Lektury

Poniżej znajduje się lista wszystkich dostępnych na chwilę obecną opracowań lektur szkolnych. Wystarczy, że odnajdziesz interesującą cię pozycje i wybierzesz odnoszący się do niej link z poniższego spisu:

ANTYGONA - STRESZCZENIE, CHARAKTERYSTYKA, OPRACOWANIE

Streszczenie

W prologu, czyli części otwierającej tragedię grecką dowiadujemy się o akcji utworu. Ma ona miejsce w Tebach, gdzie panuje Kreon.  Antygona skarży się swojej siostrze Ismenie na los ich rodu, na którym ciąży od kilku pokoleń fatum.

Sofokles

Antygona

ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Antygona

Sofokles

W przekładzie Kazimierza Morawskiego


OSOBY DRAMATU:

Antygona córka Edypa
Ismena jej siostra
Chór tebańskich starców
Kreon król Teb
Strażnik
Haimon syn Kreona
Tyrezjasz wróżbita
Posłaniec
Eurydyka żona Kreona

SPIS TREŚCI:

Epeisódion I - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Kreon

O Tebańczycy, nareszcie bogowie
Z burzy i wstrząśnień wyrwali to miasto,
A jam was zwołał tutaj przed innymi,
Boście wy byli podporami tronu
Za Laijosa i Edypa rządów
I po Edypa zgonie młodzieniaszkom
pewną swą radą służyliście chętnie.
Kiedy zaś oni za losu wyrokiem
Polegli obaj w bratobójczej walce,
Krwią pokalawszy braterskie prawice,
Wtedy ja władzę i tron ten objąłem,
Który mi z prawa po zmarłych przypada.
Trudno jest duszę przeniknąć człowieka,
Jego zamysły i pragnienia, zanim
On ich na szerszym nie odsłoni polu.
Ja tedy władcę, co by rządząc miastem,
Wnet się najlepszych nie imał zamysłów
I śmiało woli swej nie śmiał ujawnić,
Za najgorszego uważałbym pana.
A gdyby wyżej nad dobro publiczne
Kładł zysk przyjaciół, za nic bym go ważył.
I nie milczałbym, na Zeusa przysięgam
Wszechwidzącego, gdybym spostrzegł zgubę
Zamiast zbawienia kroczącą ku miastu.
Nigdy też wroga nie chciałbym ojczyzny
Mieć przyjacielem, o tym przeświadczony,
Że nasze szczęście w szczęściu miasta leży
I jego dobro przyjaciół ma raić.
Przez te zasady podnoszę to miasto
Ukaz ostatni na Edypa synów
Aby dzielnego w walce Eteokla,
Który w obronie poległ tego miasta,
W grobie pochować i uczcić ofiarą,
Która w kraj zmarłych za zacnymi idzie;
Brata zaś jego – Polinika mniemam –
Który to bogów i ziemię ojczystą
Naszedł z wygnania i ognia pożogą
Zamierzał zniszczyć, i swoich rodaków
Krwią się napoić, a w pęta wziąć drugich,
Wydałem rozkaz, by chować ni płakać
Nikt się nie ważył, lecz zostawił ciało
Przez psy i ptaki w polu poszarpane.
Taka ma wola, a nie ścierpię nigdy,
By źli w nagrodzie wyprzedzili prawych.
Kto za to miastu dobrze życzy,
W zgonie i w życiu dozna mej opieki.

Przodownik Chóru

Tak więc, Kreonie, raczysz rozporządzać
Ty co do wrogów i przyjaciół grodu.
A wszelka władza zaprawdę ci służy
I nad zmarłymi, i nami, co żyjem.

Kreon

A więc czuwajcie nad mymi rozkazy.

Przodownik Chóru

Poleć młodszemu straż nad tym i pieczę.

Kreon

Przecież tam stoją straże w pogotowiu.

Przodownik Chóru

Czegoż byś tedy od nas jeszcze żądał?

Kreon

Byście niesfornym stanęli oporem.

Przodownik Chóru

Głupi ten, kto by na śmierć się narażał.

Kreon

Tak, śmierć go czeka! Lecz wielu do zguby
Popchnęła żądza i zysku rachuby.

Wchodzi Strażnik

Strażnik

O najjaśniejszy, nie powiem, że w biegu
Śpiesząc ja tutaj tak się zadyszałem;
Bom ja raz po raz przystawał po drodze
I chciałem nazad zawrócić z powrotem.
A dusza tak mi mówiła,co chwila
Czemuż to, głupi, ty karku nadstawiasz?
Czemuż tak lecisz? Przecież może inny
Donieść to księciu: na cóż ty masz skomleć?
Tak sobie myśląc, śpieszyłem powolnie,
A krótka droga wraz mi się wzdłużała.
I staję, książę, przed tobą, i powiem,
Choć tak po prawdzie sam nie wiem zbyt wiele.
A zresztą tuszę, że nic mnie nie czeka;
Chyba, co w górze było mi pisane.

Kreon

Cóż więc nadmierną przejmuje cię trwogą?

Strażnik

Zacznę od siebie, żem nie zrobił tego,
Co się zdarzyło, anim widział sprawcy
Żem więc na żadną nie zarobił karę.

Kreon

Dzielnie warujesz i wałujesz sprawę;
Lecz jasne, że coś przynosisz nowego.

Strażnik

Bo to niesporo na plac ze złą wieścią.

Kreon

Lecz mów już w końcu i wynoś się potem!

Strażnik

A więc już powiem. Trupa ktoś co tylko
Pogrzebał skrycie i wyniósł się chyłkiem;
Rzucił garść ziemi i uczcił to ciało.

Kreon

Co mówisz? Któż był tak bardzo bezczelny?

Strażnik

Tego ja nie wiem, bo żadnego znaku
Topora ani motyki nie było.
Ziemia wokoło była gładka, zwarta,
Ani w niej stopy, niż żadnej kolei,
Lecz, krótko mówiąc, sprawca znikł bez śladu.
Skoro też jeden ze straży rzecz wskazał,
Zaraz nam w myśli, że w tym jakieś licho.
Trup znikł, a leżał nie pod grubą zaspą,
Lecz przyprószony, jak czynią, co winy
Się wobec zmarłych strachają; i zwierza
Lub psów szarpiących trupy ani śladu.
Więc zaczął jeden wyrzekać na drugich,
Jeden drugiego winować, i było
Blisko już bójki, bo któż by ich zgodził?
W każdym ze straży wietrzyliśmy sprawcę,
Lecz tak na oślep, bo nikt się nie przyznał.
I my gotowi i żary brać w ręce,
I w ogień skoczyć, i przysiąc na bogów,
Że nie my winni ani byli w spółce
Z tym, co obmyślił tę rzecz i wykonał.
Więc koniec końcem, gdy dalej tak nie szło,
Jeden rzekł słowo, które wszystkim oczy
Zaryło w ziemię; bośmy nie wiedzieli,
Co na to odrzec, a strach nas zdjął wielki,
Co z tego będzie. Rzekł więc na ten sposób,
Że tobie wszystko to donieść należy.
Los kazał zażyć tej przyjemnej służby.
Więc po niewoli sobie i wam staję,
Bo nikt nie lubi złych nowin zwiastuna.

Przodownik Chóru

O panie, mnie już od dawna się roi,
Że się bez bogów przy tym nie obeszło.

Kreon

Milcz, jeśli nie chcesz wzbudzić mego gniewu
I prócz starości ukazać głupoty!
Bo brednie pleciesz, mówiąc, że bogowie
O tego trupa na ziemi się troszczą.
Czyżby z szacunku, jako dobroczyńcę,
Jego pogrzeb–li, jego, co tu wtargnął,
Aby świątynie i ofiarne dary
Zburzyć, spustoszyć ich ziemię i prawa?
Czyż według ciebie bóstwa czczą zbrodniarzy?
O nie, przenigdy! Lecz tego tu miasta
Ludzie już dawno, przeciw mnie szemrając,
Głową wstrząsali i jarzmem ukrycie
Przeciw mym rządom i mojej osobie.
Wiem ja to dobrze, że za ich pieniądze
Straże się tego dopuściły czynu.
Bo nie ma gorszej dla ludzi potęgi,
Jak pieniądz: on to i miasta rozburza,
On to wypiera ze zagród i domu,
On prawe dusze krzywi i popycha
Do szpetnych kroków i nieprawych czynów.
I drogowskazem we wszelkiej sromocie.
A ci, co czyn ten za pieniądz spełnili,
Dopięli swego: spadną na nich kaźnie.
Bo jako Zeusa czczę i hołd mu składam,
– Miarkuj to dobrze, a klnę się przysięgą –
Tak jeśli zaraz schwytanego sprawcy
Nie dostawicie przed moje oblicze,
To jednej śmierci nie będzie wam dosyć,
Lecz wprzódy wisząc będziecie zeznawać,
Byście w przyszłości wiedzieli, skąd grabić
I ciągnąć zyski, i mieli naukę,
Że nie na wszelki zysk godzić należy.
Bo to jest pewne, że brudne dorobki
Częściej do zguby prowadzą niż szczęścia.

Strażnik

Wolnoż mi mówić? Czy pójść mam w milczeniu?

Kreon

Czyż nie wiesz jeszcze, jak głos twój mi wstrętny?

Strażnik

Uszy ci rani czy też duszę twoją?

Kreon

Cóż to? Chcesz badać, skąd idą me gniewy?

Strażnik

Sprawca ci duszę, a ja uszy trapię.

Kreon

Cóż to za urwis z niego jest wierutny!

Strażnik

A przecież nie ja czyn ten popełniłem.

Kreon

Ty! – swoją duszą frymarcząc w dodatku.

Strażnik

O nie!
Próżne to myśli, próżniejsze domysły.

Kreon

Zmyślne twe słowa, lecz jeżeli winnych
Mi nie stawicie, to wnet wam zaświta,
Że brudne zyski sprowadzają kaźnie.

Strażnik

O, niech go ujmą, owszem, lecz cokolwiek
Teraz się stanie za dopustem losu,
Ty mnie już tutaj nie zobaczysz więcej;
Bo już i teraz dziękuję ja bogom,
Żem wbrew nadziei stąd wyszedł bez szwanku.

Odchodzi. Kreon wchodzi do pałacu

Epeisódion II - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Strażnik

Oto jest dziewka, co to popełniła.
Tę schwytaliśmy. Lecz gdzieżeż jest Kreon?

Wchodzi Kreon
Przodownik Chóru

Wychodzi oto z domu w samą porę.

Kreon

Cóż to? Jakież tu zeszedłem zdarzenie?

Strażnik

Niczego, panie, nie trza się odrzekać,
Bo myśl późniejsza kłam zada zamysłom;
Ja bo dopiero kląłem, że już nigdy
Ale ta nowa, wielka niespodzianka
Nie da się zmierzyć z nijaką radością.
Idę więc, chociaż tak się zaklinałem,
Wiodąc tę dziewkę, którą przychwycono,
Gdy grób gładziła; żaden los tym razem
Mnie tu nie przywiódł, lecz własne odkrycie,
Sądź ją i badaj; jam sobie zasłużył,
Bym z tych opałów wydostał się wreszcie.

Kreon

Jakim sposobem i gdzieżeś ją schwytał?

Strażnik

Trupa pogrzebła. W dwóch słowach masz wszystko.

Kreon

Czy pewny jesteś tego, co tu głosisz?

Strażnik

Na własne oczy przecież ją widziałem
Grzebiącą trupa; chyba jasno mówíę.

Kreon

Więc na gorącym zszedłeś ją uczynku?

Strażnik

Tak się rzecz miała: kiedyśmy tam przyszli,
Zmietliśmy z trupa ziemię i znów, nagie
I już nadpsute zostawiwszy ciało,
Na bliskim wzgórzu siedliśmy, to bacząc,
By nam wiatr nie niósł wstrętnego zaduchu.
A jeden beształ drugiego słowami,
By się nie lenić i nie zaspać sprawy.
To trwało chwilę; a potem na niebie
Zabłysnął w środku ognisty krąg słońca,
I grzać poczęło; aż nagle się z ziemi
Wicher poderwał i wśród strasznej trąby
Wył po równinie, drąc liście i korę
Z drzew, i zapełnił kurzawą powietrze;
Przymknąwszy oczy, drżeliśmy ze strachu.
A kiedy wreszcie ten szturm się uciszył,
Widzimy dziewkę, która tak boleśnie
Jak ptak zawodzi, gdy znajdzie swe gniazdo
Obrane z piskląt i opustoszałe.
Tak ona, trupa dojrzawszy nagiego,
Zaczyna jęczeć i przeklęstwa miotać
Na tych, co brata obnażyli ciało.
I wnet przynosi garść suchego piasku,
A potem z wiadra, co dźwiga na głowie,
Potrójnym płynem martwe skrapia zwłoki.
My więc rzucimy się na nią i dziewkę
Chwytamy, ona zaś nic się nie lęka.
Badamy dawne i świeże jej winy,
Ona zaś żadnej nie zaprzecza zbrodni;
Co dla mnie miłe, lecz i przykre było,
Bo że z opałów sam się wydostałem,
Znajomych, przykre. Chociaż ostatecznie,
Skorom ja cały, resztę lekko ważę.

Kreon

Lecz ty, co głowę tak skłaniasz ku ziemi,
Mów, czy to prawda, czy donos kłamliwy?

Antygona

Jam to spełniła, zaprzeczać nie myślę.

Kreon
do Strażnika

Ty więc się wynoś, gdzie ci się podoba,
Wolny od winy i ciężkich podejrzeń.

Strażnik odchodzi

A ty odpowiedz mi teraz w dwóch słowach,
Czyżeś wiedziała o moim zakazie?

Antygona

Wiedziałam dobrze. Wszakże nie był tajny.

Kreon

I śmiałaś wbrew tym stanowieniom działać?

Antygona

Nie Zeus przecież obwieścił to prawo,
Ni wola Diki, podziemnych bóstw siostry,
A nie mniemałam, by ukaz twój ostry
Tyle miał wagi i siły w człowieku,
Aby mógł łamać święte prawa boże,
Które są wieczne i trwają od wieku,
Ze ich początku nikt zbadać nie może.
Ja więc nie chciałam ulęknąć się człeka
I za złamanie praw tych kiedyś bogom
Zdawać tam sprawę. Bom śmierci ja pewna
Nawet bez twego ukazu; a jeśli
Wcześniej śmierć przyjdzie, za zysk to poczytam.
Bo komu przyszło żyć wśród nieszczęść tylu,
Jakżeby w śmierci zysku nie dopatrzył?
Tak więc nie mierzi mnie śmierci ta groźba,
Lecz mierziłoby mnie braterskie ciało
Nie pogrzebane. Tak, śmierć mnie nie straszy;
A jeśli głupio działać ci się zdaje,
Niech mój nierozum za nierozum staje.

Przodownik Chóru

Krnąbrne po krnąbrnym dziewczyna ma ojcu
Obejście, grozie nie ustąpi łatwo.

Kreon

Lecz wiedz, że często zamysły zbyt harde
Spadają nisko, że często się widzi,
Jako żelazo najtwardsze wśród ognia
Gnie się i mimo swej twardości pęka;
Wiem też, że drobne wędzidło rumaki
Dzikie poskramia. Bo tym nieprzystojna
Dziewka ta jedną splamiła się winą
Rozkazy dane obchodząc i łamiąc,
Teraz przed drugim nie sroma się gwałtem,
Z czynu się chełpi i nadto urąga.
Lecz nie ja mężem, lecz ona by była,
Gdyby postępek ten jej uszedł płazem.
Ale czy z siostry, czy choćby i bliższej
Krwią mi istoty ona pochodziła,
Ona i siostra nie ujdą przenigdy
Śmierci straszliwej; bo i siostrę skarcę,
Że jej wspólniczką była w tym pogrzebie.
Wołać mi tamtą, którą co dopiero
Widziałem w domu zmieszaną, szaloną,
Tak duch zazwyczaj tych zdradza, co tajnie
Się dopuścili jakiegoś występku.
Wstręt zaś ja czuję przeciw tym złoczyńcom,
Którzy swe grzechy chcą potem upiększać.

Antygona

Chceszli co więcej, czyli śmierć mi zadać?

Kreon

O nie! W tym jednym zawiera się wszystko.

Antygona

Więc na cóż zwlekać? Jako twoje słowa
Mierżą i oby zawsze mnie mierziły,
Tak wstrętne tobie wszelkie me postępki.
A jednak skąd bym piękniejszą ja sławę
I ci tu wszyscy rzecz by pochwalili,
Gdyby im trwoga nie zawarła mowy.
Ale tyranów los ze wszech miar błogi,
Wolno im czynić, co zechcą, i mówić.

Kreon

Sama tak sądzisz pośród Kadmejczyków.

Antygona

I ci tak sądzą, lecz stulają wargi.

Kreon

Nie wstyd ci, jeśli od tych się wyróżniasz?

Antygona

Czcić swe rodzeństwo nie przynosi wstydu.

Kreon

Nie był ci bratem ten, co poległ drugi?

Antygona

Z jednego ojca i matki zrodzonym.

Kreon

Czemuż więc niesiesz cześć, co jemu wstrętna?

Antygona

Zmarły nie rzucił mi skargi tej w oczy.
Jeśli na równi z nim uczcisz złoczyńcę?

Antygona

Nie jak niewolnik, lecz jak brat on zginął.

Kreon

On, co pustoszył kraj, gdy tamten bronił?

Antygona

A jednak Hades pożąda praw równych.

Kreon

Dzielnemu równość ze złem nie przystoi.

Antygona

Któż wie, czy takie wśród zmarłych są prawa?

Kreon

Wróg i po śmierci nie stanie się miłym.

Antygona

Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić.

Kreon

Jeśli chcesz kochać, kochaj ich w hadesie.
U mnie nie będzie przewodzić kobieta.

Przodownik Chóru

Lecz otóż wiodą Ismenę, o panie;
A jakaś chmura przysłania jej oczy
I piękną dziewki twarz mroczy.

Kreon

O ty, co w domu przypięłaś się do mnie
Jak wąż podstępnie, żem wiedzieć wręcz nie mógł,
Iż na mą zgubę dwa wyrodki żywię –
Nuże, mów teraz, czyś była wspólniczką
W tym pogrzebaniu, lub wyprzej się winy.

Ismena

Winna ja jestem, jak stwierdzi to siostra,
I biorę na się tej zbrodni połowę.

Antygona

Lecz sprawiedliwość przeczy twym stwierdzeniom;
Aniś ty chciała, ni jać przypuściłam.

Ismena

Jednak w niedoli twojej nie omieszkam
Wziąć na się cząstkę twych cierpień i kaźni.

Antygona

Hades i zmarli wiedzą, kto to zdziałał.
Słowami świadczyć miłość – to nie miłość.

Ismena

O, nie zabraniaj mi, siostro, choć w śmierci
Z tobą się złączyć i uczcić zmarłego.

Antygona

Nie chcę twej śmierci, ani zwij twym dziełem,
Coś nie sprawiła; mój zgon starczy bratu.

Ismena

Lecz jakiż żywot mnie czeka bez ciebie?

Antygona

Pytaj Kreona! Zwykłaś nań ty baczyć.

Ismena

Po cóż mnie dręczysz bez żadnej potrzeby?

Antygona

Cierpię ja, że mi śmiać przyszło się z ciebie.

Ismena

W czym bym choć teraz ci przydać się mogła?

Antygona

Myśl o ratunku, ja go nie zawiszczę.

Ismena

O, ja nieszczęsna! Więc chcesz mnie porzucić?

Antygona

Wybrałaś życie – ja życia ofiarę.

Ismena

Skąd wiesz, co na dnie słów moich się kryje?

Antygona

W słowach ty rady, ja szukałam w czynie.

Ismena

A jednak wina ta sama nas łączy.

Antygona

Bądź zdrowa, żyjesz – a moja już dusza
W krainie śmierci... zmarłym świadczyć może.

Kreon

Z dziewcząt się jednej teraz zwichnął rozum,
Druga od młodu wciąż była szalona.

Ismena

O władco, w ludziach zgnębionych nieszczęściem
Umysł się chwieje pod ciosów obuchem.

Kreon

W tobie zaiste, co łączysz się z zbrodnią.

Ismena

Bo cóż mi życie warte bez mej siostry?

Kreon

Jej nie nazywaj – bo ona już zmarła.

Ismena

Więc narzeczoną chcesz zabić ty syna?

Kreon

Są inne łany dla jego posiewu.

Ismena

Lecz on był dziwnie do niej dostrojony.

Kreon

Złymi dla synów niewiasty się brzydzę.

Ismena

Drogi Haimonie, jak ojciec cię krzywdzi!

Kreon

Twój głos i swadźby zbyt mierżą mnie twoje.

Przodownik Chóru

A więc chcesz wydrzeć kochankę synowi?

Kreon

Hades posłaniem będzie tej miłości.

Przodownik Chóru

Taka więc wola, że ta umrzeć musi?

Kreon

Moja i twoja; lecz dosyć tych zwlekań!
Wiedźcie je, sługi, w dom, bo odtąd mają
Żyć jak niewiasty, nie według swej woli.
Gdy widmo śmierci zaglądnie im w oczy.

Straż odprowadza do pałacu Antygonę i Ismenę

Epeisódion III - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Kreon

Wkrótce przejrzymy jaśniej od wróżbitów.
O synu! Czy ty przybywasz tu gniewny
Wskutek wyroku na twą narzeczoną,
Czy w każdej doli zachowasz mnie miłość?

Haimon

Twoim ja, ojcze! Skoro mądrze radzisz,
Idę ja chętnie za twoim przewodem;
I żaden związek nie będzie mi droższy

Kreon

O! tak, mój synu, być zawsze powinno
Zdanie ojcowskie ponad wszystkie ważyć.
Przecież dlatego błagają ojcowie,
Aby powolnych synów dom im chował,
Którzy by krzywdy od wrogów pomścili,
A równo z ojcem uczcili przyjaciół.
Kto by zaś płodził potomstwo nic warte,
Cóż by on chował, jak troski dla siebie,
A wobec wrogów wstyd i pośmiewisko?
Synu, nie folguj więc żądzy, nie porzuć
Dla marnej dziewki rozsądku! Wiedz dobrze,
Że nie ma bardziej mroźnego uścisku,
Jak w złej kobiety ramionach, bo trudno
O większą klęskę, jako zły przyjaciel.
Przeto ze wstrętem ty porzuć te dziewkę,
Aby w hadesie innemu się dała.
Bo skorom poznał, że z całego miasta
Ona jedyna oparła się prawu,
Nie myślę stanąć wszem wobec jak kłamca.
Ale ją stracę. Rodzinnego Zeusa
Niech sobie wzywa! Jeśli wśród rodziny
Nie będzie ładu, jak obcych poskromić?
Bo kto w swym domu potrafi się rządzić,
Ten sterem państwa pokieruje dobrze;
Kto zaś zuchwale przeciw prawu działa
I tym, co rządzą, narzucać chce wolę,
Ten nie doczeka się mego uznania.
W dobrych i słusznych – nawet w innych sprawach.
Takiego męża rządom bym zaufał,
Po takim służby wyglądał ochotnej
Taki by w starciu oszczepów i w walce
Wytrwał na miejscu jak dzielny towarzysz.
Nie ma zaś większej klęski od nierządu
On gubi miasta, on domy rozburza,
On wśród szeregów roznieca ucieczkę.
Zaś pośród mężów powolnych rozkazom
Za życia puklerz stanie posłuszeństwo.
Tak więc wypada strzec prawa i władzy
I nie ulegać niewiast samowoli.
Jeżeli upaść, to z ręki paść męskiej,
Bo hańba doznać od niewiasty klęski.

Przodownik Chóru

Nam, jeśli starość rozumu nie tłumi,
Zdajesz się mówić o tym bardzo trafnie.

Haimon

Ojcze, najwyższym darem łaski bogów
Jest niewątpliwie u człowieka rozum.
A ja słuszności twoich słów zaprzeczyć
Ani bym umiał, ani chciałbym zdołać.
Ale sąd zdrowy, mógłby mieć też inny.
Mam ja tę wyższość nad tobą, że mogę
Poznać, co ludzie mówią, czynią, ganią,
Bo na twój widok zdejmuje ich trwoga
I słowo, ciebie rażące, zamiera.
Jak miasto nad tą się żali dziewicą,
Że ze wszech niewiast najmniej ona winna,
Po najzacniejszym czynie marnie kończy
Czyż bo ta, co w swym nie przeniosła sercu
By brat jej leżał martwy bez pogrzebu,
Psom na pożarcie i ptactwu dzikiemu,
Raczej nagrody nie godna jest złotej?
Takie się głosy odzywają z cicha.
Ja zaś, o ojcze, niczego nie pragnę,
Jak by się tobie dobrze powodziło.
Bo jestli większy skarb nad dobre imię
Ojca dla dzieci lub dzieci dla ojca?
Nie żyw więc tego, ojcze, przeświadczenia,
Że tylko twoje coś warte jest zdanie;
Bo kto jedynie sam sobie zawierzy,
Na swojej mowie polega i duszy,
Gdy go odsłonią, pustym się okaże.
Choćby był mądry, przystoi mężowi
Ciągle się uczyć, a niezbyt upierać.
Widzisz przy rwących strumieniach, jak drzewo,
Które się nagnie, zachowa konary,
A zbyt oporne z korzeniami runie.
Także i żeglarz, który zbyt naciągnie
Żagle i folgi nie daje, przewróci
Łódź i osiądzie bez ławic na desce.
Ustąp ty przeto i zaniechaj gniewu,
Bo jeśli wolno sądzić mnie, młodszemu,
Mniemam, że taki człowiek najprzedniejszy,
Który opływa w rozum z przyrodzenia;
Niechaj rad dobrych zbyt lekko nie waży.

Przodownik Chóru

O panie, słuchaj, jeśli w porę mówi,
A ty znów ojca; obaj mądrze prawią.

Kreon

A więc w mym wieku mam mądrości szukać
I brać nauki u tego młokosa?

Haimon

Nauki słuszne; a jeśli ja młody,
To na rzecz raczej, niż wiek, baczyć trzeba.

Kreon

Na rzecz, niesfornym która cześć oddaje?

Haimon

Ni słowem śmiałbym cześć taką zalecać.

Kreon

A czyż nie w taki błąd popadła tamta?

Haimon

Przeczy głos ludu, co mieszka w Teb grodzie.

Kreon

Więc lud mi wskaże, co ja mam zarządzać?
Niemal jak młodzian porywczy przemawiasz.

Kreon

Sobie czy innym gwoli ja tu rządzę?

Haimon

Marne to państwo, co li panu służy.

Kreon

Czyż nie do władcy więc państwo należy?

Haimon

Pięknie byś wtedy rządził... na pustyni.

Kreon

Ten, jak się zdaje, z tamtą dziewką trzyma.

Haimon

Jeśli ty dziewką; o ciebie się troskam.

Kreon

Z ojcem się swarząc, o przewrotny synu?

Haimon

Bo widzę, że ty z drogi zbaczasz prawej.

Kreon

Błądzęż ja strzegąc godności mej władzy?
Nie strzeżesz – władzą pomiatając bogów

Kreon

O niski duchu, na służbie kobiety!

Haimon

Lecz w służbie złego nie znajdziesz mnie nigdy.

Kreon

Cała twa mowa jej sprawy ma bronić.

Haimon

Twej sprawy, mojej i podziemnych bogów.

Kreon

Nigdy już żywej ty jej nie poślubisz.

Haimon

Zginie – to śmiercią sprowadzi zgon inny.

Kreon

A więc już groźbą śmiesz we mnie ty godzić?

Haimon

Nie grożę: zwalczyć puste chcę zamysły.

Kreon

Wnet pożałujesz twych nauk, młokosie!
Nie byłbyś ojcem, rzekłbym, żeś niemądry.

Kreon

Niewiast służalcze, przestań się uprzykrzać!

Haimon

Chcesz więc ty mówić, a drugich nie słuchać?

Kreon

Doprawdy? Ale, na Olimp, wiedz o tym,
Że cię twe drwiny o zgubę przyprawią.
Wiedźcie tu dziewkę; niechajże wyrodna
W oczach kochanka tu ginie, natychmiast!

Haimon

Nie umrze ona przy mnie! Nie marz o tym!
Nie ujrzę tego, raczej ty nie ujrzysz
Więcej mojego oblicza, jeżeli
W szale na bliskich porywać się myślisz.

Odchodzi
Przodownik Chóru

Uniesion gniewem wypadł on, o władco,
A w młodej głowie rozpacz złym doradcą.

Kreon

Niech myśli, czyny knuje on zuchwałe –
Ale tych dziewek nie wyrwie on śmierci.

Przodownik Chóru

Jak to? Czy obie ty zgładzić zamyślasz?

Kreon

Niewinna ujdzie; słusznie mnie strofujesz.

Przodownik Chóru

A jakiż tamtej gotujesz ty koniec?

Kreon

Gdzieś na bezludnym zamknę ją pustkowiu,
W skalistym lochu zostawię żyjącą,
Strawy przydając jej tyle, by kaźnię
Pozbawić grozy i klątwy nie ściągnąć;
A tam jej Hades, którego jedynie
Z bogów uwielbia, może da zbawienie –
Lub pozna wreszcie, jeśli marnie zginie,
Że próżną służbą czcić hadesu cienie.

Odchodzi do pałacu

Epeisódion IV - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Antygona

Patrzcie, o patrzcie, wy, ziemi tej dzieci,
Na mnie, kroczącą w smutne śmierci cienie,
Oglądającą ostatnie promienie
Słońca, co nigdy już mi nie zaświeci;
Bo mnie Hadesa dziś ręka śmiertelna
Do Acherontu bladych wiedzie włości
Ani zaznałam miłości,
Ani mi zabrzmi żadna pieśń weselna;
Ale na zimne Acherontu łoże
Ciało nieszczęsne me złożę.

Chór

Pieśni ty godna, i w chwały rozkwicie
Ani cię chorób przygnębiło brzemię,
Ni miecza ostrze zwaliło na ziemię.
Lecz własnowolna, nie dobiegłszy kresu,
Żywa w kraj stąpasz hadesu.

Antygona

Słyszałam niegdyś o frygijskiej Niobie,
Córce Tantala i jej strasznym zgonie,
Że skamieniała w swej niemej żałobie
I odtąd ciągle we łzach bólu tonie.
Skała owiła ją, jak bujne bluszcze,
A na jej szczytach śnieg miecie, deszcz pluszcze,
Rozpaczy łkaniem zroszone jej łono –
Mnie też kamienną pościel przeznaczono.

Chór

Lecz ona przecież z krwi bogów jest rodem,
My śmiertelnego pokolenia płodem.
Hołd jednak temu, kto choć w śmierci progu
Dorówna bogu.

Antygona

Urągasz biednej. Czemuż obelżywą
Mową mnie ranisz, pókim jeszcze żywą?
Miasto i męże dzierżący te grody,
Wzywam was, zwróćcie litosne swe oczy,
I wy, Teb gaje i dirkejskie wody,
Na mnie, co idę ku ciemnej pomroczy,
Nie opłakana przez przyjaciół żale,
O, ja nieszczęsna!
Anim ja zmarła, ani też przy życiu;
Śmierć mnie już trzyma w swym mroźnym spowiciu.

Chór

W nadmiarze pychy zuchwałej
Z tronem się Diki twe myśli i mowy
Zderzyły w locie, złamały.
Zły duch cię ściga rodowy.

Antygona

Mowa ta głębią mego serca targa;
Dotknąłeś ojca ty sromu,
I w słowach twoich rozbrzmiała znów skarga
Nad nieszczęściami Labdakidów domu.
Straszną ja pomnę łożnicę,
W której syn z matką zdrożne śluby wiąże.
Nieszczęśni moi rodzice!
Klątwą brzemienna dziś do was podążę,
Dziewiczość niosąc wam serca.
O drogi bracie, złowrogie twe śluby
Były początkiem pogromu i zguby;
Tyś – choć zmarły – mój morderca.

Chór

Zmarłych czcić – czcigodny czyn,
Ale godny kaźni błąd –
Łamać prawo, walić rząd.
Tyś zginęła z własnych win.

Antygona

Bez łez, przyjaciół, weselnego pienia
Kroczę już, biedna, ku śmiertelnej toni.
Wnet już nie ujrzę ni słońca promienia.
Nikt łzy nad moją dolą nie uroni.

Wchodzi Kreon

Kreon

Czyżby kto ustał w przedzgonnych tych skargach,
Gdyby mu dano się żalić bez końca?
Bierzcie stąd dziewkę i w ciemnym ją grobie
Zawrzyjcie zaraz, jak już nakazałem.
Tam ją zostawcie samotną, by zmarła,
Albo też żywa pędziła dni marne;
Tak wobec dziewki zostaniem bez winy,
A nie ścierpimy, aby wśród nas żyła.

Antygona

Grobie, ty mojej łożnico miłości,
Mieszkanie wieczne, ciemnico sklepiona!
Idę do moich, których tylu gości
W pozgonnych domach boska Persefona.
Za wami idę ja, co w życiu wiośnie
Zginęłam, prawie nie zaznawszy świata,
A tuszę, że mnie tam przyjmą radośnie,
Ty, ojcze, matko, i miła dłoń brata
Bom tu z miłosną służbą wasze ciała
Własną obmyła, namaściła ręką;
Taką mnie darzą podzięką!
Mam u szlachetnych ludzi cześć i chwałę
Lecz potępienie ze strony Kreona;
Bo on me czyny uznał za zuchwałe.
Ręką więc jego teraz uwięziona,
Ani zaznawszy słodyczy wesela,
Ni uczuć matki, ni dziatek pieszczoty,
Schodzę tak sama i bez przyjaciela,
Nieszczęsna, żywa do grobowej groty.
Jakież to bogów złamałam ustawy?
Jakże do bogów podnosić mam modły,
Wołać o pomoc, jeżeli czyn prawy,
Który spełniłam, uznano za podły?
Lecz jeśli z bogów to zrządzenie płynie,
Trzeba mi winnej znieść w ciszy cierpienia
Jeśli ci błądzą, niech sięgnie ich w winie
Kaźń równa z bogów ramienia!

Przodownik Chóru

Te same burze i te same jeszcze
Duszą tej dziewki wciąż miotają dreszcze.

Kreon

Pachołki, którym wieść ją nakazałem,
Swoją powolność ciężko mi... odpłaczą.

Antygona

Biada! Ta mowa grożąca
Bliskiego wróżbą mi końca.

Przodownik Chóru

A ja odwagi nie śmiałbym dodawać,
Że się te srogie ukazy odwloką.

Antygona

Ziemi tebańskiej ojczysty ty grodzie
I wy, bogowie rodowi!
Oto mnie wiodą w bezzwłocznym pochodzie
Ku samotnemu grobowi.
Patrzcie na księżnę ostatnią z Teb królów,
W ręce siepaczy ujętą,
Ile mąk ona, ile zniosła bólów
Za wierną służbę i świętą.

Wyprowadzają Antygonę

Epeisódion V - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Tyrezjasz
ślepy, wiedziony przez chłopca

O Teb starszyzno, wspólnym my tu krokiem
I wspólnym wzrokiem zdążamy, bo ciemnym

Kreon

Cóż tam nowego, Tyrezjaszu stary?

Tyrezjasz

Ja rzeknę, ty zaś posłuchaj wróżbiarza.

Kreon

Nigdy twoimi nie wzgardziłem słowy.

Tyrezjasz

Przeto szczęśliwie sterujesz tą nawą.

Kreon

Przyświadczyć mogę, doznawszy korzyści.

Tyrezjasz

Zważ teraz, znowu stoisz na przełomie.

Kreon

Co mówisz? Trwogą przejmują twe słowa.

Tyrezjasz

Poznasz tę prawdę ze znaków mej sztuki.
Siadłem na starej wróżbity siedzibie,
Gdzie wszelkie ptactwo kieruje swe loty.
Aż naraz słyszę, jak niezwykłe głosy
Wydają ptaki, szalone i dzikie;
I wnet poznałem, że szarpią się szpony,
Przejęty trwogą, próbuję ofiary
Na płomienistym ołtarzu, lecz ogień
Nie chce wystrzelić ku górze, a sączy
Ciecz z mięs ofiarnych, wsiąkając w popioły,
Kipi i syczy, żółć bryzga w powietrze
I spoza tłuszczu, co spłynął stopiony,
Uda wyjrzały na ołtarzu nagie.
Od tego chłopca wnet się dowiedziałem,
Że takie marne szły z ofiary znaki,
Bo on przewodzi mnie, a ja znów innym.
Tak więc chorzeje miasto z twojej winy.
Bo wsze ołtarze i ofiarne stoły
Psy pokalały i ptactwo, co ciałem
Edypowego się żywiło syna.
Więc nie przyjmują już ofiarnych modłów
Bogowie od nas, ni ofiarnych dymów.
A ptak, co żłopał krew trupa zastygłą,
Już nie wydaje glosów dobrej wróżby.
Rozważ to, synu; bo wszystkich jest ludzi
Błądzić udziałem i z prostej zejść drogi;
Lecz mąż, co zbłądził, nie jest pozbawiony
Czci i rozwagi, jeżeli wśród nieszczęść
Szuka lekarstwa i nie trwa w uporze.
Upór jest zawsze nierozumu znakiem;
Ustąp ty śmierci i nie drażń zmarłego
Cóż bo za chwała nad trupem siç znęcać?
Życzliwość moja tą radą ci służy;
Dobrze jej słuchać, gdy korzyści wróży.

Kreon

Starcze, wy wszyscy jak łucznik do celu
Mierzycie we mnie; teraz i wróżbiarstwo
Sidła zastawia, a krewni mą myślą
Kupczą, frymarczą z dawna jak towarem
Nuże, gromadźcie wy sardyjskie skarby,
Wskażcie mi górę indyjskiego złota,
Na pogrzeb tego jednak nie zezwolę.
I choćby orły Zeusowe porwały
Trupa i przed tron Zeusowy zaniosły,
Ja się takiego nie ulęknę sromu,
Grześć nie pozwolę; wiem bo ja zbyt dobrze
Bogów zbezcześcić nie zdoła śmiertelny.
Potknąć się mogą i ludzie przemądrzy,
Starcze, haniebnie, kiedy szpetne myśli
Ubiorą w słowa barwiste... dla zysku.

Tyrezjasz

Biada!
Czyż wie to człowiek, czy rozważa sobie...

Kreon

Cóż, z jakim znowu na plac ogólnikiem?

Tyrezjasz

Ile rozsądek góruje nad skarby?

Kreon

O ile klęską największą nierozum.
Ciężko ty na tę zapadłeś chorobę.

Kreon

Nie chciałbym ciężkim obrazić cię słowem.

Tyrezjasz

Czynisz to, kiedy mi kłamstwo zarzucasz.

Kreon

Bo cech wasz cały łapczywy na zyski.

Tyrezjasz

A ród tyranów w mętach chciwie łowi.

Kreon

Wiesz, że ty pana twojego obrażasz?

Tyrezjasz

Wiem, bo ja tobie gród ten zachowałem.

Kreon

Mądry ty wróżbiarz, lecz oddany złemu.

Tyrezjasz

Tyś gotów wydrzeć mi z wnętrza tajniki.

Kreon

Wyruszysz ty z nimi, byle nie dla zysku.
Że ty stąd zysku nie uszczkniesz, to myślę.

Kreon

Bacz, że zamysłów moich nie stargujesz.

Tyrezjasz

Wiedz więc stanowczo, że nim słońce tobie
Wielu dokona kołowych obrotów,
Płód z twoich własnych poczęty wnętrzności
Jak trupa oddasz w zamianę za trupy;
Za to, że z światła strąciłeś do nocy,
Zamknąłeś życie haniebnie w grobowcu,
A tu na ziemi zmarłe trzymasz ciało,
Które się bóstwom należy podziemnym.
Nie masz żadnego ty nad zmarłym prawa
Ni światła bogi, którym gwałt zadajesz.
Za to czyhają Hadesa i bogów
Mściwe i zgubą grożące Erynie,
By cię w podobnym pogrążyć nieszczęściu.
Poznasz ty wkrótce, czy ja przekupiony
Tak mówię, w krótkim pokażą to czasie
Mężczyzn i niewiast w twoim domu jęki.
A wszelkie miasto przeciw tobie stanie,
W którym psy strzępy zbezcześciły trupów,
Zwierzęta dzikie i ptactwo, roznosząc
Wstrętne po świętych zaduchy ogniskach.
Takimi strzały ja, ciężko zelżony,
Godzę jak łucznik z gniewem w twoje serce
I tak celuję, że ostrze poczujesz.
By on na młodszych swe gniewy upuścił,
A lepiej odtąd miarkował się w słowie
I myśl mu lepsza zajaśniała w glowie.

Tyrezjasz odchodzi
Przodownik Chóru

O władco, poszedł on po wróżbie strasznej.
A wiem to, odkąd mi czarne siwizną
Starość na głowie posrebrzyła włosy
Fałszu on nigdy nie zwiastował miastu.

Kreon

Ja też wiem o tym i trwoga mną miota.
Ustąpić ciężko, a jeśli się oprę,
To łatwo klęska roztrąci mą czelność.

Przodownik Chóru

Synu Menoika, rozwagi ci trzeba.

Kreon

Cóż tedy czynić? Mów, pójdę za radą.

Przodownik Chóru

Idź i wyprowadź dziewkę z ciemnej groty,
A grób przygotuj dla ciała, co leży.

Kreon

Radzisz i mniemasz, że ja mam ustąpić?

Przodownik Chóru

O, jak najprędzej, mój książę, bo chyżo
Kaźń bogów ludzki pochwyci nierozum.

Kreon

Ciężkie to, ale każę milczeć sercu;
Cofnę się, trudno z koniecznością walczyć.

Przodownik Chóru

Idź, sam to uczyń, nie zwalaj na innych.

Kreon

Idę sam, zaraz; a wy moi słudzy,
Wziąwszy topory pośpieszcie pospołem
Na miejsce widne, gdzie nagi trup leży.
Ja, że zmieniłem me dawne zamysły,
Com sam namotał, sam teraz rozwiążę.
Najlepiej może działa, kto do zgonu
Praw istniejących przestrzega zakonu.

Wychodzi w towarzystwie służby

Éxodos - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Posłaniec

O Kadma grodu, domu Amfiona
Mieszkańcy! Życia człowieka nie śmiałbym
Ani wysławiać, ni ganić przenigdy
Bo los podnosi i los znów pogrąża
Bez przerwy w szczęście ludzi i w nieszczęścia,
A nikt przyszłości wywróżyć niezdolny.
Tak Kreon zdawał się godnym podziwu,
On, co wyzwolił tę ziemię od wrogów
I jako władca jedyny nad krajem
Rządził, potomstwem ciesząc się kwitnącym.
A dziś to wszystko – stracone. Bo radość
Jeśli w człowieku przygaśnie, to trzymam,
Że on nie żyje, lecz żywym jest trupem.
Gromadź bogactwa do woli w twym domu,
Świeć jako władca na zewnątrz: gdy cieszyć
Tym się nie można, to reszty tych skarbów
Ja bym nie nabył za dymu cień marny.

Przodownik Chóru

Jakąż ty znowu wieść niesiesz złą księciu?

Posłaniec

Skończyli... Śmierci ich winni, co żyją.

Przodownik Chóru

Któż to mordercą, któż poległ? O, rzeknij!

Posłaniec

Haimon nie żyje, we własnej krwi broczy.

Przodownik Chóru

Z ojca czy z własnej zginąłże on ręki?

Posłaniec

W gniewie na ojca mordy sam się zabił.

Przodownik Chóru

Wróżbito, jakżeś czyn trafnie określił!

Posłaniec

W tym rzeczy stanie dalszej trza narady.

Przodownik Chóru

Lecz otóż widzę biedną Eurydykę,
Żonę Kreona; albo się przypadkiem
Pojawia, albo słyszała o synu.

Z pałacu wychodzi Eurydyka

Eurydyka

Starcy, rozmowy waszej dosłyszałam
Właśnie, gdym z domu wybiec zamierzała,
By do Pallady z modłami się zwrócić.
I właśnie drzwi odmykam zasuwki,
By je roztworzyć, gdy nagle nieszczęsna
Wieść uszy rani; więc padłam, zemdlona
Z trwogi, w objęcia mych wiernych służebnic.
W złym doświadczona, wysłucham słów waszych.

Posłaniec

Ja, miłościwa pani, byłem przy tym,
Powiem więc wszystko, jak się wydarzyło;
Cóż bo ukrywać, by potem na kłamcę
Wyjść? Przecie prawda zawsze fałsz przemoże.
Ja tedy wiodłem twojego małżonka
Na ten pagórek, gdzie biedne leżało,
Przez psy podarte, ciało Polinika.
Wnet do Hekaty zanieśliśmy modły
I do Plutona, by gniew ich złagodzić;
Obmywszy potem ciało w świętej wodzie,
Palimy szczątki na stosie z gałęzi
I grób z ojczystej sypiemy im ziemi.
To uczyniwszy, zaraz do kamiennej
Ślubno–grobowej łożnicy dziewczyny
Śpieszymy. Z dala ktoś jęki usłyszał
Od strony lochu, co za grób miał służyć,
Choć nie święciły go żadne obrzędy,
Wraz więc donosi panu, co zasłyszał.
Tego dochodzą zaś, kiedy się zbliżył,
Łkania żałosne, a pierś mu wybucha
Głosem rozpaczy: "O, ja nieszczęśliwy!
Czym odgadł prawdę? Czyż nie kroczę teraz
Drogą największej w żywocie mym klęski?
Syna wołanie mnie mrozi. O słudzy,
Śpieszcie wy naprzód, zbliżcie się do grobu
I przez szczelinę głazem zawaloną
Głosy ja słyszę, czy bogi mnie durzą".
Posłuszni woli zwątpiałego pana
Idziem na zwiady, a w grobowcu głębi
Dojrzym wnet dziewkę, wiszącą za gardło,
Ściśnięte węzłem muślinowej chusty,
Podczas gdy młodzian uchwycił ją wpoły,
Boleśnie jęcząc nad szczęścia utratą,
Nad czynem ojca, nieszczęsnymi śluby.
Kreon, zoczywszy to, ciężko zajęknął,
Rzuca się naprzód i wśród łkania woła
"O ty nieszczęsny! Cóżeś ty uczynił!
Czy szał cię jaki opętał złowrogi?
Wychodź, o synu, błagalnie cię proszę!"
Lecz syn na niego dzikim łysnął wzrokiem
I twarz przekrzywił, a słowa nie rzekłszy
Ima się miecza: wraz ojciec ucieczką
Uszedł zamachu; natenczas nieszczęsny
W gniewie na siebie nad ostrzem się schyla
I miecz w bok wraża; lecz jeszcze w konaniu
Drętwym ramieniem do zmarłej się tuli,
A z ust dyszących wytryska mu struga
Krwawa na blade kochanki policzki.

Eurydyka wbiega do pałacu

Trup dziś przy trupie, osiągnął on śluby,
W domu Hadesa złożony przy lubej.
Nieszczęściem dowiódł, że wśród ludzi tłumu
Największe klęski płyną z nierozumu.

Przodownik Chóru

A cóż stąd wróżysz, że znikła niewiasta,
Nie rzekłszy złego lub dobrego słowa?

