędniczej pracy pod rosyjskim zwierzchnictwem pozostał Polakiem. Wspomina rok 1891, gdy po raz pierwszy od powstania styczniowego obchodzono rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja. W publicznym pochodzie brali jedynie udział publicyści i studenci. „Poważna” publicystyka warszawska ze względów politycznych protestowała przeciwko tak jawnym obchodom. W odwecie młodzież uniwersytecka obiła „poważnych”, promoskiewskich redaktorów. Sam zaś Marian Bohusz napisał wyborny felieton niepodległościowy. Stworzony został tak, by jego prawdziwej treści cenzor nie zrozumiał. Tak też się stało i felieton został dopuszczony do druku, pokrzepiając serca rozumiejących jego wymowę czytelników. Cezary nie rozumie jednak, dlaczego minione wydarzenia, zdezaktualizowane i starodawne są takie istotne. Gajowiec odpowiada, że to portrety nauczycieli są dla niego granicą między starym a nowym, drogowskazem ku przyszłości. Stanisław Krzemiński miał serce pełne uczuć do ojczyzny, ale rolą Gajowca – jego ucznia, jest przetworzenie tych uczuć w czyn, w pracę. Mając na uwadze przekazane przez przeszłość ideały, należy zmieniać rzeczywistość. Cezary uważa, że obecna Polska odbiega od dawnych ideałów, ale przynajmniej nikogo nie uciskała, nie niewoliła. Gajowiec przytacza wizję Abramowskiego, który nienawidził państwa, nawet tam, gdzie działało w słusznej sprawie. Był przeciwny nawet państwowemu szkolnictwu czy pracy kulturalnej. Dla Gajowca taka koncepcja w obecnych czasach jest nie do przyjęcia, aktualny stan Polski wymaga jej weryfikacji. Musi ona być wpierw państwem silnym, z rozbudowaną armią i wykształconymi obywatelami. To zapewni jej trwanie i bezpieczeństwo, a także możliwość pięcia się na wyższy stopień rozwoju (zgodnie z wytycznymi Abramowskiego) w przyszłości. Młody Bryka zarzuca jednak bierność państwa wobec losu najuboższych, których gnębi nie zaborca, ale niewola wewnętrzna - nędza. Reformy są obojętne wobec ich ciężkiego położenia. Gajowiec tłumaczy, że na wszystko potrzeba czasu. Gdyby nie problemy zewnętrzne dawno można by zająć się problemami biedoty. Tymczasem Polska dopiero zaczyna odżywać, odradzać się; trwa jej przedwiośnie, dopiero niezdarnie zabiera się za pracę. Niewiele jeszcze wie, co i jak trzeba zmieniać, ale w końcu nadejdzie wiosna. Będzie to czas jej pełnego rozkwitu. Ale młodego Baryki nie przekonują zmiany, które odbywają się w tak ślimaczym tempie.

***

W trakcie drogi na wykłady i do prosektorium Cezary ma okazję obserwować dzielnicę żydowską. Początkowo jawi mu się ona jako ohyda i nieprzyjemna, ale z czasem wzbudza w nim coraz większe zainteresowanie. Wśród zwiedzanych ulic znajdują się: Franciszkańska, Świętojerska, Gęsia, Miła, Nalewek. Same nazwy ulic wskazują, że tak zwane getto żydowskie nie miało za sobą żadnej historii, nie powstało w przeszłości. Tworzyło się samoistnie; Żydzi osiedlali się tutaj dobrowolnie, nie zmuszani przez nikogo. Polskich napisów na sklepach i warsztatach, jak i samych Polaków było tu niewielu. Kamienice żydowskie są tandetne i brzydkie, obdrapane i brudne. Dziedzińce domów – ciemne i zagracone, rynsztoki i śmietniki smrodliwe, a w piwnicach czuć zgnilizną. Wychudzone, brudne i schorowane dzieci bawią się zapuszczonych ulicach i klatkach domów, a w czasie niepogody siedzą w kryjówkach, gdzie starsi ciągle opowiadają o interesach i szybkich zarobkach. Któregoś dnia Cezary widzi dwójkę żydowskich dzieci, tak wynędzniałych, że nie przypominających już nawet ludzi. Mają przedwcześnie postarzałe, jakby ptasie twarze, a ich mizernie wychudzone, kościste nogi toną w błocie. Wloką się do jakiegoś mało ważnego celu, rozprawiają przy tym o czymś zajadle. Baryka jest poruszony, współczujący i zasmucony losem dzieci. Przypomina mu się jego własne sielskie dzieciństwo. Przed sabatem udaje się często na wrzaskliwe targowiska, gdzie Żydzi sprzedają żywność. Widowiska te są pełne gorzkiego humoru. Wszędzie rozgrywają się zaciekłe spory, kłótnie i licytacje o jakieś ochłapy jedzenia, kawałki mięsa, śledzie czy cząstki pomarańczy. W malutkich sklepikach przeznaczonych tylko dla klientów żydowskich, asortyment jest niezwykle ubogi. Skromny zysk ze sprzedaży towarów zapewnia przeżycie ich właścicielom, którzy całymi dniami próżnują w zimnie lub śpią. Baryka trafia też na brudne, zagracone podwórze, gdzie handluje się zardzewiałym żelazem. Masa Żydów targuje się tam i szarpie o złom. Młodzieniec nie jest w stanie zrozumieć sposobu na życie, jaki obrali mieszkańcy getta. Ciągle licząc na jak największy zysk, nie robią w zasadzie nić mądrego, by poprawić swój los. Cały czas spędzają na wałęsaniu się po ulicach, targowaniu i wykłócaniu się, a tylko nieliczni podejmują stałą pracę w warsztatach i fabrykach. Cezary nie ma pojęcia, jaka reforma społeczna dałaby tym ludziom możliwość zrównania z innymi pod względem praw, posiadanych dóbr czy obyczajów.

***

Pan Szymon Gajowiec w dzień wypełnia obowiązki urzędnika, nocą zaś pracuje nad swoją książką. Jej tematem jest oczywiście Polska, ale ta prawdziwa Polska, wolna od najeźdźców, romantyków, mistyków, dyktatorów czy ideologów. Rzeczywista Polska jest złożona z „trzech nierównych połówek” (dawnych zaborów). To kraj złupiony przez najeźdźców i przez nich zepsuty, hulaszczy, przeładowany ludnością żydowską, z nierozwiązaną kwestią rolną, obowiązującymi cudzymi prawami i z obcym pieniądzem. Ciemnota, chamstwo, brud i lenistwo – panoszą się w ojczyźnie. Dopiero po dokładnym zakreśleniu rzeczywistego obrazu kraju, można tchnąć w niego ducha dawnych proroków. Oprócz źródeł już wcześniej drukowanych, Gajowiec czerpał także informacje do książki z danych zbieranych przez nowe polskie urzędy. Bogactwo źródeł okazuje się trudne do ogarnięcia dla jednego człowieka, dlatego też pan Gajowiec prosi o pomoc swojego młodego przyjaciela. Baryka sprawdza się w nowej roli, dostaje także za swoją pracę wynagrodzenie. Książka „miała być nabita faktami, naładowana jak nabój. Do kogo to on miał zamiar nią strzelać, kogo tym dziełem porazić, kogo obalić, a kogo obronić i podźwignąć?”. Gajowiec nosi się z zamiarem stworzenia listu otwartego do rodaków, który ma ich uświadomić i mobilizować do działania. Dzięki nowej pracy Barykę stać jest na utrzymanie się w Warszawie. Rano i po południu chodzi do prosektorium i na wykłady, obiady jada z kolegami, a wieczorami pomaga panu Gajowcowi. Nie przepada jednak za jego starczym bajdurzeniem, ciągłymi powrotami do spraw zaszłych, nieaktualnych. Nie wie, dlaczego jednych ludzi Gajowiec uważa za zasłużonych, a innych określa jako „kanalijki boże”. Dla młodego Baryki czasy minione są niepojęte, ale też i nudne. Szymon Gajowiec jest swego rodzaju mistykiem – wierzy w nadprzyrodzoną opiekę, która roztacza się nad ojczyzną. Dowodem jej istnienia są zaistniałe cuda. Pierwszy z nich to odzyskanie niepodległości. Drugi do zwycięstwo w wojnie z 1920 roku oraz zażegnanie widma rewolucji, którą wzniecić mogli polscy komuniści, gdy bolszewicy zbliżali się do kraju. Trzeci cud to istnienie „wielkich polskich charakterów”. Gajowiec przytacza tu historię ubogiego studenta medycyny, który walczył z caratem za pomocą pióra. Mimo że ledwo stać go było na zakup atramentu i papieru tworzył wiele rewolucyjnych pism. Przedarł się także przez granicę, a w Warszawie organizował pierwsze pierwszomajowe manifestacje pod Belwederem. Agitował robotników w fabrykach. Pod przebraniem zabłąkanego w mieście Anglika spacerował pomiędzy manifestantami. W tym momencie opowieści Gajowiec wspomina młodzieńcze modlitwy, jakie wznosił w intencji biednych ludzi z Podlasia. W kaplicy unickiej towarzyszyła mu wówczas Jadwiga, matka Cezarego.