Posłaniec

I ja się dziwię, lecz żywię nadzieję,
Że posłyszawszy o ciosie, nie chciała
Żałości swojej pospólstwu okazać,
Lecz się cofnęła do wnętrza domostwa,
By wśród sług wiernych wylewać łzy gorzkie.
Toć jej rozwaga nie dopuści błędu.

Przodownik Chóru

Nic nie wiem, ale milczenie uporne,
Jak i zbyt głośne jęki, zło mi wróżą.

Posłaniec

Wnet się dowiemy, czy w głębiach rozpaczy
Nie kryje ona tajnego zamysłu.
Idźmy do domu, bo dobrze ty mówisz
Nadmierna cisza jest głosem złowrogim.

Odchodzi do pałacu. Wchodzi Kreon, dźwigając ciało syna, za nim słudzy.
Przodownik Chóru

Lecz otóż książę tu właśnie nadchodzi;
O! znak wymowny ujął on ramiony,
Nie cudzej zbrodni, jeśli rzec się godzi,

Kreon

Klnę moich myśli śmierciodajne winy,
Co zatwardziły mi serce!
Widzicie teraz wśród jednej rodziny
Ofiary, ofiar mordercę.
Słowo dziś moje me czyny przeklina
W samym, o! życia rozkwicie
Przedwczesne losy porwały mi syna,
Mój obłęd zmiażdżył to życie.

Przodownik Chóru

Późno się zdajesz poznawać, co słuszne.

Kreon

Biada mi!
Przejrzałem biedny: jakiś bóg złowrogi
Zwalił na głowę mą brzemię,
Na szału popchnął mnie drogi,
Szczęście mi zdeptał, wbił w ziemię.
O biada! Do zguby
Wiodą śmiertelnych rachuby.

Z pałacu wychodzi Posłaniec

Posłaniec

Panie! ty nieszczęść masz wielkie zasoby,
Bo jedne dźwigasz w twych rękach nieszczęsnych,
A drugie ujrzysz niebawem w twym domu.

Kreon

Czyż ja nie na dnie już nieszczęścia głębi?

Posłaniec

Nie masz już żony; syna twego matka
Właśnie na swoje targnęła się życie.

Kreon

Nieubłagana przystani, hadesie,
Gdzież koniec moich boleści?
O! znowu nowe ten niesie
Godzące w serce mi wieści.
W męża, co legł już, wtórym godzisz ciosem,
Złowrogim słowem i głosem.
Biada! Nieszczęście z nieszczęścia się sączy,
Z synem śmierć żonę mi łączy.

Przodownik Chóru

Widzieć to możesz, dom stoi otworem.

Kreon

Złe się jak burza nade mną zerwało,
Nie widzę końca mej męce;
Syna zmarłego dźwigałem ja w ręce,
A teraz żony martwe widzę ciało,
O, biada! matczyna
Rozpacz dognała już syna.
Zranionej ciężko nocą zaszły oczy,
U stóp ołtarza zajękła nad zgonem
Niegdyś chwalebnym syna Megareusa
I nad Haimonem, a wreszcie przekleństwa
Tobie rzuciła ciężkie, dzieciobójcy.

Kreon

Groza mną trzęsie. Przecz mieczem nikt w łono
Ciosu mi śmierci nie zada?
O, ja nieszczęsny! O biada mi, biada!
W toń nieszczęść sunę spienioną.

Posłaniec

W konaniu jeszcze za te wszystkie zgony
Na twoją głowę miotała przekleństwa.

Kreon

Jakimże ona skończyła sposobem?

Posłaniec

Żelazo w własnej utopiła piersi,
Słysząc o syna opłakanym końcu.

Kreon

O biada! Win mi nie ujmie nikt inny,
Nie ujmie męki ni kaźni!
Ja bo nieszczęsny, ja twej śmierci winny.
Nuże o słudzy, wiedźcie mnie co raźniej,
Nie mierżę, ja, co mniej jestem jak niczym!

Przodownik Chóru

Zysku ty szukasz, jestli zysk w nieszczęściu.
Bo lżejsza klęska, co nie gnębi długo.

Kreon

Błogosławiony dzień ów, który nędzy
Kres już ostatni położy.
Przybądź, o przybądź co prędzej,
Niechbym nie ujrzał jutrzejszej już zorzy!

Przodownik Chóru

To rzecz przyszłości, dla obecnej chwili
Trza działać; tamto obmyślić – rzecz bogów.

Kreon

Wszystkie pragnienia w tym jednym zawarłem.

Przodownik Chóru

O nic nie błagaj, bo próżne marzenia,
By człowiek uszedł swego przeznaczenia.

Kreon

Wiedźcie mnie, sługi, uchodźcie stąd ze mną,
Mnie, który syna zabiłem wbrew woli
I tamtą. Biada! Aż w oczach mi ciemno.
Dokąd się zwrócić, gdzie spojrzeć w niedoli?
Wszystko mi łamie się w ręku,

Chór

Nad szczęścia błysk, co złudą mar,
Najwyższy skarb – rozumu dar.
A wyzwie ten niechybny sąd,
Kto bogów lży i wali rząd.
I ześlą oni swą zemstę i kary
Na pychę słowa w człowieku,
I w klęsk odmęcie – rozumu i miary
W późnym nauczą go wieku.

Párodos - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Chór

O słońca grocie, coś jasno znów Tebom
Błysnął po trudach i znoju,
I w Dirki nurzasz się zdroju.
Witaj! Tyś sprawił, że wrogów mych krocie
W dzikim pierzchnęły odwrocie.
Bo Polinika gniewny spór
Krwawy zażegł w ziemi bój.
Z chrzęstem zapadł, z szumem piór
Śnieżnych orłów lotny rój
I zbroice liczne błysły,
I z szyszaków pióra trysły.
I wróg już wieńcem dzid groźnych otoczył
Siedmiu bram miasta gardziele,
Lecz pierzchł, nim w mojej krwi strugach się zbroczył,
Zanim Hefajstos ognisty w popiele
Pogrążył mury, bo z tyłu nawałem
Runął na smoka Ares z wojny szałem.
Bo Zeus nie cierpi dumnych głów,
A widząc ich wyniosły lot
I złota chrzęst, i pychę słów;
Wypuścił swój piorunny grot
I w zwycięstwa samym progu
Skarcił butę w dumnym wrogu.
A ugodzony wznak na ziemię runie
Ten, który w namiętnym gniewie
Miasto pogrzebać chciał w ognia całunie
Legł on od Zeusa gromu powalony;
Innym znów Ares inne znaczy zgony.
Bo siedmiu – siedmiu strzegło wrót,
Na męża mąż wymierzył dłoń;
Dziś w stosach lśni za zwycięstw trud
Ku Zeusa czci pobitych broń.
Ale przy jednej miasta bramie
Nie błyszczy żaden chwały łup,
Gdzie brat na brata podniósł ramię,
Tam obok trupa poległ trup.
Więc teraz Nike, czci syta i sławy,
Zwraca ku Tebom radosne swe oczy.
Po twardym znoju i po walce krwawej
Rzezi wspomnienie niech serca nie mroczy
Idźmy do świątyń, a niechaj na przodzie
Teb skoczny Bakchos korowody wiedzie.

Przodownik Chóru

Lecz otóż widzę, jak do nas tu zdąża
Kreon, co ziemią tą włada;
Nowy bóstw wyrok go w myślach pogrąża,
Ważne on plany waży i układa.
Widno, że zbadać chciałby nasze zdanie,
Skoro tu starców wezwał na zebranie.

Wchodzi Kreon

Prólogos - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Antygona

O ukochana siostro ma, Ismeno!
Czy ty nie widzisz, że z klęsk Edypowych
Żadnej za życia los nam nie oszczędza?
Bo nie ma cierpień i nie ma ohydy,
Nie ma niesławy i hańby, które by
Nas spośród nieszczęść pasma nie dotknęły.
Cóż bo za rozkaz znów obwieścił miastu
Ten, który teraz władzę w ręku dzierży?
Czyś zasłyszała? Czy uszło twej wiedzy,

Ismena

O Antygono; żadna wieść nie doszła
Do mnie, ni słodka, ni goryczy pełna,
Od dnia, gdy braci straciliśmy obu,
W bratnim zabitych razem pojedynku.
Odkąd tej nocy odeszły Argiwów
Hufce, niczego więcej nie zaznałam
Ni ku pociesze, ni ku większej trosce.

Antygona

Lecz mnie wieść doszła, i dlatego z domu
Cię wywołałam, by rzecz ci powierzyć.

Ismena

Cóż to? Ty jakieś ciężkie ważysz słowa.

Antygona

O tak! Czyż nie wiesz, że z poległych braci
Kreon jednemu wręcz odmówił grobu?
Że Eteokla, jak czynić przystoi,
Pogrzebał w ziemi wśród umarłych rzeszy,
A zaś obwieścił, aby Polinika
Nieszczęsne zwłoki bez czci pozostały,
By nikt ich płakać, nikt grześć się nie ważył;
Mają więc leżeć bez łez i bez grobu,
Na pastwę ptakom żarłocznym i strawę.
Słychać, że Kreon czci godny dla ciebie,
Co mówię, dla mnie też wydał ten ukaz
Co go nie znają, nie na wiatr zaiste
Rzecz tę stanowiąc, lecz grożąc zarazem
Kamienowaniem ukazu przestępcom,
Tak się ma sprawa; teraz wraz ukażesz,
Czyś godną rodu, czy wyrodną córą.

Ismena

Gdy taka dola, to cóż, o nieszczęsna,
Prując czy snując bym mogła tu przydać?

Antygona

Patrz, byś wspomogła i poparła siostrę.

Ismena

W jakimże dziele? Dokąd myśl twa mierzy?

Antygona

Ze mną masz zwłoki opatrzyć braterskie.

Ismena

Więc ty zamierzasz grzebać wbrew ukazom?

Antygona

Tak, brata mego, a dodam... i twego;
Bo wiarołomstwem nie myślę się kalać.

Ismena

Niczym dla ciebie więc zakaz Kreona?

Antygona

Niczym, on nie ma nad moimi prawa.

Ismena

Biada! O rozważ, siostro, jak nam ojciec
Zginął wśród sromu i pośród niesławy,
Kiedy się jemu błędy ujawniły,
A on się targnął na własne swe oczy;
Żona i matka – dwuznaczne to miano –
Splecionym węzłem swe życie ukróca;
Wreszcie i bracia przy jednym dnia słońcu
Godzą na siebie i morderczą ręką
Jeden drugiemu śmierć srogą zadaje.
Zważ więc, że teraz i my pozostałe
Zginiemy marnie, jeżeli wbrew prawu
Złamiemy wolę i rozkaz tyrana.
Baczyć to trzeba, że my przecie słabe,
Do walk z mężczyzną niezdolne niewiasty;
Że nam ulegać silniejszym należy,
Tych słuchać, nawet i sroższych rozkazów.
Ja więc, błagając o wyrozumienie
Zmarłych, że muszę tak ulec przemocy,
Posłuszna będę władcom tego świata,
Bo próżny opór urąga rozwadze.

Antygona

Ja ci nie każę niczego, ni choćbyś
Pomóc mi chciała, wdzięcznem by mi było,
Lecz stój przy twojej myśli, a ja brata
Pogrzebię sama, potem zginę z chlubą.
Po świętej zbrodni. A dłużej mi zmarłym
Miłą być trzeba niż ziemi mieszkańcom,
Bo tam zostanę na wieki; tymczasem
Ty tu znieważaj święte prawa bogów.

Ismena

Ja nie znieważam ich, nie będąc w mocy
Działać na przekór stanowieniom władców.

Antygona

Rób po twej myśli; ja zaś wnet podążę,
By kochanemu bratu grób usypać.

Ismena

O ty nieszczęsna! Serce drży o ciebie.

Antygona

Nie troszcz się o mnie; nad twoim radź losem.

Ismena

Ale nie zdradzaj twej myśli nikomu,
Kryj twe zamiary, ja też je zataję.

Antygona

O nie! Mów głośno, bo ciężkie ty kaźnie
Ściągnąć byś mogła milczeniem na siebie.

Ismena

Z żarów twej duszy mroźne mieciesz słowa.

Antygona

Lecz miła jestem tym, o których stoję.

Ismena

Jeśli podołasz w trudnym mar pościgu

Antygona

Jak nie podołam, to zaniecham dzieła.

Ismena

Nie trza się z góry porywać na mary.

Antygona

Kiedy tak mówisz, wstręt budzisz w mym sercu
I słusznie zmierzisz się także zmarłemu.
Pozwól, bym ja wraz z moim zaślepieniem
Spojrzała w oczy grozie; bo ta groza
Chlubnej mi śmierci przenigdy nie wydrze.

Ismena

Jeśli tak mniemasz, idź, lecz wiedz zarazem,
Żeś nierozważna, choć miłym tyś miła.

Rozchodzą się. Wchodzi Chór

Stásimon I - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Chór

Siła jest dziwów, lecz nad wszystkie sięga
Dziwy człowieka potęga,
Bo on prze śmiało poza sine morze,
Gdy toń się wzdyma i kłębi,
I z roku na rok swym lemieszem porze
Matkę ziemicę do głębi.
Lotny ród ptaków i stepu zwierzęta,
I dzieci fali usidla on w pęta,
Wszystko rozumem zwycięży.
Dzikiego zwierza z gór ściągnie na błonie,
Krnąbrny kark tura i grzywiaste konie
Ujarzmi w swojej uprzęży.
Wynalazł mowę i myśli dał skrzydła,
I życie ujął w porządku prawidła,
Od mroźnych wichrów na deszcze i gromy
Zbudował sobie schroniska i domy,
Na wszystko z radą on gotów.
Lecz choćby śmiało patrzał w wiek daleki,
Choć ma na bóle i cierpienia leki,
Śmierci nie ujdzie on grotów.
A sił potęgę, które w duszy tleją,
Popchnie on zbrodni lub cnoty koleją;
Jeżeli prawa i bogów cześć wyzna,
To hołd mu odda ojczyzna;
A będzie jej wrogiem ten, który nie z bogiem
Na cześć i prawość się ciska;
Niechajby on sromu mi nie wniósł do domu,

Przodownik Chóru

Lecz jakiż widok uderza me oczy?
Czyż ja zdołałbym wbrew prawdzie zaprzeczyć,
Że to dzieweczka idzie Antygona?
O ty nieszczęsna, równie nieszczęsnego
Edypa córo !
Cóżże się stało? Czy cię na przestępstwie
Ukazu króla schwytano i teraz
Wskutek tej zbrodni prowadzą jak brankę?

Wchodzi Strażnik prowadząc Antygonę

Stásimon II - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Chór

Szczęśliwy, kogo w życiu klęski nie dosięgły!
Bo skoro bóg potrząśnie domowymi węgły,
Z jednego gromu cały szereg nieci,
Po ojcach godzi i w dzieci.
Tak jako fale na morzu się piętrzą,
Gdy wicher tracki do głębiny wpadnie
I ryje iły drzemiące gdzieś na dnie,
Aż brzeżne skały od burzy zajęczą –
Tak już od wieków w Labdakidów domy
Po dawnych gromach nowe godzą gromy.
Bóle minionych pokoleń
Nie niosą ulg i wyzwoleń.
I ledwie słońce promienie rozpostrze
Ponad ostatnią odnogą rodzeństwa,
A już bóstw krwawych podcina ją ostrze,
Obłęd i szału przeklęstwa.
O Zeusie, któż się z twą potęgą zmierzy?
Ciebie ni czasu odwieczne miesiące,
Ni sen nie zmoże wśród swoich obierzy.
Ty, co Olimpu szczyty jaśniejące
Przez wieki dzierżysz promienny,
Równy w swej sile, niezmienny.
Że nikt żywota nie przejdzie bez winy.
Nadzieja złudna, bo jednym da skrzydła,
Drugich omota w swe sidła;
Żądz lotnych wzbudzi w nich ognie,
Aż życie pióra te pognie.
A wieczną prawda, że w przystępie dumy
Mienią dobrymi ci nieprawe czyny,
Którym bóg zmieszał rozumy!
Nikt się na ziemi nie ustrzeże winy.

Przodownik Chóru

Lecz otóż Haimon, z twojego potomstwa
Wiekiem najmłodszy; widocznie boleje
Nad ciężkim losem swej umiłowanej
I po swym szczęściu łzy leje.

Wchodzi Haimon

Stásimon III - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Chór

Miłości, któż się wyrwie z twych obierzy!
Miłości, która runiesz na ofiary,
W gładkich dziew licach gdy rozniecisz czary
Kroczysz po morzu i wśród chat pasterzy,
Ni bóg nie ujdzie przed twoim nawałem,
Ani śmiertelny. Kim władasz, wre szałem.
Za twym podmuchem – do winy
Spory ty szerzysz wśród jednej rodziny.
Urok wystrzela zwycięsko spod powiek
Dziewicy, sięgnie i praw majestatu
Moc Afrodyty, co przewodzi światu.

Przodownik Chóru

A i ja nawet, chociaż wiernie służę,
Prawie się w duszy na ukazy burzę,
A boleść serce mi rani;
Bo straszny widok uderza me oczy
Do wszechchłonącej Antygona kroczy,
Ciemnej hadesu przystani.

Straż prowadzi Antygonę

Stásimon IV - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Chór

Tak i Danae jasnego dnia zorze
Zmienić musiała na loch w miedź obity,
W grobowej skryta komorze.
A przecież ród jej zapewniał zaszczyty
I Zeus deszcz złoty na łono jej roni.
Straszne przeznaczeń obierze!
Pieniądz ni siła, ni warowne wieże,
Ni morski żagiel przed nimi nie chroni.
Edonów króla Likurga też bucie,
Że hardym słowem na boga się miota,
Bakchos kamienne zgotował okucie,
Rozpoznał on tam za późno swe zbrodnie
I pożałował słów gniewu,
Chciał bo szał boski tłumić i pochodnie,
Urągał Muzom wśród śpiewu.
Gdzie z mórz strzelają kyanejskie progi,
Kraj Salmidesu, dla przybyszów wrogi,
Gdzie brzeg Bosforu bałwany roztrąca,
Tam widział Ares, jak dzikością wrąca
Żona Fineusa pasierby swe nęka.
Nie mieczem srogim wymierza im cięgi,
Lecz krwawą rękę zatapia w ócz kręgi,
Ostrzem je łupi czółenka.
Ujęci oni kamienną niewolą,
Płaczą nad matki i swoją niedolą.
Przecież jej przodki z Erechtydów rodu,
Ojcem Boreasz; pośród skał i głogów,
I burz pędziła dni swoje – od młodu,
Na chyżych koniach – prawe dziecię bogów.
Jednak choć w dali, i tu jej dosięga
Odwiecznej Moiry potęga.

Wchodzi Tyrezjasz

Stásimon V - ANTYGONA - SOFOKLES - TEKST UTWORU

Chór

Wieloimienny, coś z Kadmosa domu
Przysporzył chwały dziewczynie,
Synu ty Zeusa, pana burz i gromu!
W italskiej ziemi twoje imię słynie,
A i w Eleuzis, o synu Semeli,
Roje cię sławią czcicieli.
Bakchosie, w Tebach ty dzierżysz stolice,
Kędy Ismenos ciche wody toczy;
Szałem twym tchnące pląsają dziewice,
Pieniem rozbrzmiewa gród smoczy.
Widnyś ty w łunie jarzących kagańców,
Gdzie Parnas szczytem dwugłowym wystrzela,
Gdzie zdrój Kastalii i swawolnych tańców
Koryku nimfy zawodzą wesela.
W górach nysejskiej Eubei
W spowitej bluszczem mkniesz kniei,
Potem z tych brzegów, gdzie bujne winnice,
Zwrócisz swe kroki ku Tebom;
Pieśni cię chwały wiodą przez ulice
I brzmią radośnie ku niebom.
Gród ten nad wszystkie czcisz grody na świecie
Wraz z matką twoją ciężarną od gromu;
Kiedy więc brzemię nieszczęścia nas gniecie
Pełnego cierpień i sromu,
Przybądź z Parnasu ku naszej obronie
Lub przez wyjące mórz tonie.
Ty, co przodujesz wśród gwiazd korowodu,
Pieśniom przewodzisz wśród mroczy,
Zawitaj, synu Zeusowego rodu!
Niechaj cię zastęp naksyjskich otoczy
Tyjad, co w szale od zmierzchu do rana
Tańczą i w tobie czczą pana.

Wchodzi Posłaniec

ANTYGONA - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE - STRESZCZAJ SIĘ Z NAUKĄ

PROLOG
W prologu, czyli części otwierającej tragedię grecką dowiadujemy się o akcji utworu. Ma ona miejsce w Tebach, gdzie panuje Kreon.  Antygona skarży się swojej siostrze Ismenie na los ich rodu, na którym ciąży od kilku pokoleń fatum. Ismena informuje nas o nowym nieszczęściu jakie spotkało potomków Edypa. W bratobójczej wojnie zginęli bracia dziewczyn. Tragedia ta wydarzyła się w nocy podczas ataku Argwinów na Teby, którym dowodził Polinejkes. Zgodnie z grecką tradycją pochowany zostanie Eteokles walczący w obronie miasta. Kreon decyduje, iż Polinejkesowi , nie należy cię pochówek.  Ma to być oznaką  zhańbienia, sprofanowania zwłok Polinejkesa. Grecy wierzyli, że brak pogrzebu uniemożliwia zmarłemu dostanie się do Hadesu , a tym samym skazuje go na wieczną tułaczkę. Ktokolwiek złamie jego zakaz i pogrzebie zwłoki ma zostać ukamienowany.  Antygona wbrew władcy,  postanawia pochować brata i przedstawia swoje zamiary siostrze, licząc na jej pomoc. Ta jednak nie godzi się na to. Swoją decyzję argumentuje działaniem bezprawnym. Antygona postanawia samodzielnie  pochować Polinejkesa.


PARADOS
W Paradosie czyli pieśni chóru, przedstawione są minione wydarzenia. Chór informuje czytelnika o tym co miało miejsce, pełni również rolę doradców króla. Przedstawia walkę braci. Chwali zwycięstwo obrońców Teb oraz odwagę zmarłego Eteolesa. Przodownik chóru zapowiada przybycie Kreona.


EPEISODION I

Przemawia Kreon. Ma nadzieję, iż dzięki objęciu władzy przełamie pas nieszczęść ciążących nad miastem. Przedstawia siebie jako prawowitego następcę tronu. Informuje zgromadzonych, że jego rządy będą surowe, nieugięte. Zapewnia, iż sprawy państwa będzie przekładać nad prywatne interesy. Całe przemówienie ma formę przysięgi bogom oraz ludowi. Jego pierwszą decyzją jako nowego władcy jest zakaz chowania zwłok Polinejkesa. Prosi wszystkich o przestrzeganie jego prawa. W pewnej chwili przybywa strażnik. Jest wyraźnie podenerwowany.  Informuje on króla, że ciało Polinejkesa zostało przysypane garścią ziemi (zgodnie z tradycją Greków tyle wystarczyło, aby mu otworzyć drogę do Hadesu). Nie wiadomo kto sprzeciwił się zakazowi władcy, żaden strażnik nie widział przestępcy. Przodownik chóru przypuszcza, iż są za to odpowiedzialni Bogowie, gdyż każdemu należy się pochówek. Kreon wpada w gniew. Nie wierzy zarówno przodownikowi chóru jak i strażnikom. Posądza ich o przekupstwo oraz spisek przeciwko niemu. Każe rozpocząć śledztwo. Grozi strażnikom torturami i śmiercią jeżeli nie odnajdą winnego.


STASIMON I
Chór głosi pochwałę dla rozumu ludzkiego.  Wychwala człowieka jako najpotężniejszą z wszystkich istot, która włada pozostałymi.  Prezentuje w jaki sposób człowiek może wykorzystywać swój rozum.  Rozważa nad sensem istnienia człowieka we wszechświecie. Przodownik chóru obwieszcza przybycie Antygony. Informuje również o jej winie. Stara się zrozumieć i usprawiedliwić jej postawę.


EPEISODION II
Na scenie pojawia się strażnik wraz z Antygoną. Wskazuje ją jako winowajczynię oraz oskarża o złamanie nakazu Kreona. Opisuje mu całe zajście, mówi iż przyłapał Antygonę na gorącym uczynku, gdy grzebała zwłoki brata. Kreon chce poznać wszystkie szczegóły aby być pewnym co do winy dziewczyny. Dowody wydają się być jednak niepodważalne. Władca nie mogąc uwierzyć w słowa świadka, pyta wprost Antygonę, ta przyznaje się do winy. Rozpoczyna się przesłuchanie. Kobieta argumentuje swój czyn przestrzeganiem prawa boskiego. Uważa, iż nawet królowi nie wolno podważać boskich nakazów. Oskarżona twierdzi, że w szczególny sposób powinna być posłuszna bogom, gdyż jest to jej brat. Chór opisuje Antygonę jako niezłomną, przekorną, nieustępliwą osobę. Dziewczyna zarzuca królowi tyranię, traktuje go lekceważąca i pogardliwie, nie okazuje skruchy za popełnione przestępstwo. Kreon jest zaskoczony jej postawą, uważał, że jego rozkaz spotkał się z poparciem wśród ludu. Po chwili pojawia się Ismena. Król zakładając zmowę z Antygoną kieruje do niej słowa pełne żalu. W końcu Ismena przyznaje się do winy. Wywołuje to zdziwienie Antygony, która odrzuca jej pomoc. Chce całej sławy dla siebie. Publicznie wyszydza siostrę, kpi z jej uczuć oraz szczerych intencji towarzyszenia jej w niedoli. Kreon nie może zrozumieć zachowania Ismeny. Nie pojmuje dlaczego bierze winę na siebie skoro to nie ona zawiniła. Ismena prosi o łaskę dla siostry ze wzglądu na to, iż jest ona narzeczoną syna Kreona Hajmona. Niestety słowa te nie robią na władcy żadnego wrażenia. Stwierdza on, że nie zmieni wcześniej wydanego wyroku. Chce upokorzyć Antygonę, liczny na okazanie przez nią żalu w obliczu śmierci.


STASIMON II
Chór w swojej pieśni opisuje nieszczęścia jakich człowiek doświadcza w swoim życiu. Uważa, iż nie należy się rzucać w oczy bogom ponieważ to oni zsyłają na ludzi klęski. Rozprawiają nad fatum rodziny Labdakidów. Przodownik chóru zapowiada wejście na scenę syna Kreona - Hajmona.


EPEISODION III

Kreon rozmawia ze swoim synem. Ma nadzieję, że  zrozumie jego decyzję w konflikcie z Antygoną. Tłumaczy winę Antygony Hajmonowi, oraz argumentuje swoją decyzję o karze śmierci. Liczy na całkowite poparcie syna i wierność wobec rodziny. Hajmon zgadza się z koniecznością przestrzegania prawa. Nie ma również zastrzeżeń co do winy narzeczonej. Przedstawia jednak ojcu jak na sprawę Antygony patrzą mieszkańcy Teb. Jej wyczyn uważają za odważny, heroiczny, zacny, wrażliwy, godny podziwu. Dlatego też prosi Kreona aby ten rozpatrzył jej występek raz jeszcze. Hajmon uzyskuje również poparcie przodownika chóru. Sytuacja ta złości Kreona, który zaczyna krzyczeć, wypomina synowi małostkowość, oraz że jest przewrotnym synem. Z braku argumentów traktuje go jak dziecko. Hajmon jednak nie ma zamiaru ustąpić. Zarzuca ojcu tyranię, niesprawiedliwość, oraz że uważa państwo jako swoją własność. Wywołuje to kłótnię między ojcem i synem. Kiedy Kreon zaparcie tkwi w swoim wyroku Hajmon grozi, iż popełni samobójstwo jeżeli Antygona zginie. Władca jednak nie traktuje jego słów poważnie. Po chwili wzywa Antygonę, planuje wymierzyć jej sprawiedliwość na miejscu, aby w ten sposób upokorzyć syna oraz jego nadgorliwość. W pewnym momencie Kreon zmienia sposób wykonania kary. Zamiast ukamienowania rozkazuje zamknąć ją żywcem w grocie, oraz pozostawić jej trochę jedzenia. Swoją decyzję zmienił prawdopodobnie z obawy przed ludem oraz, zemstą Erynii za zabicie kogoś z rodziny.


STASIMON III

Chór śpiewa pieśń poświęconą spotkaniu Antygony i Hajmona, mimo iż do niego nie doszło. Chwali potęgę miłości, oraz więź łączącą narzeczonych. Opisuje wpływ tegoż uczucia na rozum człowieka. Przodownik chóru zapowiada Antygonę prowadzoną przez dwóch strażników do groty, w której zostanie żywcem zamurowana.


EPEISODION IV
Fragment ten ma formę pieśni pożegnalnej Antygony, która prowadzona jest na stracenie. W swoich słowa zwraca się zarówno do Bogów jak i Tebańczyków. Prosi o zrozumienie oraz wsparcie w ostatnich chwilach życia. Żałuje, iż nie było jej dane zakosztować szczęścia małżeńskiego. Ma poczucie bezsilności, bezradności. Jedynie serce Kreona pozostaje twarde i nieugięte, przyśpiesza strażników, którzy prowadzą winną.


STASIMON IV

W czwartej pieśni chór przytacza postacie, które spotkał podobny los do Antygony. Przedstawia zdarzenia zarówno historyczne jak i mitologiczne( historia Danae, historia Likurga, historia synów Fineusa). Na scenie pojawia się Tyrezjasz(Tejrezjasz).


EPEISODION V
Pojawienie się na scenie Tyrezjasza może wpłynąć na przebieg wydarzeń. Przedstawia on katastroficzną wizję gniewu Bogów, według której Hajmon zginie oraz Bogowie odwrócą się od mieszańców Teb. Winą za to obarcza Kreona.  Władca jednak nie ufa wieszczowi. Wierzy w słuszność swoich decyzji mimo przepowiedni Tyrezjasza. Posądza proroka o zmowę, oraz kierowanie się chęcią zysku. Dochodzi do kłótni Kreona ze starcem. Król prosi o radę starszyznę, ta doradza mu uwolnienie Antygony oraz pogrzebanie zwłok Polinejkesa. W końcu Kreon postanawia zmienić swoją decyzję.

STASIMON V
Chór zwraca się z prośba o pomoc do patrona Teb Dionizosa(Bakchusa). Ma nadzieję, że Bóg wspomoże miasto w tych trudnych chwilach.


EXODOS
Do pałacu Kreona przybiega posłaniec. Wygłasza przesłanie dotyczące losu ludzkiego, życia, śmierci oraz fatum. Następnie informuje zgromadzonych, iż Hajmon popełnił samobójstwo po kłótni z ojcem. Antygona aby uniknąć śmierci głodowej wiesza się w grocie. Kreon czuje się winny za los narzeczonych. Nazywa siebie mordercą. Posłaniec zapowiada kolejne nieszczęście - na wieść o śmierci syna Eurydyka przebija się mieczem. Pogrążony w żalu Kreon nie może pogodzić się z prawdą. Utwór kończy się pieśnią chóru który chwali potęgę rozumu. Ostrzega przed pychą, którą uważa za największą zgubę. Jako przykład pokazuje Kreona.


Paweł Szczęch

BALLADY I ROMANSE - ADAM MICKIEWICZ - ANALIZA I INTERPRETACJA

Spis Treści:

ROMANTYCZNOŚĆ - ADAM MICKIEWICZ - TREŚĆ BALLADY

Methinks, I see... where?
— In my mind's eyes.
Shakespeare

Zdaje mi się, że widzę... gdzie?
Przed oczyma duszy mojej.

Słuchaj, dzieweczko!
— Ona nie słucha —
To dzień biały! to miasteczko!
Przy tobie nie ma żywego ducha.
Co tam wkoło siebie chwytasz?
Kogo wołasz, z kim się witasz?
— Ona nie słucha. —
To jak martwa opoka
Nie zwróci w stronę oka,
To strzela wkoło oczyma,
To się łzami zaleje;
Coś niby chwyta, coś niby trzyma;
Rozpłacze się i zaśmieje.

“Tyżeś to w nocy? to ty, Jasieńku!
Ach! i po śmierci kocha!
Tutaj, tutaj, pomaleńku,
Czasem usłyszy macocha!
Niech sobie słyszy, już nie ma ciebie!
Już po twoim pogrzebie!
Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!

Czego się boję mego Jasieńka
Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!
Twoja biała sukienka!
I sam ty biały jak chusta,
Zimny, jakie zimne dłonie!
Tutaj połóż, tu na łonie,
Przyciśnij mnie, do ust usta!

Ach, jak tam zimno musi być w grobie!
Umarłeś! tak, dwa lata!
Weź mię, ja umrę przy tobie,
Nie lubię świata.
Źle mnie w złych ludzi tłumie,
Płaczę, a oni szydzą;
Mówię, nikt nie rozumie;
Widzę, oni nie widzą!

Śród dnia przyjdź kiedy... To może we śnie?
Nie, nie... trzymam ciebie w ręku.
Gdzie znikasz, gdzie, mój Jasieńku?
Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!
Mój Boże! kur się odzywa,
Zorza błyska w okienku,
Gdzie znikłeś? Ach! stój, Jasieńku!
Ja nieszczęśliwa”.

Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,
Bieży za nim, krzyczy, pada;
Na ten upadek, na głos boleści,
Skupia się ludzi gromada.
“Mówcie pacierze! — krzyczy prostota —
Tu jego dusza być musi.
Jasio być musi przy swej Karusi,
On ją kochał za żywota!”

I ja to słyszę, i ja tak wierzę,
Placzę i mówię pacierze.
“Słuchaj, dzieweczko!” — krzyknie śród zgiełku
Starzec i na lud zawoła —
“Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.
Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.

“Dziewczyna czuje — odpowiadam skromnie —
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”

BALLADYNA - STRESZCZENIE, CHARAKTERYSTYKA, OPRACOWANIE

Streszczenie

Rozmowa pana zamku Kirkora z Pustelnikiem w chacie nieopodal jeziora Gopło. Głównym powodem przybycia Kirkora była jego niepewność co do wyboru przyszłej małżonki. W toku rozmowy dowiaduje się od Pustelnika, że jest on byłym królem Popielem III, który został wyparty z tronu przez złego brata Popiela IV oraz jego wojska

Juliusz Słowacki

Balladyna

BALLADYNA - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE - STRESZCZAJ SIĘ Z NAUKĄ

AKT I

SCENA 1

Rozmowa pana zamku Kirkora z Pustelnikiem w chacie nieopodal jeziora Gopło. Głównym powodem przybycia Kirkora była jego niepewność co do wyboru przyszłej małżonki. W toku rozmowy dowiaduje się od Pustelnika, że jest on byłym królem Popielem III, który został wyparty z tronu przez złego brata Popiela IV oraz jego wojska. Podczas najazdu zginęła trójka dzieci Pustelnika, po czym zdecydował się na życie samotnika w chacie nad jeziorem. Za panowania Popiela IV w kraju panował głód i prześladowanie. Przyczyną tego była korona ukryta przez Pustelnika. Zakopał ją w lesie, nie chcąc, aby trafiła w złe ręce jego brata. Korona była rzeczą niezwykłą, gdyż została ofiarowana Popielowi III przez jednego z trzech króli, wracającego z Betlejem. Szedł on kierując się wskazaniami gwiazdy i zabłądziwszy w zbożu trafił do królewskiej chaty Popiela III. Król Popiel zaproponował Scycie (jednemu z 3 króli), aby rządził razem z nim. Scyta przyjął propozycje, jednak nie chciał w zamian żadnej ziemi. W dowód uznania dla Popiela III, Scyta ofiarował mu koronę, przy której przebywał sam Jezus Chrystus. Kirkor natychmiast zobowiązał się wysłać wojska do Gniezna, aby odbić kraj z rąk Popiela IV. Na koniec Pustelnik poradził Kirkorowi, aby wziął za żonę zwykłą prostą dziewczynę, gdyż z taką będzie najszczęśliwszy.
Do chaty Pustelnika przychodzi Filon, który opowiada, że nie może znaleźć dla siebie kobiety, ponieważ wszystkie są takie podobne i zwykłe. Pustelnik poucza Filona, aby przestał szukać księżniczki i się ustatkował. Ten uważając, że starzec bredzi opuszcza chatkę.

SCENA 2

Nad jeziorem Gopło spotykają się Skierka i Chochlik. Narzekają na swoją królowa Goplanę, że są przez nią wykorzystywane. Wtem z jeziora wynurza się piękna, złotowłosa nimfa Goplana. Opowiada Skierce, że zakochała się w człowieku, Grabcu. Ostatniej zimy wpadł on do przerębli, a Goplana leżąca na dnie jeziora pomogła mu wydostać się na brzeg. Chciała zachować go dla siebie, jednak gdyby mu nie pomogła to by się utopił.
W okolicy jeziora zjawia się Grabiec. Goplana oznajmia mu, że go kocha, jednak Piękny młodzieniec niespecjalnie jest zainteresowany związkiem z nimfą. Mówi, że nie lubi wody, ani malin po to, aby jak najszybciej zbyć Goplane. Gdy to nie pomaga, stwierdza, że jest już zakochany w innej kobiecie, Balladynie.
Goplana rozkazuje Chochlikowi, aby poszedł za Grabcem i dopilnował, aby nie trafił dziś do domu Balladyny. Skierce natomiast nakazuje złamać mostek, którym będzie przejeżdżał Kirkor oraz dopilnować, aby trafił do chatki w której mieszka Balladyna.

SCENA 3

Dwie siostry Alina i Balladyna rozmawiają z matką wdową na temat swojego zamążpójścia. Marzą o tym, aby poślubić księcia.
W tym momencie do chaty puka Kirkor zwabiony przez Skierke na życzenie Goplany. Od razu zakochuje się w obu kobietach i długo zastanawia się nad wyborem jednej z nich. W tym momencie Skierka, nie wiedząc w której dziewczynie kazała mu Goplana rozkochać Kirkora, podpowiada wdowie, że za mąż powinna wyjść ta, która nazbiera więcej malin. Kirkor przystaje na tą propozycję.
Alina, która zazwyczaj zbiera więcej malin od swej siostry, przestrzega ją, aby zastanowiła się, czy chce zostawić swojego ukochanego Grabca dla Kirkora, gdyż ona na jej miejscu by tego nie zrobiła.

AKT II

SCENA 1

Chochlik przyprowadza do Goplany pijanego Grabca i informuje ją, że nie udało mu się zapowiedz spotkania Grabca z Balladyną. Goplana nie mając innego wyjścia zamienia swego ukochanego Grabca w płaczącą wierzbę. Nieopodal drzewa rozgrywa się straszna scena. Balladyna zabija swą siostrę Alinę, ponieważ zdołała ona uzbierać więcej malin. Alina kona na oczach zaklętego Grabca. Na czole Balladyny powstaje krwawe znamię.
Ciało zmarłej Aliny znalazł Filon. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i rozpaczał, że jego ukochana nie żyje. Zerwał na pamiątkę listek z wierzby pod która zmarła. Po chwili nadszedł Pustelnik, po czym obaj zanieśli zmarłą do chaty.
Goplana naśladując Alinę robi wyrzuty Balladynie. Na koniec rozmowy daje jej dzbanek z malinami i karze jej iść do swego domu.

SCENA 2

Kirkor i Wdowa po długich oczekiwaniach dostrzegają w oddali Balladynę niosącą dzbanek z malinami. Dowiadują się od niej, że Alina uciekła z jakimś młokosem. Po niedługim czasie dochodzi do ślubu, przed którym matka próbuje zetrzeć krwawe znamię z czoła córki. Jest to jednak piętno, z którym będzie musiała żyć aż do śmierci.

AKT III

SCENA 1

Pod palącą się chatą wdowy zbierają się ludzie i rozmawiają o zamążpójściu Balladyny. Część kobiet chce wyprawić się na dwór w odwiedziny, jednak niektóre uważają, iż żona Kirkora wstydzi się ich i dlatego kazała spalić swoją dawną chatę. Do tłumu podchodzi Grabiec, który nie był na ślubie swej dawnej ukochanej. Opowiada wszystkim, że został zamieniony w wierzbę, jednak nikt mu nie wierzy myśląc, że jest pijany.

SCENA 2

Kirkor powiadamia swą żonę o trzydniowym wyjeździe na wojnę. Balladyna poznaje Kostryna, dowódcę warty zamkowej. Nie pozwala wpuścić do zamku przyjaciółek swojej matki ze wsi, a jej samej każe iść na wieżę. Przy kolejnym spotkaniu nakazuje Kostrynowi zamknąć matkę w komnacie. Dowiaduje się też, że do zamku chciał wejść Grabiec, lecz go nie wpuszczono.

SCENA 3

Przed wyjazdem na wojnę Kirkor spotyka się z Pustelnikiem, Ten proponuje mu, aby wysłał swej młodej żonie skrzynię i nakazał, aby nie otwierała jej aż do swego powrotu. Miał być to test lojalności. Kirkor tak też uczynnił.
Po chwili do chaty wchodzi Filon ciekawy stanu zdrowia Aliny. Otrzymuje niestety złą wiadomość, Alina nie żyje i została pochowana w mogile.
Do chaty przychodzi Balladyna chcąc znaleźć sposób na wyleczenie swej rany na czole. Pustelnik jednak skojarzył ze sobą fakty i odkrył tajemnicę. Alina została zabita przez siostrę. Starzec mówi, że Alina powstanie z martwych, gdy Balladyna ją zawoła i wtedy rana zniknie. Zła siostra woli jednak żyć z piętnem mordercy.

SCENA 4

Grabiec spotyka się z Goplaną. Ta na jego własne życzenie zamienia go w dzwonkowego karcianego króla. Grabiec otrzymał szaty królewskie, berło oraz prawdziwą koronę Popielów, którą znaleźli Skierka z Chochlikiem. Karciany król wraz z dwoma gnomami jedzie na dwór Kirkora.

SCENA 5

Kostryn podsłuchał rozmowę Balladyny z Pustelnikiem i zna jej największa tajemnicę. Do zamku przybył Gralon, wysłannik Kirkora. Przywiózł skrzynię dla żony króla, wraz z nakazem, aby jej nie otwierała. Balladyna dowiaduję się także, że Kirkok zatrzymał się u Pustelnika przed wyjazdem. Spanikowana wyciągnęła miecz i przy współudziale Kostryna zabiła Gralona.

AKT IV

SCENA 1

Na uczcie w zamku Balladyny zjawia się Grabiec przebrany za króla. Podczas przyjęcia do sali wchodzi Wdowa, której udało się przedrzeć przez straż. Oskarża córkę, że trzyma ją w klatce i głodzi. Balladyna jednak nie przejmując się tym każe wyprowadzić kobietę, mówiąc, że jest obłąkana.
Do sali wszedł Goniec z informacją, że Kirkor zabił króla Popiela IV. Z powodu burzy jego przyjazd opóźni się jednak, gdyż postanowił schronić się w chacie Pustelnika. Kirkor ogłosił bezkrólewie, a nowym władcą zostanie ten, kto posiada prawdziwą koronę Popielów. Nie wiedział jednak wtedy, że korona znajduje się w rękach Grabca.
Chochlik zaczyna śpiewać pieśń o malinach i morderstwie Balladyny. Ona sama sprawia wrażenie obłąkanej, do tego ukazuje się jej zmarła Alina, po czym mdleje.

SCENA 2

Kirkor informuje Pustelnika o zamiarze ogłoszenia w Gnieźnie, iż nowym królem zostanie ten, kto posiada korone Popielów. Do Pustelnika przybywa Wdowa. Próbowała powiesić się na gałęzi jednak ta urwała się. Opowiada o wyrodnej córce, nie szanującej swojej matki. Wdowa oślepła błąkając się po lesie. Pustelnik obiecał jej, że ukarze córkę ja tylko ponownie zasiądzie na tronie.

SCENA 3

Chochlik i Skierka rozmawiają ze sobą, a ich rozmowę przerywa wejście Balladyny, wyglądającej jak biała mara.

SCENA 4

Balladyna z nożem w ręku udaję się na wieżę, aby zabić Grabca i przejąć koronę Lecha.

SCENA 5

Kostryn, który również chciał zabić Grabca spotyka Balladynę w drodze na wieżę. Ta jednak zapomniała wziąć ze sobą korony. Wraca po nią, jednak jej przeszukiwania pokoju okazują się bezskuteczne. Jest w strasznym stanie, wszędzie widzi krew. Kostryn widząc obłąkanie Balladyny sam udaje się do komnaty i wraca z koroną. Oboje planują zatuszowanie śladów. Balladyna zleca zabicie Pustelnika, aby nie mógł włożyć swojej korony i stawić się na zamku. Dowiadujemy się także, iż Balladyna jest w ciąży.

AKT V

SCENA 1

Goplana, wiedząc, że jej działania doprowadziły już do zbyt wielu zbrodni, odlatuje z kluczem żurawi, opuszczając rozpaczających Skierkę i Chochlika.

SCENA 2

Kirkor stacjonujący pod murami Gniezna otrzymuje wiadomość od gońca, iż Pustelnik po którego posłał, nie żyje. Został powieszony na gałęzi obok swojej chatki. Rozwścieczony Kirkor daje sygnał do ataku.

SCENA 3

Balladyna i Kostryn również przygotowują się do walki. Przekupują dwustu rycerzy Kirkora, co przechyla szalę zwycięstwa na ich stronę. Dzielny Kirkor pada ofiarą Kostryna. Balladyna odnosi zwycięstwo w walce. Nowi władcy zostają godnie przywitani na nowym dworze przez mieszkańców. Balladyna, która nie chciała się dzielić władzą postanowiła otruć Kostryna podając mu chleb z trucizną.

SCENA 4

Balladyna została wybrana na nową królową, a Kostryn padł otruty, ku uciesze władczyni, która zabiła kolejną osobę, stojącą na jej drodze do bogactwa. Nad zamek nadciągnęły czarne chmury.
Wedle prawa Balladyna miała osądzić zbrodniarzy przyprowadzonych przed jej oblicze. Nie mając wyboru trzy razy skazała samą siebie na karę śmierci. Na początku wydała wyrok na osobę, która otruła Kostryna. Kolejno przed Balladyną stanął Filon, domagając się kary dla osoby, która zabiła Alinę. Na koniec przed oblicze królowej przybyła Wdowa, dowiedziawszy się jednak jaka kara grozi, za wygnanie matki, nie zdecydowała się zdradzić imienia swej córki. Została poddana torturom, na których zmarła. Balladyna sama wydała na siebie wyrok i umarła rażona piorunem.

Dariusz Trala


BALLADYNA - TREŚĆ DRAMATU

Balladyna
Juliusz Słowacki
¤ ¤ ¤ ¤
SPIS TREŚCI:

BALLADYNA - AKT I

Scena I - Scena II - Scena III

Scena I

Las blisko jeziora Gopła – chata Pustelnika ustrojona kwiatami i bluszczem. – Kirkor wchodzi w karaceńskiej zbroi, bogato ubrany, z orlimi skrzydłami...