***

Wiele innych historii przytacza Gajowiec swojemu młodemu sekretarzowi, ten jednak puszcza je mimo uszu. Brzmią dla niego nieciekawie i monotonnie. Ale przyjmuje pozę zaangażowanego rozmówcy. Z powodzeniem udaje mu się rozmawiać, a nawet spierać bez specjalnego zainteresowania tematem dyskusji. Myślami zaczyna powracać do Laury. W Warszawie nie odnalazł niczego, co mogłoby jego smutek zagłuszyć. Rozumiał pracę Gajowca, ale się nią nie ekscytował. Dla starego urzędnika największym szczęściem jest wprowadzenie nowej waluty w kraju – polskiego złotego. Wiele trudów potrzeba, aby złotego wprowadzić do powszechnego obiegu. Sprawa ta bardzo Gajowca pochłania, ale Cezary nie podziela tego entuzjazmu. Przywiązanie do smutnej przeszłości i nadzieje na lepszą przyszłość młody Baryka dostrzega nie tylko u swojego pracodawcy. To powszechnie wystepujący sposób myślenia Polaków. Z niechęcią przygląda się zarówno przerzucaniu całej winy za obecne krzywdy na zaborcę, jak i poczynaniom nowej władzy, która nie jest wolna czynienia błędów i krzywd. Nabiera wrogiej postawy do ziemniańskiego życia, takiego jakie widział w Nawłoci. Niechęć przelewa także na konkretnych szlachciców, w szczególności na Barwickich. Ale tutaj inne niż społecznikowskie pobudki nim kierują.

***

Mieszkanie Buławnika i Baryki często odwiedza ich kolega Antoni Lulek. Jest studentem prawa. Wątły blondyn z powodu słabego zdrowia nie brał udziału w wojnie polsko-bolszewickiej. Jest człowiekiem niezwykle oczytanym i dobrym mówcą, ale anemia i astma osłabiają mu głos. Starszy od Cezarego, w trakcie pierwszej wojny światowej nie raz odsiadywał wyroki w więzieniach rosyjskich i niemieckich. Tam miał wiele czasu na naukę języków obcych. Obecnie para się tłumaczeniem i pisaniem. Mimo licznych zapowiedzi niczego jeszcze nie opublikował. Lubi rozmawiać z Cezarym, inaczej ma się sprawa z Buławnikiem. Ten z kolei lubi sytucje klarowne, dające się naukowo wyjaśniać. Wizje Lulka są dla niego zanadto okryte tajemnicą, niedomówione, niejasne. Ale to od Buławnika właśnie Antoni często pożycza pieniądze. Oddaje zawsze punktualnie, więc kolega nie odmawia mu pomocy. Z młodym Baryką Lulek chętnie mówi o sprawach rosyjskich. Sam nigdy w Rosji nie był, ale wiele dowiedział się z książek. Wspólne rozmowy stają się okazją dla Cezarego, by opowiedzieć koledze o Nawłoci. Pragnie wrzeszczcie się „wygadać”, zrzucić ciężar z siebie. Ale nie mówi wszystkiego – nie chce być zbyt wylewny. Jego rozgoryczenie daje się wyczuć – Lulek pragnie pogłębić je i wywołać w nim nienawiść wobec klasy próżniaczej, zepsutej i przeżytej. O Nawłoci Antoni mówi w sposób krytyczny, pejoratywny, co w pewnym stopniu dogadza uczuciom rozżalonego Cezarego. Lulek przedstawia obrazy ludowej biedy, ciągle wygłasza nowe doniesienia o cierpieniu proletariatu. Zawsze używa tych samych, utartych i jałowych słów. Baryka wie jednak, że słowa te niosą ze sobą prawdę. Ale nie potrafi stwierdzić, czy Lulek faktycznie odczuwa te