KIRKOR
sam

Rady zasięgnąć warto u człowieka,
Który się kryje w tej zaciszy leśnej;
Pobożny starzec – ma jednak w rozumie
Nieco szaleństwa: ilekroć mu prawisz
O zamkach, królach, o królewskich dworach,
To jak szalony od rozumu błądzi,
Miota przekleństwa, pieni się, narzeka;
Musiał od królów doznać wiele złego,
I z owąd został przyjacielem gminu.
Stuka do celi.
Puk! puk! puk!

GŁOS Z CELI

Kto tam?

KIRKOR

Kirkor.

PUSTELNIK
wychodząc z celi

Witaj, synu...
Czego chcesz?

KIRKOR

Rady.

PUSTELNIK

Zostań pustelnikiem.

KIRKOR

Gdybym podstarzał dziesiątym krzyżykiem,
Może bym w smutne schronił się dąbrowy;
Ale ja młody, pan czterowieżowy,
Przemyślałem dzisiaj, jak by się ożenić...
Poradź mi, starcze!

PUSTELNIK

Lat dwadzieścia z górą
Jak żyję w puszczy...

KIRKOR

Cóż stąd?

PUSTELNIK

Więc ocenić
Ludzi nie mogę – ani wskazać, którą
Weźmiesz dziewicę.

KIRKOR

Te, co rozkwitały
Z dzieciństwa pączków, gdyś ty żył na świecie,
Są dziś pannami... czerwony li biały
Pączek na róży, taka będzie róża...
Przypomnij niegdyś najpiękniejsze dziecię,
Białą, jak w ręku anielskiego stróża
Kwiat lilijowy – niech jej słowik śpiewny
Zazdrości głosu, a synogarlica
Wiernością zrówna... gdzie taka dziewica,
Wskaż mi, o starcze! Mówią, że królewny
Słyną wdziękami?

PUSTELNIK

Nieba! Ród to węża.
Żona zbrodniami podobna do męża,
Córki do ojca, a do matek syny.
Jak w jednym gnieździe skłębione gadziny.
O! Bogdaj piorun!...

KIRKOR

Nie przeklinaj.

PUSTELNIK

Młody,
Przeklinaj ze mną – oni klątwy warci.
Bogdaj doznali, co pomor i głody!
Bogdaj piorunem na poły pożarci,
Padając w ziemi paszczą rozdziawioną,
Proch mieli płaszczem, a węża koroną.
Bogdaj! – Klnąc zbójcę potargałem siły,
Wściekłem się jako brytan uwiązany.
Bo też ja kiedyś byłem pan nad pany,
Stutysięcznemu narodowi miły,
Żyłem w purpurze, dziś noszę łachmany;
Muszę przeklinać. Miałem dziatek troje,
Nocą do komnat weszli brata zboje,
Różyczki moje trzy z łodygi ścięto!
Dziecinki moje w kołyskach zarżnięto!
Aniołki moje!... wszystkie moje dzieci!

KIRKOR

Któż jesteś, starcze?

PUSTELNIK

Ja... Król Popiel trzeci...

KIRKOR
schyla kolano

Królu mój!

PUSTELNIK

Któż mię z żebraki rozezna?...

KIRKOR

Uzbrajam chamy i lecę do Gnezna
Mścić się za ciebie...

PUSTELNIK

Młodzieńcze, rozwagi!

KIRKOR

Bezprawie gorzej od Mojżesza plagi
Kala tę ziemię i prędzej się szerzy;
Popiel, skalany dzieci krwią niewinną,
Niegodny rządzić tłumowi rycerzy.
Niech więc się stanie, co się stać powinno,
Pod okiem Boga, na tej biednej ziemi.

PUSTELNIK

Czy ty skrzydłami anioła złotemi
Z nieba zleciałeś?

KIRKOR

Na barkach orlicy
Para tych białych skrzydeł wyrastała;
Gdy na rycerskiej są naramiennicy,
Będzież-li rycerz mniej niż owa biała
Ptaszyna ludziom użyteczny? – ma-li
Gadom przepuszczać rycerz uskrzydlony
Orła piórami?

PUSTELNIK

O mężu ze stali!
Ty jesteś z owych, którzy walą trony.

KIRKOR

Ty wiesz, jak nasza ziemia wszeteczeństwem
Króla skalana. Wiesz, jak Popiel krwawy
Pastwi się coraz nowym okrucieństwem...
Zaczerwienione krwią widziałem stawy:
Król żywi karpie ciałem niewolników.
Nieraz wybiera dziesiątego z szyków
I tnąc w kawały ulubionym rybom
Na żer wyrzuca; resztę ciał wymiata
Na dworskie pola i czerwonym skibom
Ziarno powierza. Sąsiad ziemię kata
Na pośmiewisko zwie Rusią Czerwoną.
Dotąd żyjącym pod Lecha koroną
Bóg dawał żniwo szczęścia niezasiane,
Lud żył szczęśliwy; dzisiaj niesłychane
Pomory, głody sypie Boża ręka.
Ziemia upałem wysuszona pęka;
Wiosenne runa złocą się, nim ziarno
Czoła pochyli, a wieśniacy garną
Sierpami próżne tylko włosy żyta.
Ta sama Polska, niegdyś tak obfita,
Staje się co rok szarańczy spichlerzem;
Niegdyś tak bitna, dziś bladym rycerzem
Z głodami walczy i z widmem zarazy.

PUSTELNIK

Ach, jam przeklęty! przeklęty! trzy razy
Przeklęty! winien jestem nieszczęść ludu.

KIRKOR

Jako, tyś winien?...

PUSTELNIK

Z rozlicznego cudu
Korona Lecha sławą niegdyś była,
W niej szczęścia ludu, w niej krainy siła
Cudem zamknięta... oto ja, wygnany,
Lud pozbawiłem korony.

KIRKOR

Starcze?...

PUSTELNIK

Korona brata mego jak liczmany
Fałszywa... moja pod spróchniałe karcze
Lasu wkopana... miałem ją do grobu
Ponieść za sobą.

KIRKOR

Skądże tej koronie
Cudowna władza?

PUSTELNIK

Ku ojczystej stronie
Wracali niegdyś od Betlejem żłobu
Święci królowie – dwóch Magów i Scyta.
Ów król północny zaszedł w nasze żyta,
Zabłądził w zbożu jak w lesie – bo zboże
Rosło wysokie jak las w kraju Lecha;
Więc zbłądziwszy rzekł: "Wyprowadź, Boże!"
Aż oto przed nim odkrywa się strzecha
Królewskiej chaty – bo Lech mięszkał w chacie. –
Wszedł do niej Scyta i rzekł: "Królu! bracie!
Idę z Betlejem, a gwiazda błękitna
Twoich bławatków ciągle szła przede mną,
Aż tu zawiodła". – Lech rzekł: "Zostań ze mną!
Kraina moja szczęśliwa i bitna,
Jeśli chcesz, to się tą ziemicą z tobą
Dzielę na poły". – Scyta rzekł: "Zostanę,
Lecz kraju nie chcę, bo ziemie złamane
Rozgraniczają się krwią i żałobą
Dzieci i matek". Więc razem zostali;
Ale to długa powieść...

KIRKOR

Mów! mów dalej!

PUSTELNIK

Więc jako dawniej czynili mocarze,
Z Lechem się Scyta mieniał na obrączki;
A pokochawszy mocniej sercem, w darze
Dał mu koronę... stąd nasza korona.
Zbawiciel niegdyś wyciągając rączki
Szedł do niej z matki zadumanej łona;
I ku rubinom podawał się cały
Jako różyczka z liści wychylona,
I wołał: caca! i na brylant biały
Różanych ustek perełkami świecił.

KIRKOR

O biedny kwiatku! na cóż ty się kwiecił,
By cię na krzyżu ćwiekami przybito?
Czemuż nie było mnie tam na Golgocie,
Na czarnym koniu, z uzbrojoną świtą!
Zbawiłbym Zbawcę – lub wyrąbał krocie
Zbójców na zemstę umarłemu.

PUSTELNIK

Synu!
Bóg weźmie twoją pochopność do czynu
Za czyn spełniony. Wróćmy w nasze czasy.
Gdy mię brat wygnał, uniosłem w te lasy
Świętą koronę...

KIRKOR

Wróci ona! wróci!
Przysięgam tobie...Lecz...

PUSTELNIK

Co chcesz powiadać?

KIRKOR

Nim Kirkor w przepaść okropną się rzuci
Szukając zemsty – chcę – chciałbym cię badać,
Na jakim pieńku zaszczepić rodowe
Drzewo Kirkorów, aby kiedyś nowe
Plemię rycerzy tronu twego strzegło?
Kogo wprowadzić w podwoje zamkowe
Z żony imieniem?

PUSTELNIK

Tylu ludzi biegło
Z pierścionkiem ślubnym za marą wielkości,
A prawie wszyscy wzięli kość niezgody
Zamiast straconej z żebra swego kości.
Postąp inaczej – ty szlachetny, młody;
Niechaj ci pierwsza jaskółka pokaże,
Pod jaką belką gniazdo ulepiła;
Gdzie okienkami błysną dziewic twarze,
A dach słomiany, tam jest twoja miła.
Ani się wahaj, weź pannę ubogą,
Żeń się z prostotą, i niechaj ci błogo
I lepiej będzie, niżbyś miał z królewną...

KIRKOR

Tak radzisz, starcze?

PUSTELNIK

Idź, synu, na pewno
Do biednej chaty – niechaj żona karna,
Miła, niewinna...

KIRKOR

Jaskółeczko czarna!
Ptaszyno moja, gdzie mię zaprowadzisz?

PUSTELNIK

Słuchaj mię, synu...

KIRKOR

Starcze, dobrze radzisz...
Prowadź, jaskółko!

Odchodzi Kirkor.

PUSTELNIK
sam

O! ci młodzi ludzie,
Odchodzą od nas i wołają głośno:
Idziemy szukać szczęścia. Więc my, starce,
Cośmy przebiegli po tej biednej ziemi,
A nigdy szczęścia w życiu nie spotkali –
Możeśmy tylko szukć nie umieli...
Idź! idź! idź, starcze, do pustelnej celi...

Chce wchodzić do celi – i zatrzymuje się na progu. Wchodzi Filon, pasterz.
Zamyślony – fantastycznie we wstążki i kwiaty ubrany.

FILON
z egzaltacją

O! złote słońce! drzewa ukochane!
O! ty strumieniu, który po kamykach
Z płaczącym szumem toczysz fale śklane!
Rozmiłowane w jęczących słowikach
Róże wiosenne! z wami Filon skona!
Bo Filon marzył los Endymijona,
Marzył, że kiedyś po blasku miesiąca
Biała bogini, różami wieńczona,
Z niebios błękitnych przypłynie, i drżąca
Czoło pochyli, a koralowemi
Ustami usta moje rozpłomieni.
Ach! tak marzyłem! Ale na tej ziemi
Nie ma Dyjanny. Samotny uwiędnę
Jako fijołek – albo kwiat jesieni.

PUSTELNIK

Co znaczą owe narzekania zrzędne?
Młody szaleńcze, gdzie zimny rozsądek?
Wywracasz świata boskiego porządek,
A że ty chciwy Akteona wanien,
Czekasz na ziemi anielskiego bóstwa:
Dlatego tyle zestarzałych panien
Dotąd się mężów swych nie doczekały;
Szukaj kochanki na ziemi.

FILON

Świat cały
Na próżno zbiegłem przeglądając mnóstwa
Dziewic śmiertelnych. Nieraz wzrok łakomy
Śledził spod złotej kapelusza słomy
Żniwiarek twarze, podobne czerwienią
Makom zbożowym. Nieraz poglądałem
Na białe płótna, łąk jasną zielenią
Słońcu podane; rojąc serca szałem,
Że z bieli płócien jako z morskiej piany
Alabastrowa miłości bogini
Wyjdzie na słońce. Ach! tak oobłąkany,
Żyłem na świecie jako na pustyni;
Nienasycony, dumający, rzewny.
Byłem na dworach, widziałem królewny
Podobne gwiaździe Wenus, co wynika
Wieczorem z nieba różowego zorzą,
Zaczerwieniona, ale bez promyka.
Serca nie mają, a sercem się drożą
Więcej niż koron brylantami.

PUSTELNIK

Głupcze!
Niedoścignionych gwiazd szalony kupcze!
Ty, co na dworach szukałeś kochanki:
Precz! precz ode mnie, kwiecie beznasienny,
Studniom niezdatny jak stłuczone dzbanki,
Światowi jako słońca blask jesienny
Bezużyteczny. Skoro na tron wrócę,
Zamknę cię w szpitalu szalonych lub rzucę
Na bakalarską ławę między dzieci.

FILON

Mój dobry ojcze! niechaj ci Bóg świeci!
Musisz być chory, gadasz nieprzytomnie.

PUSTELNIK

Wszyscy szaleńcy zlatują się do mnie,
A wszyscy marzą o królewskich dworach;
Myślą o królach, a kryją się w borach,
I jęczą, jęczą jak oślepłe sowy.

FILON

Wsadź, starcze, głowę w strumień kryształowy,
Może ochłonie.

PUSTELNIK

Woda nie obmyje
Na moim czole czerwonego pasu.
Widzisz! czy widzisz, jak korona ryje?
Dwudziestoletnie życie w głębi lasu
Nie zagoiło rany. Pas na czole,
A drugi taki pas me serce płata;
Ten od korony,

pokazując na serce

ten od mieczów kata.
O! moje dzieci! o! sieroctwa bole!
O! moja przeszłość!

FILON

Nudzi mię ten stary,
W głowie ma jakieś bezcielesne mary,
Pewnie oszalał samotnością, postem.

PUSTELNIK

Cierpienie myśli jest kolącym ostem,
Lecz rzeczywistość... o! ta jak żelazo
Rani, zabija...

FILON

O tym inną razą
Mówić będzemy, a przekonam ciebie,
Że smutek serca...

PUSTELNIK

Niechaj cię pogrzebie,
Mdława istoto. Nic niech nic zabije;
A twój grobowiec zamknie nic.

FILON

O luba!
Nie znaleziony twój obraz

pokazując na serce

tu żyje!
Nieznalezienie gorsze niźli zguba;
Jam cię nie znalazł, a widzę przed sobą!
Idę do lasu, gdzie będę sam...z tobą...
Błogosławiony wyobraźni cudzie,
Ty mnie ocalasz!

Odchodzi w las.

PUSTELNIK

Jak szaleją ludzie!

Wchodzi do celi.

Scena II

Inna część lasu – widać jezioro Gopło.
Skierka i Chochlik wchodzą.

SKIERKA

Gdzie jest Goplana, nasza królowa?

CHOCHLIK

Śpi jeszcze w Gople.

SKIERKA

I woń sosnowa,
I woń wiosenna nie obudziła
Królowej naszej! woń taka miła!
Czyliż nie słyszy, jak skrzydełkami
Czarne jaskółki biją w jezioro
Tak, że się całe zwierciadło plami
W tysiące krążków?

CHOCHLIK

Zanadto skoro
Zbudzi się jędza i będzie
Do pracy nas zaprzęgać. To w puste żołędzie
Wkładać jaja motylic – to pomagać mrówkom
Budującym stolicę i drogi umiatać
Do mrównika wiodące...to majowym krówkom
Rozwiązywać pancerze, aby mogły latać;
To zwiedzać pszczele ule i z otwartej księgi
Czytać prawa ulowe lub rotę przysięgi
Na wierność matce pszczelnej od zrodzonej pszczółki;
To na trzcinę jeziora zwoływać jaskółki
I uczyć budownictwa pierworoczne matki.
Już zamykać stawiane na ptaszęta klatki,
Nim jaki biedny ptaszek uwięźnie w zapadni,
Na przekor ptasznikowi; już to pani sroce
Ciągle trąbić do ucha naukę: nie kradnij;
Albo wróblowi wmawiać, że pięknie świergoce,
Aby ciągle świergotał nad wieśniaczą chatą...
Pracuj jak koń pogański, pracuj całe lato,
A zimą śpij u chłopa za brudnym przypieckiem,
Między garnkami, babą szczerbatą i dzieckiem.

SKIERKA

Bo też ty jesteś leniwy, Chochliku!

Patrzy na jezioro.

Ach, patrz! na słońca promyku
Wytryska z wody Goplana;
Jak powiewny liść ajeru,
Lekko wiatrem kołysana;
Jak łabędż, kiedy rozwinie
Uśnieżony żagiel steru,
Kołysze się – waha – płynie.
I patrz! patrz! lekka i gibka,
Skoczyła z wody jak rybka,
Na nezabudek warkoczu
Wiesza się za białe rączki,
A stopą po fal przezroczu
Brylantowe iskry skrzesza.
Ach, czarowna! któż odgadnie,
Czy się trzyma z fal obrączki?
Czy się na powietrzu kładnie?
Czy dłonią na kwiatach się wiesza?

CHOCHLIK

Ona ma wianek na głowie...
Czy to kwiaty? czy sitowie?

SKIERKA

O nie... to na włosach wróżki
Uśpione leżą jaskółki.
Tak powiązane za nóżki
Kiedyś, w jesienny poranek,
Upadły na dno rzeczułki:
Rzeczułka rzuciła wianek,
Wianek czarny jak hebany
Na złote włosy Gpolany.

CHOCHLIK

Radzę ci, uciekajmy, mój Skierko kochany,
Wiedźma gotowa zaraz nową pracę zadać.
Albo obracać młyny, skąd woda uciekła
Biednemu młynarzowi, lub każe spowiadać
Leniwego szerszenia, nim pójdzie do piekła
Za kradzież słodkich miodów... lub malować pawie.

SKIERKA

Więc uciekaj... ja się bawię...
Promienie słońca przenikły
Jaskółeczek mokre piórka...
Ożyły – pierżchły – i znikły
Jak spłoszonych wróbli chmurka.
Królowa nasza bez ducha,
Zadziwiona stoi, słucha;
Nie śmie wiązać i zaplatać
Kos rozwianych, nie wie, czemu
Wianeczkowi uwiędłemu
Przyszło ożyć? skąd mu latać?
Goplano! Goplano! Goplano!

Wchodzi Goplana.

GOPLANA

Narwij mi róż, Chochliku! poleciał mój wianek.

CHOCHLIK

Już się zaczyna praca.

Chochlik odchodzi mrucząc.

GOPLANA

Czy to jeszcze rano?

SKIERKA

Pierwsza wiosny godzina.

GOPLANA

Ach! gdzież mój kochanek?

SKIERKA

Co mi rozkażesz, królowo?
Zadaj piękną jaką pracę.
Winąć tęczę kolorową,
Albo budować pałace,
Powojami wiązać dachy,
I opierać kwiatów gmachy
Na kolumnach malw i dzwonków
Lazurowych.

GOPLANA
zamyślona

Nie!

SKIERKA

Chcesz tronów
Z wypłakanych nieba chmurek?
Czy ci przynieść pereł sznurek?
Z owych pereł, które dają
Lep na ptaszki; ale mają
Takie blaski, takie wody,
Jak kałakuckie jagody.
Chcesz? lecę na trzęsawicę,
Dojrzę – dogonię – pochwycę –
Błędnego moczar ognika;
I zaraz w lilijkę białą
Oprawię jak do świecznika,
I nakryję białym dzwonkiem,
By ci świecił...Czy to mało?
Rozkaż, pani! Co pod słonkiem,
Co na ziemi, wszystko zniosę:
Drzewa, kwiaty, światło, rosę.
Co nad ziemią, w ziemi łonie:
Dźwięki, echa, barwy, wonie,
Wszystko, o czym kiedy śniły
Myśli twoje w jezior burzy
Kołysane.

GOPLANA

Skierko miły,
Ja się kocham.

SKIERKA

W czym? czy w róży
Bezcierniowej? czy w kalinie?
W czterolistnej koniczynie?
Może w kwiatku: "niech Bóg świeci",
Który posadzi macocha
Na grobie mężowskich dzieci?
Może w Magdaleny nitce,
Co bez wiatru leci płocha?
Może w białej margieritce,
Co piątym listkiem: "nie kocha"
Zabiła młodą pasterkę?
W czym się kochasz? poszlij Skierkę,
A przyniesie ci kochanka,
I wplecie do twego wianka,
I będziesz go wiecznie miała,
Pieściła i całowała
Do przyszłej wiosny poranka,
Do drugiego kwiatów wieku.

GOPLANA

Ach! ja się kocham, kocham się w człowieku!

SKIERKA

To ludzkie czary.

GOPLANA

Tej zimy, gdym usnęła
Na skrysztalonym łożu. Światło mię jakieś
Z głuchego snu gwałtownie ocuciło.
Otwieram oczy – patrzę... płomień czerwony
Jako pożaru łuna bije przez lody
I słychać głuchy huk. Rybacy to rąbali
Przełomkę biednym rybkom zdradliwą... Nagle
Okropny krzyk – w przełomkę człowiek pada
Na moje upadł łoże; a czy to światło
Podobne barwie róż, które świeciło
W moim pałacu szklistym? Czy też prawdziwe
Róże na jego licach śmiercią mdlejące;
Ale się piękny wydał – ach! piękny tak, że chciałam
Zatrzymać go na wieki w zimnych pałacach,
I nie rozwiązać z wieńca ramion, i przykuć
Łańcuchem pocałunków. Wtem zaczął konać...
Musiałam wtenczas, ach! musiałam go wypuścić!
Gdybym przynajmniej mogła była go wynieść
Z wody na rękach moich, usta z ustami
Spoić i życie wlać w ostygłe jego piersi;
Ale ty wiesz, co to za męka dla nas,
Kiedy podobne kwiatom, musiemy składać
Rumieniec nasz i piękne barwy wiosny.
I do kamieni białych podobne leżeć
W głębiach jeziora. Taką ja wtenczas byłam.
Musiałam leżeć na dnie, ani się płocho
Na światło dnia wyrywać. Na pół martwego
Wyniosłam drżącą ręką i przez otwory
W lodzie wybite rzucam: sama boleśnie
Wracam na puste łoże, na zimne łoże;
A serce moje rozdarł okrzyk rybaków,
Którzy witali wtenczas, gdy ja żegnałam.
Jakżem czekała wiosny, przyszła nareszcie!
Z miłością w moim sercu budzę się... kwiaty
To nic przy jego licach – gwiazdy gasną
Przy jego jasnych oczach... Ach! kocham! kocham!

SKIERKA

Ktoś idzie tutaj lasem.

GOPLANA

To on! to on! mój miły.
Bądź niewidomym, Skierko.

Skierka odchodzi.
Wchodzi na scenę Grabiec - rumiany – w ubiorze wieśniaka.

GRABIEC

Ach, cóż to za panna?
Ma twarz, nogi, żołądek – lecz coś niby szklana.
Co za dziwne stworzenie z mgły i galarety!
Są ludzie, co smak czują do takiej kobiety;
Ja widzę coś rybiego w tej dziwnej osobie.

GOPLANA

Jak się nazywasz, piękny młodzieńcze?

GRABIEC

Nic sobie...

GOPLANA

Miły nic sobie!

GRABIEC

Jakżeś głupia, mościa pani –
Nic sobie, to się znaczy, że nic nie przygani
Mojej piękności... to jest, żem piękny. A zwę się
Grabiec.

GOPLANA

Cóż cię za anioł obłąkał w tym lesie?

GRABIEC

Proszę, co za ciekawość w tym wywiędłym schabku!

GOPLANA

Proszę cię, panie Grabiec!

GRABIEC

Wolno mówić: Grabku!
Panie Grabku!

GOPLANA

Któż jesteś?

GRABIEC

Aśćki panny sługa...
A pytasz, kto ja jestem?... to historia długa;
W naszym kościółku stały ogromne organy,
Mój tata grał na dudach; pięknie grywał pijany,
Ale kiedy na trzeźwo, okropnie rzępolił;
Do tego był balwierzem i wieś całą golił,
Golił i grał na dudach, bo golił w sobotę,
Na dudach grał w niedzielę; a miał taką cnotę,
Że nie pił, kiedy golił, a pił, kiedy grywał,
I wszystko szło jak z płatka. Wtem kogut zaśpiewał
I mój ojciec małżeństwem z żoną los zespolił.
Panna młoda wąs miała, ojciec wąs ogolił
I wszystko szło jak z płatka. Lecz tu nowe cuda!
Żona grała na dudach, a tatuś był duda;
Grała więc po tatusiu i dopóty grała,
Aż go na cmentarzyku wiejskim pogrzebała.
Ja zaś, pośmiertne dzieło pana organisty,
Jestem, jak mówią, ojca wizerunek czysty,
Bo lubię stary miodek i kocham gorzonnę,
I uciekam od matki...

GOPLANA

Słowa jego wonne
Przynosi wiatr wiosenny do mojego ucha...
O luby! ja cię kocham...

GRABIEC

Cóż to za dziewucha?
Obcesowo zaczyna. Wprawdzie to nie dziwy.
Ilekroć przez wieś idę, to serca jak śliwy
Lecą pod moje nogi... wołają dziewczęta:
Panie Grabku! Grabiątko, niech Grabiec pamięta,
Że jutro grabim siano – pomóż, Grabku, grabić.
A to znaczy, że za mnie dałyby się zabić,
I to, że się na sianie dadzą pocałować.

GOPLANA

Czy mię kochasz, mój miły?

GRABIEC

Ha?... trzeba skosztować...
Na przykład... daj całusa...

GOPLANA

Stój!... pocałowanie
To ślub dla czystych dziewic. Na dziewiczym wianie
Za każdym pocałunkiem jeden listek spada.
Nieraz dziewica czysta i smutkami blada
Dlatego, że spadł jeden liść u serca kwiatu,
Nie śmie kochać i daje pożegnanie światu,
I do mogiły idzie nigdy nie kochana.

GRABIEC

Coś waćpanna jak mniszka.

GOPLANA

Raz pocałowana,
Będę twoją na wieki – i ty mój na wieki...

GRABIEC

Ha, pocałunek bliski, a ten "mój" daleki.

Całuje.

GOPLANA

O mój luby!...

GRABIEC

Dalibóg... pfu! pocałowałem
Niby w pachnącą różę... pfu... róża jest ciałem,
Ciało jest niby różą...niesmaczno!...

GOPLANA

Mój drogi!
Więc teraz co wieczora na leśne rozłogi
Musisz do mnie przychodzić. Będziemy błądzili,
Kiedy księżyc przyświeca, kiedy słowik kwili,
Nad falą szklistych jezior, pod wielkim modrzewiem
Będziemy razem marzyć przy księżycu...

GRABIEC
do siebie

Nie wiem,
Co powiedzieć babie...

GOPLANA

Ty smutny? Ty niemy?
O! my z tobą będziemy szczęśliwi!

GRABIEC

Będziemy,
Lecz nie wieczorem – i nie przy jeziorze...

GOPLANA

Czemu?

GRABIEC

Bo ja nie lubię wody jak wściekły.

GOPLANA

Mojemu
Kochankowi rwać będę poziomki, maliny.

GRABIEC

Lecz ja nie lubię malin... a kiedy dziewczyny
Niosą dzbanek na głowie, nieraz zrzucam dzbanek,
Ale to nie dla malin.

GOPLANA

Lecz ty mój kochanek,
Ty musisz lubić kwiaty. Więc przyjdź co wieczora...

GRABIEC

A to już tego nadto!... co za nudna zmora!
Nie przyjdę w żaden wieczór...

GOPLANA

Dlaczego?

GRABIEC

Za borem
Pewna dziewczyna czeka na Grabka wieczorem.

GOPLANA

Dziewczyna?

GRABIEC

Tak... dziewczyna...

GOPLANA

Czy piękna dziewczyna?

GRABIEC

Ha?... co pannie do tego?... zwie się Balladyna.

GOPLANA

Siostra Aliny?... córka wdowy?... ale ona
Złe ma serce.

GRABIEC

Waćpanna, widzę, coś szalona...
Nie wierzę w babskie dziwy, sądy i przestróżki.
Wszystkie dziewczęta, które mają małe nóżki,
To mają piękne usta i serca – a właśnie
Ona piękną ma nóżkę...

GOPLANA
zapalając się

Niech słońce zagaśnie,
Jeśli mi cię kto wydrze, kochanku.
Ty jesteś moim! moim! moim wiecznie!
Choćbyś miał księżyc za ślubny pirścionek,
Choćbyś miał księżyc, to ja go rozłamię,
Zagaszę księżyc, który cię prowadzi
Do pocałunków, do kochanki domu.
Ach, bądź mi wiernym! błagam cię! zaklinam!
Na twoje własne szczęście. Ach! zaklinam!
Bo zginiesz, luby... nie... razem zginiemy,
Ale ty zginiesz także, gdy ja zginę...
Więc nie chcę zginąć, abyś ty nie zginął.
Przynajmniej dzisiaj nie chodź tam wieczorem,
Przynajmniej dzisiaj nie chodź tam... ja każę...

GRABIEC

A któż ty jesteś, co każesz?

GOPLANA

Królowa!
Królowa fali, Goplana.

GRABIEC

Ej!... w nogi!
Jezus Maryja! a tom popadł w biedę,
Szatana żona chce być moją żoną.

Grabiec ucieka.

GOPLANA
sama

Niech słońce gaśnie! Niechaj gwiazdy toną
W bezdrożne niebo! Niechaj róże więdną!
Co mi po słońcu, po gwiazdach, po kwiatach.
Wolę je stracić niż kochanka stracić.
Co mam potęgi, co nadprzyrodzonej
Siły nad światem, to obrócę na to,
Aby to serce podbić i mieć moim...
Skierko! Chochliku!

Skierka przybiega.

Czy słyszałeś, Skierko,
Moją rozmowę z kochankiem? aniołem?

SKIERKA

Nie karz... ciekawość... szczera moja skrucha,
Biały powoju kwiatek uszczknąłem
I końcem różka włożywszy do ucha,
Słyszałem... przez kwiat...

GOPLANA

Gdzie Chochlik?

SKIERKA

Leniwy
Ciągnie się z wiankiem.

Wchodzi Chochlik z wiankiem.

GOPLANA

A wstydź się Chochliku!
Patrz, coś ty narwał chwastu i pokrzywy,
Brzydkich piołunów, koniczyn, trawniku.

SKIERKA

Pozwól mi, pani, niech, ja go wysiekę
Za taki wianek...

CHOCHLIK

Ej!... ja cię urzekę...

GOPLANA

Słuchajcie mię cicho, diabliki...
Oto, Chochło, polecisz za moim kochankiem;
Idź przy nim, przed nim, za nim, jak skoczne ogniki,
I błąkaj po murawach tak, by przed porankiem
Nie trafił do mięszkania, ani do tej chaty,
Gdzie mięszkają dwie piękne dziewczęta – dwa kwiaty,
Córki wdowy... rozumiesz... a o wschodzie słońca
Tu miłego przyprowadź.

CHOCHLIK

Będę go bez końca
Błąkał i sadzał w błocie... cha! cha! cha! cha! cha! cha!

Odchodzi Chochlik.

GOPLANA

A ty, mój Skierko, leć na mały mostek,
Gdzie jest mogiła samobójcy stracha.
Ukryj się w łozy zarostek.
Za godzinę przez ten mostek
Będzie jechał pan bogaty,
Ustrojony w złote szaty,
Jak do ślubu – bez oręży,
I kareta złotem błyska,
I pięć rumaków w zaprzęży;
Cztery karych i klacz biała
Przodem lecąc iskry ciska.
A na mostku wypróchniała
Leży belka drżąca, śliska.
Czy rozumiesz?

SKIERKA

Wywrócić?

GOPLANA
skłaniając głowę

Lecz nie szkodzić żywym,
Ani ludziom, ni koniom.

SKIERKA

A potem?

GOPLANA

Tego pana w płaszczu złotym
Hymnem wiatru czułym, tkliwym
Zaprowadzić aż do chaty,
Gdzie mieszka uboga wdowa
I dwie młode córki chowa.
Uczyń tak, by pan bogaty
Wziął tam żonę i we dwoje
Odjechał złotą karetą.
Luby Skierko! dziecię moje!

SKIERKA

Dziewczyna będzie kobietą,
Nim dwa razy słońce zaśnie,
Nim dwa razy księżyc zgaśnie.

Odlatuje.

GOPLANA
sama

Więc rozesłałam sylfy; niechaj pracują
Na moje szczęście. Teraz nie idzie o to,
Aby wojskami kwiatów zdobywać niwy;
Nie kwiatów strzec mi teraz, nie tęczę winąć,
Ani słowiki uczyć piosenek, ani
Budzić jaskółki wodne... kocham!... ginę!...
A jeśli on mię kochać nie będzie? cała
W mgłę się rozpłynę białą, i spadnę łzami
Na jaki polny kwiat, i z nim uwiędnę.

Rozpływa się w powietrzu.

Scena III

Chata Wdowy.
Wdowa i córki jej Balladyna i Alina wchodzą z sierpami.

WDOWA

Zakończony dzień pracy. Moja Balladyno,
Twoje rączki od słońca całe się rozpłyną
Jak lodu krysztaliki. Już my jutro rano
Z Alinką na poletku dożniemy ostatka;
A ty, moje dzieciątko, siedź sobie za ścianą...

ALINA

Nie! nie, nie, jutro odpoczywa matka,
A my z siostrzycą idziemy na żniwo.
Słoneczko lubi twoję główkę siwą
I leci na nią by natrętna osa
Do białych kwiatów, ani go od włosa
Liściem odpędzić; że też nigdy chmurki
Bóg nie nadwieje, aby cię zakryła.
O! biedna matko!

WDOWA

Dobre moje córki,
Z wami to nawet ubożyzna miła;
A kto posieje dla Boga, nie straci.
Zawsze ja myślę, że wam Bóg zapłaci
Bogatym mężem... a kto wie? A może
Już o was słychać na królewskim dworze?
A my tu żniemy, aż tu nagle z boru
Jaki królewic - niech i kuchta dworu,
Albo koniuszy - zajeżdża karetą...
I mówi do mnie: podściwa kobieto,
Daj mi za żonę jedną z córek. - Panie!
Weź Balladynę, piękna jak dziewanna. -
Tobie się także, Alino, dostanie
Rycerz za męża - ale starsza panna
Powinna prędzej zostać panną młodą.
W rzeczułkach woda goni się za wodą.
Mój królewicu, żeń się z Balladyną.

BALLADYNA

Gdzie ty mój grzebień podziałaś, Alino?
Co ty tam słuchasz, jak się matce marzy.

ALINA

Wiesz, Balladyno, że to jej do twarzy,
Kiedy śni głośno, kiedy się uśmiecha.

WDOWA
do Balladyny

Dobrze ty mówisz! Chata taka licha,
A mnie się marzy Bóg wie co... Ale
Bogu się także w wiekuistej chwale
Musi coś marzyć... a gdyby też Bogu
Chciało się matce dać złotego zięcia...

BALLADYNA

Ach! słychać jakiś tarkot na rozłogu,
Jedzie gościńcem dwór jakiegoś księcia.
Pięć koni... złota kareta... ach, kto to?
Jedzie aleją... jak to pięknie złoto
Między drzewami błyska!... Ach! mój Boże,
Co im się stało?... śród naszego mostu
Powóz prrr... stanął... i ruszyć nie może...

WDOWA

Pewnie chcą konie napoić...

BALLADYNA

Ot właśnie!
Pan poi konie na drodze po prostu...

WDOWA

Ha! jeśli pić chcą...

ALINA

Już słoneczko gaśnie,
Trzeba zapalić sosnowe łuczywo...

BALLADYNA
biegnąc od okna

Ach, lampę zaświeć... ach, lampę... co żywo...
O! gdzie mój grzebień?

Słychać pukanie do drzwi.

WDOWA

Cóż to? co?... ktoś puka...
Otwórz, Balladyno.

BALLADYNA

Niech siostra otworzy...

WDOWA

Prędzej otwórzcie... ktoś do chaty stuka.

ALINA

Ach, ja się boję...

WDOWA

Niech wszelki duch boży
Boga wychwala... ja odemknę chatę.

Patrzy przez dziurkę od klucza.

O, jakie stroje złocisto-bogate!

Otwiera.

Czy w imię Boga?...

Kirkor wchodzi.

KIRKOR

Tak, z Boga imieniem.
Proszę wybaczyć, ale nad strumieniem
Mostek pod moim załamał się kołem,
Szukam schronienia...

WDOWA

Proszę poza stołem,
Mój królewicu, siadać - proszę siadać.
Chata uboga - raczyłeś powiadać,
Że powóz... O! to nieszczęście! - Dziewczęta!
To moje córki, jasny królewicu -
A to już dawno człowiek nie pamięta
Takich przypadków, chyba przy księżycu
Młynarz, co jechał przeszłej wiosny.

BALLADYNA

Matko,
Dosyć - daj panu mówić.

Wchodzi Skierka niewidzialny dla aktorów.

KIRKOR

Przed tą chatką
Słyszałem dźwięki luteń...czy to córki
Wasze grywają na lutni?

WDOWA

Przepraszam -
Nie... królewicu...

SKIERKA

Z niewidzialnej chmurki
Sympatycznymi kwiaty poukraszam
Obie dziewice, bo moja królowa
Nie powiedziała, do której nakłonić
Serce Kirkora... Muzyka echowa
Zacznie hymnami powietrznymi dzwonić:
A wieniec kwiatów taką woń rozleje,
Że serce tego człowieka omdleje,
Że jednym sercem dwa serca pokocha.

Wkłada wieńce kwiatów na głowy dziewicom - słychać muzykę.

WDOWA

Może królewic chce odpocząć trocha?...

KIRKOR
z zadziwieniem i niespokojnością

Odpocząć, kiedy dźwięki takie cudne
Słyszę... Dziewice, wasze są to pieśni?...
Słyszę śpiewanie...

ALINA

Czy się panu nie śni?
Tu w chacie... cicho...

KIRKOR

Ach! jakże mi nudne
Wspomnienie zamku pustego!...

SKIERKA
na stronie

Czar działa...

KIRKOR

Z jakich kadzideł ta woń się rozlała?...
To z pewna wasze wieńce, uroszone
Łzami wieczora, dają takie wonie?

BALLADYNA

Lecz my nie mamy wieńców.

Wchodzi Sługa Kirkora bogato ubrany.

SŁUGA

Naprawione
Koło w powozie...

KIRKOR

Wyprząc z dyszla konie,
Ja tu zostanę...

Sługa odchodzi.

WDOWA

Cóż to za zjawienie?
Królewic w chacie! Na jakim on sienie
Spać będzie?... Jemu listki róży cisną...

KIRKOR
do siebie

Prawdę wróżyłeś, pustelniku stary:
Gdzie okienkami dwie różyczki błysną,
Gdzie dach słomiany...

SKIERKA
do siebie

Zakończone czary...

KIRKOR
do Wdowy

Słuchajcie, matko! na świat wyjechałem
Szukać ubogiej i cnotliwej żony;
Dalej nie jadę, bo tu napotkałem
Cudowne bóstwa!...O! gdybym dwa trony -
Ach! powiem raczej, gdybym miał dwa serca!
Lecz zdaje mi się, że dwa serca noszę...
Ale Bóg jedną tylko wziąć pozwala
I do ślubnego prowadzić kobierca;
Więc trzeba wybrać... Czemuż losu fala
Rozbiła serce moje o dwie skały?
Ach! czemuż oczy pierwej nie wybrały
I nie powiodły czucia? Dziś nie umiem
Wybrać...

WDOWA

Ja ciebie, panie, nie rozumiem...

KIRKOR

Proszę o rękę jednej z córek... może
Słyszałaś kiedy o hrabi Kirkorze,
Co ma ogromny zamek, cztery wieże,
Złocisty powóz, konie i rycerze
Na swych usługach?... Otóż Kirkor... to ja...
Proszę o jedną z córek...

WDOWA

Córka moja?...
Ja dwie mam córki - ale Balladyna...

KIRKOR

Czy starsza?

WDOWA

Tak jest... a młodsza Alina
Także jest jak anioł...

KIRKOR
do siebie

Jaki wybór trudny!
Starsza jak śniegi - u tej warkocz cudny,
Niby listkami brzoza przyodziana;
Ta z alabastrów - a ta zaś różana -
Ta ma pod rzęsą węgle - ta fijołki -
Ta jako złote na zorzy aniołki,
A ta zaś jako noc biała nad rankiem.
Więc jednej mężem - drugiej być kochankiem;
Więc obie kochać, a jedną zaślubić?
Lecz którą kochać? którą tylko lubić?...
Niech się przynajmniej z ust różanych dowiem,
Która mnie kocha?...

do dziewic

Moje smugłe łanie,
Czy mnie kochacie?

BALLADYNA

Ach! ja ci nie powiem:
Nie... ale nie śmiem wymówić: tak, panie -
Może ty zgadniesz, choć będę milczała;
Zgadnij, rycerzu.

KIRKOR
do Aliny

A ty, różo biała?

ALINA
rzucając się na łono matki

Kocham...

KIRKOR

Obiedwie kochają.

WDOWA

Zapewne,
Że muszą kochać!... toż by to dopiero,
Gdyby nie kochać rycerza, co szczerą
Mógłby za żonę wziąć sobie królewnę,
Piękny i śmiały.

KIRKOR

Któraż z was, dziewice,
Będzie mię więcej kochała po ślubie?
Jak będzie kochać? lubić, co ja lubię?
Jak mi rozchmurzać gniewu nawałnice?

BALLADYNA

O panie! jeśli w zamku są czeluście,
Z czeluści ogień bucha, a ty każesz
Wskoczyć - to wskoczę. Jeśli na odpuście
Ksiądz nie rozgrzeszy, to wezmę na siebie
Śmiertelne grzechy, którymi się zmażesz.
Jeżeli dzida będzie mierzyć w ciebie,
Stanę przed tobą i za ciebie zginę...
Czegóż chcesz więcej?...

WDOWA

Weź! weź Balladynę.
Szczera jak złoto.

KIRKOR
do Aliny

A ty, młodsza dziewo,
Co mi przyrzekasz?

ALINA

Kochać i być wierną.

KIRKOR

Ach, nie wiem, której oddać rękę lewą
Jako szwagierce - a której z pierścionkiem.
O! gdybym ujrzał tę gwiazdę przedsterną,
Co wiodła króle do Dzieciątka żłobu!
Serce mam jedno, a ciągnie do obu.
Którą odrzucić? której być małżonkiem?
Obie kochają, więc niesprawiedliwość
Poniesie jedna, jeśli wezmę drugą.
W obojgu jedna prostota i tkliwość,
W obojgu miłość jednaką zasługą...
Którą tu wybrać?...

ALINA

Jeśli mnie wybierzesz,
Szlachetny panie, to musisz obiecać,
Że mię do zamku twojego zabierzesz
Z matką i siostrą... Bo któż będzie matce
Gotować garnek? kto ogień rozniecać?
Ona nie może zostać w biednej chatce,
Kiedy ja będę w pałacach mieszkała.
Patrz, ona siwa jak różyczka biała.
O! widzisz, panie...musisz także ze mną
I matkę zabrać...

KIRKOR

O! jakąż tajemną
Rozkoszą serce napełnia...o! miła...

WDOWA

Lecz Balladyna to samo mówiła
W sercu i w myśli... Wierzaj mi, rycerzu,
I Balladyna kocha matkę starą.

KIRKOR

Jużem bym wybrał i znów mi w puklerzu
Dwa serca biją...

BALLADYNA

Byłabym poczwarą
Niegodną twojej ręki, ale piekła,
Żebym się matki kochanej wyrzekła.
Prócz matki, siostry, wszystko ci poświęcę.

KIRKOR

Oślepionego chyba losu ręce
Wskażą mi żonę...

SKIERKA
śpiewa do ucha Wdowy

Matko, w lesie są maliny,
Niechaj idą w las dziewczyny,
Która więcej malin zbierze,
Tę za żonę pan wybierze.

WDOWA

Coś matce staruszce
Przyszło do głowy... Mój ty królewicu,
Jeśli pozwolisz twej pokornej służce,
To ci poradzi, piękny krasnolicu.
Oto niech rankiem idą w las dziewczyny,
A każda weźmie dzbanek z czarnej gliny;
I niechaj malin szukają po lesie,
A która pierwsza dzban pełny przyniesie
Świeżych malinek, tę weźmiesz za żonę.

KIRKOR

Wyborna rada... O! złota prostoto!
Ty mi dasz szczęście niczym nie skłócone,
Dnie rozkoszami przeplatane z cnotą.
Tak, moja matko... niech o słońca wschodzie
W las idą córki z dzbankami na głowie.
A my w lipcowym usiądziemy chłodzie;
Która powróci pierwsza, ta się zowie
Hrabini Kirkor... Sądź sam, wielki Boże!

WDOWA

Królewic znajdziesz w tej chateczce łoże,
Pachnące siano zakryte bielizną.
Wierzaj mi, panie, żabki się nie wślizną
Do twego sianka... proszę do alkowy.

KIRKOR
klaszcze, wchodzi Sługa

Przynieś z powozu puchar kryształowy,
Wino i zimne żubrowe pieczywo...

Sługa odchodzi.

Bądźcie mi zdrowe, piękne narzeczone...

Odchodzi do alkowy poprzedzany przez Wdowę.

ALINA

Siostrzyco moja... o! jakież to dziwo,
O! jakie szczęście!

BALLADYNA

Jeszcze nie złowione,
To szczęście, siostro, może nie dla ciebie...

ALINA

O! moja siostro... wszakże to na niebie
Jeśli nie słońce, to gwiazdy nad głową;
Jeśli nie będę panią Kirkorową,
To będę pani Kirkorowej siostrą.
A tobie jutro trzeba wziąć się ostro
Do tych malinek, bo wiesz, że ja zawsze
Uprzedzam ciebie i mam pełny dzbanek.
Nie wiem, czy na mnie jagody łaskawsze
Same się tłoczą... czy tam.. twój kochanek...

BALLADYNA

Milcz!...

ALINA

Ha, siostrzyczko? A ja wiem dlaczego
Malin nie zbierasz...

BALLADYNA

Co tobie do tego?

ALINA

Nic... tylko mówię, że ja bym nie chciała
Rzucić kochanka ani dla rycerza,
Ani dla króla...a gdybym kochała,
Wzajem kochana, rolnika, pasterza,
To już by żaden Kirkor...

BALLADYNA

Nie chcę rady
Od głupiej siostry...

Słychać klaskanie za chatą. - Balladyna zapala świeczkę
I ukrywszy ją w dłoni wychodzi.

ALINA

Ha! zaklaskał w borze -
Wyszła ze świeczką... O, mój wielki Boże!
Co tam pan Grabek powie na te zdrady?
Bo też ta siostra chce iść za Kirkora,
A jam widziała na kwiatkach ugora,
Ba! I pod naszą osiną słyszałam
Sto pocałunków... przebacz mi, o Chryste,
Że sądzę miłość, której ach! nie zaznałam...

Klęka

Widzisz, mój Boże! ja mam serce czyste,
A przysięgając nie złamię przysięgi...
Boże! ptaszęta u twojej potęgi
Mogą uprosić o wiszeńkę czarną,
Jaskółkom w dziobek dajesz muszkę marną.
Jeśli ty zechcesz, Boże mój jedyny,
Gdzie stąpię... wszędzie czerwone maliny...

Siada na ławie i usypia.

SKIERKA
śpiewa

Niech sen szczęścia pozłacany
Zamyka oczy dziewczyny...
A ja polecę do Goplany...

Odchodzi.

ALINA
przez sen

Wszędzie maliny! maliny! maliny...

Koniec aktu pierwszego

BALLADYNA - AKT II

Scena I - Scena II

Scena I

Las przy jeziorze Gople. - Wschód słońca. - Chochlik i Grabiec w czerwone błoto trzęsawic uwalany - i dobrze podpity.

GRABIEC

Nie pójdę krokiem dalej.

CHOCHLIK

Ale tu już blisko
Do twojego domostwa.

GRABIEC

Moje czarne psisko,
Nie wierzę tobie... bo mię błąkasz - sadzasz w błocie
I wykręcasz ogonem... Nie... mój czarny kocie,
Chciałem ciebie pogłaskać, a ogień wytrysnął...
Spać chcę.

CHOCHLIK

Zażyj tabaki...

GRABIEC
trzymając się dębu

Patrz, dąb mię uścisnął,
I nie dziw, dąb przyjaciel grabiny... Mój dębie,
Wierz mi, że cię szacuję; co w sercu to w gębie.

CHOCHLIK

Chodźmy dalej...

GRABIEC

Znalazłem dęba przyjaciela;
Choćbyś mi raj pokazał, gdzie Bóg wróble strzela,
To nie porzucę dębu, co się cały chwieje
I potrzebuje wsparcia. - Patrz, biedaczek mdleje.
Tu, psie! tutaj z latarnią! zgubiłem dębinę!
Ha! dąb uciekł.. nie poznał mnie... obrosłem w trzcinę
Siedząc w błotach noc całą...

CHOCHLIK

Chodź do karczmy.

GRABIEC

Na to
Masz ze mnie przyjaciela - na to jak na lato..
Nie... to nie przystoi... jeśli karczma dama
Kocha mię, jak ja kocham... to nadejdzie sama...
Głupstwo chodzić do dziewcząt... Skąd ty masz tabakę?

CHOCHLIK

Od pana Lucyfera.

GRABIEC

Ty mi świecisz bakę.
Psie mój miły, poszukaj zająca - a strzelę.

CHOCHLIK

Czym?...

GRABIEC

Gromem... Cośmy z tobą dobrzy przyjaciele,
Przepraszam ciebie bardzo, żem cię zawiódł w błota,
Siedzieliśmy w kałuży po uszy jak cnota,
I kichali - kichali... mój nos w nos waćpana.

CHOCHLIK

Pamiętasz, co nam trzcina mówiła?

GRABIEC

Kochana!
Przyszła na pomoc...

CHOCHLIK

Trzcina ratowała dudę...

GRABIEC

Ja zawsze obwiniałem trzciny o obłudę...

Kładzie się.

CHOCHLIK

Chodź dalej...

GRABIEC

Spać chcę...

CHOCHLIK

Lepiej wleź na dąb...

GRABIEC
śpiewa

Na dębie
Siedzą gołębie.
Na stawku pływają kaczki...
Jeśliś przyjacielem, to zanieś do praczki
Moje spodnie...

CHOCHLIK

Co? jak to? chcesz spać bez szlafmycy?

GRABIEC

Nie chcesz?... to idź do diabła, kocie czarownicy.

CHOCHLIK

Dobrej nocy...

GRABIEC

Dobranoc... dobranoc, psie miły.
Szedłbym jeszcze do karczmy, ale nie mam siły
Dobranoc...

Zasypia.

CHOCHLIK

Co za głupie stworzenia ci ludzie!
Spił się, cały w czerwonej umazgał się rudzie
I śpi; niech sobie teraz nadchodzi Goplana.

Goplana wchodzi ze Skierką.

GOPLANA

Gdzie on? ach, zasnął... Niech zorza różana
Pierwsze mu blaski na oblicze rzuci;
Lecz niech się zorza na poły zasmuci
I płaczem rosy słońce tak przesłoni,
Aby łagodne powiek nie raziło...
A ty, chochliku, weźmij z hojnej dłoni
Twoją nagrodę...

CHOCHLIK
biorąc dar

Orzech świstun, zgniłą
Pełny tabaką... dzięki ci, królowo,
Przez dwa dni będę częstował hiszpanką
Chłopstwo pijane...

GOPLANA
do Skierki

Któraż jest kochanką
Kirkora?...

SKIERKA

Obie...

GOPLANA

O! szalona głowo!

SKIERKA

Przyjdą do lasu szukać malin obie,
Jak ci mówiłem...

GOPLANA

Poradź mi, co zrobię?

SKIERKA

Spuść się na czarne Balladyny serce;
Zazdrość widziałem w maleńkiej iskierce,
Więcej niż zazdrość...

GOPLANA

Cóż robiły w nocy?

SKIERKA

Alina boskiej wzywając pomocy
Usnęła cicho, marząc o malinach;
A Balladyna zapaliła świecę
I wyszła, bo ktoś zaklaskał w osinach.
Leciałem za nią śledzić tajemnicę
Nocnej przechadzki... Jako mgliste mary
Szła po murawach i drżąca, i cicha:
A płomyk świecy przez różowe szpary
Białych paluszków, jak z róży kielicha,
Błyskał i gasnął, to błyskał, to gasnął.
Zbudził się ptaszek w osinach i zasnął,
Tak cicho przeszła wietrznymi poloty,
Tak cicho przeszła... Ćmy wianeczek złoty
Zwinął się, leciał nad dziewicy głową.
Stanęła... słucham... ona ciche słowo
Wmięszała w szmery listeczków osiny...
Ktoś odpowiedział...

GOPLANA

Może Balladyny
Drużka?...

SKIERKA

Nie, pani.

GOPLANA

Kto?

SKIERKA

Mamże powiedzieć?

GOPLANA
pokazując na śpiącego Grabka

On?

SKIERKA

Tak...

GOPLANA
do Chochlika

Chochliku!...kazałam ci śledzić,
Przeszkodzić.

CHOCHLIK

Diabeł kochankom przeszkodzi.

GOPLANA

Zamknij Chochlika, Skierko, w muszli żabiej
I na jezioro puść, by kota w łodzi.

CHOCHLIK

O pani! pani! lepiej ty mię zabij...

GOPLANA

Zabić nie mogę, lecz mogę ukarać...

SKIERKA

Pójdź, panie Chochło, o łódkę się starać.

Chochlik, przekrzywiając się jak krnąbrne dziecko, odchodzi ze Skierką.

GOPLANA
sama

Więc on ją widział... on ją widział nocą;
Przekleństwo! wczoraj widział ją w osinie.
Niechaj te gwiazdy nigdy się nie złocą,
Co im świeciły! Niech ten miesiąc ginie!
Niechaj anielskiej drogi mleczne stopnie
W proch się rozsypią!... On był tam? - okropnie.
Żeby ta dziewa jedno mi spojrzenie
Przedała dzisiaj za brylanty światów...
Jak go ukarać?... ach, ja się zamienię
W błękitny powój i węzłami kwiatów
Na śmierć uścisnę... O nie... z tego wianka
Kochanek żywy wyjdzie, a kochanka
Rozpłomieniona miłością omdleje.
Jak go ukarać?... Niechaj wrośnie wszystek
W płaczącą wierzbę, korą się odzieje,
Niech się na drzewie skłoni każdy listek,
Jakoby smutny przewinieniem spadał
I płakał... Luby, gdy cię tak zobaczę,
Że będziesz płaczem na płacz odpowiadał,
To będę płakać ach! że wierzba płacze.

Skierka wraca.

SKIERKA

Zamknięty w muszli po strumykach skacze
I na jezioro wyjeżdża w powozie
Nieboszczki żaby.

GOPLANA

Wytnij rózgę w łozie.

Skierka podaje Goplanie pręcik.

Obudź się teraz! obudź się, kochany!
Powiedz, dlaczego?...

GRABIEC
senny

Śpię... bo jestem pijany.

GOPLANA

Powiedz, dlaczego? jak miłośny słowik
Piosnką wieczora?...

GRABIEC
śniąc na pół

Podaj mi borowik
I włóż pod głowę za poduszkę... a nie?
To idź do stawu, rybo, koczkodanie.

GOPLANA

Więc poznaj władzę Goplany!
Wrośnij w ziemię i z tej ziemi
Wyrośnij korą odziany
I liściami płaczącemi.

Grabiec tonie w ziemię, wierzba na tym miejscu wyrasta.

Rośnij, wierzbo płacząca;
Skarż się, gdy ptaszek trąca,
Gdy cię strumyk podrywa,
Kiedy wietrzyk rozniesie
Twoje listki po lesie.
Skierko! przyszlij słowika, niech tej wierzbie śpiewa
Słowa miłośne i niech ją nauczy
Kochać i płakać;
Ale niech żaden dziób kruczy
Nie śmie nad nią smutnie krakać
Pieśni pogrzebu,
Bo ta wierzba nie umarła.

SKIERKA

O! jakże pięknie listki rozpostarła!
Jak się kłania kwiatom, niebu
Wierzba wyrosła z człowieka
I piękniejsza, niż był człowiek.

GOPLANA

Niechaj teraz kochanek Balladyny czeka,
Niechaj sękowym okiem spod korzanych powiek
Upatruje dziewicy...

SKIERKA

Widzę dwie dziewczyny.
Niosą na głowach czarne dzbanki z gliny,
Szukają malin.

GOPLANA

Skryjmy się w gęstwiny.

Goplana i Skierka kryją się. - Alina wchodzi z dzbankiem na głowie.

ALINA

Ach, pełno malin - a jakie różowe!
A na nich perły rosy kryształowe.
Usta Kirkora takie koralowe
Jak te maliny... Fijołeczki świeże,
Wzdychajcie próżno, bo ja nie mam czasu
Zrywać fijołków - bo siostrzyczka zbierze
Dzban pełny malin i powróci z lasu,
I weźmie męża; a ja z fijołkami
Zostanę panną... Choćbyście wy były,
Fijołki moje, złotymi różami,
Wolę maliny.

Śpiewa szukając malin.

Mój miły! mój miły!
Złoty wielki pan.
Mojemu miłemu
Niosę malin dzban,
Bo on woli, mój kochanek,
Taki pełny malin dzbanek,
Niż zbożowy łan. Oh!
Niż zbożowy łan.

Odchodzi w prawo.
Wchodzi Balladyna z dzbankiem na głowie.

BALLADYNA

Jak mało malin! a jakie czerwone
By krew. - Jak mało - w którą pójdę stronę?
Nie wiem... A niebo jakie zapalone
Jak krew... Czemu ty, słońce, wschodzisz krwawo?
Noc wolę ciemną, niż taki poranek...
Gdzie moja siostra? musiała na prawo
Pójść i napełnić malinami dzbanek;
A ja śród jagód chodzę obłąkana
Jakąś rozpaczą i łzy gubię w rosie.

ALINA
z głębi lasu

Siostrzyczko moja! siostrzyczko kochana!
A gdzie ty?...

BALLADYNA

Jaki śmiech w Aliny głosie!
Musi mieć pełny dzbanek...

Alina wchodzi.

ALINA

Cóż siostrzyczko?

BALLADYNA

Co?...

ALINA

Czy masz pełny dzbanek?

BALLADYNA

Nie...

ALINA

Balladyno,
Cóż ty robiłaś?

BALLADYNA

Nic...

ALINA

To źle, różyczko...
Ja mam dzban pełny, mniej jedną maliną.

BALLADYNA

Weź tę malinę z mego dzbanka.

ALINA

Miła!...
Siostrzyczko moja, powiedz, gdzieżeś była?
Wyszłyśmy razem, miałaś dosyć czasu;
Wszak ja ci, siostro, nie ukradłam lasu.
Dlaczegóż teraz z taką białą twarzą
I z przyciętymi ustami?...

BALLADYNA

Wyłażą
Z twojego dzbanka maliny jak węże,
Aby mię kąsać żądłami wymówek.
Idź i bądź panią! siostra się zaprzęże
Jak wół do pługa, będzie tłoczyć olej
Z kolących siemion i z brzydkich makówek.

ALINA

A wstydź się, siostro... proszę cię, nie bolej
Nad moim szczęściem.

BALLADYNA

Cha! cha! cha!

ALINA

Co znaczy
Ten śmiech okropny? siostro! czy ty chora?
Jeżeli wielkiej doznajesz rozpaczy,
To powiedz... Ale ty kochasz Kirkora?
Ty bardzo kochasz? Siostro! powiedz szczerze!
Bo widzisz, rybko, są inni rycerze,
Jak będę panią, to ci znajdę męża...

BALLADYNA

Ty będziesz panią? ty! ty!

Dobywa noża.

ALINA

Balladyna!...
Cóż ten nóż znaczy?...

BALLADYNA

Ten nóż?... to na węża
W malinach...

ALINA

Siostro, jesteś blada, sina.
Kalinko moja! co tobie? co tobie?
Czemu ty blada? ach! jak to okropnie!
Przemów choć słówko! Usiądźmy tu obie
I mówmy ze sobą otwarcie, roztropnie,
Jak dwie siostrzyczki.

Siadają na murawie.

Ja kocham Kirkora.
Ach, nie dlatego, że Kirkor bogaty,
Że wielki rycerz, pan możnego dwora,
Że ma karetę złotą, złote szaty;
A jednak miło mi, że chodzi w złocie,
Że miecz ma jasny, służebników krocie:
Bo to jak rycerz w bajce, co się rodzi
Z wielkiego króla i w lesie znachodzi
Jakąś zaklętą królewnę.

BALLADYNA
wstaje z pomięszaniem

Och!...

ALINA
wstając

Miła!...
Co tobie?

BALLADYNA
ze wzrastającym pomięszaniem

Gdybym cię, siostro, zabiła?...

ALINA

Co też ty mówisz?...

BALLADYNA

Daj mi te maliny!...

ALINA

A kto wie, siostro? gdybyś poprosiła,
Pocałowała usteczka Aliny,
Może bym dała?... spróbuj, Balladynko...

BALLADYNA

Prosić?...

ALINA

Inaczej żegnaj się z malinką.

BALLADYNA
przystępując

Co?...

ALINA

Bo też widzisz, siostro, że ten dzbanek
To moje szczęście, mój mąż, mój kochanek,
Moje sny złote i mój ślubny wianek,
I wszystko moje...

BALLADYNA
z wściekłością natrętną

Oddaj mi ten dzbanek.

ALINA

Siostro?...

BALLADYNA

Oddaj mi... bo!...

ALINA
z dziecinnym naigrywaniem się

Bo!... i cóż będzie?...
Bo?... Nie masz malin, więc suche żołędzie
Uzbierasz w dzbanek - czy wierzbowe liście?...
I tak... ja prędzej biegam i przez miedzę
Ubiegnę ciebie...

BALLADYNA

Ty?...

ALINA

A oczywiście,
Że ciebie w locie, siostrzyczko, wyprzedzę...

BALLADYNA

Ty!

ALINA

O! nie zbliżaj się do mnie z takiemi
Oczyma... Nie wiem... ja się ciebie boję.

BALLADYNA
zbliża się i bierze ją za rękę

I ja się boję...połóż się na ziemi...
Połóż! ha!

Zabija.

ALINA

Puszczaj!... oh!... konam...

Pada.

BALLADYNA

Co moje
Ręce zrobiły?... O!...

GŁOS Z WIERZBY

Jezus Maryja...

BALLADYNA
przerażona

Kto to?... zawołał ktoś?... czy to ja sama
Za siebie samą modliłam się?... Żmija,
Kobieta, siostra - nie siostra. Krwi plama
Tu - i tu - i tu -

Pokazując na czoło plami je palcem.

I tu. - Ktoż zabija
Za malin dzbanek siostrę?... Jeśli z bora
Kto tak zapyta? Powiem - ja. - Nie mogę
Skłamać i powiem: ja! - Jak to ja?... Wczora
Mogłabym przysiąc, że nie... W las!... w las!... w drogę,
Wczorajsze serce niechaj się za ciebie
Modli. - Ach, jam się wczoraj nie modliła.
To źle! źle! - dzisiaj już nie czas... Na niebie
Jest Bóg... zapomnę, że jest, będę żyła,
Jakby nie było Boga.

Odbiega w las.
Goplana i Skierka wchodzą. - Alina leży zabita.

GOPLANA

Ach, okropność,
Ludzie tak siebie zarzynają nożem.
Nie wiem, jak ludzka poczyna roztropność
W takim zdarzeniu?... My duchy nie możem
Znać owych ziółek, które rany leczą;
A ona ciepła, może jeszcze żywa?
Pustelnik nieraz ziółka w lesie zrywa,
Więc może, gdyby miał koło niej pieczą,
Dożycia wróci... Ach, Skierko mój drogi,
Sprowadź tu pustelnika.

Skierka odbiega.

Wy ciernie i głogi,
Jeżeli zabójczyni padnie na kolana
Bądźcie pod jej kolanami.
Niech leci wiatrem ścigana,
Przerażona strumyka mruczącego łzami
Jak siostry płaczem...

patrząc w las

Widzę tego pasterza, co się zwie tułaczem,
Wygnanym z kraju szczęścia, i po całym świecie
Szukał próżno kochanki... dziś kocha się w kwiecie,
W słońcu, w gwiazdach... w jutrzeńce... niech ujrzy to ciało.

Odchodzi w las. - Wchodzi Filon patrząc w niebo.

FILON
z emfazą

Po co mi świecisz, małżonko Tytana,
Twarzą, co przeszła z różowej na białą?...
Po co mi świecisz, Febie? Tyś do rana
Miłością konał na Tetydy łonie;
A teraz puszczasz rozhukane konie,
I z szat wilgotnych srebrną trzęsiesz rosę,
Szczęśliwy Febie!... Tam blada Dyjanna,
Patrząc na twoje czoło złotowłose,
Przed Endymionem kryje się w błękicie,
Do głębi serca promieniami ranna...
Miłość - to światło, to niebo, to życie!
A jam nie kochał! o biada mi! biada!

Spostrzega ciało Aliny.

Cóż to za bóstwo?... Jak marmury blada!
Nieżywa?... Boże! a taka podobna
Do nieśmiertelnych bogiń - i nieżywa -
Jak nad nią płacze ta wierzba żałobna!
A moja dusza na marzenia tkliwa
Łez dla niej nie ma?... Samotność popsuła
Źródło łez moich!... Jaka postać cudna!...
Jak ona wczoraj musiała być czuła!
Jak do niej wianek przypadał weselny!
Jak mogła kochać!... A dziś!.. śmierć obłudna
Życie wydarła, a wdzięk pośmiertelny
Na moją zgubę nieżywej nadała...
O! mój aniele! ty śmierci kochanka!
O! jak miłośnie twoja ręka biała
Ujęła czarny dzbanek... z tego dzbanka
Płyną maliny, a z alabastrowej
Piersi wytryska drugi taki strumień,
Piękniejszy barwą od krwi malinowej.
Ach! twój zabójca od dwu będzie sumień
Ścigany za te dwa strumienie krwawe...
Nie... to zwierz leśny musiał zabić ciebie,
Człowiek by nie mógł! - Boże!... oto rdzawe
Leży żelazo - to człowiek!... Ach, w niebie
Szukać schronienia przed tłumem tych ludzi!
Śpij, moja luba! ciebie nie obudzi
Ten pocałunek... a mnie niech zabije...

Całuje usta umarłej i podnosi nóż. Pustelnik nadbiega.

PUSTELNIK

Stój, stój, zabójco. - On żelazo kryje
Do swoich piersi...

FILON

Ojcze, patrzaj na nią!
Znalazłem przecie kochankę... nieżywą.

PUSTELNIK

Czyjeż to miecze takie kwiaty ranią?
Któż te pustynie krwią czerwieni żywą?
Czy tu król Popiel zawitał i plami
Białe lilije naszych lasów?...

FILON

Łzami
Krew tę obmyję...

PUSTELNIK

Wstydź się łez...

FILON

Ach, ona
Umarła... patrzaj... tu! tu! tu... niebieski
Kwiatek - znak śmierci śród białego łona...
Gwiazdeczka śmierci...

PUSTELNIK

Ty młody i rześki,
Podnieś umarłą i weź na ramiona;
Ja ci pomogę dźwigać lekkie ciało.
W celi mam ziółka...

FILON

Ty duszę omdlałą
Krzepisz nadzieją; ty podajesz ramię
Duszy nieszczęsnej, która się już kładła
W mogiłę żalu... pozwól, że ułamię
Gałązkę z wierzby, pod którą upadła
Kochanka moja, okropnie zabita...
Tum ją zobaczył - tu pokochał - stracił
Wprzód, nim pokochał... Ach, w przeszłości świta
Szczęście stracone; jam się nie zbogacił,
A skarb znalazłem...
Urywa gałązkę z wierzby.

GŁOS Z WIERZBY

Nie trącaj, bom pijany...

FILON

Ta wierzba bada...

PUSTELNIK

W lesie są szatany.
Ja znam się z nimi; nieraz mi do celi
W okna stukają...

FILON

W lesie są anieli,
Ale umarli...

PUSTELNIK

Chodź z twoim aniołem...

Filon bierze na ramiona ciało Aliny i odchodzi z Pustelnikem.
Goplana i Skierka wychodzą z gęstwin.

GOPLANA
wskazując na wierzbę

Przeklęci ludzie! jakim oni czołem
Śmieli ułamać gałąź z tego drzewa?
On musi cierpieć...

SKIERKA

Ach! coś się wylewa
Gorżkiego z rany... to zapewne woda
Z ziarnek pszenicy ogniem wymęczona,
Którą ci ludzie piją...

GOPLANA

Łza stracona...
Ach, każdej łezki brylantowej szkoda,
Kiedy nie dla mnie płynie ze źrenicy.
Jutro ty będziesz wolny, mój kochanku;
Jutro wymawiać będziesz okrutnicy,
Że cię dręczyła z ranka do poranku...
Ukryj się Skierko - patrzaj! Balladyna
Zbłąkana w lesie tu nadchodzi, sina,
Okropnie blada, z rozpuszczonym włosem.
Ja twarz zakryję i pod wierzbą siędę;
Będę mówiła do niej siostry głosem
I obłąkaną gryźć będę... gryźć będę...

Skierka odchodzi.

BALLADYNA
wbiega na scenę, obłąkana

Wiatr goni za mną i o siostrę pyta,
Krzyczę... zabita - zabita - zabita!
Drzewa wołają... gdzie jest siostra twoja?...
Chciałam krew obmyć... z błękitnego zdroja
Patrzała twarz jej blada i milcząca...
O... gdzie ja przyszła?... to wierzba płacząca...
Ta sama... gdzie ja... - Siostra moja!... żywa!...

GOPLANA

Siostro...

BALLADYNA

Okropnym wołasz mię imieniem!
Trup... trup... trup na mnie białą dłonią kiwa...
I ciągną nazad, wstając z głowy. - Ale
Nogi przykute...

GOPLANA

Czy ci smutne żale
Nie mówią, siostro, żeś ty źle zrobiła?
I gdyby siostra twoja żyła?...

BALLADYNA

Żyła?

GOPLANA

Mogłażbyś ty ją zabić po raz drugi?

BALLADYNA
szukając koło siebie

Zgubiłam mój nóż.

GOPLANA

Ach, nie dosyć długi
Nóż twój był, siostro...

BALLADYNA

To nie moja wina.

GOPLANA

Siostro! lecz jeśli przebaczy Alina?...
Jeśli zapomni... i powie... siostrzyczko,
Miałam sen taki - do chaty wieczorem
Nim wyszłaś w ciemne osiny ze świeczką,
Przyjechał rycerz; rycerz był upiorem,
Upiór dwie siostry pokochał szalenie
I obie wysłał na maliny;...śniłam,
Że gdyśmy zaszły w głuche lasu cienie,
Siostra mnie nożem... Wtem się obudziłam...
Chodźmy do wróżki, niech sen wytłumaczy...

BALLADYNA
zamyślona

To sen... ach, prawda... i mnie się wydaje,
Że to sen, siostro...

GOPLANA

Ten sen nic nie znaczy...

BALLADYNA

To sen...

GOPLANA

I tylko matka nas połaje,
Żeśmy się długo zabawiły w borze.

BALLADYNA

A rycerz...

GOPLANA

Zniknął... to sen...

BALLADYNA

Być nie może...
Co? ha! okropnie, rycerz jak sen zniknął?

GOPLANA

Ale ja żyję...

BALLADYNA

Bogdajbyś umarła!
To sen... to sen - ha?...rozum już przywyknął
Do twojej śmierci. Skorobym otarła
Krew z mojej ręki... byłabym szczęśliwa.

GOPLANA
odkrywa twarz

Bądź nią, szatanie! twa siostra nieżywa.

BALLADYNA

O wielki Boże! a ty co za widmo?...

GOPLANA

Bańka z kryształu, którą wichry wydmą
Z błękitu fali... i barwami kwiatu
Malują zorze. - Ale bądź spokojną,
Ja nie wyjawię tajemnicy światu,
Zostawię ciebie przeznaczeniem spojną
Z ręką rycerza i ze zbrodni ręką;
A ręka zbrodni dalej zaprowadzi.
Usychaj wiecznie tajemnicy męką!
Każda malina może ciebie zdradzi,
Ta wierzba ciebie widziała,
Korą wyśpiewa...
Lękaj się drzewa!
Lękaj się kwiatu!
Każda lilija albo róża biała
I na ślubie, i po ślubie
Będzie plamami szkarłatu
Na wszystkich liściach czerwona.
Idź... weź ten dzbanek... ja ciebie nie zgubię.
Ale natura zbrodnią pogwałcona
Mścić się będzie - idź do chaty!

Balladyna bierze z rąk Goplany dzbanek Aliny i odchodzi milcząca.

Odeszła i splamione krwią obmyje szaty.
Ale na czole plama zostanie czerwona;
Nie ostrzegłam jej, próżno byłoby ostrzegać,
Ta plama nie zejdzie z czoła. -
Ja zaś idę po fali kryształowej biegać,
Rzucę ten ciemny obraz zbrodni w jasne koła
Zwierciadlanego Gopła... O blasku miesiąca
Wrócę słuchać, jak szumi ta wierzba płacząca.

Odchodzi.

Scena II

Ganek przed chatą Wdowy ocieniony lipą. Wdowa i Kirkor siedzą na ławie.

KIRKOR

Nie widać córek...

WDOWA

Wrócą, panie! wrócą
Jedna za drugą jak dwie gąski białe,
Jedna za drugą. Ach, łzy mi się rzucą
Ze starych oczu, na Chrystusa chwałę,
Gdy je zobaczę...

KIRKOR

Któraż pierwszą będzie?
Czy Balladyna?

WDOWA

Pewnie Balladyna.
Wszak ona pierwsza w kościele i wszędzie
Pierwsza... z organem piosenkę zaczyna.
Alina także pierwsza.

KIRKOR

Więc Alina
Może powróci?

WDOWA

Ha! może Alina;
Bogu to wiedzieć...

KIRKOR

Czy wiesz, moja stara,
Żem niespokojny o twoje dziewczęta...

WDOWA

To i ja właśnie... jakaś niby mara
W głowę mi wlazła. Choć nikt nie pamięta,
Aby na wiosnę kiedy być nie było
Malin... a gdyby się też przytrafiło,
Że nie ma malin... tak marzyłam wczora,
Nim sen przyleciał... gdyby też śród bora
Nie było malin? - potem sama sobie
Mówiłam: głupiaś... wszakże koń przy żłobie,
Gdy nie ma owsa, to zjada siano;
Jeśli dziewczęta malin nie dostaną,
To nazbierają poziomek. - Wy, króle!
Może wam w zamkach nie znać się, co ziomka,
A co malina, co siano a słomka,
A co są dziuple, a co pszczelne ule.
Wam tylko złoto, złoto, zawsze złoto...

KIRKOR

Ach! nie wierz temu... nieraz my zgyzotą
Trapieni w zamkach dni pędzimy liche.
Po stokroć, matko, wolę twoje ciche
I wiejskie życie... Miło na tym ganku
Czekać wieśniaczej małżonki, jak lubo
Kołysze sercem ten powiew poranku;
Ty taka dobra, choć masz szatę grubą.

WDOWA

To mój świąteczny przecie ubiór - proszę!
Cycowa suknia!... tylko w święto noszę
Takie ornaty... Wraca Balladyna...

KIRKOR

Gdzie?

WDOWA

O! nie widać... lecz matce wiadomo.
Patrz, panie! oto jaskółeczka sina
Zamiast wylecić, kryje się pod słomą,
I cicho siedzi... Gdyby zaś Alina
Wracała z gaju, tobyś to, mój panie,
Usłyszał w belkach szum i świergotanie,
Jedna za drugą pyrr... pyrr... lecą z gnizdek
Do tej dziewczynki i nad nią się kręcą
Niby chmureczka małych, czarnych gwiazdek
Nad białą gwiazdką...

KIRKOR

Dlaczegóż się nęcą
Ptaszki do młodszej córki?...

WDOWA

Któż to zgadnie?...
Idzie Balladyna, widzisz?...

KIRKOR

Jak jej ładnie
Z tym czarnym dzbankiem na głowie.

Balladyna wchodzi ze spuszczoną głową.

Dziewico!
Oddaj mi dzbanek, ja ci zaś nawzajem
Daję pierścionek...

Bierze dzbanek. Balladyna odwraca głowę.
- Kirkor kładzie na jej palec pierścionek.

WDOWA

Brylanciki świecą...

KIRKOR

Oby nam życie było słodkim rajem.
Idź do komnaty, starym obyczajem
Niechaj ci warkocz zaplatają swatki,
Niechaj świeżymi przetykają kwiatki,
A za godzinę, drżącą, uwieńczoną,
Wezmę z rąk matki, i będziesz mi żoną.
Kareta czeka, po księdza pojadę.

Odchodzi Kirkor

BALLADYNA

Och!

WDOWA

Czegóż wzdychasz? I coś niby blade
Usteczka ściskasz?...

BALLADYNA

Matko moja droga,
Nie wiem, jak wyznać?

WDOWA

Cóż, córeczko miła?
Czy ty już drżąca od łożnicy proga
Chciałabyś uciec jak sarneczka?...

BALLADYNA

Siła
Złego mam donieść...

WDOWA

Co?

BALLADYNA

Ach! nie dasz wiary.
Ale Alina - Ach... ta siostra młoda
I tak kochana... Ach, jaka jej szkoda!

WDOWA

Co, córko?

BALLADYNA

Bo też psułaś ją bez miary.
Twoja to wina, że dziś...

WDOWA

Mów, bo skonam.

BALLADYNA

Lękam się mówić, może nie przekonam
Ślepej miłości, matki przywiązania.
Lecz któż by myślał, że ta młoda łania
Ucieknie...

WDOWA

Córko... Alina?

BALLADYNA

Uciekła...

WDOWA

Gdzie... jak? z kim? - Boże! Matki się wyrzekła.

BALLADYNA

Ach, przewidziałam dawno, że tak będzie,
Jakiś obdarty młokos chodził wszędzie
Za tą dziewczyną, szeptał jej do ucha.
Napomniałam. - Wiesz, jak ona słucha
Kazań od siostry? I dziś... z nim uciekła...

WDOWA

Wyrodne dziecko!... Więc idź aż do piekła!
Nie pomyślałaś na te stare oczy,
Że będą płakać... dobrze, bo nie będą
Płakać po tobie. - Bo matka ma smoczy
Płód zamiast serca, można serce krajać,
To się kawałki węża znowu sprzędą
Jak płótna kawał... Chciałabym ją łajać...
Przeklinać... dręczyć. - Ot, wiesz... że te oczy
Jak noże, ot tak... wlepiłabym w łono
Jak noże... tylko bez tej łzy, co mroczy.
Może byś ty mnie widziała szaloną,
Ale co płakać... Nie! nie! nie!

Płacze łkając.

BALLADYNA

Mój Boże!
I tak zasmucić!...

WDOWA

O! i tak zasmucić!

BALLADYNA

Zasmucić matkę starą?...

WDOWA

O! mój Boże!
Tak starą... Ale ona może wrócić.
Kto wie!...Nieprawdaż, ona wrócić może?
Jak sama kiedy siądzie przy oświatce
Nocą...pomyśli: gdzie matka? A już by
Serca nie miała, żeby też o matce
Nie pomyślała nigdy...

BALLADYNA

Idą drużby...
Słychać weselną muzykę.

WDOWA

Jak oni grają smutnie i wesoło...
Ty teraz skarbem moim... daj mi czoło,
Niech pocałuję... Cóż to! jakaś plama,
Jak krew czerwona?

BALLADYNA
z przerażeniem

Krew?...

WDOWA

To od maliny
Może... daj... zetrę...

BALLADYNA
ścierając

Matko... zetrę sama.

WDOWA

Jeszcze jest...

BALLADYNA
trąc czoło

Teraz?...

WDOWA

Jeszcze - jak rubiny
W twoim pierścionku pięknie sobie świeci.

BALLADYNA
na nowo usiłując zetrzeć

A teraz?...

WDOWA

Jeszcze jest... by na osieci
Listek czerwony...

BALLADYNA

O! o! to okropnie!

WDOWA

Daj mi tu czoło, a zetrę roztropnie.
Może to ranka...

Wspina się na palcach.

BALLADYNA

Matko, nie dotykaj
Tej plamy...

WDOWA

Czy cię boli?...

BALLADYNA

Nie - nie boli...

WDOWA

Przyniosę wody spod owej topoli,
Gdzie piją wróble...

Wdowa odchodzi.

BALLADYNA

Plamo krwawa, znikaj!...

Wchodzą Swaty i Drużki, ustrojeni, z muzyką; zbliżają się do Balladyny:
ta odwraca twarz.

SWATY
śpiew

Nie odwracaj czoła,
Wstydliwa dziewczyno;
Mąż na ciebie woła,
Młodziutka kalino.
Nie odwracaj czoła...

DZIEWICE
śpiewając

Chcą nam ciebie wydrzeć swaty;
Niech cię bronią białe kwiaty
Twego wianka...

SWATY
śpiew

Kwiaty ciebie nie obronią
Ni białością, ani wonią,
Od kochanka...

Dziewice podają Balladynie kosze z kwiatami.

BALLADYNA

Precz! precz. - Odkąd zaczęły kwitnąć białe róże
Z czerwonymi plamami?... Wynieście te kosze...

Balladyna ucieka do chaty.

JEDNA Z DZIEWIC

Pogardziła kwiatami, które ja przynoszę,
Ja, dawna przyjaciółka.

JEDEN Z MŁODZIEŃCÓW

Patrzcie, w pyłu chmurze
Błyska złota kareta, jedzie Kirkor z księdzem.

DRUGI Z MŁODZIEŃCÓW

Przy tej karecie słońce zdaje się mosiądzem.

Koniec aktu drugiego

BALLADYNA - AKT III

Scena I

Dom Wdowy dopalający się - przed pogorzeliskiem garstka wieśniaczego ludu.

PIERWSZA KOBIETA

Oj, widzicie, jak diabły ludziom szczęście noszą,
Ta, nędzarka, ta wdowa ze swoją kokoszą,
W złotej karecie błotem nas biednych bryzga.

DRUGA KOBIETA

Oj prawda, że to gorzko, nam się to wyślizga,
Co się drugim dostało.

STARZEC

A ja wam powiadam,
Że staruszka podczciwa, sam nasz ojciec Adam
Mógłby ją wziąć za żonę, lepiej mu przypadła
Niż Ewa...

PIERWSZA KOBIETA

Bo bez zębów, jabłek by nie jadła.

STARZEC

Pamiętajcie, że ona ubogie leczyła,
Ty sama, co tu wrzeszczysz, moja pani miła,
Już by cię dawno szatan pojął do swej chwały,
Gdyby nie ta struszka.

DRUGA KOBIETA

I mój Stasiek mały
Także jej winien życie, więc jej nie zazdroszczę,
Dalibóg nie zazdroszczę; wóz sianem wymoszczę
I pojadę w zamczysku odwiedzić struszkę...

DZIEWCZYNA

I Balladynie miło będzie widzieć drużkę.
Pojadę z tobą, matko.

DRUGA KOBIETA

Jak chcesz, moje dziecię,
To narwijże róż polnych i bławatków w życie,
Na wianek dla tej pani.

STARZEC

Oj, nie jedź, kobieto!
Widzisz ten pożar?

DRUGA KOBIETA

Cóż stąd - że słomą podbitą
Chatę spalili? - cóż stąd?

STARZEC

Widać, że się wstydzą
Chaty, słomy, bławatków i nas...

PIERWSZA KOBIETA

Na to zgoda,
A mówiłam, że oni z biednych chłopków szydzą.

STARZEC

Dajcie mi święty pokój.

DZIEWCZYNA

A ta panna młoda
To zadzierała nosa!... Widzieliście wczora.
Wstążkę czarną na czole miała zamiast wianka,
Wszystko, by się odróżnić... a w kosach równianka
Nie z białych róż, ze złotych... Twarz niby upiora
Blada... a uśmiech hardy; a kiedy się śmieje,
To ząbków ani widać.

DRUGA KOBIETA

Nim słońce dogrzeje.
Jedźmy, dziewczyno, wozem do zamku Kirkora...

DRUGA DZIEWCZYNA

Nie jedź! nie jedź!...

DZIEWCZYNA

Nie jadę.

DRUGA KOBIETA

Stara wóz wymości
I pojedzie... Jak do nich mówić po godności?

STARZEC

Grzecznie mówić.

DRUGA KOBIETA

Pojadę.

DZIEWCZYNA

Tego mi i trzeba;
Każą ci na dziedziniec wynieść kawał chleba,
A ty się kłaniasz nisko jak wieko u skrzyni;
A pani z okna plunie. - Ha! mościa grabini,
Przyniosłam ci kosz jajek. - Wiecie wy, że ona
Była już na grabinię z dawna przeznaczona,
Bo miała wziąć za męża Grabka pijanicę.
Wiecie o tym? na Boga... to nie tajemnice,
Zwąchali się z Grabiczem - to dziw, gdzie on siedział?
Nie było go na ślubie.

PIERWSZA KOBIETA

Może się dowiedział...
I poszedł do jeziora z rozpaczy.

DZIEWCZYNA

Nie łatwo
Wisusowi utonąć...

PIERWSZA KOBIETA

Otóż Grabiec pędzi
Z lasu, jak zwykle wiejską otoczony dziatwą,
Niby kania od wróblów...

Grabiec wpada na scenę, za nim tłum dzieci.

DZIEWCZYNA

Niech z wami gawędzi,
Jeśli dotąd nic nie wie, nie mówcie o niczem;
Narwę grochu na wianek.

Odchodzi.

DZIECI

Z Grabiczem! Z Grabiczem!
Tańcujmy! tańcuj, Grabku!

GRABIEC

Precz, bachury!

STARZEC

Gdzieżeś to bywał? czemu tak ponury?

GRABIEC

Co? gdziem ja bywał?

DZIEWCZĘTA

I coś robił?

GRABIEC

Rosłem.

DZIEWCZĘTA

Co ty powiadasz?

GRABIEC

Rosłem.

DZIECI

On był osłem!
Grabiec był osłem...

GRABIEC

Milcz, przeklęty tłumie,
Bo mi się zdaje, że liściami szumię.
Gdybym przynajmniej miał tyle gałązek,
Co miałem wczora, nie szczędziłbym wiązek
Na wasze plecy.

DZIECI

Co pan Grabek plecie?

GRABIEC
do Starca

Powiedz mi, starcze! czy to można w lecie?...
Czy można to być? - dotąd korą świerzbię! -
Być wierzbą?...

STARZEC

Wierzbą można zostać wierzbie,
Ale grabinie to nie...

GRABIEC

A ja byłem
Wierzbą...

STARZEC

Co mówisz?...

GRABIEC

Mówię, co mówiłem.
Bogdaj was diabeł pozamieniał w łozy,
Córki tej wierzby, i piekielne kozy
Wypuścił na was... Ale ja w rozpaczy;
Ja byłem wierzbą.

STARZEC

Jednak to coś znaczy...
A byłeś w karczmie?

GRABIEC

Wprzód nim wierzbą byłem,
To byłem w karczmie.

STARZEC

I piłeś?...

GRABIEC

A piłem...

STARZEC
śmiejąc się

Więc to sen, panie Grabku, wierzba owa!...

GRABIEC
pokazując na pogorzelisko

A gdzie ta chata?

DZIEWCZYNA

Jaka?

GRABIEC

Ta, gdzie wdowa
Żyła z córkami?...

DZIEWCZYNA

A toż chata stoi...

GRABIEC

Gdzie?

DZIEWCZYNA

Ty pijany!...

GRABIEC

Gdzie?

DZIEWCZYNA

Tu!...

GRABIEC

Niech was poi
Rosą diablica, jak mnie napoiła,
Jeśli tu chata...

DZIEWCZYNA

Chata się zmieniła
W twój nos czerwony, kiedyś ty się zmienił
W płaczącą wierzbę.

GRABIEC

Bogdaj cię ożenił
Sztokfisz w habicie z diabłem - a gdzie ona?...

DZIEWCZYNA

Kto?

GRABIEC

Balladyna?

DRUGA DZIEWCZYNA
wchodzi z grochowym wiankiem

Także przemieniona
W ten grochowy wianuszek, w grochowy wianuszek.

Rzuca na głowę Grabkowi wianek.

DZIECI

Cha! cha! cha! groch na wierzbie rośnie zamiast gruszek!
Cha! cha! cha! panie Grabku! Grabku, gdzieś ty bywał?
A tu słowik kochance mężulka wyśpiewał...

DZIEWCZYNY

A pan Grabek był wierzbą!

DZIECI

Grabek rosnął w lesie!

DZIEWCZYNY

A żoneczka w złocistej smyknęła kolesie.
Cha! cha! cha!

DZIECI

Żeń się, Grabku, z miotłą czarownicy!
Cha! cha! cha!

STARZEC
bierze Grabka za rękę

Chodź do karczmy, przy miodu szklanicy
Ja ci wszystko opowiem.

Wyprowadza Grabka.

DZIECI
lecąc za Grabkiem

Gil, wróbel i dzierzba
Śpiewały na grabinie - a on rzekł: jam wierzba,
Nuż z niego kręcić dudy... Smyknęła dziewczyna!
Cha! cha! cha! wierzba, wierzbić, wierzbiątko, wierzbina.

Dzieci i cały tłum wychodzą za Grabkiem.

Scena II

Sala pyszna w zamku Kirkora. Balladyna wchodzi zamyślona w bogatej szacie - z wstążką czarną na czole.

BALLADYNA
sama

Więc mam już wszystko... wszystko... teraz trzeba
Używać... pańskich uczyć się uśmiechów,
I być jak ludzie, którym spadło z nieba
Ogromne szczęście... Wszakże tylu ludzi
Większych się nad mój dopuścili grzechów
I żyją. - Rankiem głos sumienia nudzi,
Nad wieczorami dręczy i przeraża,
A nocą ze snu okropnego budzi...
O! gdyby nie to!... Cicho. - Mur powtarza:
"O! gdyby nie to..."

Wchodzi Kirkor zbrojny z rycerstwem.

KIRKOR

Moja młoda żono!
Jakże ci w moim zamczysku?...

BALLADYNA

Spokojnie.

Wchodzi Fon Kostryn.

KOSTRYN

Rycerze zbrojni czekają przed broną.

BALLADYNA

Grabio! dlaczego tak rano i zbrojnie?

KIRKOR

Kochanie moje, odjeżdżam...

BALLADYNA

Gdzie?

KIRKOR

Droga!
Przysięgłem święcie taić cel wyprawy.

BALLADYNA

Odjeżdżasz! ach, ja nieszczęsna!

'
KIRKOR

Na Boga!
Nie płacz, najmilsza... bo ci będzie łzawy
Głos odpowiadał nierycerskim echem...
Ani mię trzymaj przymileń uśmiechem,
Bo moje oczy olśnione po słońcu
Drogi nie znajdą... Niech pierś uniesiona
Ciężkim westchnieniem z krągłego robrońcu
Czarów nie rzuca, niech twoje ramiona
Wiszą ku ziemi jak uwiędłe bluszcze.

BALLADYNA
rzucając się na szyję

Gdzie jedziesz? Mężu... ja ciebie nie puszczę!
Dlaczego jedziesz? czyś poprzysiągł komu?

KIRKOR

Sobie przysiągłem.

BALLADYNA

Bogdaj ogień gromu
Bóg rzucał tobie przed konia podkową;
Może piorunem twój koń przerażony,
Piorunem w bramę powróci zamkową.
Więc ty na długo chcesz zaniechać żony?

KIRKOR

Za trzy dni wrócę...

BALLADYNA

Czyś ty kiedy liczył,
Ile w dniu godzin? ile chwil w godzinach?

KIRKOR

Niechaj wie człowiek, że mu Bóg pożyczył
Życia na krótko, niechaj odda w czynach,
Co winien Bogu.

BALLADYNA

Lecz ty winien żonie
Pozostać z żoną...

KIRKOR

Nic mię nie zatrzyma,
Muszę odjechać - daj mi białe skronie!

Całuje w czoło.

Przed ludzi okiem ty wiesz, że prawdziwe
Pocałowania dają się oczyma,
A biedne usta, tak jako pierzchliwe
Jaskółki, muszą w lot z białego kwiatka
Chwytać miodową pocałunku muszkę: -
Bądź zdrowa, żono... Gdzie jest nasza matka?
Może śpi jeszcze, pożegnaj staruszkę:
Nie mogę czekać.

odprowadzając na stronę

W skarbcu masz pieniążki,
Szafuj... i baw się... - daj mi czoło białe,
Jeszcze raz... - żono! nie lubię tej wstążki,
Czoło należy do mnie, czoło całe,
Rozwiąż tę wstążkę...

BALLADYNA

Mężu, uczyniłam
Ślub.

KIRKOR

Ślub po siostrze... tak... lecz gdy powrócę,
To wiedz się z Bogiem, ale mi się wyłam
Z takiego ślubu...

BALLADYNA

Tak...

KIRKOR

Bo się pokłócę
Z tobą, kochanko... i to nie na żarty. -
Bądź zdrowa. - Chamy na koń! - niechaj warty
Czuwają w zamku...

do Balladyny

Wspominaj mnie...

Odchodzi Kirkor i wszyscy prócz Balladyny.

BALLADYNA
sama

Mężu!
Odjechał... po co? Gdzie? - Sumnienia wężu,
Ty mi powiadasz: oto mąż odjechał
Szukać Aliny... ona w grobie - w grobie?
Lecz jeśli znajdzie grób? - Tak się uśmiechał,
Jakby chciał mówić: przywiozę ją tobie,
A zdejmiesz wstążkę, jak przywiozę.

Fon Kostryn wchodzi.

KOSTRYN

Pani!...
Hrabia zaklina, abyś mu przez okno
Posłała uśmiech...

Balladyna staje w oknie i uśmiecha się. Kostryn na stronie.

Mężowie, żegnani
Żon uśmiechami, sami we łzach mokną.

BALLADYNA
odchodząc od okna

Pojechał...

do Kostryna

Ktoś ty, rycerzu?...

KOSTRYN

Dowodźca
Warty zamkowej. -

BALLADYNA

Nagrodzę ci hojnie
Czujność i wierność...

KOSTRYN

Nie potrzeba bodźca
Temu, kto służy rycersko i zbrojnie
Tobie, grafini... Otośmy dostali
Zamkowi temu obronę tajemną;
Ach! my oboje będziemy czuwali,
Ja nad aniołem - ty, anioł, nade mną.