cierpienia. Jednocześnie Antoni często wspomina o rewolucji, jednak krytycznie odnosi się wobec socjalistycznych organizacji politycznych. Co ciekawe, im większe były różnice ideowe, tym niechęć Lulka do danej partii była mniejsza. Najbardziej zajadłą nienawiścią ów student prawa daży nowo powstałe państwo polskie. Każde jego niepowodzenie i poślizgnięcie przyjmuje z radością. Zarazem nowiny Baryki o pracach Gajowca są dla niego powodem zgryzoty. „Tylko przetrzymać do najprędszego końca tę „niepodległość”, a wtedy jeszcze swobodniej pooddycham w świecie!” – powtarza. Żyje w biedzie i gotów jest umrzeć za swoje ideały. Nikt go jednak nie więzi ani nie gnębi. Nie w smak mu słuchać o powolnych, ale stałych reformach. Wszelkie działania reformatorskie określa pogardliwie jako „gajowszczyznę”. Z wielkim zainteresowaniem i aprobatą śledzi zmiany zachodzące w bolszewickiej Rosji. Wieści o tamtejszych walkach z kontrrewolucjonistami czy mordowaniu bez sądu czyta z przyjemnością. Lulek nie znosi także polskiego wojska, w trakcie wojny z bolszewikami pisał do zagranicznych komunistycznych gazet artykuły szykanujące Polskę. To właśnie kwestia wojny polsko-bolszewickiej poróżnia Antoniego i Cezarego. Baryka walczył po polskiej stronie i tam przeżył mnóstwo wojennych uniesień. Lulek nazywa je „rycerskimi wzruszeniami” – póki co w Baryce są one bardzo żywe, dlatego postanawia na jakiś czas unikać tego tematu. Cezary nie czuje się patriotą, ale i tak jego podejście do ojczyzny zmieniło się znacznie od czasów bakińskich. Wtedy to Polska kojarzyła mu się tylko z matką; jej reumatyzmem i sklerozą, a jej uczucia dla kraju sprowadzał do pochlipywania i biernej tęsknoty. Przybycie do Polski daje mu możliwość zweryfikowania swojej postawy; także wobec idei bolszewickich, które są dla niego już niewystarczające. Dla Lulka kult narodowościowy jest zgubny, prowadzi do pogłębiania się różnic między narodami. Faktyczna granica przebiega w poprzek całego świata i dzieli go na robotników i burżujów. Cezary uważa, że Lulkowi łatwo być radykalnym nie z powodu znajomości dzieł marksowskich, ale raczej dzięki swemu ograniczeniu. Kolega Lulek nie miał nigdy możliwości zobaczyć ludzi całujących słupy graniczne, gdy wreszcie udawało się im dotrzeć do ojczyzny. Baryka ideowo błąka się gdzieś pomiędzy Szymonem Gajowcem a Antonim Lulkiem. Gdy stary urzędnik wspomina zniszczone przez bolszewików biblioteki czy dzieła sztuki, Cezary zżyma się, protestuje. Ale sam wypomina te fakty, gdy Lulek zapamiętale wychwala idee bolszewickie. Nie zgadza się także z jego twierdzeniami dotyczącymi patriotyzmu. Dla Lulka jest to tylko kolejne narzędzie burżujów do manipulowania masami. Służą temu, by frazesami je uśpić i zachować swoją władzę. Dla Cezarego to zbytnie uproszczenie. Nie widzi też, gdzie jest miejsce Żydów w tych rewolucyjnych wizjach – czy są proletariatem czy burżuazją? W Polsce są liczni, ale i zróżnicowani – Żydami są przecież zarówno bogaci kapitaliści, jak i nędzarze z getta.