BALLADYNA

Jak się nazywasz?

KOSTRYN

Fon Kostryn...

BALLADYNA

Nie z Lachów?

KOSTRYN

Z niemieckich książąt rodzę się.

BALLADYNA

Wygnany?

KOSTRYN

Jak biedny ptaszek spod płonących dachów
W lot się puściłem... dziś obcy... nieznany
Własnej ojczyźnie, sługa w obcym kraju;
Niech to nie będzie moim potępieniem!
Ty także obca...

BALLADYNA

Co?

KOSTRYN

Ty jesteś z raju.

Odchodzi.

BALLADYNA
sama

Jak ja się prędko poznałam spojrzeniem
Z tym cudzoziemcem. - Ja mu nic nie winna -
Szukałam okiem przerażonym w tłumie
Kogoś. - Wierzyłam, że tu być powinna
Bratnia mi dusza... dusza moja... z moją...
Zacząć - jak? spojrzeć - jeżeli zrozumie,
Przemówić. - Dziwnie, że się ludzie boją
Ludzi jak Boga i więcej niż Boga. -
Będę odważną z ludźmi...

Wchodzi Wdowa ubrana jak w drugim akcie, w świątecznym ubiorze.

WDOWA

Córko droga!
Co to się stało? Królewic odjechał?

BALLADYNA

Cóż stąd?

WDOWA

Nazajutrz po ślubie zaniechał
Żoneczki młodej... czyś go zagniewała?
To by źle było! Jakże ty dziś spała,
Gołąbko moja? wszak mówią, że trzeba
Pamiętać zawsze sen na nowym łożu.
Otóż ja śniłam, że do mnie aż z nieba
Przyszła Alina, ot tak niby w morzu
Płynąc w obłoczkach... i rzekła...

BALLADYNA

Różaniec
Mów lepiej, matko.

WDOWA

Czy ty chcesz kaganiec
Włożyć na usta matce?

BALLADYNA

Matko stara,
Zamek nie chata, tu zatrudnień chmara,
Tu nie snów słuchać...

Wchodzi Sługa.

SŁUGA

Jakaś tam hołota
Stoi przed bramą i wykrzyka hardo,
Aby ją puścić przez zamkowe wrota.
A straż złożoną na krzyż halabardą
Zamknęła bramy... Ta chłopianka stara
Z drabiniastego woza bez ustanku
Krzyczy żołnierzom: "Powiedz, mój kochanku,
Matce Kirkora żony, że Barbara,
Jej przyjaciółka, zjeżdża w odwiedziny".

WDOWA

To moja kuma... jakie tam nowiny?...

BALLADYNA

Odprawić ten wóz.

WDOWA

Balladyno?

BALLADYNA

Matko!
Czy ci się sprzykrzył zamek?... dobra droga,
Możesz odjechać z tą starą...

WDOWA

Co?... klatką?
Tym drabiniastym wozem? - A, na Boga!
Córko, co mówisz?

BALLADYNA

O! to żarty...żarty...
Każ, matko, wóz ten wyprawić...

WDOWA
z westchnieniem

Wyprawcie. -
Powiedzcie, że śpię.

BALLADYNA
do sługi

A jeśli uparty
Wóz nie odjedzie, rozumiecie - warty
Czuwają w zamku...

WDOWA
do sługi

Tylko nie nabawcie
Biedy... to stara.

Sługa odchodzi.

Prawda, córko moja,
Gdyby przyjmować, toby tu jak z roja
Sypało chłopstwo. - Niechaj nas kochają
Z daleka - prawda? Córki rozum mają,
Ty nie głupiutka; kiedy zaczniesz prawić,
To księdza nawet nie zrozumie głowa.
Moja córuniu! Każ ty przecie sprawić
Sukienkę matce, bo już ta cycowa
Ma blade kwiatki, a jak tu kobiecie
W szarak się ubrać? Córko! moje życie!

BALLADYNA

To jutro, matko, przypomnij. - A tobie
Starej kobiecie, lepiej nie wychodzić
Z ciepłej komnaty...

WDOWA

Ach, nudno jak w grobie
Tak samej siedzieć... Czy ty chcesz zagrodzić
Zamek matuli?...

BALLADYNA

Nie - nie...

WDOWA

Kocha mię?... prawda, córko? A malina
Na twoim czole? Ta plama... o! pokaż...
Czy boli ciebie? Ty nigdy nie kwokasz,
Kurko, choć boli... a to może boli?...

BALLADYNA

Dosyć już, matko...

WDOWA

Woda spod topoli
Obmyć nie mogła... o! córko kochana...
To jakaś dziwna i okropna rana,
Bladniesz, by o niej wspomnieć...

BALLADYNA

Więc dlaczego
Wspominasz, matko?...

WDOWA

To z serca dobrego...
Z dobrego serca...

BALLADYNA

Wierzę! wierzę! wierzę!
Matko, idź teraz do siebie na wieżę.

WDOWA

Do mojej ciupy?...

BALLADYNA

Tam ci jeść przyniosą...
I pić przyniosą...

WDOWA

I pić jak ptaszkowi?...

BALLADYNA

Idź, matko!

WDOWA

To już z moją siwą kosą
Będę się bawić... Tylko służalcowi
Każ mi jeść przynieść... nie zapomnij...

Odchodzi.

BALLADYNA
sama

Piekło!
Mieszam się - bladnę... Ja się kiedyś zdradzę
Przed matką, mężem... Wszystko się urzekło
Na moją zgubę. Ludzie jako szpaki
Uczone mowy, przez okropną władzę
Sprawiedliwości, nie myśląc o mowie
Tak mówią, jakoby tajnymi szlaki
Dążyli ciągle w głąb serca. Surowie
Kładą sędziego pytanie: czyś winna?
Krętymi słowy... Matka, mąż, oboje,
I mąż, i matka - ta kobieta gminna.
Trzeba ją kochać, to matka.

Kostryn wchodzi na scenę.

KOSTRYN

Pokoje
Kazałem suto osnuć w złotogłowy.
Dziś dzień poślubny... dziś na dwór zamkowy
Zjadą się liczne pany i rycerze,
Wasale twoi...

BALLADYNA

Trzeba zamknąć wieżę,
Gdzie mieszka moja - mamka; - ona chora,
Snu potrzebuje.

KOSTRYN

Jak to - ta potwora
Mlekiem poiła twoje usta śliczne?
Ach nie!... Ta chyba bogini niebieska,
Co ma błękity lała drogi mleczne
Tak, że się każda białych piersi łezka
W gwiazdę mieniła i dziś ludziom płonie;
Ta sama chyba na śnieżystym łonie
Ukołysała ciebie...

BALLADYNA

Mój rycerzu,
Złote masz usta...

KOSTRYN

Ty dyjamentowe
Serce. - Kazałem na Gopła pobrzeżu
Zapalić smolne beczki i ogniowe
Słupy; do ognia weselnego lecą
Weseli goście. Czy pochwalasz pani?

BALLADYNA

Czyń, jak przystoi.

KOSTRYN

Wieże się oświecą
Jasnym kagańcem, i tylko wybrani
Goście do zamku mają być przyjęci.
Właśnie dziś jakiś prostak bez pamięci
Wdzierał się tutaj, kazałem go psami
Poszczwać za wrota. Śmiałek nad śmiałkami,
Psom odszczekiwał ciągle, że znał ciebie,
A w takich ustach to bluźnierstwo srogie.

BALLADYNA

Któż by to mógł być?

KOSTRYN

Ktoś z tych, co po chlebie
Pańskim się włóczą, i szaty ubogie
Łatają nitką wyskubaną z płaszcza
Panów, gdy nadto blisko przypuszczają
Taką hołotę... wyszczekana paszcza.
O! ty go nie znasz... twe usta nie mają
Zgłosek na takie imię - jakiś gbura -
Grabiec...

BALLADYNA

Co? Grabiec? Tego chłopstwa chmura
To jak szarańcza.

KOSTRYN

Przebacz mi, grabini,
Królowa kwiatów na próżno obwini
Chłopianki ulów, że koło niej brzęczą.
Albo się owiń niewidzialną tęczą
Przed ludzi okiem; albo znoś cierpliwie
Nasze wejrzenia...

BALLADYNA

O! ty, syn książęcy,
Mięszasz się próżno z tymi, co na niwie
Wiejskiej wyrośli... z tysiąca tysięcy
Możesz być pierwszym, byłeś tajemnicy
Umiał dochować.

Kostryn przyklęka i całuje kraj szaty.

Chodźmy do skarbnicy
Zaczerpnąć nieco złota, aby godnie
Gości przyjmować...

KOSTRYN

Poniosę pochodnie.

Kostryn poprzedza z pochodniami Balladynę - wychodzą.

Scena III

Las przed chatą Pustelnika. Kirkor zbrojny. - Pustelnik z koroną w ręku.

PUSTELNIK

Kirkorze, oto złocista korona.
Więc może kiedyś za twoją pomocą
Wróci na Gnezno i nie zakrwawiona
Błyśnie ludowi.

KIRKOR

Widzisz, jak ją złocą
Promienie słońca; dobra wróżba.

PUSTELNIK

Boże,
Świeć naszej sprawie... Dam ci jedną radę.
Młodziutką żonę pojąłeś, Kirkorze?

KIRKOR

Pełna prostoty, spokojny odjadę.

PUSTELNIK

Wtenczas w kobiecie całą ufność kładę,
Jeżeli wolna od wad matki Ewy.
Doświadcz ją. Poszlij zapieczętowaną
Skrzynię małżonce i srogimi gniewy
Zagroź, jeżeli znajdziesz rozłamaną
Pieczęć małżeńską.

Wynosi żelazną skrzynkę.

KIRKOR

Dobrze, niech tak będzie.
To moja pieczęć, dwie złote żołędzie
W paszczy dzikowej. Pójdź sam, wierny sługo.

Wchodzi Sługa.

Zanieś to żonie, a jakkolwiek długo
Będę się bawił, niechaj nie otwiera,
Bo ja tak każę.

Sługa odchodzi.

Ona taka szczera!
Ach, ty mi szczęścia pokazałeś drogę,
Czynami tylko zawdzięczyć ci mogę.
Żegnaj mi, starcze... Królem cię powitam.

PUSTELNIK

Na twoim czole już zwycięstwo czytam.

KIRKOR

Na, koń, rycerze!

Odchodzi Kirkor. - Słychać tętent oddalających się koni.

PUSTELNIK

Czemu się ten rycerz
Dwudziestą laty pierwej nie urodził?...
Byłem na tronie, to kraj cały płodził
Same poczwary; Jak niezdatny snycerz,
Który w kamieniach szuka ludzkiej twarzy
I czyni ludziom podobne kamienie,
Ale bez duszy... Czyliż przyrodzenie,
Nim stworzy, długo o stworzeniu marzy,
Długo próbuje, naprzód tworząc karcze,
A potem ludzi jak Kirkor.

Wchodzi Filon - fantastycznie ubrany.

FILON

O! starcze!
Gdzie jest kochanka moja?

PUSTELNIK

Nie ożyła.

FILON

Ach, to mi pokaż, gdzie leży mogiła
Serca mojego?... Niechaj widzę, jakie
Kwiaty wyrosły z posianej nadziei.
Blade być muszą...

PUSTELNIK

O! wieczna płacznico!
Czemu bezczynny błądzisz w leśnej kniei?
Biegnij z Kirkorem, twoje złote włosy
Odziej żelazną rycerza przyłbicą;
I na tę szalę, która ludzkie losy
Waży na ziemi, rzuć ziarnko makowe
Twojego życia... może los przeważy.

FILON

Gdzie jej mogiła?... gdzie?

PUSTELNIK

Gliny surowe
Pierś już wyjadły, a po białej twarzy
Robactwo łazi...

FILON

O nie! ona w ziemi
Jako rzek nimfa, na glinianym dzbanku
Dłonią oparta, dzban malinowemi
Leje gwiazdami i w różowym wianku
Trzyma zaklętą na malin ruczajek
Białą jej postać... zbudzić się nie może;
Oczki, aż listkiem niezapominajek
Z grobu wyrosną w rubinowe zorze
Mogiły patrzą gwiazdami błękitu.
W grobie się błyszczy.

PUSTELNIK

W grobie tyle świtu,
Co nad kołyską marzeń.

FILON

A cień blady
Nieraz tam błądzi, gdzie zwieszone smutnie
Nad grobowcami brzozy, jako lutnie
Od słowikowej trącane gromady,
Płaczą i szumią listkowymi struny.
Nieraz ją srebrne uplączą piołuny,
Nieraz rozkwitły zatrzyma bławatek;
Nieraz jak dziecko staje - i westchnieniem
Zdmucha cykorii opuszczony kwiatek.
Ciało jej leży pod zimnym kamieniem;
Duch na promykach księżycowych pływa
I nieraz płocho te kwiatki obrywa,
Co każdym listkiem liczą szczęścia chwile.
Ach, powiedz, starcze... więc ludzie w mogile
Marzą o szczęściu?...

PUSTELNIK

Umrzyj, to się dowiesz.
A jeśli wrócisz z grobu, to opowiesz
O tych marzeniach sumnieniom zbrodniarzy;
A może będą spali cicho w łożu...

FILON

Pójdę... i stanę na leśnym rozdrożu.
Jeżeli jaka jaszczurka zielona
Pobiegnie w prawo, to w grobie się marzy...
Jeśli na lewo... to człowiek - nic - kona
I nie śni...

Odchodzi Filon.

PUSTELNIK

Ileż rodzajów nędzarzy
Na biednym świecie - ziemia to szalona
Matka szalonych - któż to znowu?

Balladyna wbiega prędko.

Kto ty?...

BALLADYNA

Pani z bliskiego zamku.

PUSTELNIK

Czego żądasz?

BALLADYNA

Wiem, że znasz ziółek lekarskie przymioty,
Że leczysz rany.

PUSTELNIK

Zdrowo mi wyglądasz.
Pokaż zranione miejsce.

BALLADYNA

Starcze!

PUSTELNIK

Lekarz
Powinien widzieć...

BALLADYNA

Czy ty mi przyrzekasz
Wyleczyć?

PUSTELNIK

Pokaż tę ranę!

BALLADYNA

Na czole.
Patrz! ha... co?

PUSTELNIK

Niby miesiąc w mglistym kole
Krwi... twoja rana... czerwona i sina.
Powiedz mi, jaka, jaka straszna wina
Przyczyną?

BALLADYNA

Żadna.

PUSTELNIK

Lekarz musi wiedzieć
Wprzód, nim wyleczy.

BALLADYNA

Czerwona malina
Splamiła czoło.

PUSTELNIK

Musisz mi powiedzieć,
Kiedy to było?

BALLADYNA

Wczora.

PUSTELNIK

Wczora rano?

BALLADYNA

Tak.

PUSTELNIK

Daj mi ręką posłuchać uderzeń
Twojego serca. - Czy pod zapłakaną
Wierzbą nie rosły maliny? Mów śmiało;
Żądam od ciebie spowiedniczych zwierzeń.
Czy ta malina była kiedyś białą?
A tyś ją może sama z czerwieniła?
Przyłóż do serca tę, co cię zraniła,
Malinę...

Odpycha ją gwałtownie.

Biada tobie! serce twoje
Wydało...

BALLADYNA

Starcze!

PUSTELNIK

Tyś siostrę zabiła!

BALLADYNA

Nie - nie - masz złoto - jeszcze tyle troje
Przyniosę...

PUSTELNIK

Słuchaj! za co płacisz?

BALLADYNA

Nie wiem...

PUSTELNIK

Ta rana ciebie piekielnym zarzewiem
Pali... ha?...

BALLADYNA

Pali...

PUSTELNIK

I spałaś dziś?

BALLADYNA

Spałam.

PUSTELNIK

Z tą raną?...

BALLADYNA

Starcze, ja nic nie wyznałam.

PUSTELNIK

Nic! o przeklęta! a za coś płaciła?

BALLADYNA

Za twoje leki.

PUSTELNIK

Bogdaj rana gniła,
Aż cienie śmierci na całą twarz padną;
A moje zioła nie ukradną
Żadnego bólu...

BALLADYNA

Starcze, biada tobie!

PUSTELNIK
z ironią

Co? ty mi grozisz, kiedy ja chorobie
Obmyślam leki? Czary piekieł trudzę,
Aby tę ranę zmazać z twojego czoła.
Chcesz? siostrę twoją umarłą obudzę.

BALLADYNA

Obudzisz?

PUSTELNIK

Siostra niech siostry zawoła!
Umarła wstanie i tę ranę zmaże.
Chcesz?

BALLADYNA

Gdybym miała trzy wybladłe twarze,
Na każdej twarzy trzy straszniejsze plamy,
Wolę je nosić aż do Boga sądu,
Niż...

PUSTELNIK

Milcz, zbrodniarko! teraz my się znamy
Do głębi serca... Niechaj z tego trądu
Lęgną się w mózgu gryzące robaki,
W sumnieniu węże; niech kąsają wiecznie,
Aż umrzesz wewnątrz, a zgniłymi znaki
Okryta, chodzić będziesz jako żywe
Trupy... precz! precz! precz! ty musisz koniecznie
Czekać, co Boga sądy sprawiedliwe
Uczynią z tobą... A coś okropnego
Bóg już przeznaczył, może jutro spełni.
Może odmówi chleba powszedniego,
Może ci włosy kołtunami zwełni,
Potem zabije niewyspowiadaną
Ogniem niebieskim... Biada! Jutro rano
Na murach zamku ujrzysz Boga palec.
Ty jesteś jako zdradliwy padalec,
A jeszcze gorszą plamę masz wyrytą
Na twoim sercu niż na twoim czole.
Co... czyś ty martwa?... Obudź się, kobieto...
Obudź się, słuchaj.

BALLADYNA
jak ze snu

Co to? ha! wyrzekłeś,
Że siostra moja zbudzi się?... ja wolę
Umrzeć. - Dlaczego ty się, starcze, wściekłeś?
Biada ci! Biada!

Ucieka.

PUSTELNIK
sam

W smutnej lasów ciszy
Zbrodnia jak dzięcioł w drzewa bije suche;
A cięcie noża daje takie głuche
Echo jak topór kata, kiedy rąbie
Głowy na pniaku. Bóg to wszystko słyszy,
Wszystko zamyka w tej okropnej trąbie,
Co kiedyś będzie na sąd wołać ludzi.

Słychać śmiech w lesie.

Wszelki duch! W lesie śmieją się szatani!
Wiedźma goplańska z diablików orszakiem
Śmieszy ponure dęby, a z płaczących
Brzóz się naigrywa.

Słychać odgłos łowów i psów łajanie.

To łowiec umarły
Mglistymi psami mgliste pędzi tury
Błyskawicowym wichrem oślepione.
Pójdę... i łowy przeżegnam, niech giną
Na wieki wieków...
Lecz to nie rozsądek
Sąsiedztwo diabłów mienić w nieprzyjaciół.

Słychać dzwony podziemne.

Cóż to? zalane przed wiekami miasta
Wołają z Gopła do Boga o litość
Płaczem wieżowym... Może jaki krzyżyk
Wieży sodomskiej między lilijami
Widać na fali?... pójdę - nie wytrzymam -
Pójdę przeżegnać miasto potępione;
Może spokojnie pod modlitwą starca
Snem cichym zaśnie w pogrobowej fali;
Jak potępiony człowiek, za którego
Dziecię się modli.

Scena IV

Las jak poprzednio. - Skierka i Chochlik.

CHOCHLIK

Poleciał... głupi jak wrona.

SKIERKA
bierze porzuconą na kamieniu koronę

Patrz, oto starca korona.
Niechaj na włosach Gpolany
Od księżycowych promyków
Błyska jak wianek ogników
Związany włosem i wlany
W gniazdeczko złotych warkoczy.

CHOCHLIK

Patrz, nasza pani tu kroczy.

Grabiec i Goplana wchodzą na scenę.

GRABIEC

Moja najmilsza wiedźmo, deszczowa panienko,
Tobie jezioro łożem, a chmurka sukienką;
Gdy po lesie przechodzisz, każdy kwiat i drzewo
Wołać by cię powinien; chodź panno ulewo!
Oraczowi by cię mieć nad suchą niwą.
A gdybym ja był kwiatkiem, gorczycą, pokrzywą,
Albo rumiankiem, wtenczas wieczną tobie miłość
Przysiągłbym i w małżeńską wstąpiłbym zażyłość.
Ale ja na nieszczęście nie kwiat ni ziele;
Człowiek mięsny panienko; a moje piszczele
Skórę wychudłą podrą jak ostre nożyce,
Jeśli je mgłą napoję, gwiazdami nasycę.
Więc kłaniam uniżenie.

GOPLANA

O! biada mi, biada!
Dziś moja róża na pieńku opada,
Dziś jakiś rybak otruł złotą stynkę,
Pieszczotę moją; dziś miłą ptaszynkę,
Co mi śpiewała nocą nad jeziorem,
Na srebrnej brzozie, chłop zabił toporem
I drzewo zrąbał...

GRABIEC

Dzisiaj mnie sowito
Wierzbami pod zamczyskiem Kirkora obito;
To prawdziwe nieszczęście, plecy świerzbią. - Ale
Skoro w tym zamku biją, a karmią wspaniale,
Gdy z odkręconych dziobków u rynien w rynsztoki
Płynie jasna gorzałka; więc każą wyroki,
Abym przystał na służbę do kuchni Kirkora.

GOPLANA

Co? zawsze do niej! do niej!... Jeszcze wczora
Widziałeś serce tej kobiety. Miły,
Czego żądasz? Władzy, bogactw, siły,
Zmienionej twarzy; chociażby kamyka,
Co sprawia cudem, że przed ludźmi znika
Człowiek, jak widmo rozpłynione we śnie;
Wszystko mieć będziesz. Jakże mi boleśnie
Czarami twoje zakupować serce! -
Chcesz-li mieć owe skrzydlate kobierce,
Co noszą ludzi, gdzie myślą zażądać?
O! miły, powiedz!...Czy pragniesz wyglądać
Jako ów rycerz zjawiony na chmurze
Szykom Lechitów? W złocie i lazurze
Od stóp do głowy.

GRABIEC

Więc od stóp do głowy
Miło by mi wyglądać jako król dzwonkowy,
W koronie, z jabłkiem w lewej, z berłem na prawicy.

na stronie

Jak się teraz wywikła wiedźma z obietnicy?

głośno

Niech mam berło, koronę, płaszcz, złote trzewiki,
Od stopy aż do głowy, jak pan król...

GOPLANA

Diabliki!
Lećcie u zorzy
Prosić purpury,
Pereł u róży,
Szafiru u chmury,
U nieba błękitu,
A złota u świtu;
A może gdzie zawieszona
Na niebie tęczowa nić,
To tęczę wziąć na wrzeciona,
I wić, i wić, i wić!

Odbiegają Skierka i Chochlik. - Do Grabka

O jakiej zamarzysz postaci,
Zakreślony w czarów kole,
Taką moc Goplany da ci
Postać, szaty, rysy, dolę...

GRABIEC

W mojej myśli dzwonkowe szastają się króle.

GOPLANA
zakreśla koło

Stój cicho, nie wychodź z koła.
Słyszysz, jak szumi puszcza wesoła,
Jak po gałązkach sosen, leszczyny,
Zlatują na dół śpiewne ptaszyny,
Złociste wilgi, gile, słowiki.
Z nimi ciekawe słońca promyki
Spływają do nas przez listki drżące.
Ale się wkrótce niebo zachmurzy,
We mgle przelecą złote miesiące
I gwiazdy blade, jak tuman burzy
Z błyskawicami.

Skierka i Chochlik niosą szaty i koronę.

SKIERKA

Wszystko gotowe.

GRABIEC
poziewa

A! a! spać chcę...

GOPLANA

Pochyl głowę,
Zaśnij - obudzisz się skoro.
We śnie cię duchy ubiorą
Na marę twego marzenia.

GRABIEC
kładąc się

Cudy... Dobranoc, panie Grabku... do widzenia
Na tronie... dobrej nocy, synu organisty,
Polecam się pamięci i afekt strzelisty
Łączę...

Poziewa.

A! a! a! cudy...

Zasypia.

GOPLANA

Czuwajcie nad sennym,
Ja czary piekieł zamówię.

Ściemnia się - czerwone chmury przechodzą i widma otaczają Goplanę odwróconą.

SKIERKA

Okryj go płaszczem promiennym,
Wdziej mu złociste obuwie.

Ściemnia się zupełnie. - Na głowie Goplany pokazuje się półksiężyc.

Perła rosy z płaszcza kapie;
Zbierz te perełki po trawie
I znów przyszyj na rękawie.

CHOCHLIK

Król dobrodziej w dobre chrapie,
Na drugi bok się przewraca.

SKIERKA

Gpolano, niech światło wraca,
Już się twój miły przetwarzył.

Goplana daje znak - księżyc z jej czoła znika - i światło wraca.

GOPLANA
patrząc na śpiącego

Jaką on sobie dziwną postać wymarzył.

Grabiec wstaje z ziemi jak król dzwonkowy.

GRABIEC
poziewając

A-a-a-a-dobry dzień... a-piękna pogoda,
Co to? włosy na brodzie? - Diabła! - siwa broda,
Co to znaczy? W co znowu przewierzgnęły biesy?
Jaki płaszcz! - jakie dziwne na piersiach floresy!
Śniło mi się... Dalibóg, nie wiem, co się śniło,
Karczma podobno, piwo z beczek się toczyło,
I był potop, w potopie pływałem jak ryba.
Sztuczka diabła! zrobili ze mnie wieloryba,
Lewiatana w złocistym płaszczu, z brodą siwą.
Ha! chodź tu, moja wiedźmo, moje szklane dziwo,
Powiedz, kto mnie tak złotem i brodą ozdobił?
Powiedz, co się zrobiło ze mnie?

GOPLANA

Król się zrobił.

GRABIEC
sięga do głowy i znajduje koronę

Więc niech się nie odrabia to, co już zrobione.
Sięgnęła ręka do głowy, znalazła koronę.
Cudy...

GOPLANA

Nosisz prawdziwą koronę Popielów...

GRABIEC

Widzę, że służy ludziom do tych samych celów,
Co czapka: kryje uszy. A to?

Pokazuje berło drewniane.

GOPLANA

Berło twoje.

GRABIEC

Jak chcesz, miły węgorzu, ja sobie uroję,
Że to berło; niech oko rozumowi sprzyja
I powie, że to berło... Skąd wy tego kija
Wzięli, diabliki moje?

CHOCHLIK

Gdy cię Grabkiem zwano...

GRABIEC
ze wzgardą

Nie mów mi o tym Grabku.

CHOCHLIK

Gdyś był wczora rano
Obywatelem lasu, wierzbą: z królo-drzewa
Filon ułamał gałąź.

GRABIEC

I ta ręka lewa
Nosi tę samą korę, którąm ja porastał,
I ta kora jest berłem... Ha! to będę szastał
Tym berłem po grzbiecinach. - Ach! wielka mi szkoda,
Że się do nieba dostał ojciec golibroda,
Wraz by oszastał długie kędziory na brodzie.
Moja wiedźmo, co chodzisz jak święta po wodzie,
Nie możesz ty mię z łaski swojej brody zbawić?
Nie?... basta... jaki balwierz potrafi się wsławić
Na tej królweskiej brodzie. - Ha... a jeszcze warto
Dać mi jabłko do ręki, a z dzwonkową kartą
Będę chodził po świecie jako ze zwierciadłem.

SKIERKA

Na jabłko królewskie skradłem
Chłopakom z bliskiego sioła
Bańkę z mydła; a dokoła
Tak piekło słońce, że z głową
I z nogami w kryształową
Siadłem kulkę. - Lecę, lecę...
Wtem banieczka moja złota
Na błękitnej siadła rzece;
I konik polny - niecnota!
Kiedy pod tęczowym szkiełkiem
Usnąłem spokojnie w łódce:
Zbił ją gazowym skrzydełkiem
I uciekł... a ja rozespan,
Na niebieskiej nezabudce
Ocknąłem się...

GRABIEC

Diabliku, to znaczy, że jespan
Głupi jak but... bo jabłko, choć jabłko królewskie,
To jabłko, nie zaś żadne migdały niebieskie.

Chochlik daje mu jabłko.

Dzięki składam waszeci - dobre... a czy winne?

Kosztuje

Więc mam wszystko, co król ma. Ach! ach! A gdzie gminne
Szołdry? Poddani moi, którym ja panuję?...

GOPLANA

Wszystko, co na tej ziemi moją władzę czuje:
Ptaszyny, drzewa, rosy, tęcze, każdy kwiatek
Jest twoim...

GRABIEC

Trzeba zaraz nałożyć podatek.
Słuchajcie mnie... a kodeks niech będzie wykuty
W spróchniałej jakiej wierzbie. Odtąd brać w rekruty
I żubry, i zające, i dziki, i łosie.
Kwiaty, jeżeli zechcą kąpać listki w rosie,
Niech płacą, rosę puszczam w odkupy Żydowi;
Niech mi wódką zapłaci. Każdemu szpakowi
Kazać nie myśleć wtenczas, kiedy będzie gadał...
Zabronić, aby sejmik jaskółczy usiadał
Na trzcinach i o sprawie politycznej sądził.
Wróblów sejmy rozpędzić; ja sam będę rządził
I wieszał, i nagradzał... Jaskółkom na drogę
Dawać paszporta, w takich opisywać nogę,
Dziób, ogonek i skrzydła, i rodzime znaki.
Odtąd nie będą dzieci swych posyłać ptaki
Do niemieckich zakładów, gdzie uczą papugi;
Wyjęte sroki, które oddają usługi
Ważne mowie ojczystej. Z cudzych stron osoby
Jak to: kanarki... śledzić. Na obce wyroby
Nakładam cło... od łokcia tęczy wyrobionej
W kraju słońca, księżyca, białej lub czerwonej
Albo fijoletowej, byleby jedwabnej,
Płacić po trzy złotniki... a od sztuki szwabnej
Płótna z białych pajęczyn...

GOPLANA

O czym gadasz, drogi?

GRABIEC

Co? króluję... króluję - skarb łatam ubogi.
Róża płaci od pączka, od kalin kalina,
Od każdego orzecha zapłaci leszczyna,
Czy to pusty, czy pełny... mak od ziarek maku,
Nie od makówek. Głowa na mnie nie dla znaku...

GOPLANA

Zostawiam ci Chochlika, Skierkę, - niechaj służą,
Niechaj zrywają kwiaty, a strzęsioną różą
Osypią, kiedy zaśniesz. Bądź zdrów, do wieczora.
Będę ciebie czekała nad brzegiem jeziora,
I płacząc, piosnką płaczu wabiła słowika.

Odchodzi Goplana.

GRABIEC

Aż mi lżej, że ta rybia galareta znika.
Hej, poddani!

do Chochlika

Ty jesteś królewskim ministrem,
Boś głupi.

do Skierki

A ty, drugi diable z oczkiem bystrem,
Błaznem; śmiesz mię, łajdaku, aż z radości pęknę.
Ministrze, gdzie mój powóz?

CHOCHLIK

Cztery konie piękne.
Czarne - księżycowymi wierzgają podkowy;
I wóz na ciebie czeka Mefistofelowy;
Ale nie mów Goplanie...

GRABIEC

Dlaczego?

CHOCHLIK

Bo ona
Nie chce pożyczać z piekła.

GRABIEC

Szalona! szalona!
Jeśli diabeł pożycza, bierz, bo takie wozy
Oszczędzają ci butów...

do Skierki

Ty będziesz wiózł z kozy.
Minister za forysia... teraz jechać pora.

SKIERKA

Gdzie król jedzie?

GRABIEC

Na ucztę ślubną do Kirkora.

Odchodzą wszyscy.

Scena IV

Sala w zamku Kirkora - Kostryn.

KOSTRYN
sam

Za pustelnika celą drzewami ukryty
Słyszałem tajemniczą spowiedź tej kobiety.
O! szczęście! - teraz panem złotej tajemnicy;
Mógłbym ją z pałacowej rozkrzyczeć wieżycy,
Albo mojemu panu wiernie opowiedzieć,
Albo okropną powieść wyrazami cedzić,
Jako piasek klepsydry, w pani trwożne ucho,
Aż zobaczę skarbnicę tego zamku suchą
Jak czoło Araratu... Wraca Balladyna.
Mogę mieć ją i skarby. - Szczęśliwa godzina.

Staje na stronie.

BALLADYNA
wchodzi głęboko zamyślona

O wszystkim wie ten człowiek stary... powie drzewom,
Drzewa będą rozmawiać o tym w głuche noce,
Aż straszna wieść urośnie. O! biedneż wy myśli,
Jak dzieci nierozumne cieniów się lękacie.
Ten starzec słowa moje łączy, składa, zbiera.
I mówi: być nie może... ta kobieta młoda
Nie zabiła. A jeśli wie? jeżeli pewny?
A któż w taką rzecz może uwierzyć jak w pacierz?...
Ale jeśli uwierzył - jeśli przechodniowi
Zbłąkanemu opowie straszną zbrodnię pani -
Nim wymówi nazwisko, zlęknie się jak prostak
Zemsty możnego pana. - A może - jeżeli
Dobre ma serce starzec, na końcu języka
Znajdzie litośną radę: Na co ludziom szkodzić?
A może już zapomniał, a ja nierozsądna
Myślę, o czym ten starzec myśleć już poprzestał...
Bo i czymże ja jestem, aby mną się ludzie
Zajmowali, śledzili, chcieli gubić? - Piekło!
Tysiącem słów nie mogę zabić tego słowa:
On wie. - Na cóżem poszła do tego człowieka?
Straciłam się; szatańska ręka mnie zawiodła.
I pomyśleć, że gdyby nie te odwiedziny,
Starzec byłby jak owe ludzi milijony,
Których nigdy na świecie nie spotkałam. Myśleć,
Że ta sama godzina trwożnych myśli pełna
Byłaby jak wczorajsze godziny, i może
Spokojniejsza; bo wszakże wiele by się strachu
Przez jeden dzień zatarło tajemniczą ciszą.
Teraz wszystko na nowo odradza się z twarzą
Okropniejszą. - Zazdroszczę tej, co dziś rano
Mną była.

Kostryn zbliża się.

KOSTRYN

Pani! od grafa przysłany
Z darami goniec - na rozkazy czeka...

BALLADYNA

Dary od męża? zawołaj człowieka,
Niech je tu złoży. Stój... czy tobie znany
Ów żebrak, który mieszka w lesie, stary?

KOSTRYN

Pustelnik?

BALLADYNA

Nie wiem, czemu się nawinął
Na myśl... gdzie goniec z przysłanymi dary?
Zapewne drogie?

KOSTRYN

Graf pan zawsze słynął
Szczodrobliwością... i był na kształt słońca,
Co wszędy żywne rozsypuje blaski...

BALLADYNA

Ciekawa jestem nowej męża łaski.
Zawołaj zaraz... zawołaj tu gońca.

Kostryn odchodzi.

Gdyby te dary, gdy nie przerażona
Myśl... Na co było pytać się Kostryna
O tego starca?

Wchodzi Kostryn i Gralon.

GRALON

Przeze mnie, Gralona,
Kirkor pozdrawia...

BALLADYNA

Zdrów?

GRALON

Zdrów jak malina.

BALLADYNA

Czy mąż ci kazał taką osłodzoną
Przynieść odpowiedź?...

GRALON

Graf dał polecenie,
Abym tę skrzynię z pieczęcią czerwoną
Przyniósł do zamku, i nakazał żenie,
Tobie, grafini, abyś nie ruszała
Pieczęci jego ni kłódek u wieka,
Aż sam powróci.

BALLADYNA

Bogdaj bym skonała,
Jeśli rozumiem głos tego człowieka!
Powtórz.

GRALON

Graf Kirkor...

BALLADYNA

Wiem. - Ale dlaczego
Skrzynię okutą i przysłaną w darze
Kazał mi chować aż do dni sądnego
Zamkniętą?

GRALON

Mówił pan: bo ja tak każę...
Nic więcej...

BALLADYNA

Głupcze! Twoją głowę ciasną
Nosisz na karku w skorupie blaszanej,
Aby w niej wróble, jak w dziurawym garku,
Gniazda winęły. - Skrzyni okowanej
Nie ruszać? Ha! ha! w Kirkora podarku
Widzę nieufność, nie zaś wierną miłość.
Ty podły chłopie,

do Gralona

choć długa zażyłość
Łączy cię z panem, nie miałbyś odwagi
Ruszyć tej skrzyni? Bo ty chłosty, plagi
Czujesz na grzbiecie... Ale ja! małżonka,
Jeżeli zechcę... Gdyby mi szepnęła
Mucha... ha! gdyby cichego skowronka
Głosek podszepnął: otwórz, a od dzieła
Szatan odpędzał ognistymi skrzydły,
To wiesz ty, podły służalcze obrzydły,
Że wola moja...?

KOSTRYN

Grafini...

BALLADYNA

Ty może
Chcesz przypominać, że mój mąż ma prawo?
Więc niech doświadcza! co mi tam... Mój Boże,
Gdybym ja była jak inne ciekawą,
To... Ale wy mnie nie znacie, przysięgam!
Ja tak trwożliwa, że nawet w ogrodzie
Po jabłko z drzewa upadłe nie sięgam.
Jeśli mąż zechce, o chlebie i wodzie
Żyć będę, zawsze wesoła, jak wrona
Na cudzym płocie. Anim teraz w złości.
Masz, stary,

do Gralona

oto złotówka czerwona,
Weź ją i przepij albo przegraj w kości,
I goń za panem; powiedz, że go czekam
Z niecierpliwością, że łzy po nim ronię;
Że jedwabiami złotymi wywlekam
Szarfę dla niego. Gdzieżeś ty, Gralonie,
Odjechał pana?

GRALON

W nadgoplańskim borze.

BALLADYNA

Nie zatrzymywał się nigdzie po drodze?

GRALON

U pustelnika stanął w celi.

BALLADYNA

Boże!
U pustelnika... Mów - ja ci nagrodzę
Za każde słowo garścią złota - ale
Chcę wiedzieć wszystko... rozumiesz? Wspaniale
Nagrodzę ciebie, ale mów otwarcie.
Choćby co było okropnego - powiedz...

GRALON

W borze przez głucho zarosły manowiec
Pan jechał przodem na koniu lamparcie,
A my gęsiora jechali za panem...
Wtem nagle pański koń dał w górę słupa,
Jakby się spotkał z ognistym szatanem.
A pan graf z konia rzekł: "Czuć w lesie trupa..."

BALLADYNA
z przerażeniem

I z konia zsiadł... i...

GRALON

Krzyknął: "Za mną służba!"
I pieszo z mieczem pod wierzbę poskoczył.
Na mchu trup leżał - a piersi mu toczył
Wianek żelaznych gadzin...

BALLADYNA

O!!!

GRALON

"To wróżba
Naszej wyprawy - rzekł graf. - Oto leży
Przed nami ścierwo zabitego tura".

BALLADYNA
oddychając

Ach!

GRALON

"Dobra wróżba dla mężnych rycerzy" -
Mówił graf Kirkor... my krzyknęli: "hurra!"
I znowu na koń...

KOSTRYN

Mówiłeś, Gralonie,
Że trup pod wierzbą? A na białym łonie
Trupa żelazne leżały gadziny?

GRALON

Na ścierwie tura.

KOSTRYN

Nieszczęśliwa łania!

GRALON

To był tur samiec.

KOSTRYN

Gdzie wierzba się kłania?
Ponad strumieniem? gdzie rosną maliny?
Wszak tak?...

GRALON

Tak, panie.

KOSTRYN

Blisko starca chaty?

GRALON

Tak...

KOSTRYN

I ty mówisz, że tur rosochaty
Leżał pod wierzbą?

GRALON

Tak.

KOSTRYN

Przysiąż!

GRALON

Dlaczego?

KOSTRYN

Bo ja przysięgnę na szatana złego,
Że nie tur... ale... Broń kłamstwa żelazem!

do Balladyny, dobywając miecza

Tego człowieka trzeba zabić.

BALLADYNA
z pomięszaniem

;

Trzeba.

KOSTRYN
napadając

Broń się -

GRALON
broniąc się

Co znaczy?

Biją się - Balladyna zdejmuje miecz ze ściany i, zachodząc z tyłu, zabija Gralona.

BALLADYNA

Masz!

GRALON

O jasne nieba!...
Zbrodnia!!!

Kona.

KOSTRYN

Grafini, napadliśmy razem
Na tego starca: czy wiesz, co to znaczy?

BALLADYNA

Wiem! o mój Boże!

KOSTRYN

Ja biorę połowę
Twojego strachu, tajemnic, rozpaczy.

BALLADYNA

Co teraz robić, Kostrynie?

KOSTRYN

Mieć głowę...

Koniec aktu trzeciego

BALLADYNA - AKT IV

Scena I - Scena II - Scena III - Scena IV - Scena V

Scena I

Sala w zamku Kirkora - Uczta - Przez okna widać błyskawice.
Grabiec ubrany jak król siedzi na pierwszym miejscu - Balladyna, Kostryn, Szlachta, Służba zamkowa.
Chochlik i Skierka stoją za krzesłem Grabka.

JEDEN ZE SZLACHTY

Zdrowie jasnego króla!

GRABIEC
do Chochlika

Podziękuj, ministrze.

CHOCHLIK
ze śmiesznym gestem

Król dziękuje.

GRABIEC

Mój błaźnie, każ, niech pieczomistrze
Przyniosą nowe danie...

SKIERKA

Już kuchta zamkowy
Nie ma nic na półmisek prócz cielęcej głowy,
Lecz ta niedopieczona na królewskim karku.

GRABIEC

Widziałem dwa chodzące pawie na folwarku,
Upiec je i dać na stół, ja poczekam na nie.

KOSTRYN

Służba! Przed jasnym królem, na ostatnie danie
Postawcie złotnikami napełnioną tacę.

GRABIEC
biorąc z tacy złotniki, rozdaje Chochlikowi, Skierce -
a potem sam napełnia kieszenie.

Ministrze, za rok usług z góry ci zapłacę,
A nie drzyj tak poddanych; tobie, miły błaźnie,
Za tysiąc żartów, złotnik: spraw nam śmiechu łaźnię!
Sobie także za ciężkie płacę panowanie.
A to - to mi schowajcie jutro na śniadanie...

BALLADYNA

Honor to dla mnie, że gość tak dostojny
Raczył nawiedzić mój zamek i stoły.
Pijcie panowie!
Do Kostryna, który ją za rękę ściska, mówi cicho
Chłopcze! siedź spokojny,
Na Boga! patrzą - odgadną - zginiemy.

do innych

Pijcie, panowie! Panie Chrząszcz z Jemioły,
Pij waść. - Dlaczego pan Gryf siedzi niemy?
Proszę wynaleźć wesołą rozmowę.

PIERWSZY ZE SZLACHTY

Mówimy o herbach.

GRABIEC

Ja mam w herbie króla
Złote trzewiki, koronę i głowę.

PIERWSZY ZE SZLACHTY

Ja mam dwie trzaski.

DRUGI ZE SZLACHTY

A ja mam pół ula.

PIERWSZY ZE SZLACHTY

A ty, grafini?

BALLADYNA

Ja?...

KOSTRYN

Pani! wszak byłaś
Księżniczką możnej Trebizonty.

GRABIEC

Proszę!!!
Najświętsza Panno! co ty narobiłaś
Książąt na ziemi! Miałaś aśćka grosze?

BALLADYNA

Ja? - o! wspomnienie! Wuj nielitościwy
Wygnał mię z państwa, zagrabił dzielnicę;
Przez niego bracia moi królewice
Zamordowani.

GRABIEC

Proszę! co za dziwy!
Kto by uwierzył?...

BALLADYNA

I mnież odmówicie
Wiary? - nie proszę o pożałowanie.
Ach, ja szczęśliwa, ja uniosłam życie;
Lecz matka moja! - Matkę moją, panie,
Zamurowano w pałacu framudze.

GRABIEC

Biedna starzyna!

BALLADYNA

Ale ja was nudzę
Opowiadaniem tego, co mię boli.
Proszę pić! proszę! Gdzie krajczy? podstoli?
Niech daje wina... Wy czar dolewajcie,
Bądźcie weseli...

GŁOS SŁUGI
za kulisą

Stój, matko!

GŁOS WDOWY
za kulisą

Puszczajcie!

BALLADYNA

Gdzie ja się skryję?

WDOWA
wpada przebijając się przez służbę i staje śród sali -
dygając pomięszana

Kłaniam pięknie, moi
Rycerze. - Córko! ha! to się nie godzi
Zapomnieć o mnie.

BALLADYNA

Co się babie roi?
Co to za stara kobieta?

WDOWA

Wy młodzi
Hulacie? dobrze. - Ale tez o matce
Warto pomyśleć. - A to mnie jak w klatce
Zamknięto - stara czeka, czeka, czeka -
Ani przysłała kawałeczka chleba.
A to głód, córko! A przynajmniej mleka
Kropelkę dajcie, wszak tu manna z nieba
Padać nie będzie dla biednej staruszki.

BALLADYNA

Co to się znaczy? to jakaś szalona.

WDOWA

A daj mi, córko, te złote dzbanuszki,
Matce się pić chce.

BALLADYNA

Czemu tu wpuszczona
Ta stara?...

KOSTRYN

Wziąć ją! idź z Bogiem. - Mój królu,
To obłąkana.

WDOWA
do Balladyny

A powiedz: matulu
Do twojej matki, nie nazywaj: stara -
Stara, ta stara -

BALLADYNA

Wziąć ją! wyprowadzić!

GRABIEC

Cha! cha! cha! - jaka to chłopska maszkara,
Dajcie jej pokój: trzeba ja posadzić
Z nami do stołu.

WDOWA

To mi to pan dobry!...
Widzicie! dajcie ławkę, niech usiędę.
Tak, tak, tak trzeba, mój rycerzu chrobry,

Czcić starą matkę. Czy to ja uprzędę

Piękniejszą sobie suknię z pajęczyny?
To wina mojej kwoczki Balladyny,
Że ja w łachmanach, rada, cz nie rada.
Niech się nie dziwi żaden z was acanów,
Że ot

pokazując na suknię

nie złoto, lecz kilka łachmanów
Ze starych kości na proszek opada;
Proszę wybaczyć córce mojej...

BALLADYNA

Piekło!
Jak tu wpuszczono tę żebraczkę wściekłą?
Powiedz, jak weszłaś do złotych pokoi?
Ja ciebie nie znam...

WDOWA

O! święci anieli!
Nie znasz?... ty matki nie znasz? matki twojej?

GRABIEC

Cha! cha! cha! - uszy królewskie weseli
Taki rozhowor...

WDOWA

Powtórz, córko, śmielej,
Ty matki nie znasz? twojej własnej matki?

BALLADYNA

Czy wy ją znacie, panowie, powiedzcie,
Co to za wiedźma?

WDOWA

Świećcie mi! ach świećcie,
Niebieskie gwiazdy! - Wy mi bądźcie świadki,
Jeśli z was który ojcem!... O ty jędzo!
Ach! okropnico córko! to ja ciebie
Nie znam.