***

Któregoś dnia do mieszkania  przy Miłej wpada zdyszany i podniecony czymś Lulek. Najwyraźniej jednak nie chce niczego mówić przy uczącym się Buławniku. Baryka wymyśla sposób na pozbycie się współlokatora – wysyła go do sklepu. Gdy zostają sami, Antoni proponuje Cezaremu udział w partyjnej konferencji. Ten początkowo naigrawa się z pomysłu, ale ciekawość bierze górę, więc decyduje się pójść. Zebranie ma nieoficjalny charakter, stąd Lulek wymaga od niego pełnej dyskrecji.

***

Na konferencję udają się wspólnie. Lulek zatrzymuje dorożkę, co niezwykle bawi Cezarego – nazywa kolegę burżujem, co gniewa go i peszy. W czasie jazdy Baryka przygląda się zmizerowanej posturze Anotniego, żal mu go – zbyt wielu rzeczy się wyrzeka. Lulek niespokojnie rozgląda się wokół w obawie przed policją. Nikt ich jednak nie śledzi ani nie ściga. Cezary drwi, że burżuazyjny rząd polski nic sobie z Lulka nie robi. Tajna konferencja odbywa się w siedzibie „Polexu”, eksportera manufaktury i ziemiopłodów. Przybywa sporo prostych ludzi, głównie robotników, ale nie brakuje też i osób w strojach wieśniaczych. Salę wypełniają szepty i dym papierosowy. Barykę bawi natchniona i uroczysta mina Lulka. Zebranie poprowadzić ma siedem osób. Największe zainteresowanie wzbudza wysmukła, skromnie i czysto ubrana kobieta, lat okołu trzydziestu. Główną figurę stanowi jednak przysadkowaty człowiek z zarostem, czysto polski, typ „proletariacko-pospolity”. Obok niego znajduje się mężczyzna nieco starszy i posiwiały oraz młody Rusin. Za nimi siedzą jeszcze trzej bezbarwni ludzie wyglądający na kancelistów. Głos zabiera przysadkowaty towarzysz. Twierdzi, że niezaspokojony apetyt burżuazji z różnych krajów prowadzi do wielkich wojen. Rola burżuazji jako czynnika postępu jest już skończona. Teraz pełnić ją powinna klasa robotnicza. Jeśli nie wyrwie burżujom władzy, to utrzymywać się będą wojny, mordy, rzezie i zacofanie. Robotnicy muszą łączyć się nie w ramach jednego państwa, ale we współpracy ponadnarodowej. Robotnik bez względu na swoje pochodzenie ma tylko jednego wroga – jest nim burżuazja. Następnie przemawiać zaczyna kobieta. Państwo nazywa narzędziem ucisku, gdzie rządzą ci, którzy są właścicielami fabryk i ziemi. Robotnik niczego nie posiada, więc popada w niewolę właścicieli, którym państwo pozwala utrzymać swą władzę. Dlatego też ruch robotniczy domaga się jego niesienia. Klasa robotnicza odbierze burżujom władzę, lecz nie będzie gnębić innych klas, gdyż nie będzie trwała wiecznie. Przejęcie władzy ma dać możliwość całkowitego zniesienia podziału klasowego. Wszyscy będą równi i wolni. Towarzyszka nawiązuje też w przemowie do wojny polsko-bolszewickiej – jako przedstawiciele proletariatu nie mogli brać w niej udziału, gdyż to oznaczałoby zdradę sprawy robotniczej. Wszak w Rosji władza robotników i chłopów już się rozpostarła. Kobieta przyznaje, że jest lekarką i widziała już skrajną nędzę i śmiertelne żniwo chorób. Bieda i ciemnota to skutki kapitalizmu, który prowadzi ludzi do upadku. Robotnik jest zwyrodniony z powodu swojej nędzy, kapitalista – z powodu przesytu i rozpasania. Robotników pozbawia się kultury, a poziom kulturalny burżujów obniża się. Wszystkiemu winny jest pieniądz. Przemowa lekarki budzi poruszenie wśród zebranych. Ale sam Cezary widzi wiele luk w toku jej rozumowania. Podnosi rękę i prosi o głos. Początkowo napotyka opór – wypowiedź towarzyszki nie dobiegła jeszcze końca. Z niechęcią przyznaje mu się prawo do zabrania głosu. Baryka pyta, jak to możliwe, że ta zdegenerowana klasa robotnicza ma przyjąć na siebie rolę reformatora całego społeczeństwa: „Jeżeli tutejsza klasa robotnicza przeżarta jest nędzą i chorobami, jeśli ta klasa jest w stanie zwyrodnienia czy na drodze do zwyrodnienia, jeżeli ta klasa jest pozbawiona kultury, to jakimże sposobem i prawem ta właśnie klasa może rwać się do roli odrodzicielki tutejszego społeczeństwa?” - zapytuje. Przecież to ona sama winna być leczona, wspierana, nie nadaje się na uzdrowicielkę innych. Ktoś z sali zadaje pytanie o to, kto w takim razie ma pełnić tak doniosłą rolę. Cezary przyznaje, że nie wie, że uczy się tylko, dlatego przyszedł posłuchać, tego co komuniści mają do powiedzenia. Zastanawia się, czy czynnikiem odrodzenia nie będzie nowo powstała Polska. Jego wypowiedź wywołuje zamieszanie na sali. Lulek wymachuje mu pięścią przed nosem. Cezary zostaje postrzeżony, jak ten, który wywindował rolę Polski. Uznany zostaje za obrońcę burżuazji i budzi zbiorową wrogość do siebie. Baryka sprzeciwia się kierowanemu ku nim stwierdzenia: „w pańskiej Polsce”. Tym samym daje znać, że nie jest z krajem bardzo blisko związany. Jeden z towarzyszy przypomina, że w Polsce też są nacje uciskane. Ale Baryka odpowiada, że nie wszystkie wykształciły swoją własną burżuazję. W odpowiedzi słyszy, że wobec tych nacji, rolę burżujów pełnią Polacy. Polskie władze prześladują także ruch robotniczy. Towarzysz nie zaprzecza jednak, że ruch ten prześladowania dotknęły w czasie wojny z bolszewikami, gdyż stanął po stronie Rosji. Ten fakt porusza zebranych i niejako zbliża ich do stanowiska Baryki. Zostają wymienione okrucieństwa, jakie stosuje się wobec więźniów. Żaden z towarzyszy nie wie jednak, czy podłe ich traktowanie wynika z rozporządzenia polskiego rządu. Policji przypisuje się rolę kata. Cezary wypomina okrucieństwo, jakiego dopuścili się działacze ruchu wysadzając w powietrze prochownię, a wraz z nią ubogą dzielnicę żydowską. Czuje jednak porażkę i wściekłość porównywalną z tą, która odczuwał gdy bił się z Barwickim i smagał Laurę po twarzy szpicrutą. Argumenty Cezarego nie trafiają do towarzyszy. Są zaślepieni swoją ideologią, nie chcą dyskutować, kręcą, wymieniają wybiórcze i nie do końca pewne fakty. Rozgniewany Baryka opuszcza salę, słysząc za sobą złorzeczenie Lulka.

***

Cezary jest świadomy, że wszystkiemu zaprzecza i wszystko poddaje krytyce. Nie potrafi się nigdzie odnaleźć, nie umie wybrać życiowej drogi. Jest to przyczyną jego zagubienia i rozpaczy. Błąka się bez celu po otulonych zimową mgłą ulicach miasta. Przygląda się tłumom ludzi, którzy przechadzają się po zabłoconych chodnikach. Młodzieniec czuje na sobie ich spojrzenia, wydaje się mu, że tłum o coś go oskarża. Jest mu zimno, zatem postanawia się gdzieś rozgrzać. Udaje sie do jednej z modniejszych w stolicy kawiarni. Jest przepełniona, gwarna i z trudem udaje się Cezaremu znaleźć w niej jakieś wolne miejsce do siedzenia. Czeka na zamówienie i aby nie wzbudzić podejrzeń, że ciekawią go interesy paskarzy, do których się dosiadł, odwraca twarz w stronę do okna. Ma stąd dobre miejsce do obserwacji tego, co dzieje się na ulicy. Widzi policjanta przechadzającego się pośród przechodniów. Cezaremu przypominają się potworności, jakie podczas konferencji towarzysze przypisywali policji. Wywołuje ze swojej pamięci opisy tortur, o jakich dziś usłyszał. Wypija herbatę z rumem i zapada jakby w półsen. Wyobraża sobie, że sam jest ubrany w policyjny uniform i patroluje ulicę. Przyjmuje na siebie postać kata i winowajcy. Wszędzie panuje łoskot i wrzawa, na ulicy panuje ruch. On stoi pośród tego zgiełku niewzruszony. Przechadza się pięć kroków w jedną stronę i z powrotem. Skienieniem ręki rozdziela tłum albo kogoś popędza. Pośpiesza także starego Żyda pchającego przeciążony wózek ręczny. Starzec jest zbyt słaby, by sprawnie poradzić sobie z ciężarem. Bezradny, spocony i ochlapany błotem Żyd wzbudza litość. Przypomina bardziej zwłoki niż żyjącego człowieka; nie pasuje tutaj – do tętniącej życiem ulicy. Pewnie będzie jednym z wielu, który umrze na suchoty; jego zgon zostanie odnotowany w medycznych statystykach. Policjant popędza Żyda, nie lituje się nad nim, nie pomoże mu popychać wózka. Niewzruszony pozostaje na widoki żydowskich dzieci, które jak szczury wychodzą ze szczelin i zakamarków. Każde z nich ma ze sobą koszyczek wiklinowy albo torbę u pasa oraz ukradzioną miotełkę z witek brzozy. Gdy do pańskich domów przyjeżdża wóz z węglem, one kręcą się wokół i zbierają resztki z transportu. Zbierają nawet najmniejsze bryłki węgla i zamiatają pył z chodników. Działają szybko, by właściciel się nie spostrzegł, po czym pierzchają, tam skąd przyszły. Policjant tymczasem przygląda się przejeżdżającym autom, widzi okularnika zaaferowanego jakimiś sprawami, uśmiechniętego pana pewnie udającego się na czarujące spotkanie, bladą damę otuloną w futro, pełne życia panienki i młodego miejskiego cwaniaczka. Policjant przechadza się nadal, tam i z powrotem. Czy faktycznie jest oprawcą z opowieści? Ma smutną twarz. Nocą, gdy wszyscy śpią, nikt nie wie, ile razy mierzy się z mordercami i zbójami. Gdyby nie jego obecność na ulicy wszyscy skoczyliby sobie do gardeł. To on jest tutaj gwarantem porządku. Cezary siedzi nadal w kawiarni, bo nie ma gdzie pójść. Przypomina mu się zdanie z Obrony Sokratesa: „Odzywa się we mnie głos jakiś wewnętrzny, który, ilekroć się odzywa, odwodzi mię zawsze od tego, cokolwiek w danej chwili zamierzam czynić, sam jednak nie pobudza mię do niczego...”. Baryka czuje się strapiony, bo sam ów głos słyszy. Zastanawia się, czy nie wrócić na zebranie, wyznać swoją pomyłkę i piękną przemową poruszyć tłumy. Ale wie, że ta droga nigdzie go tak naprawdę nie zaprowadzi.