BALLADYNA
do Kostryna

Każ, niech ja za wrota przepędzą,
Szczeka za głośno.

WDOWA

Urodziłam z siebie
Trumnę dla siebie - o Boże! mój Boże!...
Służalce na znak dany przez Kostryna chwytają za ręce Wdowę.
Puszczajcie! córko! niech pomyśli - córko!...
O córko! pomyśl - ale tam na dworze
Ciemno, deszcz pada, a piorun pod chmurką
Czeka na siwy mój włos, by uderzył.
Patrzaj przez okno - grom nie będzie wierzył,
Jak mię zobaczy samą w taką burzę,
Że ja nie jestem jaką zabójczynią,
Co się po nocy błąka...
Ciągną ją na znak gniewliwy Balladyny.
Powiem chmurze,
Niech bije w zamek gromem! nie targajcie,
Ja pójdę sama. - Świat teraz pustynią
Dla starej matki...

BALLADYNA

Chleba kawał dajcie.

WDOWA

Bodaj cię chleb ten zadławił! zadławił!
O! nie targajcie; bo i tak podarta
Sukienka moja - wiatr się będzie bawił
Z łachmanem starej matki. O! to czarta
Córka; nie moja! nie moja! nie moja!
Wychodzi - wyprowadzona przez służbę.

BALLADYNA
po długim milczeniu

Czemuście smutni? Wszak pod uczty koniec
Ludzie szczebiocą, co język przyniesie.
A wy milczycie jak w zamczysku zbója?

Słychać tętent.

Co to za tętent?

SŁUGA

Przybył grafa goniec.

BALLADYNA

Niech wejdzie...

Goniec wchodzi.

Jakie od męża nowiny?

GONIEC

Pan graf pozdrawia...

BALLADYNA

A kiedy z powrotem?

GONIEC

Burza go w bliskim zaskoczyła lesie.
Konie ognistym przerażone grzmotem
Grzęzły po bagnach; sosny się jak trzciny
Gięły z okropnym hukiem i łoskotem.
Nie można było dotrzeć do zamczyska,
I pan graf czeka w pustelnika celi,
Aż się ta burza wygrzmi i wybłyska.

BALLADYNA

Cóżeście z panem nowego widzieli?

GONIEC

Pan graf pomyślnej dokonał wyprawy.
Zaledwieśmy wjechali w gnezneńskie ulice,
Koło czerwonej bramy spotkaliśmy orszak
Rycerzy uzbrojonych; na ich czele Popiel
Jechał konno. Koń jego dumny piął się nieraz
I zawieszał w powietrzu żelazne kopyta
Nad głowami pokornie klęczącego ludu.
Wtem Kirkor - któż by myślał? Kirkor samotrzeci
Chwyta dłonią koniowi królewskiemu cugle
Krzycząc: “Srogi tyranie! trzema zabójstwami
Doszedłeś aż do tronu: idź w piekło!” To mówiąc
Mieczem rozciął przyłbicę ukoronowaną
I za szaty chwyciwszy podniósł, wstrząsnął trupa
I ludowi pokazał. Lud zrazu oniemiał;
Potem w niebo ogromnym uderzył okrzykiem,
Nie można było wiedzieć: pochwalał czy ganił.
Nagle się cały ku nam rzucił szumną falą,
Chwila - a już nas jako trzy maleńkie mrówki
Zalał, strzaskał, zdruzgotał. Kirkor jedną ręką
Trzymał trupa, a drugą swój miecz zakrwawiony.
My zaś, jego rycerze, pełniąc rozkazanie,
Mieczów nie dobywali. Wtem tłok ludu, jako
Bałwan rzucony wiatrem, zniżył się kolanem
Przed olbrzymią postawą Kirkora i wołał:
"Niech żyje ludu mściciel! Kirkor król niech żyje!"

BALLADYNA

Co mówisz? Kirkor królem?

GONIEC

Racz końca wysłuchać.
Gdy lud głosił go panem, Kirkor miecz błękitny
W trupiej ocierał szacie; widać, że głęboko
Dumał, jakimi słowy myśl wyrazić zdoła.
Na koniec rzekł: "O! Lachy, ja nieznany rycerz
Nie mogę przesławnemu władać narodowi;
Com uczynił, czyniłem nie dla wyniesienia
Głowy mojej, czyniłem to dla szczęścia ludu.
Jam stworzony do ciszy wiejskiej i prostoty,
Dla mnie za ciężką była nawet godność grafa
I zniżyłem ją szczeblem, pojąwszy w małżeństwo
Zamiast jakiej królewnej ubogą chłopiankę;
Ona zamiast herbowych znaków połączyła
Z herby moimi dzbanek pełen malin; ona
Niepodobna królowej; ani państwa pany
Zechcą chłopianki dzieciom na przyszłość podlegać".

BALLADYNA

Niegodne kłamstwo! kłamstwo! to kłamstwo!

GONIEC

I dalej
Kirkor tak rzecz prowadził: "Ogłoście po kraju
Bezkrólewie! a kto się na zamku pokaże
Uwieńczony prawdziwą koroną Popielów,
Koroną, w której znany brylant "żmije-oko"
Między dwóma rubiny na trzech perłach leży,
Tego królem obierzcie". - Lud zgodnym okrzykiem
Przyzwolił na tę mowę, i osierocony
Czeka, aż się ukaże król, dziedzic korony.

GRABIEC
na którego wszyscy patrzą

Czemu ci ludzie patrzą na mnie jak gawrony?

SZLACHTA

Klękajmy wszyscy przed tym ukoronowanym,
On królem...

GRABIEC

Co? ja królem? gdybym nie był pijanym,
Upiłbym się z radości. Los głupi jak rura!
Wyskoczyłbym ze skóry, gdyby moja skóra
Nie była teraz skórą królewską.

SZLACHTA

Żyj długo...

GRABIEC

Sto lat! Sto lat żyć będę; wziąłem skórę drugą
Jak wąż - jak wąż, panowie, mam oko z brylanta.
Puściłbym się po sali z grafinią kuranta,
Gdyby nie godność, prawda? która siedzieć każe.
Tak się w mój tron złocisty królowaniem wrażę,
Że nie oderwą ludzie od tronu człowieka.
Proszę! co za dziw!

BALLADYNA
do Kostryna

Słyszysz, jak burza się wścieka?
Dzwonią deszczowe rynny. W tej okropnej burzy
Słyszę głosy płaczące...

KOSTRYN

To krzyk nocnych stróży.

BALLADYNA

Nie, to są jakieś głosy inne, jęk ze świata
Umarłych. - Lej mi wina. Wszystko tak się splata,
Że chyba się powiesić.

GRABIEC

Teraz po obiedzie
Trzeba wymyślić wesołą zabawę.
Każcie tu wpuścić kuchenne niedźwiedzie,
Co kręcą rożnem; niech tańczą.

PIERWSZY ZE SŁUG

Kulawe,
Pan graf podstrzelił je...

GRABIEC
do Chochlika

Więc ty, ministrze,
Weź moje berło wierzbowe i na nim
Graj jak na dudzie - a zatykaj bystrze
Dziurki palcami, jeśli pomysł nowy,
Dążący prosto ku uszczęśliwieniu
Przyszłych poddanych, wypsnie ci się z głowy
Przez głupie wrota. Słuchajcie w milczeniu...
Graj!

CHOCHLIK

Co grać, panie?

GRABIEC

Kładź palce na dziury,
To berło z mojej wykręcone skóry
Wie, co ja lubię.

SKIERKA

Graj! ja do wtoru
Zawołam echa ciemnego boru,
Co rzecz widziały.

Chochlik gra na flecie smutną pieśń wiejską, a zmięszane głosy w powietrzu poczynają śpiewać.

ŚPIEW

Obie kocha pan;
Obie wzięły dzban;
Która więcej malin zbierze,
Tę za żonę pan wybierze.
Cha!... cha!...

Pieśń niknie jak echo.

BALLADYNA

Co to się znaczy? kto śpiewał i taką
Pieśń skończył śmiechem?

KOSTRYN

Cyt... to przywidzenie!

BALLADYNA

Ktoś śpiewał...

do Chochlika

Proszę, graj -

do Kostryna na stronie

A ty, Kostrynie,
Patrz w twarze ludzi, a jeśli dostrzeżesz,
Z ust których wyjdzie pieśń, powiedz; - obmyślę,
Co z tym człowiekiem stanie się...

do Chochlika

Dudarzu,
Zagraj mi jeszcze wieśniaczą balladę
I obudź echa wiszące nade mną
W kopule sali. - Objaśnić pochodnie.

Chochlik gra.

ŚPIEW DUCHÓW

Tobie szatan stróż
Włożył w rękę nóż;
Siostra twoja rwie maliny.
A ty? a ty? Nóż twój siny
Poczerwieniał krwią...O!...
Pieśń kończy się echowymi jękami.

KOSTRYN

Przestań, grafini mdleje.

BALLADYNA

Nie.. ja żywa...
Śpiewajcie... jeszcze. - Objaśnić pochodnie...

Chochlik gra.

ŚPIEW DUCHÓW

Na twej czarnej brwi,
Niby kropla krwi.
Kto wie, z jakiej to przyczyny?
Od maliny? lub kaliny?
Może... cha!...

Pieśń kończy się echem.

BALLADYNA
daje znak ręką

Dalej...

JEDEN Z PANÓW

Co znaczy takie obłąkanie
W oczach grafini? Czy prosta piosenka,
Którą wieśniacy przy grabionym sianie
Nucą na fletniach, tak ją biedną nęka?

BALLADYNA

Dalej!...

JEDEN Z PANÓW

Obudźcie tę kobietę bladą.
Ona zasnęła i śpi z otwartymi
Oczyma...

KOSTRYN
do nieruchomej Balladyny

Pani!...

JEDEN Z PANÓW

Rozkaż, niech ją kładą
W gorące łoże, skościała jak drewno...

Grom bije głośny... Balladyna budzi się.

BALLADYNA

Co ze mną było?... Jak ja okropnymi
Sny przerażona.

do Kostryna

Słuchaj, ty... ja na pewno
Gadałam we śnie. Czy we śnie gadałam?

KOSTRYN

Nie...

BALLADYNA

Bogu dzięki. Ale gdy ja spałam,
Wyście musieli rozpowiadać głośno
O czym okropnym?

do gości

Proszę, pijcie! - widzę,
Że lepiej zrobię usiadłszy za krośno
Niż przy pucharach.

GRABIEC
budząc się

Przepraszam, panowie.

BIESIADNICY

Za co?

GRABIEC

Przepraszam i bardzo się wstydzę,
Że byłem zasnął.

Pije.

Zamku pana zdrowie!

BIESIADNICY

Zdrowie Kirkora!

GRABIEC

Podściwy! podściwy!
Zamiast panować woli jeść maliny.
Każcie, niech jaki leśnik lub myśliwy
Pójdzie do boru i malin przyniesie.

BALLADYNA

Straszne zachcenie...

GRABIEC

W podzamkowym lesie
Muszą być słodkie maliny i duże,
I smakowite, skoro Kirkor woli
Dzban takich malin, niż meszty papuże
I płaszcz królewski. - Każ, niech nam podstoli
Malin dzban poda na pokosztowanie.

BALLADYNA

Odwagi!... nic się gorszego nie stanie.
Słyszałam echa grobowych rozwalin,
Ujrzę, czy więcej prócz słów co wyrzucą
Wzruszone groby. - Malin! dajcie malin!

Pokazuje się cień Aliny z dzbankiem malin na głowie.

Czułam cię dawno w powietrzu - a teraz
Widzę. - Jak błyszczą oczy twoje? Biała!
Ja się nie lękam - widzisz - ale ty się
Nie zbliżaj do mnie...

PIERWSZY ZE SZLACHTY

O czym ona gada?

BALLADYNA

Mów ze mną przez stół. - Niech mi jaki człowiek
Da rękę - ja się boję -

PIERWSZY ZE SZLACHTY

Czy słyszycie,
Jak ząb jej dzwoni o ząb z przerażenia?

BALLADYNA

Idź... potępiona - odnieś, skąd przyniosłaś
Ten dzbanek pełny czegoś, co się rusza,
Jak to, co w grobie. - Czy powieszonego
Na zamku wieży przed latami trupa
Cień padł do sali i stoi na nogach
Nie oddychając? - O! precz... widmo białe
Zarżniętej -

Cień znika.

PIERWSZY ZE SZLACHTY

Jaka woń malin! czujecie?

DRUGI ZE SZLACHTY

Powietrze pełne malin...

BALLADYNA
padając

O! umieram!

KOSTRYN

Wody!... hej wody! Ja szaty rozdzieram,
Lejcie tu na pierś - niech służebne wnidą.

Wchodzą kobiety.

Wynieście panią...

Wynoszą Balladynę.

Raczcie wstać od stołu,
Pochodnie gasną. Napełnia ohydą
Ten stół splamiony, resztki chleba, wołu.
Czy chcecie rzucać ogryzione koście
Wzajem na siebie, jak czynią Duńczycy?...
Proszę do komnat. - Wy stoły wynoście;
Wy z pochodniami poprzedzajcie króla,
Gdzie dlań usłano w pobocznej wieżycy
Łoże puchowe. -Jutro się rozhula
Zamek i będzie wesoły jak wczora.
Lecz na dziś dosyć... Panowie, spać pora.
Proszę porzucać puchary i ławy -
Jak ciężko Lachy odpędzić od strawy
I od napoju; wiszą by pijawki
Na ustach dzbanka, przy muzyce czkawki.

Podczas tej mowy wynoszą stoły. - Grabiec wyprowadzony przez
służbę z pochodniami. - Za nim wszyscy biesiadnicy i Kostryn wychodzi ostatni.

Scena II

Las przed celą Pustelnika. Burza trwa, Pustelnik i Kirkor.

KIRKOR

Chroń się, starcze, do celi, burza tobie z głowy
Okradnie siwe włosy. Ludzie i zdarzenia
Kradną... złodziej płaszcz zedrze, a nędza koszulę.
Trzeba wszystkiemu zbrojną ręką się opierać...
Lecz smucisz się za wcześnie - bo ja ci przysięgam,
Że zginę lub skradzioną koronę odzyskam.
Oto choć bliski domu, mógłbym za godzinę
Z ust żony pocałunków tysiąc wziąć na drogę
I napić się jak ptaszek w różanym kielichu,
Dziobiąc rosy perełki: wolę tej rozkoszy
Zaniechać, a do Gnezna zaleciawszy nocą,
Lud zebrać - i obwieścić wszystkiemu gminowi,
Jakoś ty, dziedzic prawy, bezecną kradzieżą
Dobra twego postradał. Potem zaś trębaczom
Każę głosić po kraju i mieście, że kto się
O tron Lachów zgłaszając pojawi na zamek
Uwieńczony prawdziwą koroną Popielów,
Temu ja fałsz zarzucam; takiemu na czole
Mieczem wypiszę słowo zasłużone: złodziej...
Módl się więc za mnie, starcze, aby mi Bóg żywy
Dał zwyciężyć na szrankach - i czekaj z powrotem.

PUSTELNIK

Niech cię Bóg błogosławi.

KIRKOR
klaszcze, wchodzi Żołnierz

Wsiadać na koń! lotem
Trzeba spieszyć do Gnezna.

Rycerz wychodzi.

PUSTELNIK

Słuchaj! ja ci radzę
Wróć do zamku, odpocznij, po dalszej rozwadze
Obaczysz co przedsięwziąć.

KIRKOR

Ja, starcze, leniwy.
Dzisiaj odrobić chcę całą pańszczyznę;
A odrobiwszy całą, żyć szczęśliwy
Z drogą małżonką. Całą ci ojczyznę
Włożę na barki; a gdy będziesz dźwigał
Rzeczy i ludzi, to ja się zakopię
W zamku spokojny... Niechby mi dościgał
Sad owocowy, niechbym małe chłopię,
Dzieciątko moje, na rękach kołysał,
O to się modlę... Ty mi zaś co roku
Z tronu do chaty listy będziesz pisał.
Niechaj raz na rok spadnie mi z obłoku
Biały gołąbek i pod skrzydełkami
Przyniesie powieść, pełną tych wielkości,
Co budzą uśmiech i sen pod lipami
Dają smaczniejszy... Król mi pozazdrości
Żony i dziecka, i lipy, i chłodu,
I snów pod lipą, i złotego miodu. -
Żegnaj mi ! żegnaj! Nim słońce zaświeci,
Będę w stolicy. Hop! hop! na koń, dzieci!

Kirkor wychodzi. Słychać tętent oddalających się.

PUSTELNIK
sam

O Boże! Boże! Wolę, niech do Gnezna wraca,
Niżby miał do tych piersi szlachetnych przycisnąć
Krwawą swoją małżonkę. Bogdajbyś ty nigdy
Nie znał, Kirkorze, z jakiej matki się urodzą
Dzieci twoje. Bogdajby za pierwszą nagrodę
Bóg uczynił cię wdowcem, nim ojcem uczyni.

Słychać głos Wdowy.

WDOWA
za sceną

Biedna ja! biedna!

PUSTELNIK

Co to za wołanie
Tak pełne płaczu?

WDOWA
za sceną

O biedna, ja biedna!

Wdowa wchodzi jak ślepa, szukając drogi ręką.

PUSTELNIK

Jakaś kobieta, jak łachman w łachmanie,
W noc tak okropną, ślepa, sama jedna!

do Wdowy

Skąd, moja matko?

WDOWA

Matko? O! na Boga,
Tak nie nazywaj, córko niegodziwa!
Matka? psia matka!

PUSTELNIK

Skąd idziesz, uboga?

WDOWA

Ja nie uboga. - Siwa, siwa, siwa,
Jak gołąbeczek. - Nie wiesz, co się stało?!
Grafini, moja córka, wielka pani,
A ja na wietrze z głową taką białą.
Mówię piorunom: bijcie! bijcie we mnie!
I nie chcą słuchać... A w zamku zebrani
Pijaki sobie winszują wzajemnie,
Że córka moja pije, wielka pani. -
Czy ty rozumiesz? - Ma zamek i wieże -
Grafini -

PUSTELNIK

Jak się córka twoja zowie?

WDOWA

Zowie się córką. Ale ja nie wierzę,
Ażeby ona miała oczy w głowie,
Oczy, co płaczą. - W taką zawieruchę!
W takie pioruny, na deszcz wygnać matkę.
Co ją karmiła, co piersi ma suche,
Starością suche - a włos taki biały,
Jak co świętego.

PUSTELNIK

Chodź pod moją chatkę,
Ty drżysz od zimna! chodź!

WDOWA

I zamek cały
Do niej należy, wielki jak pół świata...
Widzisz!... Grafini?!

PUSTELNIK

Chodź!...

WDOWA

Tu będę czekać;
Czy moja córka wie, gdzie twoja chata?
A kto wie? może, jak pies zacznie szczekać
Na jaki łachman, wspomni o matce
I każe szukać po świecie. - Być może!
Wszak Bóg ma litość?

PUSTELNIK

Chodź, przepłaczesz w chatce
Tę noc burzliwą, a gdy błysną zorze,
Ja cię powiodę do wielkiego króla;
Do nóg się rzucisz błagając o litość
I...

WDOWA

Powiem - jemu:... "Ja biedna matula
Do nóg się rzucam.

Klęka.

Królu, złoty panie!
Każ córce, która ma złota obfitość,
Niechaj mnie kocha".

Wstaje.

A król z tronu wstanie
I zaprowadzi mnie do serca córki.
O! o! o!

Płacze.

Wiesz ty, za szkaplerza sznurki
Wieszałam się na sośnie skrzypiącej, za gardło,
Drzewo się ułamało...
Głupia - ślepa, wybrałaś gałązkę umarłą,
Gałązkę - córkę drzewa. - Żelazna gadzino,
Nie zlitowałaś się ty matki wdowy?
A ja by żyła chleba okruszyną
W twoich pałacach! Niechby twoja ręka
Sypiąc gołąbkom w trawę żer perłowy
Nie odganiała od pszenic ziarenka
Zgłodniałej matki. - Wygnać w las! na burze!
Wypędzić matkę! upadłam w kałużę
I grom czerwony wyjadł z powiek oczy,
Wyjadł do szczętu...

PUSTELNIK

Oślepłaś?...

WDOWA

Mózg toczy
Okropna ciemność. Miałam przed wieczorem
Tyle światłości, że mogłam za borem
Rozróżnić białe słońce od księżyca;
A teraz...

Błyska.

PUSTELNIK

Jak to? i ta błyskawica
Nie świeci tobie?

WDOWA

Wzrok ludzi nie strzeże
Od Boga ręki - co mi dziś po wzroku.
A wiesz ty? wiesz ty, że ja teraz wierzę,
A nie wierzyłam dawniej - że co roku
Ptaszki jaskółki nim pójdą za morze,
Stare, zgrzybiałe, biedne matki - duszą.
Tak, tak, tak... ludzie prawdę mówić muszą.
Żebrząc po świecie, piosenkę ułożę;
Groszową piosenkę o jaskółkach czarnych,
Co duszą matki - proszę! w ptaszkach marnych
Taka nielitość! Wygnać matkę starą,
Głodną, na cztery wichry, targające
Za siwe włosy.

PUSTELNIK

Podściwych tysiące
Padają na tym świecie złych ofiarą.
Gdybym ja ciebie wziął za nieszczęść świadka?

WDOWA

To i ty matka... i ty także matka?
Nie pójdę z tobą, bo się będziem kłócić
O piękność imion naszych córek - moja...
Ach, gdybyś ty mię z grobu chciał occucić,
Wołaj: Bladyna. - Pójdę szukać zdroja
I pić jak wróble, zadzierając główkę
Do Pana Boga - dzięki mu, dał wody.

Śpiewa mrucząc

Stara miała jedną krówkę
I chacinę, i ogrody,
I dwie córki...

Odchodzi w las.

PUSTELNIK

Po kraju całym szukać każę
Tej matki - i okropny sąd wydam na dziecko.

Odchodzi do celi.

Scena III

Noc - błyska. - Sala bez światła w zamku Kirkora.
Skierka i Chochlik wychodzą z drzwi, którymi wyprowadzono po uczcie Grabka.

SKIERKA

Nasz pan usnął tam na wieży
I śpi głęboko; ja lecę,
Nim się ta burza uśmierzy,
Kąpać się w błyskawicach.

CHOCHLIK

Ja wyprawiam hecę
W stajni, gdzie nad wrotami nie przybito sroki.
Czy wiesz, że na tej wieży puchacz jednooki
Zaprosił mnie na ucztę? będzie patrzał krzywo,
Jeśli pogardzę udem zadziobanej myszy.

SKIERKA

Ja matkę bociana siwą
Lecę nakarmić; nie słyszy
Na prawe ucho i ślepa;
Wczora od chłopskiego cepa
Uratowałem niebogę...
Polecę, czekać nie mogę.
W taką burzę biedna stara
Może z przestrachu umarła.

CHOCHLIK

Co to za stuk?...

SKIERKA

To burza drzwi zawarła.

CHOCHLIK

Cyt... ktoś idzie...

SKIERKA

Jakaś mara
W bieli... przez okno wylecę...
Wylatuje przez okno.

CHOCHLIK

Za nim! na koniach w zamku wyprawować hecę.

Wylatuje.

Scena IV

Sala taż sama.

BALLADYNA
sama wchodzi w nocnym ubiorze z nożem w ręku

Nie mogłam spać, nóż leżał przy mnie, wzięłam.
W koszuli - wstyd! gdyby cię kto zobaczył
W koszuli z nożem w ręku? - Jak tu ciemno!...

Idzie ku wieży.

Cyt... jakiś szmer? - Wiatr mi zgasił świecę...
To przywidzenie - nic nie słychać, zamek cały
Głęboko śpi... Lecz jeśli śpi ten człowiek
Z otwartą powieką?... to co? to co?
Jeżeli dziś nie zrobię rzeczy, jutro
Żałować będę, wiem, żałować będę.
Wiatr zamknął za mną drzwi, a ja myślałam,
Że jaki ciemny duch zamykał za mną;
I dotąd nie spojrzałam w tamtą stronę,
Jakbym się bała spotkać z czym okropnym.

Ogląda się.

A widzisz, nie ma nic, nic nie ma. Ciemne
Powietrze. Mgła; żadnych nie widać mar.

Błyska.

Wszelki duch Boga chwali! Jaka to była
Błyskawica czerwona! jak wszystkie ściany
Widziałam białe. - Cyt. - Nie słychać nic -
Spiesz się! - Lecz jeśli żar błyskawic lunie
Na moją twarz, gdy będę z nożem stała
Nad nim; to co? - Ogień pokaże tobie
Miejsce, gdzie masz uderzyć. - O, błyskawice!
Stwórzcie czerwony dzień na łonie nocy,
Bądźcie mojego czynu słońcem. - idę.

Wychodzi na wieżę.

Scena V

Sala taż sama.

KOSTRYN
wchodzi zbrojno z dobytym mieczem

Drzwi otworzone. Teraz mię, fortuno,
Prowadź i pomóż ze złotego cielca
Jak Jazonowi złote obciąć runo,
A ja przysięgam, że choć syn wisielca,
Będę na tronie jako syn książęcy;
Dziś sługa gorszych, jutro pan tysięcy
Lepszych ode mnie. - Cyt. - To puchacz huczy
Na wieży zamku. - Idźmy na drabinę -
Wszystko gotowe. Mam pęk cały kluczy
Od bram zamkowych, płachtami obwinę
Konia podkowy - i z ową koroną
W pochmurnej nocy jak duch czarny zginę;
A co nad wszystko: z cudzołożną żoną
Rozbrat na wieki. O! szatanie prowadź!

Chce iść na wieżę i we drzwiach spotyka się z powracającą Balladyną.

Kto to?

Cofa się z przestrachem.

BALLADYNA

Ja.

KOSTRYN

Sama - w ciemnościach - co znaczy?
Słyszałem jakiś jęk, szedłem ratować.

BALLADYNA

Przynieś mi światła; niech światło zobaczy,
Jak ja okropnie muszę być czerwona.
Skończyłam. - Kogo ty ratować chciałeś?
Już zdaje mi się, że ta burza kona,
Ustało błyskać. - To i ty słyszałeś
Ten jęk okropny?... aż tu było słychać?!
To dziwne! Kiedy przestawał oddychać,
Raz westchnął. - Idź ty po światło, Kostrynie,
Idź na dół.

Kostryn wychodzi.

Dziwnie krew pachnie ode mnie...
Stało się - stało; teraz nadaremnie
Żałować rzeczy. Stało - się przeminie.
Z nas wszystkich kiedyś będą takie trupy. -
Świecy! - mój cały zamek za błysk świecy!

Kostryn wchodzi bez światła.

KOSTRYN

Wszystko śpi w naszej ceglanej fortecy,
Nawet zgasły latarniowe słupy
Przy bramie zamku. Czy służbę rozbudzić?

BALLADYNA

Nie budź nikogo; musiałam zabrudzić
Ręce po łokieć. Dziwną pachnę wonią.

KOSTRYN

Wzięłaś koronę?

BALLADYNA

Nie... stój, pójdę po nią.
Ja się nie lękam. Wiem gdzie stoi łoże.

Wychodzi Balladyna na wieżę.

KOSTRYN

Straszna odwaga. Omal tobie, Boże,
Nie podziękuję, że mi ona kradnie
Czyn ten okropny... Chciałbym na jej czole
Zobaczyć, jaką barwą lwica bladnie.

Balladyna wraca bez korony.

BALLADYNA

Próżno w ciemnościach macałam po stole,
Ten stół miał jakieś rysy zimnej twarzy.
Może to nie był stół...

KOSTRYN

Ty stój na straży,
Ja pójdę szukać...

BALLADYNA

Stój... Nie, idź - wszak ja się
Nie lękam siebie. - Nawet nie żałuję...

Kostryn wychodzi na wieżę.

Ja wiem, że zwykle Lachom żal po czasie
Zawraca głowy i sen cichy truje.
Może się teraz trup czerwony snuje
Przed ludzi śpiących oczyma, a oni
Przez sen żegnają krzyżem cichą marę. -
Schodzi po wschodach; jak te szczeble stare
Trzeszczą...

do Kostryna, który wchodzi z koroną

Znalazłeś... ty coś trzymasz w dłoni?

KOSTRYN
ponuro

Tak.

BALLADYNA

Daj. Nie! nie! nie! nie zbliżaj się do mnie,
Bo będę wołać ratunku od ludzi...
Stój tam.

KOSTRYN

Co znaczy? mówisz nieprzytomnie.

BALLADYNA

Stój tam, bo krzyknę, zamek się obudzi,
Stój tam z daleka, aż w tobie przeminie
Ta myśl... W powietrzu ją czuć... o! Kostrynie,
Chciałeś mię zabić, serce twoje biło
Głośno, jak moje bije, gdy zarzynam.

KOSTRYN

Jeślim to myślał, na wieki przeklinam
Ów zakąt mózgu, gdzie się urodziło
Szalone dziecko.

BALLADYNA

Chodź tam, do komnaty...
A namówimy się po cichu razem,
Co jutro czynić...

Rozwidnia się trochę.

KOSTRYN

Doniosły mi czaty,
Że Kirkor wrócił do Gnezna, żelazem
Grożąc takiemu, co by się z koroną
O tron upomniał...

BALLADYNA

To nic... będę miała
Ludzi i miecze; a za moją stroną
Będzie ta tłuszcza ludzi, omal cała
Karmiona w zamku... Kirkor nie poskromi
Złotego deszczu. - Cyt -

KOSTRYN

Nic, to na dworze
Wróble świegocą.

BALLADYNA

Jak to? już dzień? Boże!
Jak biała światłość... mdło mi! mdło mi! mdło mi!

KOSTRYN

Idź, prześpij szarą godzinę poranku.
Ja sam obudzę, gdy słońce zaświeci;
Staniesz w rycerzy uzbrojonych wianku.
Jakoś to będzie - wojsko nam się skleci.
Daj klucz od skarbu, będę mierzył garcem
Przekupne złoto.

BALLADYNA

Skończ także ze starcem,
Co mięszka w celi - a nas tylko dwoje
Będzie wiedziało.

KOSTRYN

Ty ciężarna; troje.

BALLADYNA

Jak to? i dziecko noszone w żywocie
Będzie wiedziało? - Idź! - W biednej istocie
Nieurodzonej taka tajemnica.
Ty się najgrywasz? Jeśliby tak było,
Jak ty powiadasz, czy ja szalenica
Porodzić żywe? Lecz nie - będzie żyło,
Dziecko nic nie wie...

KOSTRYN

Niechaj moja lwica
Spać się położy - i zbudzi się świeża
Do nowych czynów, w przyłbicy rycerza.

Wychodzą.

Koniec aktu czwartego

BALLADYNA - AKT V

Scena I

Poranek na leśnej łące - Skierka i Chochlik.

SKIERKA

Jak po burzy ranek świeży!
Byłem u matki bociana
I nakarmiłem.

CHOCHLIK

Ja na zamku wieży
Ucztowałem u sowy. Gdzie pani Goplana?

SKIERKA

Znów polecę po rozłogach,
Polecę łąką i borem;
Kwiatki postawię na nogach,
Rozczeszę żyto na grzędzie,
Zatrzymam się nad jeziorem,
Zawołam: labu, labusie!
I dwa Goplany łabędzie
Po wód błękitnym obrusie
Przypłyną do mnie z ajeru;
Garsteczką złotego żeru
Śnieżne ptaszęta przysypię;
I znów lecę pod leszczynę,
Gdzie łania Goplany szczypie
Błyszczącą deszczem krzewinę;
I tęczę nad nią zawieszę,
I różę nad nią rozwinę;
I znowu dalej pospieszę
Na skrzydłach babki konika.

Przypływa tuman mgły rannej, oświecony tęczą; spod bramy kolorów wychodzi Goplana.

GOPLANA

Chodźcie mnie uścisnąć, aniołki,
Bo Goplana na wieki wam znika.
O! zapłakane fijołki!
Róże moje, bądźcie zdrowe.

SKIERKA

Co ty śpiewasz?...

GOPLANA

Niestety! Niestety!
Piosenkę pożegnania.

SKIERKA

Jeszcze oczerety
Nie gną się od jaskółek, jeszcze dnie wiosnowe.

GOPLANA

Polecę w okropną krainę,
Gdzie sosny i śniegi sine,
Gdzie słońce jak gasnący żar;
Gdzie księżyc jak twarz tych mar,
Co z grobu wychodzą na cmentarz.
Anioł kar ze mną popłynie
Krzycząc mi w duszy: “Pamiętasz
O róż i malin krainie”.
Bądźcie zdrowi! bądźcie zdrowi!
Poplątałam ludzkie czyny
Tak, że Bogu mścicielowi
Trzeba wziąć grom i upuścić
Na ludzkie dzieła i winy...

SKIERKA

My cię nie chcemy opuścić,
Goplano! Goplano! Goplano!

GOPLANA

Puszczajcie biedną wygnaną,
Kiedyś wam o mnie zaśpiewa
Piosenkę obca ptaszyna
Usiadłszy na gałązce płaczącego drzewa.
Bądźcie zdrowi! moja wina,
Że wygnana w północ lecę.

CHOCHLIK

Jeszcze ci w drodze poświecę,
Jak hajduk biegnąc z ognikiem.

GOPLANA

Dziś długim związane szykiem
Na północ lecą żurawie,
Uczepię się tego wianka,
I w powietrzu się przepławię,
Jak biedna dziewic równianka
W błękitne rzucona fale.

SKIERKA

O biada! o biada! o biada!

GOPLANA

Próżne żale! próżne żale!...
Pokazuje w głąb lasu.
Tam szarfa żurawi spada
Na łąki błyszczące rosą;
Gdy się żurawie podniosą,
Uchwycę się szarfy końca
I w błękit polecę blada,
Blada jak miesiąc od słońca,
Lekka jak liść, co opada.
Lecz nad mury gnezneńskiemi
Lecąc, zaśpiewam smutne pożegnanie ziemi.

Wychodzi - Skierka i Chochlik lecą za nią.

Scena II

Pod murami Gniezna wał.
Kirkor z dobytym mieczem, ze skrzydłami orlimi na barkach, wchodzi na czele wojska. - Chorągwie rozwinięte - trąby grają.

KIRKOR
do rycerzy

Człowiek, co się o berło Lachów upomina,
Nie chciał wystąpić w szranki, jak podła gadzina
Kryje się, a zebrawszy, co mówię! ten podły -
Obietnicami, złotem, zakupiwszy sobie
Mnogich stronników... rycerz z nieznanymi godły,
Walką chce tron owładać i na moim grobie
Stanąć jako na pierwszym szczeblu królowania.
Mnodzy rycerze nasi (niech nas Bóg ochrania
Od takiego szaleństwa i takiej ślepoty!),
Mnodzy nasi rycerze przeszli pod namioty
Jasnego oszukańca, lecz Bóg patrzy z nieba
W serca ludzkie; nam zdrajców przekupnych nie trzeba.
Skoro przybędzie Popiel, po którego w lasy
Posłałem trzech rycerzy, z orlimi hałasy
Rzucimy się na złoty obóz samozwańca.

do rycerzy stojących na murach

Wy zamykajcie bramy... Niech z każdego szańca
Na pole walki patrzą mnogie samostrzały.
Gdybym ja przegrał, zginął, to jeszcze te wały
Długo bronić się mogą... Niech wam siwe głowy
Przypomną chwile strachu, że mur południowy
Najsłabszy, że tam trzeba postawić mur ludzi.
Ale da Bóg, że miasto jutro się obudzi
Wolne od zgrai łotrów.

RYCERZE

Zwyciężysz, Kirkorze!

KIRKOR

Jeśli Bóg da... ach! kiedyż ja przyłbicę złożę!
Kiedyż wrócę do żony? kiedyż ujrzę koniec
Krwawym sprawom królestwa i rozbojom?

JEDEN Z RYCERZY

Goniec.

Wchodzi Goniec kurzawą okryty.

KIRKOR

We trzech wysłani w bory, nie przyprowadzacie
Pustelnika Popiela?

GONIEC

Okropność!

KIRKOR

Czy w chacie
Nie znaleźliście starca? mów... walka nas czeka.

GONIEC

W celi nie było starego człowieka;
Lecz na skrzypiącej gałęzi przed chatą
Trup jego wisiał na grubym powrozie.
Z białymi włosy i z podartą szatą
Wicher się bawił i trupa kołysał
Jak stara mamka.

KIRKOR

Trąbić po obozie
Hasło do walki! - Los jemu dopisał,
Do śmierci gonił nieszczęściem i zabił
Nieznaną ręką. - Serceś mi osłabił
Twoją powieścią, spraw się dobrze w boju -
Mówisz, że wisiał?

GONIEC

W pustelniczym stroju
Wisiał przed chatą. Na nieszczęsnym drzewie
Wrona krakała...

KIRKOR

Idźmy! niech w powiewie
Tańczą chorągwie... idźmy! ścisnąć szyki!
Nadzieja w męstwie. - Niech zaczną łuczniki!...

Wychodzi z wojskiem.

Scena III

Namiot Balladyny.
Kostryn i Balladyna w zbrojach - z hełmami zapuszczonymi wchodzą na scenę.

KOSTRYN

Zostań w namiocie, nie wychodź na pole,
Bo, jak przeczuwam, wkrótce kirkorczycy
Walkę rozpoczną. Obóz jego w dole,
A nasz na górze jak gniazdo orlicy.

BALLADYNA

Wiele dusz stanie za chwilę przed Bogiem.

KOSTRYN

Gdzie młócą żyto tam plewy z omłotku
Lecą pod niebo. Stój za gumna progiem
I nie rozplątuj znów na kołowrotku
Sczero-sumiennym - zaplątanych pasem
Dziwnej przeszłości.

Wchodzi Żołnierz.

ŻOŁNIERZ

Z okropnym hałasem
Idą do boju szyki Kirkorowe.

KOSTRYN

Królewiczątko moje, bądź mi zdrowe!

BALLADYNA

Czy zwyciężymy?

KOSTRYN

Siedź, pani, w namiocie.
Niechaj cię próżność nie prowadzi w złocie
Na oczy słońca i na łuków żądła.
Bogdajbyś cicho śpiewała i prządła
Szatę królewską lub śmierci koszulę;
To albo drugie pewnie ci się przyda...
Ha! ha! z proc lecą ołowiane kule,
Patrz jak kolczate... hej, giermku, gdzie dzida?
I tarcza moja.

Bierze tarczę i dzidę z rąk giermka i wychodzi.

BALLADYNA
sama

Jeżeli zwycięży,
Jak mu nagrodzę? w ziemi całej łonie
Nie znajdę kruszcu na zalanie gardła
Temu Niemcowi. Lecz jeżeli przegra?
Jeżeli przegra, to się wszystko skończy
Chwilą okropną, wszystko się rozwiąże
Jak straszna bajka jakiej czarownicy:
Przegrała, w piersi przebiła się nożem,
A nóż zatruty był jadem gadziny.
Gdzie ta kobieta? Obaczyłam w lesie
Babę, podobną do roztrzaskanego
Piorunem dębu... kazałam potworze
Z krukami śmierci gonić za obozem
I przynieść jadu czerpanego z węży.

Stara Kobieta w łachmanach wchodzi, podnosząc zasłonę namiotu.

Jesteś?

STARA

Przyniosłam rożek ludomoru.

BALLADYNA

Daj... i uciekaj do ciemnego boru,
Uciekaj, mówię, stara czarownico;
A spróbowawszy na kim tego jadu,
Zapłacę tobie... precz bo cię pochwycą
Rycerze moi i na rzece spławią.

Ucieka stara kobieta.

Okropna jędza... Włos by gniazdo gadu
Wisi w postronkach, a oczy się krwawią
Jak zęby wilcze obroczone w ścierwie.
Nóż ten zatruty piersi mi rozerwie,
Jeżeli w ręce męża wpadnę żywa,
I serce moje bijące ukąsi
Jak żądło osy. Już po jednej stronie
Jadem zmazany okropnie poczerniał,
I zarumienił się rdzą, pozieleniał;
A druga strona jeszcze nie dotknięta
Śliną wężową, czysta jak tasaki
Świeżo na krętym brusie pociągnione.

Wchodzi Żołnierz.

Co słychać?

ŻOŁNIERZ

Panie! wszystko zawichrzone
Na polu walki jak w burzliwej chmurze.

BALLADYNA

Czy przegrywamy?

ŻOŁNIERZ

Na szańcowej górze,
Gdzie rosną brzozy nad źródłem, widziałem
Grafa Kirkora; otoczony wałem
Zabitych ludzi, trzyma się i siecze
Jasną siekierą.

BALLADYNA

Z czymżeś ty, człowiecze,
Do mnie przysłany?

ŻOŁNIERZ

Donoszę ci, książę,
Że dwiestu ludzi przekupionych wczora
Przeszło na polu z szeregów Kirkora
Na stronę naszą. Jeśli się rozwiąże
Na lewym skrzydle łuczników gromada
Kupiona złotem, pole będzie nasze.

BALLADYNA

Jeszcze nie przeszli! opieszała zdrada
Gorsza niż wierność... Idź w bojową kaszę
Z łyżką żelazną, jeżeli w nią wpadnie
Głowa jakiego wodza, będziesz panem...
Rozumiesz? Można spoza góry snadnie
Podejść... zaskoczyć na plecy - czakanem
Ciąć w łeb stalowy. - Idź - bić - zabijać.

Wchodzi drugi Goniec.

GONIEC

Lewe się skrzydło zaczęło rozwijać
I pierzchać w Gnezno... wkrótce walki koniec.
Przy nas zwycięstwo...

BALLADYNA

Dobrej wieści goniec
Niech ma zapłatę...

daje pieniądze

Czy wódz wrogów wzięty?

GONIEC

Widziałem sztandar Kirkora zatknięty
Na małym wzgórku, gdzie rosną trzy brzozy;
A trupów szaniec urosł tak wysoko
Około niego, że my pełni zgrozy,
Ani wziąć wodza mogliśmy na oko,
Ani przestąpić umarłego wału.

BALLADYNA

Jeżeliś pełny męstwa i zapału,
Jeśli chcesz kiesy po wierzch pełnej srebra -
Idź na ten wzgórek, niech ci trupie żebra
Będą drabiną, postronkami włosy.
Idź i zabijaj...

Słychać okrzyki.

Co to są za głosy?

Kostryn wchodzi zbrojny i krwią pomazany.

A Kirkor?

KOSTRYN

Zginął...

BALLADYNA
chowając nóż zatruty po jednej stronie

Miałam nóż gotowy...
Winnam ci życie. Naczelników głowy...
Niech kat pościna - idź, wydaj rozkazy...

Kostryn wychodzi.

GŁOSY ZA NAMIOTEM

Niech żyje wódz nasz, Fon Kostryn!

BALLADYNA

Niech żyje
Wódz wasz, Fon Kostryn... powtarzam wyrazy
Jak głupia sroka... rzucę się na szyję
Niemca i węzłem pocałunków zduszę.

Kostryn wprowadza poselstwo ze stolicy - jeden z obywateli niesie na tacy złotej chleb i sól.

KOSTRYN

Oto poselstwo z poddanej stolicy.

BALLADYNA

Kazałeś wieszać?

KOSTRYN

Pierwsi buntownicy
Już zgromadzeni pod maćkową gruszę;
A ta się cieszy, że do siego roku
Dwa razy będzie nosiła owoce.

BALLADYNA
do poselstwa miejskiego

Czego wy chcecie?

Posłowie klękają.

POSEŁ MIEJSKI

Aniele z obłoku!
Do ciebie serca narodu sieroce
Wznoszą się wszystkie, ty bądź kraju panem.
Stolica całym zniżona kolanem
Czeka na ciebie z otwartymi bramy.
Witaj więc! witaj, miły hospodynie!
Serca i skarby, i wszystko, co mamy,
Pod nogi twoje strumieniem popłynie,
Boś już zasłużył na wdzięczność narodu
Skaraniem hersztów, którzy nas uwiedli.
Ci nas mękami, karą miecza, głodu,
W mieście trzymali; a nasze zaś serca
Ciebie szukały. Obyśmy dowiedli,
Że między nami żaden przeniewierca
Na gniew twój, wielki panie, nie zasłużył,
Obyś żył długo, obyś skarbów użył,
Obyś nieszczęsną przyciśnionych dolą
I tu przed tobą klęczących na prochu
Przyjął łaskawie. Chlebem cię i solą
Witamy, panie.

BALLADYNA
do Kostryna

Czy z tego motłochu
Żaden przeciwko mnie nie nosił broni?

KOSTRYN

Dwóch językami walczyło po mieście,
Lud namawiając do boju.

BALLADYNA

Gdzie oni?

KOSTRYN
wskazując

Pan burmistrz Kurier i Pismo.

BALLADYNA

Powieście
Obu rycerzy burmistrzów na dzwonie
Wieży zamkowej.

PIERWSZY Z POSŁÓW

Panie! w twoim łonie
Kamienne serce.

BALLADYNA

To wreszcie, to wreszcie
Na wasze prośby ułaskawiam obu.
Wybić im zęby i wyłamać szczęki,
Niech nie walczą.

PIERWSZY Z POSŁÓW

Więc nie ma sposobu
Ubłagać ciebie przez łzy ani jęki,
Żelazny panie nasz?

BALLADYNA

Jestem kobietą.
Widząc, że się cofają z przerażeniem
Cóż to? cofnęli się jak od zarazy,
I znów jak wiatrem kołysane żyto
Biją głowami?

PIERWSZY Z POSŁÓW

Na twoje rozkazy
Czekamy, pani planuj z ludu wolą.

BALLADYNA

Bez ludu woli... Dajcie mi chleb z solą.
Posłowie, ufam drożdżom tego ciasta.
Chodź tu, Kostrynie. Winnam ci tak wiele,
Że ci półowa zdobytego miasta,
Półowa kraju i chleba półowa
Słusznie należy...

Wyjmuje nóż zatruty po jednej stronie i rozcina na dwoje chleb.

Wszystkim się podzielę,
A serce weźmiesz całe.

KOSTRYN
klękając

O! królowa!

BALLADYNA
kosztując chleb, widzi, że Kostryn także je podaną sobie połowę

Czyń, co ja czynię. Nie lękam się jadu
W chlebie poddanych. Choćby miasto żyta
Użyli łusek żelaznego gadu,
Smaczną ci będzie żelazem zdobyta
Bułka... jedz, proszę... trzeba ludziom wierzyć.
A teraz każcie z triumfem uderzyć
W trąby zwycięskie. Idźmy, wojownicy,
Do otworzonej żelazem stolicy.

Wychodzi oparta na Kostrynie, za nią posłowie i lud.

Scena IV

Sala królewska w Gneźnie - tron w głębi - Kanclerz u stóp tronu.
Panowie państwa. Wawel dziejopis. - Paź. - Dwór. - Sędziowie.

KANCLERZ

Wszystko gotowe na przyjęcie pana.
Zasiądźcie teraz ławy po urzędzie:
Przy samym tronie wodzowie i sędzie,
Szafarze zboża, dolewacze dzbana,
Niech wszystkich razem nowy król powita.

Wchodzi Goniec.

GONIEC

Świetny urzędzie, wieść przynoszę ważną,
Nasz król, pan nowy - kobieta.

KANCLERZ

Kobieta!