***

Decyduje się popracować jeszcze tego dnia u Gajowca, ma jednak nadzieję, że „starego” nie będzie w domu. Jak na złość zastaje go. Przyznaje, że był na zebraniu komunistów. Gajowiec ironicznie winszuje mu „takich” znajomości. Nie pochwala włóczenia się po konferencjach; chce, by Baryka skupił się na studiowaniu medycyny. Cezary zarzuca Gajowcowi niewiedzę na temat zbrodni, jakich dopuszcza się policja. Jego rodzice umierali w tęsknocie za rodzinnym krajem, a tu tymczasem rozgrywają się takie okrutne dramaty. Zarzuca także rządzącym brak siły, która złamałaby polską magnaterię – wielkich właścicieli ziemskich. To dlatego nie ma możliwości ofiarowania ziemi tym, którzy jej w ogóle nie mają. Baryka nie oczekuje wyjaśnień; chce widzieć aktywne działania. Gajowiec mówi o powolnym tempie zmian – na wszystko przyjdzie pora. Ale Cezary chce przemian natychmiastowych. Czekanie niczemu nie służy, wpędzi za to kraj w kolejną niewolę. Cała mądrość rządu opiera się na policjancie i żołnierzu. Za mędrkujących polityków znowu ginąć będzie młodzież. Romantyczne ideały są w dzisiejszych czasach nieaktualne. Teraz trzeba odwagi, takiej jaką ma Lenin, by burzyć stare porządki i zaczynać budowę nowego dzieła. Męczeństwo powinno być zastąpione przez męstwo. Papiery, nad którymi pracuje Gajowiec, nie zawierają w sobie żadnej idei. Nie istnieje żaden pomysł na to, jak pomóc głodnym chłopom, spracowanym robotnikom, bezdomnym i stłoczonym w gettach Żydom. Gajowiec mówi, że nie chodzi o samą ideę, którą dopasowuje się do rzeczywistości – ważne jest urządzenie życia na jak najmądrzejszych zasadach. Baryka upiera się, że Polsce potrzebna jest właśnie wielka idea. „Waszą ideą jest stare hasło niedołęgów, którzy Polskę przełajdaczyli: „jakoś to będzie”!” – wykrzykuje. Dla Gajowca jedyną ideą jest obrona przed wrogiem zewnętrznym, zachowanie ledwo co połączonych ziem. „Zasiec je na śmierć, a nie dać!” – wypala Cezary. Zarzuca też, że rząd polski stosuje takie same nieludzkie metody traktowania więźniów, co władze w Moskwie. Wszystko powinno się odbywać inaczej – w bardziej cywilizowany sposób. Szymon Gajowiec twierdzi, że Polska osiągnie wyższy poziom rozwoju, że się podźwignie, ale potrzeba na to czasu i pieniędzy. Wiedząc do czego zmierza stary urzędnik, Cezary z ironią wspomina o polskim złotym.

***

W połowie marca Baryka otrzymuje w przedsionku prosektorium list. Jest to wiadomość od Laury – informuje go, że tego dnia przebywa w Warszawie i będzie na niego czekać obok fontanny w Ogrodzie Saskim. List wywołuje w Cezarym silne emocje. Początkowo myśli, że jest to podstęp Barwickiego – zapewne chce go zwabić i napuścić na niego jakąś bandę zbirów. Potem stwierdza, że skoro miejsce spotkanie jest tak ustronne, to prawdziwą autorką listu jest Laura. Imię to przywołuje w nim wspomnienia. Odświeżony i wystrojony udaje się do Ogrodu Saskiego. Śmieje się z samego siebie, gdy czatuje wokół fontanny. Przechodnie mijają go zapewne myśląc, że przyszedł tutaj na schadzkę. Laura Barwicka długo się nie pojawia, czekanie wywołuje w Baryce przykre uczucia i tęsknotę. Czuje się rozgoryczony, oszukany, myśli o opuszczeniu Ogrodu i ostatecznym zakończeniu tej sprawy. Ale nagle spostrzega ukochaną. O dziwo nie uradował go jej widok. Wygląda na dużo młodszą niż rzeczywiście jest, strojna, zdaje się być najurodziwszą kobietą w mieście. Gdy go zauważa, ogrania go fala szczęścia. Kobieta podchodzi i pyta cicho, czy Baryka znów będzie ją bił batem po twarzy. Ten stanowczo zaprzecza, tłumaczy, że wówczas w Leńcu poniosły nim namiętności, był bardzo nieszczęśliwy i działał bezmyślnie. Laura pyta go, dlaczego wyjechał. Cezary odpowiada, że przyczyną opuszczenia Nawłoci był jej ślub z Barwickim. Dla Laury nie jest to dobry powód. Przyznaje, że przybyła do Warszawy razem z mężem. Cezary jest przekonany, że Barwicki ich śledzi. Zapewnia Laurę, że gotów jest rozpętać rewolucję, by dorwać rywala. Jednocześnie dodaje, że tylko ją jedną kocha na świecie. Ale złości go to, że nigdy nie będą mogli być razem. Przez czas rozłąki Cezaremu wydawało się, że ukochana ciągle mu towarzyszy; bez przerwy o niej myślał. A w tym czasie inny mężczyzna był przy niej, całował ją i obejmował. Nieraz zdawało mu się, że jest tak piękna, że aż nierealna, że była tylko jakąś ułudą, snem. Laura gorzko płacze. Wini Cezarego za ich obecne położenie. Gdyby wtedy w Leńcu nie wszczął awantury, zapewne wymyśliłaby jakiś sposób na udobruchanie Barwickiego. A tak zmuszona była wziąć z nim szybki ślub, by rozwiać wszelkie jego wątpliwości. Nie jest szczęśliwą żoną, bo tęskni za kochankiem. Cezary nie chce się usprawiedliwiać przed nią ani przepraszać – nie czuje się winny. Piękna i zapłakana pani Barwicka zwraca na siebie uwagę przechodniów. Cezary chce ją gdzieś zabrać, aby schronić przed wzrokiem ciekawskich. Laura jednak odmawia – nie godzi się mężatce publicznie pojawiać w jego towarzystwie. To spotkanie miało dać jej ostatnią szansę spojrzenia na swoją niespełnioną miłość – tym samym daje do zrozumienia, że między nią a Baryką wszystko skończone. Nie będzie więcej spotkań, schadzek, tajemnic. Laurą jest związana z Barwickim, dała mu słowo honoru i go nie złamie. Ta deklaracja rozwściecza Cezarego. Zły i zazdrosny zostawia Laurę samą, składa jej z daleka ukłon i rozbryzgując błoto pod nogami, rozstaje się z nią w gniewie.