WSZYSCY

Królem kobieta!

KANCLERZ

Niech będzie odważną,
Jak była Wanda... niech tak dobrą będzie,
Ale szczęśliwszą.

Goniec drugi wchodzi.

GONIEC

Prześwietny urzędzie!
Królowa weszła już do bram stolicy.

KANCLERZ

Każcie, niech wszystkie serca na dzwonicy
Biją dzień cały, tak jak serca ludu.

PIERWSZY Z PANÓW

Wieszczbiarz nie może wytłumaczyć cudu,
Co się ukazał dzisiaj narodowi.
Lud niespokojny.

KANCLERZ

Co za cud?

PIERWSZY Z PANÓW

Nad opis.
Jeżeli chcecie, to go wam opowie
I w księgi wpisze szlachetny dziejopis
Królów na Gneźnie.

KANCLERZ

Przemądry Wawelu,
Czy sam widziałeś?

WAWEL

Co widziało wielu,
Mogę poświadczyć jak świadek naoczny.
Dnia tego ranek był po stronach mroczny,
Lecz się wyjaśnił ku wschodowi słońca -
Więc jak widziałem prawie sam... od końca
Niebios, skąd błyszczy gwiazda Oryjona,
Wyleciał, lecąc sznur żurawi biały,
A na nim wisząc za śnieżne ramiona
Mglista niewiasta.

KANCLERZ

I wszystko widziały
Twe własne oczy, przemądry Wawelu?

WAWEL

Nie ja widziałem, lecz widziało wielu;
Mogę przyświadczyć na rzecz z mego czasu.

PAŹ

Ja sam widziałem z goplańskiego lasu
Za żurawiami lecącą dziewczynę.
Ta na ostatnią orszaku ptaszynę
Padając, białe zawiązała rączki
Za szyję ptaka; a głową do ziemi,
Sypała włosów rozwite obrączki
Jasne jak słońce, i tak na warkoczu,
Gdy promieniami rozlał się złotemi,
Leżała płynąc.

KANCLERZ

Trzeba dziecka oczu,
Aby na szmatach niebieskiego płótna
Obraz widziały.

Ściemnia się jak przed burzą.

JEDEN Z PANÓW

Co to? ciemność smutna
Na tron nam upadła i nam na oblicza:
Jak zaćmionego słońca tajemnicza
Zieloność - bladzi staniemy przed panią.

KILKU

Okropna ciemność.

Wchodzi Strażnik wieży.

STRAŻNIK

Nad blaszaną banią
Królewskich zamków, skąd w niebo wytryska
Igła złocona, okropne chmurzyska
Wokoło się czarnym owinęły wiankiem
I coraz grubsze już wiszą nad gankiem,
Gdzie ustawiona muzyka królewska.
A cała nieba równina niebieska,
Jakby się z jednej urągała chmury.

KANCLERZ

Bijcie w dzwony.

STRAŻNIK

Łono ma z purpury
Ognistej...

KANCLERZ

Deszczu potrzeba, niech pada.

STRAŻNIK

Na czarnym wozie jakaś jędza blada,
Stu żurawiami wywieziona z piekła,
Wężami stado wędrujące siekła
I kierowała nad zamek do chmury.
Siedzi w mgle teraz, ale jęk ponury
Piekielnych ptaków z mgły się wydobywa.
Słyszycie?

Słychać jęk z wieży.

KANCLERZ

Prawda, jakiś jęk nieznany!

PANOWIE
zrywając się z ław

Okropność!...

KANCLERZ

Niech się żaden z ław nie zrywa.
A ty, strażniku, musiałeś być pijany,
I sam stworzyłeś wieść o czarownicy.

STRAŻNIK

Ja sam widziałem i lud z okolicy,
I lud gnezneński...

OKRZYKI
za sceną

Niech żyje królowa!

Balladyna wchodzi w królewskim ubiorze, w koronie. Kostryn w zbroi. - Lud.

KANCLERZ

Pani! niech będzie poświęconą głowa,
Co nam przynosi koronę Popielów.
Witaj i panuj tak mądrze i szczodrze,
Ażebyś z Bogiem do najświętszych celów
Lud prowadziła. Przewiąż się na biodrze
Szatą czystości, czoło wznieś do nieba.
Daj łaskę winnym - daj łaknącym chleba.
A wszystkim niechaj rządzi sprawiedliwość.

BALLADYNA
z tronu

Cóż mam uczynić?

KANCLERZ

Praw naszych gorliwość
O dobro ludu stanowi od dawna,
Że król, nim siądzie do pierwszego stołu,
Nim da spoczynek strudzonemu czołu,
Które uciska w dzień korona sławna:
Wprzódy na ławie sądowniczej siada,
I rozwiązuje kryminalne sprawy.

BALLADYNA

Niech się tak stanie, jak wasze ustawy
Każą...

Kostryn chwieje się i pada.

JEDEN Z PANÓW

Co to jest? wódz blednie i pada?

BALLADYNA
przystępując do leżącego Kostryna

Co to się znaczy... słabo ci?

KOSTRYN

Umieram.

BALLADYNA

Panie mój! drogi!

KOSTRYN

Precz! jędzo trująca!
Zrzućcie ją z tronu - ja pierwszy otwieram
Grobowiec ciemny dla ludzi tysiąca,
Co będą żyli pod nią...

BALLADYNA

On w malignie...
Wynieść go! wynieść!... ciało jego stygnie...
Niech lekarz jaki uzdrowi go, za to
Połową kraju zapłacę.

LEKARZ

Już skonał.

Wynoszą ciało Kostryna, lekarz idzie za nim.

KANCLERZ

Pani, okropną zasmucona stratą,
Znoś ją cierpliwie. Bóg ciebie przekonał,
Na samym wstępie u złotego tronu,
Że przy tych szczeblach stoi widmo zgonu
I czeka na nas.

BALLADYNA
do siebie

Już przeszłość zamknięta
W grobach... Ja sama panią tajemnicy.

głośno

Każcie wojennym brańcom rozkuć pęta,
Zastawić stoły na rynkach stolicy
I dawać co dnia dla żebraków strawę.

KANCLERZ

Wdzięczność i sława tobie.

BALLADYNA

Ja o sławę
Nie dbam, a wyższa teraz nad sąd ludu,
Będę, czym dawno byłabym, zrodzona
Pod inną gwiazdą. Życie pełne trudu
Na dwie półowy przecięła korona.
Przeszłość odpadła jak od płytkiej stali,
Którą po stronie jednej ośliniła
Żmija - półowa jabłka leci zgniła
I czarna jadem. Wyście mnie nie znali
Taką, jak byłam - niech więc lud nie śledzi
Przeszłości mojej. Wiecie, com wyznała,
A resztę wyznam księdzu na spowiedzi.
Ha! jeszcze jedno - poszukajcie ciała
Grafa Kirkora między gęste trupy.
I na ten wzgórek, gdzie już tylko słupy
Brzóz odrąbanych mieczami się biela,
Zanieście mary z jedwabną pościelą,
Na tej pościeli przynieście śpiące
Zwłoki Kirkora... Niech ludu tysiące
Płacze przy marach tego, co z orężem
Poległ mym wrogiem... a był moim mężem -
Zaprawdę mówię, ja - po grafie wdowa.
Lecz niech nie roi bajek tłum gawiedzi;
Co miała wyznać, wyznała królowa,
A resztę powie księdzu na spowiedzi.
Teraz, kanclerzu, wywołaj przede mnie
Zbrodniów - na pierwszym siedzę trybunale.
Jeśli fałsz wydam, niechaj będzie ze mnie
Gniazdo robaków! niech się ogniem spalę!
Ani mię ujmie dobroć, ani trwoga,
Ani odwiodą ludzie, ani czarty.
Przysięgam sobie samej, w oczach Boga,
Być sprawiedliwą.

KANCLERZ

Woźni!

WOŹNI

Sąd otwarty.

KANCLERZ

Oto jest księga praw. - Oto Zbawiciel
Na suchym drewnie krzyża rozpostarty.
Ucałuj księgę i krzyż!

WOŹNY

Oskarżyciel.

Staje Lekarz zamkowy.

KANCLERZ

Ktoś jest?...

LEKARZ

Królewski lekarz.

KANCLERZ

O co sprawa?

LEKARZ

O jadotrucie.

KANCLERZ

Na kim?

LEKARZ

Na Kostrynie.
Twój wodz, o pani można i łaskawa,
Otruty skonał; wielki rycerz ginie
Od jadu, co zowie się ludomorem.
Na jego ciele żelaznym kolorem
Wyszło tysiące plam; skonał otruty.

KANCLERZ

Kogoż posądzasz?

LEKARZ

Niech sąd szuka winnych.

BALLADYNA

Zbrodniarz nieznany? odłożyć do innych
Sądów tę sprawę. Niech ma czas pokuty.

KANCLERZ

Zwyczajem kraju jest, mościa królowo,
Wydawać wyrok choćby nad nieznanym,
I zawieszony miecz trzymać nad głową
Tajnego zbrodnia, aż będzie schwytanym
I da nam gardło.

BALLADYNA

Są jednak zbrodniarze
Wyżsi nad wyrok, święci jak ołtarze,
Niedosięgnieni...

KANCLERZ

Takich Bóg ukarze.
Do ciebie ziemski wyrok dać należy
Szczero-sumienny.

BALLADYNA

Cóż wyrzekły prawa?

KANCLERZ

Jeżeli który z szlachty i z rycerzy
Trucizną gorzką na życie nastawa
Równego sobie i dopełni czynu,
To kara miecza. Jeśli zaś kto z gminu
Otrucie spełni...

BALLADYNA

Dosyć!...

KANCLERZ

Sądź, królowo.
Niechaj u ciebie mniej waży praw słowo,
Niż głos sumienia.

BALLADYNA

Skończmy! Otrawiciel
Winien jest śmierci.

KANCLERZ

Na zamkowym progu
Otrąbić wyrok. A jeżeli mściciel
Kat nie wypełni, zostawiamy Bogu!

Słychać trąby.

Niech teraz stanie drugi oskarżyciel.

Wchodzi Filon z nożem i z dzbankiem malin, ubrany w kwiaty.

Ktoś jest?

FILON

Cień tego, czym byłem! O! smutki!
Wyście mi pamięć odjęły na wieki,
Dręcząc pamięcią. Jako nezabudki,
Trącane ciągle od płynącej rzeki,
Znajdują radość w ciągłym kołysaniu
Błękitnej fali: tak ja, bity falą
Płynących smutków, we łzach i w niespaniu
Ulgę znajduję.

KANCLERZ

Prawodawczą szalą
Nie można ważyć tego człeka mowy.
Tłumacz się jaśniej.

FILON

Oto malinowy
Dzbanek, a oto nóż. A te maliny
Były pod głową zabitej dziewczyny,
Nóż był w jej piersiach. Niechaj z tego dzbanka
Wypłynie nowy Eurotas płaczu,
Niech zaprowadzi smutnego kochanka
Falą przejrzystą do kochanki grobu,
A ja mu powiem: "Strumyku tułaczu,
Dzięki ci wieczne, w grobie dla nas obu
Będzie spoczynek i cichości morze.
Przebacz, Apollo! promienisty Boże!
Że łzy przyszedłem przed ludźmi wylewać
I smutek z nimi łamać jako chleby.
Przychodzę ludziom smutną pieśń wyśpiewać,
Przyszedłem jako Orfeusz w Ereby
Prosić Plutona, by mi wrócił żonę"
Słuchajcie! Ona żoną moją była,
Żoną mej duszy; dziś jedna mogiła
Zamyka białe ciało, zakrwawione
Tym nożem... patrzcie! Oto na tym dzbanku
Znalazłem martwą, o wiosny poranku,
Zabitą nożem.

KANCLERZ

W tej zawiłej skardze
Czuć zbrodni zapach...

BALLADYNA

Kanclerzu, ja gardze
Szalonych ludzi zaskarżeniem.

KANCLERZ

Pani!
Sąd winien śledzić do ostatka, ani
Pogardzać smutnym psa na kogo wyciem,
Więcże, pasterzu, rozstała się z życiem
Twoja małżonka? I znalazłeś ciało
Nożem przebite. Kiedy to się stało?

FILON

Trzy razy księżyc i gwiazdy pobladły
Przed Apollinem.

KANCLERZ

Mów, na kogo padły
Twe podejrzenia o zabójstwo krwawe?

FILON

Ach! Parki! Parki! Parki! niełaskawe
Przecięły srebrną nitkę jej żywota;
Może też z nieba jaka gwiazda złota
Pozazdrościła mej kochance blasku
W oczach, i oczom zawrzeć się kazała.

KANCLERZ

Gdzież ją znalazłeś?

FILON

W dumającym lasku,
Pod cieniem wierzby rozpłakanej, spała
Snem nieprzespanym.

KANCLERZ

Zawikłana sprawa.
Wydaj, królowo, wyrok na nieznanych,
Radź się sumienia.

BALLADYNA

A jak sądzą prawa?

KANCLERZ

Za śmierć chcą śmierci.

BALLADYNA

Z tych pozabijanych
Nie będziem mieli prochu ani ćwierci.

KANCLERZ

Wydaj sumienny sąd.

BALLADYNA

Winna jest śmierci.

KANCLERZ

Winna... Więc sądzisz, że zbrodniarz niewiasta?

BALLADYNA

Sądzę, jak sądzę...

KANCLERZ

Niech ludowi miasta
Otrąbią wyrok na zamkowym progu.
Katowi zemsta należy lub - Bogu.

trąby

Niech teraz stanie oskarżyciel trzeci.

Wchodzi ślepa Wdowa, matka Balladyny.

Ktoś ty jest?

WDOWA

Wdowa.

KANCLERZ

Na kogo?

WDOWA

Na dzieci
Skargę zanoszę... Mówią, że królowa
Piękna jak anioł, niechaj ona sądzi...
Miałam dwie córki, stara, biedna wdowa,
Żywiłam obie. - Jak to często błądzi
Człowiek na ziemi, czekając pociechy -
Młodsza uciekła spod matczynej strzechy,
Niedobre dziecko. Lecz druga... o Boże!
Królowo moja, ty jak anioł biała,
Sądźże ty sama! - Druga poszła w łoże
Wielkiego grafa; bogdajbym skonała,
Jeśli ja kłamię; graf ją wziął za żonę.
Królowo moja, bogdaj ci koronę
Bóg wiecznie trzymał na tej mądrej główce,
Osądź!... W tej drugiej córce jak w makówce
Było rozumu. Graf ją kochał bardzo,
Ale ja matka kochałam jak matka!
Aż tu w jej zamku już służalce gardzą
Biedną staruszką - cierpię do ostatka
Wzgardę służalców, grób był dla mnie blisko -
Aż tu mnie jednej nocy te córczysko
W obliczu ludzi zaprzało się głośno...
A! córko, mówię, bądźże ty litośną
Dla starej matki, co już bliska truny.
Była noc straszna i deszcz, i pioruny,
Pioruny i deszcz, i ciemno, i burza.
Córka kazała wypędzić z podwórza
Mnie, starą matkę, na wichry i deszcze,
W noc i w pioruny, i w burzę, i jeszcze
Głodną kazała. Niech jej Pan Bóg Stwórca
Przebaczy! - Głodną wypędzić z podwórca,
Do lasu... Wiatr mię poniósł za łachmany,
Piorun wypalił oczy. O! różany
Mój królu! złoty mój panie! litości!

KANCLERZ

Pani, ty milczysz? Takiej nieprawości
Mszczą się okropnie nasze mądre prawa.

BALLADYNA

Przecież nie śmiercią?

KANCLERZ

Lechitów ustawa
Śmierć przepisuje na niewdzięczne dzieci.
Niechaj cię księga naszych praw oświeci,
Czytaj... i czytaj we własnym sumnieniu.
A ty, staruszko, nazwij po imieniu
Wyrodną córkę, a kat ją ukarze,
Chociażby z pierwszym grafem państwa w parze
Los ją powiązał... Powiedz grafa miano
I córki imię, a prawa dostaną
Przez mury zamku jej serca i głowy.

WDOWA

Co? śmierć na córkę?... Panie, bądź mi zdrowy.
Żegnaj, królowo, ja wracam do boru,
Będę żyć rosą...

KANCLERZ

Podług ustaw toru,
Kto zaniósł skargę, odstąpić nie może.
Wyznaj...

WDOWA

Nie! nie! nie!

KANCLERZ

Wziąć na tortur łoże,
I wszystkie stawy jej w żelazne kleszcze,
Cóż? Wyznaj, stara...

WDOWA

Nie, panie.

KANCLERZ

Raz jeszcze
Pytam się ciebie o imię złej córy.

WDOWA

Ona niewinna.

KANCLERZ

Wziąć ją na tortury.

WDOWA
wydzierając się straży

Królowo moja, zlituj się! ja stara!
Ja bym być mogła matką twoją... Boże!
Ty nic nie mówisz? Nic?... To jakaś mara
Straszna na tronie. Więc ja się położę
Na tych żelazach i skonam, a w niebie
Bóg wam odpuści.

KANCLERZ

Wygadasz w boleści.

WDOWA

Panie mój! jasny panie! i u ciebie
Żelazne serce.

Odchodzi ze strażą.

KANCLERZ

Praw się trzymam treści.
A za to niech mię wielki Bóg obwini,
Lub uniewinni. A ty, monarchini,
Wiedz, że mam serce pełne łez, goryczy
I przerażenia.

Słychać jęk.

Co to jest?

ŻOŁNIERZ

To krzyczy
Stara kobieta...

KANCLERZ

I nic nie wydała?

ŻOŁNIERZ

Nic...

KANCLERZ

Poczekajmy.

BALLADYNA

Z mego teraz ciała
Kat zrobił sercu torturę... rozciąga...
Wody!...

Podają pić.

ŻOŁNIERZ

Już zdjęta z żelaznego drąga.

BALLADYNA

Już!... Powiedziała co w bolach?

ŻOŁNIERZ

Umarła.

BALLADYNA

Umarła, mówisz?

ŻOŁNIERZ

Jak ją kat położył
Na tortur kleszczach, to oczy zawarła;
A patrząc na nią, kto by się pobożył,
Że to kościany Chrystus był bez ducha.
Każda kosteczka wywiędła i sucha
Przez rozciągniętą skórę wyglądała
Prosząc o litość...

KANCLERZ

I nic nie wydała?

ŻOŁNIERZ

Umarła cicho... A na suchej twarzy
Dwa wykopała dołki śmierć kościana,
I w obu dołkach stoją łzy.

BALLADYNA

Od rana
Siedzę na sądach, a żaden z nędzarzy
Tak nie pracuje długo i tak znojnie.
Już noc, panowie.

KANCLERZ

Nie... to czarna chmura
Wisi nad zamkiem. Poradź się spokojnie
Twego sumnienia, czego wartą córa,
Dla której matka taką śmiercią kona?

BALLADYNA

Wy ją osądźcie.

KANCLERZ

Niech twoja korona
Przybierze blasku sądem sprawiedliwym.
Ona zaprawdę winna ogniem żywym
Być obrócona na węgiel piekielny.
Osądź ją...

WSZYSCY

Osądź!

KANCLERZ

Jak Bóg nieśmiertelny,
Winna jest sądu.

WSZYSCY

Pociąć ją na ćwierci.

KANCLERZ

Radź się sumnienia i sądź.

BALLADYNA
po długim milczeniu

Winna śmierci!

Piorun spada i zabija królowę - wszyscy przerażeni.

KANCLERZ

Król-kobieta piorunem boskim zastrzelony;
Zamiast w koronacyjne bić w pogrzebu dzwony!

Koniec aktu piątego

BALLADYNA - EPILOG

PUBLICZNOŚĆ
wywołując

Dziejopis Wawel! Wawel, narodu dziejopis!

Wawel wychodzi, kłaniając się.

WAWEL

Prześwietna publiczności, oto mój skoropis
Zaczął rzecz wydarzoną wpisywać do kronik.
Przerwaliście mi pracę.

PUBLICZNOŚĆ

Czyjże jesteś stronnik?

WAWEL

Jestem sędzia bezstronny i naoczny świadek.

PUBLICZNOŚĆ

Jakżeś ty piorunowy opisał przypadek?
Powiedz! myśmy widzieli rzecz całą do końca.

WAWEL

Z ziarnka piasku dójść można do obrotu słońca,
Zaciekając się w rzeczy wydarzonej jądrze.
Królowa jak Salomon panowała mądrze,
Więc musiała być mądrą, przy mądrości cnota.

PUBLICZNOŚĆ

Panie Wawel, za prędka tych sądów szczodrota.
Było za kulisami stać od pierwszej sceny.

WAWEL

Komponowałem wtenczas nad Popielem treny.

PUBLICZNOŚĆ

Cóż o rodzie królowej?

WAWEL

Z historycznych szczytów
Patrząc, ród jej prowadzę z kraju Obotrytów,
Którzy mięsa nie jedzą. Choć jeden uczonek
Mieni, że pochodziła z kraju Amazonek;
Ale ja mu zarzucam fałsz w kroniki nocie
I dowodzę dowodem, i topię go w błocie.
Obaczycie go piórem zabitego w trunie.

PUBLICZNOŚĆ

Cóż powiadasz na piorun?

WAWEL

Sądzę o piorunie,
Że kiedy burza bije, trzeba bić we dzwony,
Że gałązka laurowa lepsza od korony,
Bo w laur piorun nie bije ani głowie szkodzi.

PUBLICZNOŚĆ

Czy jesteś tego pewny?

WAWEL

Ten, co w laurach chodzi,
Autor niniejszej sztuki, słusznie wam opowie,
Że odkąd nosi wieniec laurowy na głowie,
Piorun weń nie uderzył.

PUBLICZNOŚĆ

Pochlebiasz, mój łysy,
I królom, i poetom... Idź precz za kulisy!

Koniec epilogu

BALLADYNA - OSOBY DRAMATU

W "Balladynie" występują dwa typy postaci:
Bohaterowie prawdopodobni:
PUSTELNIK, Popiel III wygnany
KIRKOR, pan zamku
MATKA, wdowa
BALLADYNA, córka
ALINA, córka
FILON, pasterz
GRABIEC, syn zakrystiana
FON KOSTRYN, naczelnik straży zamku Kirkora
GRALON, rycerz Kirkora
KANCLERZ
WAWEL, dziejopis
PAŹ
POSEŁ ZE STOLICY GNIEZNA
OSKARŻYCIEL SĄDOWY
LEKARZ KORONNY
Pany, rycerze, służba zamkowa, wieśniacy, dzieci
Bohaterowie fantastyczni:
GOPLANA
nimfa, królowa Gopła
CHOCHLIK
SKIERKA
Za czasów bajecznych, koło jeziora Gopła.

BOSKA KOMEDIA - Streszczenie, Komozycja, Charakterystyka, Opracowanie

Geneza

Jako główny powód napisania „Boskiej komedii” przez Dante Alighierii uważa się motyw idealnej miłości poety do zmarłej ukochanej Beatrycze. 

Czas i Miejsce

Dante rozpoczyna wędrówkę w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek roku 1300. Najpierw wędruje po Piekle oprowadzany przez Wergiliusza.

Kompozycja

„Boska Komedia” Dantego Alighierii jest poematem epickim, składającym się z trzech części zatytułowanych odpowiednio Piekło, Czyściec, Raj.

Streszczenie

Dante w swoim najbardziej znanym dziele zawarł kwintesencję ideologi średniowiecza. W utworze bardzo ważną rolę odgrywają alegorie, numerologia. Pierwsza część utworu zatytułowana Piekło jest wstępem do dalekiej podróży Dantego . Wyrusza on w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek roku 1300(25 marca lub 7 kwietnia). Dante ma 35 lat, jak pisze jest „na połowie czasów”, ponieważ średnia długość życia w tym okresie wynosiła 70 lat.

Dante Alighieri
Boska Komedia

BOSKA KOMEDIA - CZAS I MIEJSCE AKCJI - STRESZCZAJ SIĘ Z NAUKĄ

Dante rozpoczyna wędrówkę w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek roku 1300. Najpierw wędruje po Piekle oprowadzany przez Wergiliusza. Składa się ono z 9 kręgów i jest dodatkowo podzielone na górne i dolne.  Następnie przez 3 dni i 3 noce wędruje po Czyśćcu złożonym z 9 części.  Ostatecznie przemierzając 9 niebios Raju trafia przed oblicze Boga.

BOSKA KOMEDIA - GENEZA


Jako główny powód napisania „Boskiej komedii” przez Dante Alighierii uważa się motyw idealnej miłości poety do zmarłej ukochanej Beatrycze.  W utworze wędrując po zaświatach Piekle, Czyśćcu i ostatecznie Niebie autor pragnie ukazać wędrówkę ludzkości do Boga, a tym samym do ostatecznego zrozumienia czym jest dobro, miłość, piękno.  Dante osiąga Raj właśnie dzięki swojej ukochanej Beatrycze.

Prace nad napisaniem tego poematu epickiego zostały rozpoczęte najprawdopodobniej w roku 1307 po opuszczeniu Florencji przez Alighierii. W roku 1312 ukazała się pierwsza część dzieła , druga część pojawiła się natomiast  w następnym roku.

Początkowo utwór miał zostać zatytułowany Komedia co wiązało się z ówczesną definicją sztuki rozpoczynającej się poważnie, a kończącej się szczęśliwie i wesoło. W wyniku uznania dla tego utworu potomność dodała przymiotnik Boska, i w ten sposób powstał obecnie stosowany tytuł Boska Komedia.

BOSKA KOMEDIA - KOMPOZYCJA UTWORU - STRESZCZAJ SIĘ Z NAUKĄ

Boska Komedia” Dantego Alighierii jest poematem epickim, składającym się z trzech części zatytułowanych odpowiednio Piekło, Czyściec, Raj.  Poszczególne części utworu zostały podzielone każda na 33 pieśni poprzedzone pieśnią wstępną.

BOSKA KOMEDIA - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE

I CZĘŚĆ (PIEKŁO)

Pieśń I

Dante w swoim najbardziej znanym dziele zawarł  kwintesencję ideologi średniowiecza. W utworze bardzo ważną rolę odgrywają alegorie, numerologia. Pierwsza część utworu zatytułowana Piekło jest wstępem do dalekiej podróży Dantego . Wyrusza on w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek roku 1300(25 marca lub 7 kwietnia). Dante ma 35 lat, jak pisze jest „na połowie czasów”, ponieważ średnia długość życia w tym okresie wynosiła 70 lat.  Poeta po tym jak zabłądził znalazł się w ciemnym lesie. Nasuwa się tutaj alegoria świata pogrążonego w grzechu w jakim żyje Dante. Z biografii Dantego wiemy, iż jego życie po utracie ukochanej Beatrycze było bardzo rozwiązłe i grzeszne. Gęsty, ciemny las można by uznać również za alegorię rozważań bohatera nad popełnieniem samobójstwa.  Dante  próbuje się wydostać z lasu, odczuwa paurę (lęk, trwogę).  Jednak pewnym uspokojeniem i pocieszeniem staje się dla niego Słońce, świecące nad wzgórzem, w oddali.  Słońce stanowi alegorię Boga, rozświetla ono ciemności w jakich znalazł się Dante, i dodaje mu nadziei. Bohater chce wspiąć się na wzgórze, by zbliżyć się do Boga. Jednak pokonanie tego dystansu uniemożliwiają mu pewne postawy ludzkie kierujące człowieka w stronę grzechu, symbolizowane przez 3 zwierzęta:  Pantera (symbolizująca zmysłowość), Lew (symbolizujący pychę), Wilczyca (symbolizująca chciwość).  Dla Dantego najbardziej niebezpieczna okazuje się chciwość. Autor przedstawia scenę w której zostaje wręcz spychany przez wilczycę w przepaść, otchłań z której niemożna dostrzec Słońca.  Ukazuje to niemożność odnalezienia przez Dantego „prostej drogi”(która wiedzie na wzgórze w kierunku Słońca) do zbawienia. Dante jest świadomy zrujnowania swojego życia.
Przed całkowitym oddaleniem się od Boga i spadnięciem w przepaść Dantego ratuje Wergiliusz (starożytny poeta będący mistrzem w swoim kunszcie dla Alighierii). Wergiliusz postanawia poprowadzić Dantego do Boga. Informuje, że jedyna droga wiedzie do Niego przez Piekło, Czyściec i Raj, natomiast Wilczyca nie przepuści ludzi dopóki nie będzie strącona przez Charta do piekła. Za Charta uznaje się Chrystusa, który ma przyjść w dniu Sądu Ostatecznego.  Wergiliusz przeprowadzi Dantego przez poszczególne części Piekła i Czyśćca, natomiast w Raju odda go pod opiekę innego przewodnika.

Pieśń II

Wergiliusz, którego miejscem przebywania w zaświatach jest tzw. Przedpiekło informuje Dantego, iż wysłany został na prośbę Beatrycze przebywającej w Raju. To właśnie jego ukochana ma być dalszym przewodnikiem Dantego, o którym wspomniano w Pieśni I. Wergiliusz dodatkowo daje Dantemu do zrozumienia, iż jego wędrówka po zaświatach była wolą Boga i dlatego też Bóg będzie się nim cały czas opiekował podczas tej niezwykłej wyprawy.

Pieśń III

W tej części utworu Wergiliusz przyprowadza Dantego pod Bramę Piekła. Widnieje na niej napis:

"Przeze mnie droga w miasto utrapienia,
Przeze mnie droga w wiekuiste męki,
Przeze mnie droga w naród zatracenia.
Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwej ręki.
Wzniosła mię z gruntu Potęga wszechwłodna,
Mądrość najwyższa, Miłość pierworodna;
Starsze ode mnie twory nie istnieją,
Chyba wieczyste - a jam niepożyta!
Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją"

Na podstawie fragmentu możemy stwierdzić, iż Piekło jest miejscem w którym dusze ludzkie skazane są na wieczne męki. Ta część za światów stworzona przez Trójcę świętą (Potęga wszechwłodna,
Mądrość najwyższa, Miłość pierworodna) jest wynikiem sprawiedliwości Bożej. Pieśń III rozpoczyna bogaty opis budowy Piekła.

Zanim Dante i jego przewodnik wkracza całkowicie do piekła, widzi dusze istot pasywnych „Ignavi” (Oportunistów), ludzi którzy nie mieli ściśle sprecyzowanych poglądów i zasad, naginająca się do panujących okoliczności dla własnego zysku.  Są to ludzie którzy za życia nie dokonali niczego, ani dobrego ani złego. Dante rozpoznaje tutaj 2 ludzi Poncjusza Piłata oraz współczesnego mu Papieża Celestyna V.  Ponadto znajdują się tutaj wyrzutki, które nie objęły żadnej strony podczas  Buntu Aniołów w Niebie. Dusze te nie znajdują się ani w Piekle, ani nie są poza nim. Przebywają na wybrzeżu rzeki Acheron, która jest uznawana za podziemne odgałęzienie rzeki Styks. Dusze te skazane są na wieczne męki związane z tym, że są kąsane przez osy i szerszenie, a wiele innych owadów wypija ich krew i łzy.

Budowa Piekła

Piekło zbudowane jest z 9 kręgów ułożonych koncentrycznie w kształt wielkiego leja.

Piekło powstało po tym jak w wyniku Buntu Lucyfera w Niebie został on strącony z niego robiąc dziurę w Ziemi. Z każdym kręgiem związani są coraz ciężsi grzesznicy. Kulminują się one w centrum ziemi gdzie na samym dnie znajduje się Szatan. W poszczególnych kręgach znajdują się osoby związane z danym grzechem, które odbywają odpowiednie do jego ciężkości kary. Dusze ludzi znajdujący się w Piekle w odróżnieniu od tych znajdujących się w Czyśćcu nie okazały skruchy, posiadają wiedzę o przeszłości i przyszłości, ale nie o teraźniejszości. Oznacza to, że po Sądzie Ostatecznym, świat skończy się a oni przestana posiadać tą wiedzę (można by wnioskować, że przestaną istnieć).  

Pieśń IV

W tej pieśni przedstawione jest jak Dante i Wergiliusz za pomocą łodzi kierowanej przez Charona zostają przewiezieni na drugi brzeg rzeki Acheron.  Charon nie chce pozwolić Dantemu na wejście do piekła, ponieważ wciąż jest istotą żyjącą. Jednak ulega namową Wergiliusza. Cała podróż nie została opisana, ponieważ Dante pogrążony w śnie budzi się dopiero na drugim brzegu. Bohaterowie docierają do pierwszego kręgu piekła czyli Limbo (Przedpiekle). W tej części Piekła znajdują się dusze ludzi nieochrzczonych oraz cnotliwych pogan, którzy mimo tego że nie byli grzeszni nie przyjęli Chrystusa.  Jest to miejsce przebywania także osób, które nie oddawały stosownego hołdu ich poszczególnym bóstwom. Nie jest zadawana im kary fizycznej, dusze te cierpią jedynie duchowo, gdyż nigdy nie będzie dane im ujrzeć Boga. Główną ironią tego kręgu jest jego podobieństwo do Pól Elizejskich. Niewinni potępieni są karani niemożnością dostępu do nieba z powodu braku dostatecznej wiary. W Przedpiekle rozpościerają się zielone pola w centrum których znajduje się zamek Nobile castello, będący mieszkaniem dla najmądrzejszych ludzi antyku. Dante spotyka tam  Cezara, Euklidesa, Homera, Horacego, Owidiusza, Ptolemeusza, Talesa.  Akcja tej pieśni rozgrywa się w Wielki Piątek wieczorem.

Pieśń V

Pieśń ta jest nazywana pieśnią o miłości tragicznej, opisuje kolejny drugi krąg piekła. Na jego granicy znajduje się Minos, będący niejako sędzią, który wydaje wyroki każdej z dusz i wysyła je do jednego z niższych kręgów Piekła, owijając swój ogon dookoła ciała. Liczba zwojów ogona oznacza numer kręgu, do którego udają się poszczególni potępieńcy. W drugim kręgu znajdują się osoby które zgrzeszyły pożądliwością. Są one za karę poddawane nieustającej wichurze. Ma ona symbolizować  siłę żądzy. Dante spotyka Francesca da Rimini opowiada ona mu o tym jak popełniła cudzołóstwo z bratem męża Paolo Malatesta. Uczucie jakie łączyło tych dwójka zostało odkryte przez męża Franceski podczas lektury legend arturiańskich. Usta kochanków zeszły się same pod wpływem sceny gdzie Lancelot całuje Ginewrę. Zdradzony mąż zamordował kochanków. Dante napotyka również na wiele innych postaci, które dopuściły się grzechu zmysłowości, takie jak : Helena trojańską, Achilles, Kleopatra, Parys, Tristan.

Pieśń VI

Krąg trzeci jest strzeżony przez Cerbera, trzygłowego pasa wywodzącego się z mitologi greckiej, kąsa on dusze grzeszników trafiających do tej części piekła. Przebywają tutaj dusze, które dopuściły się łakomstwa. Dusze zmuszane są do leżenia w błocie, pada na nie zimny deszcz i grad. Skazane są na spożywanie własnych odchodów. Dante spotyka tutaj współczesną mu postać Florentczyka Ciacco, który przepowiada przyszłość Włoch po roku 1300.

 

Pieśń VII

W pieśni znajduje się opis czwartego kręgu piekła. Znajdują się w nim osoby, które w nieodpowiedni sposób zarządzały dobrami materialnymi, tzn. Skąpcy , Chciwi – gromadzący dobra i pieniądze oraz Rozrzutni – wydający pieniądze lekką ręką. Pojawia się tutaj strona przepychania ciężkich worków pomiędzy tymi dwiema grupami. Strażnikiem jest tutaj Pluton wywodzący się z mitologi greckiej bóg bogactwa.

Pieśń VIII

W tej pieśni autor „Boskiej Komedii” kontynuuje opis piątego kręgu piekła rozpoczęty w Pieśni VII.  Dusze przebywają tutaj w bagnistej rzece Stynks bijąc i zmagając się ze sobą.  Gniewni walczą ze sobą na powierzchni rzeki natomiast osoby posępne, ponure i leniwe bulgocą pod wodą. Flegias w mitologi greckiej syn Aresa niechętnie przeprawia Dantego i Wergiliusza na drugi brzeg rzeki Styks za pomocą swojej lekkiej łodzi wiosłowej. W drodze zaczepiani są przez Filippo Argenti z włoskiej rodziny Gwelfów jednego z rywalizujących o władzę stronnictw politycznych na przełomie XII i XIII wieku.

 

Pieśń IX

Dante i Wergiliusz próbują przedostać się do drugiej części piekła tzw. Piekła Dolnego. Jest ono oddzielone od pierwszej części przez potężny mur otaczający miasto Disa. Disa jest miastem śmierci, które mieści się w 6 kręgu. Mury bronione są przez upadłych aniołów. W dalszych kręgach piekła będą znajdować się ludzie bardziej zatwardziali w swoich grzechach. Mury otoczone są przez moczary. Erynie i Meduza straszą Dantego, nie pozwalają na przejście. Na pomoc podróżnikom przybywa wysłannik niebios. Akcja rozgrywa się w poranek Wielkiej Soboty.

Pieśń X i XI

Dante i Wergiliusz wędrują po szóstym kręgu piekła. W tej części znajdują się dusze heretyków uwięzionych w płonących grobowcach. W zależności od stopnia herezji natężenie płomieni jest różne. Dante prowadzi dyskusję z parą Floretańczyków: Farinata degli Uberti z rodziny Gibelini oraz z Cavalcante de' Cavalcanti pochodzącego z rodziny Gwelfów reprezentującej przeciwne stronnictwo polityczne.

Pieśń XII-XVI

Wergiliusz objaśnia Dantemu strukturę kolejnej części piekła. Opisany jest tutaj siódmy krąg piekła.  Przebywają tutaj gwałtownicy.  Wejścia do tego kręgu strzeże Minotaur postać często przedstawiana jako człowiek z głową byka.  Można by podzielić ten krąg na trzy pierścienie.
Zewnętrzny pierścień – przebywają tutaj gwałtownicy przeciwko ludziom i własności prywatnej. Są oni pogrążeni w rzece Flegetonte uznawanej za jedną z pięciu rzek zaświatów. W rzece płynie płonący ogień, gotuje się tutaj krew grzeszników.  Pierścienia pilnuje Centaurus dowodzony przez Chirona. Wymienia on tutaj nazwiska przebywających w tym rejonie tyranów:  Aleksander,  Dionizjusz, Azzolino, Opizzo.

Centaur Nessus prowadzi poetów wzdłuż rzeki, oraz przeprowadza ich przez jej bród na drugi brzeg.
Środkowy Pierścień – miejsce przebywania samobójców, są oni przeobrażeni w sękate, kolczaste krzaki lub drzewa. Są one rozdzierane przez Harpie, czyli mitologiczne bóstwa wiatrów wyobrażane jako drapieżne ptaki.

Ponadto samobójcy po sądzie ostatecznym nie zmartwychwstaną w sensie cielesnym, zachowają swoja postać krzaków z wiszącymi na nich zwłokami.  Dante wędruje po tej części piekła, zrywa gałązkę z jednego z krzaków. Po czym słyszy opowieść Pier della Vigna, który popełnił samobójstwo po tym jak stracił przychylność Fryderyk II Hohenstauf.   Innymi mieszkańcami tego pierścienia byli rozpustni, którzy zniszczyli swoje życie poprzez stracenie środków utrzymania koniecznych do przeżycia (pieniądze, dobra materialne). Efektem tego są ciągle gonieni przez dzikie psy po ciernistym podszyciu lasu. Drzewa są w tym pierścieniu metaforą, za życia jedyną formą ulgi był dla nich ból (samobójstwo), podobnie w Piekle, jedyna forma ulgi możliwa jest poprzez ból (zerwanie gałązki).
Wewnętrzny Pierścień -  przebywają tutaj gwałtownicy przeciwko Bogu (Bluźniercy) jak również gwałtownicy dopuszczający się sodomii. Grzech sodomski to grzech przeciwko przyrodzeniu  (np. masturbacja, seks homoseksualny, seks heteroseksualny tylko dla przyjemności). W pierścieniu tym przebywają także gwałtownicy przeciwko sztuce (lichwiarze).  Znajdują się oni na pustyni z płonącym piaskiem  i padającymi z nieba ognistymi płatkami. Bluźniercy leżą na piasku, lichwiarze siedzą na nim, natomiast sodomici wędrują pomiędzy tymi dwiema grupami.  Dante rozmawia z dwoma Florentyńczykami : Brunetto Latini,  Iacopo Rusticucci.  W stanowisku Dantego nie wszyscy dopuszczający się grzechów sodomskich są skazani na ogień piekielny, Ci którzy okazali skruchę znajdują się w Czyśćcu. Wśród osób skazanych za lichwiarstwo Dante spotyka: Catello di Rosso Gianfigliazzi, Ciappo Ubriachi,  Giovanni di Buiamonte, Paduans Reginaldo degli Scrovegni, Vitaliano di Iacopo Vitaliani.

Pieśń XVII

Bohaterowie zbliżają się w tej pieśni do pogranicza kręgu ósmego. Do dwóch ostatnich kręgów można dotrzeć jedynie schodząc po potężnej ścianie skalnej. Dante i Wergiliusz pokonują tą część wyprawy na grzbiecie Geriona, skrzydlatego potwora, o którym Dante pisze, iż ma twarz człowieka uczciwego i ciało zakończone kolczastym odwłokiem jak u skorpiona. Symbolizuje on oszustwo.

Pieśń XVIII – XXX

Dante dociera do Kręgu ósmego. Nazywany  jest on Malebolge. Dzieli się na dziesięć koncentrycznych kulistych czeluści z mostami umożliwiającymi ich pokonanie. Każdy z tych rowów nazywany jest w oryginale jako Blogia. W centrum Malebolge znajduje się dziewiąty ostatni krąg piekła. W dziewiątym kręgu znajdują się ludzie fałszywi, dopuszczający się świadomych oszustw.  W kolejnych pieśniach opisane są poszczególne Blogia ósmego kręgu.
Blogia 1 – odbywają tutaj karę stręczyciele, uwodziciele. Są oni zmuszani do maszerowania rzędami w przeciwnych kierunkach, chłostani przez demony. Dante dostrzega w grupie stręczycieli Venedico Caccianemico, natomiast w grupie uwodzicieli Jazona.
Blogia 2 -  odbywają tutaj karę pochlebcy. Są oni zanurzeni na zawsze w rzece ludzkich odchodów.
Blogia 3 – odbywają tutaj karę ludzie którzy dopuścili się sprzedaży urzędów kościelnych dla osiągnięcia własnych kożyści. Są oni obróceni do góry nogami w dużej chrzcielnicy wyciętej w skale. Ich stopy pogrążone są w płomieniach.  Gorąc płomieni zależy od ciężkości grzechu jakiego się dopuścili. Dante spotyka tutaj Papieża Mikołaja III, potępiony za sprzedaż urzędów kościelnych dwóm jego następcom, papieżowi Bonifacemu VII i Klemensowi V.
Blogia 4 – miejsce przebywania czarnoksiężników i fałszywych proroków. Za karę mają przekręcone głowy tak, iż widzą jedynie to co znajduje się za nimi, nie widzą już przyszłości i tego co przed nimi.
Blogia 5 – w tej części znajdują się skorumpowani politycy, szantażyści, nie skrupulatni  businessmani i wszyscy inni grzesznicy wykorzystujący swoją pozycję społeczną do osiągnięcia bogactw i własnych celów. Odbywają swoją karę będąc zanurzeni w smole. Straż nad tymi duszami pełni diabły.  Lider diabłów wyznacza żołnierzy, którzy eskortują Dantego i Wergiliusza przez most do dalszych części piekła.
Blogia 6 -  most nad tym rowem jest zepsuty. Poeci schodzą do wnętrza rowu i odnajdują przebywających w nim obłudników, hipokrytów. Grzesznicy obojętnie kroczą ubrani w pozłacane ołowiane płaszcze. Są one bardzo ciężkie. Dante rozmawia z Catalano i Loderingo. Znajduje się w tej części również Kajfasz który nalegał na egzekucję Chrystusa.
Blogia 7 – przebywają tutaj złodzieje, strzeżeni przez Centaura. Są oni tropieni i kąszeni przez węże. Znajdują się tutaj również smoki oraz inne mściwe gady. Dusze ugryzionych przez węże ulegają różnym  metamorfozą.  Niektóre tracą ludzką postać i przybierają postać gadów., By ponownie przybrać formę człowieka muszą wykraść ją od innych grzeszników. Transformacje przyczyniają się do dużego cierpienia dusz znajdujących się w tej części piekła.
Blogia 8 -  odbywają tutaj karę fałszywi doradcy, którzy dawali złe lub skorumpowane porady innym w celu osiągnięcia zysków.  Ich dusze są ciągle w płomieniach.
Blogia 9 -  odbywają tutaj karę dusze ludzi którzy promowali skandale, rozłamy i niezgodę. Szczególnie ciężkie kary otrzymują Ci, którzy byli siewcami schizm w kościele i polityce. Grzesznicy są tutaj zmuszani do ciągłego chodzenia po okręgu i noszenia strasznej, oszpecającej rany zadanej im mieczem przez demona. Rany te odzwierciedlają grzechy poszczególnych dusz. Gdy obejdą cały rów do o koła rana ulega zagojeniu lecz w tym samym czasie demon zadaje im kolejną. Tutaj Dante odnajduje torturowanego muzułmańskiego proroka Mahometa.  Odyseusz opowiada Dantemu swoja historię, mówi o tym jak opuścił rodzinę, dom i popłynął na koniec Świata.
Blogia 10 –Ta blogia podzielona jest dodatkowo na kolejne cztery części odpowiednio dla alchemików, fałszerzy podrabiających różne dobra np. Pieniądze, odtwórców i kłamców.  W każdym pododdziale blogia występują różne stopnie kary .  Dusze tych grzeszników poddawane są uciążliwym chorobom.

Pieśń XXXI

Poeci docierają do pogranicza ostatniego dziewiątego kręgu Piekła. Jest on otoczony przez klasyczne i biblijne olbrzymy. Olbrzym Anteusz spuszcza Dantego i Wergiliusza do wnętrza jamy dziewiątego kręgu.

Pieśń XXXII – XXXIV

Dziewiąty krąg podzielony jest na cztery podkręgi. Przebywają tutaj zdrajcy. Są zamrożeni w jeziorze nazywanym Kokytos.

Każda grupa zdrajców jest umieszczona w lodzie na różnej głębokości . Dante wyróżnia następujące strefy:
Strefa 1 -  nazywana jest Kaina, znajdują się tutaj zdrajcy osób najbliższych.
Strefa 2 -  nazywana jest Antenora, przebywają tutaj zdrajcy narodu lub stronnictwa. Nazwa tego podkręgu wywodzi się od mitologicznego bohatera będącego doradcą Priama, który według średniowiecznej tradycji wydał jego miasto Grekom.
Strefa 3 -  nazywana jest Tolomea, jest miejscem przebywania zdrajców którzy nadużywali czyjegoś zaufania.
Strefa 4 – nazywana Giudecca jest ostatnią najgłębszą częścią Piekła. Jest miejscem królowania Lucyfera. Zdrajcy Boga.  Wszyscy grzesznicy, którzy się tutaj znajdują są całkowicie zanużeni w lodzie. Poeci przemieszczają się jak najszybciej do centrum gdzie znajduje się szatan. Opisany jest on przez Dantego jako potwór o trzech twarzach: jednej czerwonej, jednej czarnej i jednej jasno żółtej.  W swoich paszczach przeżuwa trzech głównych zdrajców ludzkości:  Judasza, Brutusa i Kasjusza.  Jest olbrzymią, przerażającą bestią, płaczącą łzami wypływającymi z sześciu jego oczy, które mieszają się z krwią zdrajców. 
Poeci kierują się ku centrum ziemi przechodzą przez tunel na jej drugą półkule do Góry Czyśćcowej.