***

Nadchodzi pierwszy dzień przedwiośnia. Topnieją śniegi, wieje suchy wiatr, wróble ćwierkają radośnie. Żydzi z Franciszkańskiej wygrzebują się ze swych stęchłych domostw. Korzystając z ładniejszej pogody ulicznica wystaje na rogu, lżej odziana, by większą nagością kusić klientów. Dzwon na wieży zadaje się wołać: „Wiosna, o ziemscy nędzarze!”. Od Nowego Świata przez Plac Trzech Krzyży ciągnie manifestacja robotnicza w stronę Belwederu. Idą w niej bezrobotni, strajkujący przeciw drożyźnie i niskim zarobkom. Prym wiodą jednak uświadomieni komuniści – młoda „awangarda Sowietów”. Głównym bodźcem zwołania manifestacji są wypadki, zaszłe w jednej z warszawskich fabryk. Gdy jej właściciel odmówił przyznania robotnikom pięćdziesięcioporcentowej podwyżki, został przez nich wyrzucony. Sami robotnicy zajęli fabrykę i ogłosili, że odtąd jest ona w posiadaniu rady robotniczej. Właściciel zdecydował o zamknięciu fabryki, ale robotnicy oświadczyli, że to tego nie dopuszczą i będą pracować dalej. Fabrykę otoczyła policja. Partia komunistyczna wkroczyła do akcji – zażądała poparcia ze strony wszystkich robotników i zorganizowała manifestację. W pierwszym szeregu idą, ująwszy się pod ręce ideowi przedstawiciele, między innymi Lulek i Baryka. Cezary ma na sobie swój żołnierski mundur, czym wzbudza specjalne zainteresowanie jednego z oficerów. Wszyscy śpiewają. Tłum otacza policja konna. Baryka decyduje się na desperacki krok: „wyszedł z szeregów robotników i parł oddzielnie, wprost na ten szary mur żołnierzy – na czele zabiedzonego tłumu”.  
     
Tekst chroniony prawami autorskimi. Michał Ziobro, Crib.pl
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone.


Wkuwaj słówka z angielskiego za darmo

Ucz się hiszpańskiego online

Podziel się swoim wypracowaniem



Anonymous, czw., 04/22/2010 - 10:34

dużo tego zaprawdę ale dobre streszczenie:)
 
 
 

Anonymous, śr., 04/14/2010 - 15:55

kurwa mać

Anonymous, śr., 04/14/2010 - 15:54

7

Anonymous, pt., 02/26/2010 - 15:45

długa... ale ok ..

Anonymous, pon., 02/01/2010 - 14:10

Myślę że dla wszystkich którzy mają przeczytać Przedwiośnie przydadzą się materiały dostępne na stronie - Przedwiośnie (lektura na mp3 i opracowanie).

Anonymous, śr., 11/25/2009 - 15:47

super

Anonymous, czw., 10/29/2009 - 23:24

Świetne streszczenie:)

Anonymous, czw., 09/24/2009 - 20:51

Super streszczenie dzieki :)