II CZĘŚĆ (CZYŚCIEC)

Pieśń I -II
Po zakończeniu podróży do najgłębszych partii Piekła, Dante i Wergiliusz wydostają się z tych mrocznych i przygnębiających otchłani ku Górze Czyśćcowej. Znajduje się ona na drugiej półkuli (W czasach życia Dantego uważano, iż Piekło znajduje się pod Jerozolimą, natomiast Czyściec na jej antypodach).  Góra położona jest na wyspie, jest jedyną krainą na południowej półkuli. Na brzegu wyspy uwagę Dantego i Wergiliusza przyciąga muzyczny występ Casella. Poganin Katon gani Casella za swoje zachowanie. Katon z polecenia Boga jest głównym strażnikiem podejścia do Góry.  Na podstawie utworu nie możemy określić jakie jest przeznaczenie Katona, czy jest nim Niebo czy też wieczne cierpienie w Piekle.  Akcja tej pieśni rozgrywa się w Niedzielę Wielkanocna wczesnym rankiem.

Pieśń III- VI
Dante zaczyna się wspinać  na Górę Czyśćcową, w jej niższych partiach stoku spotyka pierwszych ekskomunikowanych. Wspinając się wyżej natrafia na dusze tych, którzy okazali skruchę na krótko przed śmiercią i tych którzy umierali bolesną gwałtowną śmiercią.  Te dusze wstąpią do Czyśćca dzięki okazaniu szczerej skruchy, aczkolwiek muszą one odczekać poza nim czas równy długości swojego życia na ziemi.

Pieśń VII - VIII
Wergiliusz wyjaśnia Dantemu dlaczego znalazł się w Limbo. Sordello uprzedza poetów, że w nocy nie mogą wejść do Czyśćca. Dante wskazuje tutaj na piękną dolinę.  Zauważa w niej niedawno zmarłych monarchów wielkich krajów Europejskich: cesarza Rudolfa, króla Czech Ottokara, Jakuba Aragońskiego, Fryderyka sycylijskiego, Henryka III, Wilhelma z Monterrato. Są w niej również inni ludzie, którzy poświęcili się społeczeństwu  i prywatnym obowiązkom, co utrudniało im wiarę.  Zbliża się wieczór dusze zmarłych odmawiają modlitwę. Do doliny strzeżonej przez aniołów próbuje wślizgnąć się wąż. Jest on alegorią pokusy.  Odpędzają go anioły, symbolizując działanie łaski bożej, która może zwalczyć pokusę.

Pieśń IX
Dante pogrąża się w śnie, podczas którego zostaje przeniesiony pod bramy właściwego Czyśćca.
Brama Czyśćca jest strzeżona przez  anioła, który za pomocą swojego miecza znaczy siedmiokrotnie literę „P” na czole Dantego.  Za pomocą dwóch kluczy złotego i srebrnego otwiera bramę Czyśćca, a następnie ostrzega Dantego by nie oglądał się za siebie, ażeby nie znalazł się ponownie poza jego bramami. Fragment ten ma symbolizować walkę Dantego z grzechem i jego wychodzenie z otaczającego go zła, poprzez pozostawienie dotychczasowego życie za sobą.  Począwszy od tego momentu Wergiliusz prowadzi Dantego przez siedem kolejnych tarasów na które jest podzielony Czyściec.  Każdy kolejny taras odzwierciedla siedem kolejnych grzechów śmiertelnych. W każdy kolejnym tarasie ma miejsce oczyszczenie grzeszników z określonego grzechu. Dusze mogą poruszać się jedynie w górę z niższych tarasów na wyższe, wynika to z sensu Czyśćca, gdzie dusze wspinają się w kierunku Boga w Niebie. Mogą się one wspinać jedynie w czasie godzin dziennych kiedy światło Boga wskazuje im właściwą drogę ku Niebu.

Pieśń X-XII
Dante dociera do pierwszego tarasu Czyśćca. Przybywają w nim ludzie pyszni. Za karę noszą oni ogromne kamienie na swoich plecach. Ich ciężar uniemożliwia im stanąć wyprostowanymi. Ma to nauczyć grzeszników, iż duma obciąża ich duszę i lepiej ją porzucić. Przed wejściem na kolejny taras Czyśćca anioł zmazuje z czoła Dantego jedną z liter „P” które wcześniej nakreślił, symbolizuje to oczyszczanie z jednego z grzechów, które obciążały duszę Dantego.

Pieśń XIII-XV
Dante dociera do drugiego tarasu Czyśćca. Przebywają tutaj osoby zazdrosne. Dusze tych osób mają oczy zszyte drutem i noszą ubrania które powodują, że nie można ich odróżnić od ziemi. Bóg chce nauczyć tych grzeszników poprzez te kary by nie zazdrościli innym, a skupili się na miłości do Niego.  

Pieśń XV-XVII
W trzecim tarasie przebywają dusze ludzi gniewnych.  Za karę chodzą oni w ostrym, żrącym dymie. Kara ta ma nauczyć przebywających tutaj jak gniew oślepia ich wzrok i powstrzymać ich przed wyrokami wobec innych osób.

Pieśń XVIII-XIX
Taras czwarty Czyśćca. Leniwi odbywają tutaj karę poprzez nieustanne bieganie. Mogą oni oczyścić się z tego grzechu jedynie będąc gorliwi w odbywaniu pokuty. 

Pieśń XIX-XXI
W piątym tarasie Dante odnajduje dusze osób nieumiejętnie dysponujących dobrami materialnymi, czyli osób rozrzutnych i chciwych. Ich oczyszczenie odbywa się w ten sposób, iż leżą nieruchomo twarzą skierowaną do ziemi . Ma to nauczyć grzeszników by odwrócili ich uwagę od posiadania dóbr, władzy i skierowali ją w stronę Boga. Dante spotyka tutaj duszę poety Stacjusza, który cieszy się iż zakończył swoje oczyszczenie i może wspiąć się do Raju.

Pieśń XXII-XXIV
Dante dociera do szóstego tarasu.  Przebywają tutaj dusze osób nieumiarkowanych w jedzeniu i piciu. Ich oczyszczenie odbywa się poprzez powstrzymywanie się od wszelkich posiłków i napojów.  Uczucie głodu jest tutaj potęgowane przez żądzę spożycia zakazanego owocu.  Byli żarłocy są tutaj zmuszani do przechodzenia przez kaskadę w której płynie zimna woda, nie mogąc przestać jej pić, zwiększa to u nich cierpienie spowodowane głodem.

Pieśń XXV-XXVII
Dante dociera do ostatniego siódmego tarasu Czyśćca. Przebywają tutaj dusze ludzi lubieżnych. Wszyscy którzy popełnili grzechy seksualne, zarówno heteroseksualiści jak i homoseksualiści są oczyszczani z grzechów w ogniu.  W przebywających tutaj duszach naprawiane jest nadmierne pożądanie seksualne, niewłaściwe skierowanie miłości pochodzącej od Boga. Ponadto wszystkie dusze z wcześniejszych sześciu tarasów muszą również przejść przez ścianę płomieni zanim dostaną się do Raju, najprawdopodobniej z powodu iż grzechy na niższych tarasach miały swoje korzenie w nie właściwym skierowywaniu miłości. Również Dante musi uczestniczyć w tej pokucie by odkupić się i ostatnia litera „P” znajdująca sie na jego czole została zmazana.

Pieśń XXVIII-XXXIII
Dante wznosi się na szczyt Góry Czyśćcowej.  Znajduje się tam Eden(Raj Ziemski). Miejsce to oznacza w rzeczywistości powrót do stanu niewinności, czyli stanu który istniał na Ziemi przed pojawieniem się grzechu pierworodnego pierwszych rodziców Adama i Ewy. Tutaj Dante spotyka Matyldę.

Przedstawia przez nią „Panią Filozofii”. Była ona obiektem jego uczuć po śmierci Beatrycze oraz uosobieniem mądrości. Matylda była kobietą chwały i piękna, przebywała w Raju by przygotować swoją duszę do Nieba.  Wraz z nią Dante jest świadkiem procesji . Uczestniczy w niej ukochana Dantego z lat młodości , czyli Beatrycze. To właśnie ona zleciła Wergiliuszowi misję oprowadzenia Dantego po zaświatach. Tutaj rola Wergiliusza jako przewodnika kończy się teraz to Beatrycze będzie przewodnikiem Dantego po Raju Niebieskim.  Wergiliusz przebywając na stałe w pierwszym kręgu Piekła nie ma wstępu do Raju i w tym momencie znika.  Dante wypija wodę z rzeki Leta(w mitologi greckiej to jedna z rzek Hadesu).  Dzięki temu jego dusza zapomina wszystkie popełnione przez niego dotychczas grzechy. Następnie wypija wodę z rzeki Eunoë, efektem tego jest odzyskanie pamięci o dobrych uczynkach. Mając oczyszczoną w taki sposób duszę Dante może skierować całą swoja miłość w kierunku Boga. W tym momencie kończy się podróż Dantego po Czyśćcu, może opuścić Górę Czyśćcową i odbyć podróż po Niebie.


CZĘŚĆ III (NIEBO)

Pieśń I

Po wcześniejszym wstąpieniu Dantego do Nieba, Beatrycze jako przewodnik będzie oprowadzać go przez dziewięć kolejnych niebios Ptolemeusza, aż dotrą do Empireum przed oblicze Boga. Wizja obrazu Nieba przedstawiona przez Dantego jest zupełnie inna niż miało to miejsce w przypadku Czyśćca czy Piekła.  Jak pisze Dante przedstawiony przez niego obraz Nieba jest jego własną wizją, choć ma ono tak naprawdę konstrukcję którą można przedstawiać w sposób wieloznaczny. Mamy tutaj do czynienia ze zdematerializowaniem obrazu Nieba. Dużą rolę odgrywają tutaj dźwięk i kolory. Dusze ludzi wydzieliły poszczególne części Nieba w zależności od stopnia ich ludzkiej zdolności do kochania Boga. Pojawia się pewna hierarchia, która jednak nie wynika z możliwości dostępu do Boga bo tak naprawdę każda dusza ma taką samą możliwość  zbliżenia do Boga. Hierarchia ta jest raczej efektem różnego rozwoju duchowego dusz znajdujących się w Niebie, co pozwala niektórym duszom na głębsze przeżywanie tej miłości.  Podczas podróży na Księżyc Beatrycze wyjaśnia Dantemu sens istnienia ciemnych plam na jego powierzchni.

Pieśń II – V

Dante przedstawia tutaj opis pierwszego niebiosa. Jest nim Księżyc składa się z dusz które nie dopełniły w całości złożonych przez nie ślubów. Duchy te robią wrażenie cieni lub postaci odbitych w tafli wody, lustrze.  Dante spotyka tutaj Piccarda, siostrę swojego przyjaciela Forese Donati, która zmarła krótko po jej przymusowym usunięciu z zakonu. Beatrycze prowadzi rozmowę na temat wolności woli człowieka i nienaruszalności świętej przysięgi.  Powstaje tutaj pytanie czy można zrekompensować niewypełniony całkowicie lub częściowo ślub innym zobowiązaniem.

Pieśń V-VII
Drugim niebiosem jest Merkury. Składa się ono z dusz promieniujących blaskiem mającym swe źródło w miłosierdziu Boga, które oświeca całe Niebo. Dusze te ceniły wysoce chwałę ziemska. Justynian pierwszy opowiada tutaj historię Imperium Rzymskiego. Beatrycze wyjaśnia Dantemu sens zadośćuczynienia  Chrystusa poprzez jego śmierć za grzechy ludzkości.  Beatrycze wyjaśnia dlaczego świat składa się z elementów trwałych i nietrwałych.

Pieśń VIII-IX
W tej części utworu pojawia się opis trzeciego niebiosa. Jest nim Wenus. Dusze tutaj przebywające uległy za życia wpływowi miłości.  Dante spotyka Karola Martela dookoła którego koncentrują się dusze przebywające w tym kręgu. Odnośnie poruszanych w tej części utworu problemów doktrynalnych, mówi się o tym, że cechy charakteru nie sa dziedziczone oraz o szkodliwości tłumienia naturalnych skłonności człowieka.  W tej części Nieba znajdują się również Cunizza da Romano i Folquet de Marseille, mówią oni o zepsuciu obyczajów, szczególnie w prowincji Treviso oraz wśród kleru.

Pieśń X-XIV

Dante i Beatrycze wznoszą się do kolejnego czwartego niebiosa. Jest nim Słońce. Składa się ono z dusz wielkich myślicieli. Ich liczba jest niezwykle wielka, jednak najważniejszymi są Św. Tomasz z Akwinu i Alber Wielki. Poeta składa w tej części utworu hołd mądrości Boga, która objawiła się w dziele stworzenia człowieka i świata. Przedstawione są tutaj również dwa filary kościoła św. Franciszek  i św. Dominik.

Pieśń XIV-XVIII
Dante wędruje po piątym niebiosie, Marsie. Znajdują się tutaj dusze ludzi walczących za wiarę Chrześcijańską. Salomon wyjaśnia wątpliwości Dantego dotyczące blasku ciała ludzkiego po zmartwychwstaniu.

Pieśń XVIII – XX

Beatrycze doprowadza Dantego do szóstego kręgu Nieba, jest nim Jowisz. Składa się on z dusz pobożnych i sprawiedliwych.  Dante dostrzega lśniącego orła, jednoczy on wszystkich zbawionych. Obraz orła składa się z zebranych razem dusz sprawiedliwych. Przemawia on w pierwszej osobie, jednak wyraża stanowisko wszystkich dusz. Orzeł udziela odpowiedzi na wątpliwości Dantego czy jest sprawiedliwym niedopuszczanie do szczęścia wiecznego ludzi, którzy nie mogli znać Chrystusa ze względu na to, ze żyli przed jego narodzeniem.  Wśród duchów zbawionych na Jowiszu Dante dostrzega Trojańczyka Ryfeusza i cesarza rzymskiego Trajana.  Tutaj Dante stawia pytanie dlaczego Bóg zbawia tych dwóch, a odmawia zbawienia Wergiliuszowi.

Pieśń XXI-XXII

Dante dostaje się do siódmego niebiosa. Jest nim Saturn. Znajdują się tutaj duchy kontemplacyjne. Saturn wygląda jak drabina, jest to alegoria wznoszenia się coraz wyżej dzięki kontemplacji. Drabina ta jest podobnie jak orzeł w poprzednim kręgu stworzona z dusz zbawionych. Milknie tutaj wzniosła muzyka, która towarzyszyła duchom na niższych niebiosach. Ma to umożliwić im pełną kontemplację w ciszy. Dante przy tym zastanawia się dlaczego dusze kontemplujące dotarły tak blisko Boga. Odpowiedzi udziela mu Pier Damiano tłumacząc, że miłość zbliża do Boga, a muzyka ucichła gdyż Dante nie jest przystosowany do odbierania pełni zjawisk niebiańskich. Przebywają w tym rejonie głównie zakonnicy.

Pieśń XXIII - XXVII

Akcja rozgrywa się w ósmym niebiosie. Złożone jest ono z dwóch części. W jednej z nich osobami centralnymi są Chrystus i Beatrycze, a w drugiej Maria Panna.  Beatrycze prosi o łaskę mądrości dla Dantego.  Ponadto w ósmej części Nieba, Dante jest egzaminowany z jego wiary przez Św. Piotra, z jego nadziei przez Św. Jakuba oraz z jego miłości przez Św. Jana Ewangelistę.

Pieśń XXVII – XXIX

Dante i Beatrycze wznoszą się do dziewiątego niebiosa Nieba. Jest to tzw. Primum Mobile. Istotne są tutaj pojawiające się spostrzeżenia Dantego odnośnie kryzysu moralnego świata.  Poeta przedstawia również obraz Boga jako  nieruchomego punktu świetlnego dookoła którego obracają się kręgi dziewięciu chórów niebieskich, śpiewających hymny pochwalne. Jest to pierwszy ruchomy rejon. Stanowi siedzibę aniołów. Beatrycze tłumaczy Dantemu, że Bóg stworzył aniołów nie dla siebie lecz po to by blask jego majestatu odbijający się od chórów anielskich jeszcze bardziej świadczył o istnieniu Boga.

Pieśń XXX

Ostatecznym celem podróży Dantego jest Empireum do którego dociera właśnie w tej pieśni. Ramy czasu i przestrzeni przestają istnieć w bezpośredniej bliskości Boga. Boga otaczają aniołowie i dusze wybrane. Empireum ma kształt ognistej rzeki ozdobionej kwiatami.  

Pieśń XXX-XXXIV

Beatrycze opuszcza w Empireum Dantego, a jego przewodnictwo obejmuje św. Bernard z Clairvaux. W Empireum poeta staje przed obliczem Boga, napełnia go niesamowita radość i szczęście.  W tym miejscu kończy się długa wędrówka Dantego.
Poeta podsumowuje Boga jako:
Miłość, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy”

CHŁOPI - STRESZCZENIE, CHARAKTERYSTYKA, OPRACOWANIE

TOM I - Streszczenie Szczegółowe

Początkiem powieści Reymonta jest scena spotkania księdza ze starą Agatą. Spotkanie jest przypadkowe – podczas codziennej przechadzki proboszcz mija Agatę niosącą podróżny tobołek. Kobieta, zapytana o cel wędrówki, odpowiada, że wyrusza w świat po prośbie.

Władysław Stanisław Reymont

CHŁOPI - TOM I - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE - STRESZCZAJ SIĘ Z NAUKĄ

CHŁOPI, TOM 1 - JESIEŃ 

I 

Początkiem powieści Reymonta jest scena spotkania księdza ze starą Agatą. Spotkanie jest przypadkowe – podczas codziennej przechadzki proboszcz mija Agatę niosącą podróżny tobołek. Kobieta, zapytana o cel wędrówki, odpowiada, że wyrusza w świat po prośbie. Decyzję swoja tłumaczy tym, iż nie przystoi jej mieszkać u krewniaków także zimą, kiedy nie ma dla niej żadnej roboty w gospodarstwie, a pod dach zagarnąć trzeba także i zwierzynę. Zakłopotany ksiądz daje jej skromną jałmużnę i idzie dalej. Obserwuje szare pola, mija różnych ludzi i z każdym zamienia parę życzliwych słów na temat pracy, pogody czy gospodarstwa.

Ludzie kopiący kartofle w jednej z mijanych przez proboszcza grup, chwalą między sobą księdza. Rozmawiają o starej Agacie i obgadują Kłębów, czyli jej krewnych, którzy, jak się okazuje w przytoczonej rozmowie, wygnali ją na zimę. W rozmowie poruszony jest także temat Jagny: kobiety wyśmiewają się z jej wyniosłości i nieróbstwa. Pada sugestia, że mąż gospodyni, Hanki, romansuje z Jagną. Dowiadujemy się również, że teść Hanki, Maciej Boryna, wciąż nie przepisuje na syna swojej ziemi. Jest on jednym z bogatszych gospodarzy w całych Lipcach, opisany jako jeszcze krzepki, zdolny do pracy i – na co zwracają uwagę kobiety – do żeniaczki.

Na pole przybiega Józka, córka Boryny, z informacją, że zachorowała jedna z krów. Kobiety od razu biegną na teren gospodarstwa. Jednocześnie zachodzi słońce i wszyscy kończą pracę w polu.  

II.  

Mimo interwencji Hanki i innych ludzi krowa zdycha. Widać, że dla wszystkich jest to duża strata. Jedynym, choć marnym pocieszeniem, jest ilość pożywienia, które jałówka może dostarczyć.

Pojawia się  wracający z miasta gospodarz, Maciej Boryna. Zgodnie z przewidywaniami rodziny denerwuje się na Hankę i na Józkę, obwiniając także je o śmierć krowy. Przekonany jest bowiem, że gdyby nie jego nieobecność na gospodarstwie, nic by się zwierzęciu nie stało. W sposób widoczny Boryna budzi respekt wśród domowników, boi się go synowa, czyli Hanka, młody pastuch Witek, oraz córka.

Z dialogów oraz opisów odczuć bohaterów, daje się odczytać także niechęć syna do ojca. Kiedy Boryna śpi, rozzłoszczony Antek wypowiada pod nosem słowa: „śpia se kiej dziedzic, a ty parobku rób”. Niechęć ta jest odwzajemniona, myśląc o swoich dzieciach, Boryna mówi do siebie: „wszystkie to kiej te wilki za owcą”. Przekonany jest, że jedyne o czym myślą, to spadek i gospodarstwo.

Antek z charakteru i zachowania jest podobny do swojego ojca, toteż również przed nim Hanka odczuwa lęk, nie śmie o nic go prosić.

Do późnego wieczora wszyscy krzątają się przy gospodarstwie. Nie ma czasu na lenistwo, ani na odpoczynek, cały czas w obejściu i w domu czeka na każdego jakiś obowiązek. Nawet Józka, która w zasadzie jest jeszcze małą dziewczynką, nieustannie wykonuje jakąś domową czynność.  

Jeszcze tego wieczoru Boryna jedzie do wójta. Okazuje się, że gospodarz ma przed sobą sprawę sądową – oskarżony jest o ojcostwo dziecka, które urodziła służąca u niego jakiś czas dziewczyna, Jewka.

W domu wójta, poza omawianiem czekającej Borynę rozprawy, namawiają go także do ożenku. Wśród propozycji pada imię Jagny. W drodze powrotnej Boryna idzie koło domu Jagny, zagląda przez okno i zachwyca się jej urodą.  

III.  

Następnego dnia stary, kulawy parobek Kuba i młody pastuch Witek, robią porządek w obejściu. Dokładnie opisane jest przy tym gospodarstwo Boryny. Stary Kuba, dokładny, pracowity i sumienny, odnosi się z surową troską i ze zrozumieniem, w stosunku do młodego sieroty, jakim jest Witek. Czule przemawia również do zwierząt, nie tylko karmi je i poi, ale również czule do nich przemawia, gładzi. Również jego pomocnik i podopieczny troszczy się o zmarznięte wróble, czy o zwierzęta z gospodarstwa.

Niespodziewanie Witek dostaje brutalną karę cielesną od gospodarza za to, że nie dość dokładnie pilnował krowy – „Boryna łoił go rzetelnie, wybijał mu na skórze swoją stratę tak zajadle, że Witek miał już gębę posiniaczoną, z nosa puściła mu krew, krzyczał w niebogłosy”.  

Boryna, po wymierzeniu pastuchowi własnej, domowej sprawiedliwości, jedzie do sądu, w sprawie Jewki. Miejsce gmachu sądowego opisane jest dość szczególnie – „narodu się nawaliło, że ani palca wetknąć, i parli się coraz krzepciej na kraty, aż trzeszczały”. Przeprowadzanych jest wiele spraw jednocześnie. Panuje chaos, ludzie kłócą się między sobą, obrażają nawzajem, sądowy woźny zaś nieustannie zmuszony jest uciszać petentów. Większość pozwów dotyczy spraw gospodarskich, zabitej zwierzyny, zagarniętych mórg ziemi itd.

Sprawa Boryny, który – jak się okazuje – nie jest winny, nie kończy się wyrokiem. Historia z poszkodowaną Jewką, którą w swoim czasie przygarnął, ukazuje go jako człowieka, który mimo swojej zawziętości potrafi być litościwy.

W sądzie pojawia się też Dominikowa, matka Jagny. Po rozprawie wracają razem. Dominikowa podejrzewa kowala, czyli zięcia Boryny, o winę wobec Jewki i sprowaokawanie jej do próby obarczenia Boryny. Motywacją kowala jest według niej czystą złośliwość. Dowiadujemy się, że Maciej jeszcze gorzej żyje z zięciem niż z synem. Ostrożnie temat schodzi na Jagnę, Boryna znów zaczyna myśleć o ożenku. 

IV. 

W niedzielę  wszyscy we wsi idą do kościoła. Msza jest kluczową ceremonią, bardzo uroczystą i przez wszystkich mieszkańców poważnie traktowaną. Ksiądz wzniosłym kazaniem doprowadza wiernych do łez i wyrzutów sumienia. Parobek Boryny, Kuba, który od księdza dostał złotówkę za upolowane ptaszki, rzuca ją ze wzruszeniem na tacę.

Widoczna jest tu również pewna hierarchia – niektórzy mieszkańcy wsi mają w kościele swoje ławki, innym (na przykład Kubie) nie wypada nawet podejść do przodu.

Pobożność  chłopów, mimo że widoczna tylko w niedzielę podczas mszy, jest jednak nieudawana. Powszechny jest respekt przed osobą księdza i świętym miejscem.

Kiedy po mszy z kościoła wychodzi Jagna, wszyscy mieszkańcy nie spuszczają z niej wzroku. Dla mężczyzn zachwycająca jest jej uroda, kobiety zaś przyglądały się dziewczynie z zazdrością.  

Przy niedzielnym obiedzie Antek znowu spiera się z Boryną, wypominając mu brak spadku w postaci zapisanej dla niego ziemi, a także skąpstwo. Potem przechadza się z Hanką i z zazdrością oglądają pole należące wciąż do ojca. Trudno dogadać im się także między sobą, i jedno i drugie nosi w sobie poczucie krzywdy i przekonanie o swojej samotności.

Syn Boryny nie szanuje żony, traktuje ją z obojętnością i surowością. Ona z kolei wyraźnie kocha Antka, oczekuje od niego dobrego słowa, zaś za każdym razem, gdy słyszy jego docinki i półsłówka, jest jej przykro. Nie rozumie również Macieja, wie bowiem, że gdyby zapisał im ziemię, ona do starości troszczyłaby się o niego i dogadzała mu.  

W tym czasie wieczorne życie wsi toczy się w karczmie. Żyd Jankiel próbuje namówić Kubę, żeby okradał Borynę, obiecuje mu także alkohol i pieniądze za upolowaną zwierzynę. Ten jednak jest oburzony i nie godzi się na okradanie swojego gospodarza. Właściciel karczmy z kolei przedstawiony jest jako człowiek chytry: dolewa parobkowi tak, że w końcu ten winien jest mu całego rubla.

Reszta towarzystwa także pije, niektórzy tańczą, wielu z nich kłóci się i dogryza sobie nawzajem.  

V.  

Opisana jest tu „pogłębiająca się” jesień, w której coraz krótszy dzień „wstawał coraz leniwiej, stężały od chłodu i cały w szronach, i w bolesnej cichości ziemi zamierającej”. Nadeszła pora wiatru, który „warzył resztki zieleni i rwał ostatnie liście topolom pochylonym nad drogami, że spływały cicho niby łzy”.  

We wsi przygotowywano się do jarmarku. Razem z nim nadchodził czas płacenia podatków. Ci, których nie stać było na uiszczenie obowiązkowych opłat, traktowali jarmark jako okazję do sprzedania części inwentarza lub innych dóbr. Jedni chcieli sprzedawać krowy, inni z kolei młócili zborze lub tuczyli świnie albo gęsi. Okazuje się, że także podczas jarmarku najmowano służbę do pracy na gospodarstwach. Podczas roboty Boryna rozmawia z Kubą, namawia na pozostanie na służbie. Kuba stawia pewne warunki, na które Maciej niechętnie się zgadza. Poucza Kubę podczas rozmowy, że Jezus stworzył niektórych na gospodarzy, innych na parobków. Pada znamienna kwestia: „Takie już na świecie urządzenie jest i nie twoja głowa zmieni”.  

Kiedy rozpoczął się jarmark, już o świcie wyruszali ze wsi dosłownie wszyscy: gospodarze, parobkowie, kobiety, młode dziewczyny, biedota itd. – „Kto jeno żył, to z całej okolicy walił na jarmark”. Na jarmarku, poza kupnem i sprzedażą gospodarskich dóbr, odbywało się życie towarzyskie, dokonywano również zmiany służby i najmowano najróżniejszą pomoc. Przy okazji handlowano drobiazgami, ozdobami, czy odzieżą. Dla każdego jarmark był wielkim wydarzeniem i rozrywką naraz, podziwiano kolorowe towary, a ci, którzy nie mogli sobie na nie pozwolić cieszyli się już samym oglądaniem. 

Cały dzień, podczas drogi i na miejscu, Boryna obserwował uważnie Jagnę. Przy okazji odwiedził urzędowego pisarza po to, by złożyć skargę na dwór: chciał bowiem uzyskać odszkodowanie za to, że jego krowa zachorowała na skutek zjedzonej na dworskim polu kończyny.

Po wyjściu od pisarza Boryna spotkał Jagnę. Pożartowali chwilę, po czym Maciej dał jej w prezencie chustę, którą kupił przedtem swojej córce, oraz drogą wstążkę z przykazaniem, aby nie godziła się zbyt pochopnie na różne propozycje zamążpójścia. Jagienka zdziwiona była zachowaniem Boryny, jednak nie sprawiało jej ono przykrości.

Jeszcze na jarmarku zdążył Boryna pokłócić się z kowalem, czyli swoim zięciem. Konflikt dotyczył ziemi, której Maciej nie zapisał również swojej córce, żonie kowala. W rozmowie tej pierwszy raz wspomniał także na głos o możliwych planach ożenku. Mimo pozornej zgody, która nastąpiła pod koniec, jeden drugiemu nie uwierzył w dane sobie nawzajem obietnice: „jeden drugiemu nie wierzył ani tyla, co za paznokciem – znali się dobrze, jak te łyse konie i przezierali na wskroś, kieby przez szyby”  

VI.  

Po jarmarku rozpoczęła się pora deszczowa, całe Lipce zrobiły się ciemne i wyciszone. Głównym zajęciem stały się „kapuśniaki”, czyli wycinanie i zwożenie kapusty. Mieszkańcy pomagali sobie nawzajem w robocie, jednego dnia wycinano warzywo w jednym, drugiego dnia w drugim gospodarstwie.

Wielu ludzi żartowało już z planów zamążpójścia Boryny. Najbardziej docinała szczególnie złośliwa Jagustynka. Na sugestię Hanki, że dopiero na wiosnę Boryna pochował żonę, odpowiada: „Kużden chłop to jak ten wieprzyk, żeby nie wiem jak był nachlany, to do nowego koryta ryj wradzi”. 

Kiedy z wycinania kapusty Jagna wracała do domu, spotkała Antka. Mężczyzna pomógł jej wyciągnąć wóz z zabłoconej ziemi, a następnie postanowił ją odprowadzić. Z ich zachowania oraz z dialogu między dwojgiem domyśleć się można, że od dawna trwa miedzy nimi flirt. Syn Boryny zwierza się, że to dla niej namówił Kłębów na zorganizowanie zabawy. Dziewczynie także uczuciowo nie był obojętny mąż Hanki, bo „tchu złapać nie mogła, ni przyciszyć serca namiętnie bijącego”.

Po powrocie do domu Jagna zastała u siebie Jambrożego. Tym razem kościelny pojawił się jako swat. Krytykował młodych, którzy wesela chcą po to, by tylko balować za pieniądze z posagu żony, zdradzając po chwili, że przychodzi na polecenie Boryny. Dominikowa, po wyrażeniu wielu wątpliwości, wyraziła w końcu zgodę na zaręczyny, przekonując sama siebie tym, że córka jej będzie przez pierwszego gospodarza Lipiec szanowana.

Postawa Jagny z kolei była dość obojętna („mnie ta wszystko jedno, każecie, to pójdę”). Jedyną wyartykułowaną refleksją przyszłej narzeczonej było to, że majątki i ziemia są jej obojętne, oraz że u matki było jej dobrze z tego powodu, że robiła co chciała. Borynę lubiła, mając jednak na uwadze to, że chustkę i wstążkę, którą kupił jej na jarmarku, dostałaby także i od innych, gdyby tylko mieli tyle pieniędzy co gospodarz.

Tymczasem, niezależnie od wizyty Jambrożego i bez wiedzy o zaręczynach, do Jagny przyszła Józka prosić ja o pomoc w wycinaniu kapusty u Borynów.  

VII.  

W dniu, w którym miała iść do Borynów pomagając przy wycinaniu kapusty, odwiedził Jagnę Mateusz. Był to parobek, który po półrocznej wędrówce wrócił do Lipiec. Przed wyruszeniem w świat romansował z Jagną. W serdecznym przywitaniu przeszkodziła im Dominikowa. Wyrzuciła gościa, robiąc przy tym córce liczne wyrzuty.

Podczas swoich tłumaczeń, Jagna zaczyna jawić się jako osoba bezwolna, łatwo ulegająca licznym emocjom, szczególnie emocjom związanym z mężczyznami: „zawsze z nią się tak dzieje, że niech kto a ostro spojrzy na nią (…) to się w niej wszystko trzęsie, moc ją odchodzi”. 

Podczas wycinania kapusty u Borynów, zebrała się w ich kuchni spora grupa kobiet. Pracowały, docinając sobie nawzajem lub żartując. Rozmowa zeszła między innymi na starego Rocha, tajemniczą postać, która co kilka lat pojawiała się w Lipcach. O człowieku tym mówiono, że podróżował po całym świecie, odwiedzając także Ziemię Świętą.

Rozmowę  przerwało wejście Boryny. Gospodarz skonstatował z radością, że Jagna ubrana jest w chustkę od niego, zaraz też zaczął częstować gości wódką i posiłkami. Pojawił się także tajemniczy Roch. Ze wszystkich ludzi towarzyszących Borynom przy pracy, najbardziej zainteresowana gościem była Jagna. Zastanawiała się jak to jest podróżować, jak wygląda nieznany jej świat. Ona jedyna też wzruszyła się grą skrzypiec, za które zabrał się jeden z gości Borynów – „zły same kapały z tej onej tęskliwości dziwnej, co jej była wstała w sercu nie wiadomo za czym”.

Muzykę  zagłuszył skowyt psa – okazało się, że Łapa, pies Borynów przycięty ma ogon. Wtedy to, chcąc pouczyć chłopów, że pies również jest żywym stworzeniem i cierpi jak człowiek, stary Roch zaczął opowiadać historię.

Historia była o tym, jak to Pan Jezus „szedł na odpust”. Opowiadał stary Roch, że podczas drogi „Zły” – prawdopodobnie Szatan – chciał zmylić trasę Jezusowi, posyłając przeciw niemu raz kurzawę, raz gęsty las, a na końcu dzikie zwierzęta. Kiedy znakiem krzyża przepędzone zostały zwierzęta, został tylko pies, jeszcze nie oswojony przez ludzi. Szczekał na Jezusa, próbował go ugryźć i nie dał się odgonić tak długo, aż zarządził Jezus, że odtąd będzie pies człowiekowi służył i nie da sobie bez niego rady. Opowieść Rocha kończy się historią, jak to Jezus obronił psa na odpuście, kiedy próbowali go zabić inni ludzie, ten zaś chodził już zawsze za nim, próbując także odgonić od krzyża Pana faryzeuszy. To pies również najdłużej czekał pod krzyżem, aż w końcu, umierając, powiedział mu Jezus „pójdź, Burek, ze mną”.

Poza złośliwą  Jagustynką wszyscy potraktowali historię z powagą.  Kiedy rozchodzili się do swoich domów, Jagnę potajemnie odprowadził Antek.       

VIII.  

Nazajutrz po wycinaniu kapusty rozeszła się wiadomość o zaręczynach Boryny z Jagną. Informacja od razu wzbudziła zazdrość wśród kobiet. Denerwowały się, że zarozumiałość Jagny jeszcze się spotęguje, kiedy stanie się pierwszą gospodynią w Lipcach. „Jagna! (…) To się lachała z tym i owym… a teraz gospodynią pierwszą będzie! Jest to na świecie sprawiedliwość?”, „Będzie się ona dopiero nadymała! I tak kiej ten paw chodzi a głowy zadziera”. Przewidywano też, że kowal, albo Antek z Hanką nie darują tego Jagnie, która w sposób naturalny zostanie ich konkurentką do ziemi. Nowina nieznana była tylko dzieciom Boryny.

Jedyną  osobą, która uważała, że Maciej powziął dobre postanowienie co do przyszłości, była Jagustynka. Okazało się, że zapisała ona swoim dzieciom całą ziemię i szybko została z niej wygnana.  

Do Dominikowej na swaty Boryna wysłał Jambrożego i wójta. Opisana jest scena, w której targują się oni o przyszłą pannę młodą. Wszystko odbywa się jak w przedstawieniu: matka Jagny udaje, że nie wie o co i o kogo chodzi, obiecywana jest ziemia, inwentarz itd. Wedle powziętego wcześniej planu oficjalne zaręczyny zostały przyjęte i wszyscy poszli do karczmy, gdzie czekał Boryna.

Jagna przyjmowała radość narzeczonego spokojnie, a nawet z obojętnością. Ten z kolei był dla niej wylewny, obiecywał jej spokój, wygodę i dostatek. Inaczej rozmawiała z Boryną Dominikowa, wykorzystując nastrój przyszłego zięcia i twardo targując się z nim o najlepszą ziemię. Uzyskała tym samym korzystną obietnicę zapisu.

W karczmie poruszano także temat sprzedaży chłopskiego lasu przez dziedziców mieszkających we dworze.  
 

IX.  

Jesień  tymczasem chyliła się ku końcowi i powoli nadchodziły mrozy. Wieś obległa informacja, że dwór sprzedał jednak las na wyrąb i wszystkich ogarnął markotny, zimowy nastrój. Niewesoło było także u Borynów, gdzie dzieci Macieja wiedziały już o jego zaręczynach z Jagną. Wiedziano również o zapisanych jej sześciu morgach najlepszej ziemi. Józka i Hanka popłakiwały, Antek zaś „ani jadł, ni spał, nie mógł się zająć czymkolwiek, był ogłuszony jeszcze nieprzytomny zgoła i nie wiedzący, co się z nim dzieje”.  

Kuba tymczasem dostał strzelbę od Jankiela, aby polować dla niego na zwierzynę. Obiecał także Witkowi, że następnym razem ten pójdzie z nim do boru postrzelać. Przy okazji dowiaduje się czytelnik o samotności Witka, o tym, że nie ma on nikogo, a nawet nie pamięta imion rodziców.

Kuba zabiera go do kościoła, aby dał na wypominki za zmarłych. Ze wstydu, że nie pamięta ani jednego z członków swojej rodziny, Witek wymienia pierwsze imiona, jakie przychodzą mu do głowy.     

Nadeszły Zaduszki. Wszyscy odwiedzają groby zmarłych, słychać szepty modlitw i panuje nastrój grozy i tajemniczości. „Cicho było, tą dziwnie posępną cichością Zaduszek; tłumy szły drogą w surowym milczeniu, ino tupot nóg się rozlegał głucho, ino te drzewa przydrożne chwiały się niespokojnie (…), ino te grania i śpiewy proszalne dziadów łkały w powietrzu”.

Opisany jest także stara część cmentarza, o którą nikt z mieszkańców wsi już nie dbał. Właśnie w starej, zaniedbanej części Kuba odprawił rytuał Dziadów, rozrzucając chleb po mogiłach dla pokutujących dusz. Wypowiadał za każdym razem życzenie o treści „pożyw się, duszo krześcijańska, co cię wypominam w wieczornym czasie”. Przy okazji opowiedział również Witkowi, jak kiedyś służył we dworze, przy koniach i na polowaniach, dopóki dworu nie spalili, razem z służącą w nim matką Kuby.   

Reszta ludzi, szczególnie kobiet, odprawiała rytuał Dziadów potajemnie, także rzucając resztki zadusznej wieczerzy na nagrobki. 

X.  

Antek wybrał  się do księdza po poradę, w związku z planowanym ożenkiem Macieja. Pierwszą reakcją proboszcza był gniew: przypominał Antkowi, że Boryna jest jego ojcem i należy mu się szacunek, a ponadto inni ludzie mają o wiele gorzej i grzechem jest narzekanie na niesprawiedliwy los. Syn gospodarza odpowiada, że „juści, ino tej pokorności mam już po grdykę, że więcej nie ścierpię! Choćby i zbój, choćby i ukrzywdziciel, ale że ojciec rodzony, to już wolno wszystko, a dzieciom nie wolno dochodzić swojej krzywdy!”

Przy okazji dowiedział się także ksiądz, że wszyscy we wsi chcą walczyć z dworem o sprzedany las.  

Gorzki humor Antka spowodowany był nie tylko ziemią, którą odpisał  Boryna Jagnie, ale również zazdrością i słabością, jaką do Jagny, czyli do przyszłej macochy, odczuwał. Chcąc pobyć między ludźmi, aby poprawić choć trochę nastrój, Antek udał się do szwagra, kowala. Tam jednak spotkały go drobne złośliwości i docinki na temat Jagny. Pokłócił się także ze szwagrem (o majątek Boryny), oraz z goszczącym u niego wójtem. Wójta oskarżał o to, że jest przez Borynę przekupiony, oraz że dostał wynagrodzenie od dworu za to, by trzymać stronę dziedzica w sprawie sprzedaży lasu. W złości, pokłócony i ze szwagrem i z wójtem wrócił do domu.  

Następnego dnia kowal przyszedł do Antka tak, jakby żadna konflikt między nimi nie zaszedł. Zaczął namawiać Antka, aby przy świadkach obiecał im Boryna ziemię, oraz by spłacili Józkę i drugiego brata, Grzela, który służył w wojsku. Jednocześnie namawiał go, aby nie załatwiał interesów kłótnią i aby udawał, że zadowolony jest z ożenku ojca. Antek jednak wyrzucił kowala z gospodarstwa wyzywając go od złodziei. Zorientował się bowiem, że kowal chce dla siebie także gruntów po zmarłej matce Antka. Kowal tymczasem postanowił się dogadać z Boryną przeciw Antkowi.  

Hankę  odwiedził stary Bylica, jej ojciec. Podczas rozmowy okazało się,  że siostra Hanki źle traktuje ojca, który nie dojada, nie ma ciepłego miejsca do spania i często wyganiany jest z domu.   

Tego samego dnia, pod wieczór, kowalowa, Antek i Hanka spotkali się z Boryną na gospodarstwie. Wybuchła między nimi gwałtowna kłótnia o ziemię. Antek z żoną wypominali, ile pracy wkładają w gospodarstwo, które nie należy do nich, kowalowa zaś prosiła, aby odpisał Jagnie to, co już jej prawnie zapisał. Mężczyźni wygrażali sobie, kobiety płakały.

Boryna starał  się początkowo nie dopuścić do bójki. Apogeum kłótni nastąpiło wtedy, gdy Hanka zaczęła obrażać Jagnę. Boryna chciał uderzyć synową, jednak osłonił ją Antek dorzucając swoje trzy grosze do wyzwisk kierowanych w stronę Jagny. Wtedy to mężczyźni zaczęli się bić.

Boryna ucierpiał  mniej niż Antek, jednak spokoju nie dawała mu opinia, którą  właśnie zasłyszał o przyszłej żonie. Z żalu nakazał synowi, aby opuścił jego dom. Hanka i Antek wyprowadzili się po cichu, bez kłótni i protestów. Razem z nimi poszedł pies Łapa. Od decyzji Boryny nikomu z domowników nie ulżyło. 

XI.  

Niedługo po kłótni Antka z Boryną nadszedł dzień wesela. Dominikowa od rana pouczała córkę jak obchodzić się z przyszłym mężem tak, aby uzyskać coś dla siebie i nie doznać krzywdy.

Przygotowania do zabawy trwały od rana. Dziewczyny przyozdabiały wieś wstążkami i stroikami, a dom panny młodej jedliną i świerkiem. Z wnętrza domu wyniesiono sprzęty, a pokoje ozdobiła Jagna kolorowymi wycinkami.

Panna młoda nie odczuwała jednak radości z powodu ślubu. Odczuwała tęsknotę za czymś, czego nie umiała nazwać („kolebałam się w niej dusza jak woda i raz wraz biła, jakby o kamień jaki”). Dodatkowo nastrój jej psuła myśl o Antku. Kiedy bowiem matka z rana pouczała ją na temat małżeństwa, powiedziała także, jak to Antek obrażał Jagnę podczas kłótni z Boryną.

Cały dzień  do domu przychodzili na moment różni goście, niosąc w podarunku chleb, mięso, kury lub pieniądze. Szybko jednak wracali do siebie i dopiero pod wieczór, kiedy na drogę wyszła orkiestra, powychodzili z domów i przyłączali się do grających. Orkiestra doprowadziła gości do domu Dominikowej i zawróciła do pana młodego. Wójt i Szymon, jeden z braci Jagny, zgodnie z tradycją wyciągnęli Borynę z domu i powiedli do przyszłej małżonki.

U Dominikowej odbyło się błogosławieństwo i po nim dopiero para młoda w asyście gości, orkiestry i drużbów udała się do kościoła. Po szybkim ślubie wrócili do domu pannny młodej, gdzie przywitała ich znowu Dominikowa chlebem i solą.

Pierwszy taniec był zgodnie ze zwyczajem tańcem dla młodej – Jagna bawiła się wtedy z każdym z weselników, a na sam koniec z młodym. Boryna opisany jest jako wyśmienity tancerz – „a okręcał w miejscu, a zawracał, a hołubce bił, aż wióry leciały z podłogi”. Po tańcu rozpoczął się posiłek, a wraz z nim picie, rozmowy, żarty. Poruszano gorące tematy, takie jak sprzedaż lasu lub nakaz wybudowania nowej szkoły, którą sfinansować miała wieś, i na którą nikt poza wójtem nie chciał się zgodzić.

Żartowano także z Jagny i Boryny. Po cichu szeptano o krzywdzie Antka i Hanki, o braku radości na twarzy Jagny, a wreszcie o romansach panny młodej z Mateuszem czy Antkiem i o braciach Jagny, Szymonie i Jędrzeju, którym od lat matka nie pozwala się żenić, i którzy zawsze wykonywali wszystkie czynności domowe tak, by siostra ich robiła w domu jak najmniej.

Po posiłku rozpoczęły się zabawy, a potem oczepiny. Polegały one na udawanej wojnie między panienkami, które broniły Jagny przed starszymi. Kiedy obrona nie udała się, z upozorowanym smutkiem założono Jagnie czepek na znak, że od tej chwili ma obowiązki żony. Na zmianę goście bawili się lub odprawiali weselne obrzędy. Trwało to do świtu, aż większość weselników posnęła od alkoholu i tańców.  

XIII 

Witek wrócił do domu z wesela o świecie i od razu zasnął. Dlatego też nie słyszał nawoływań Kuby, który od kilku dni z niewiadomych przyczyn był chory. Dopiero zbudzony przez psa zaniósł mu wodę i opowiedział trochę o weselu. Kuba jednak czuł się już bardzo źle, wszystko bolało go i gorączkował. Cierpiał i wołał o pomoc. Witek pobiegł więc po pomoc na wesele, gdzie jednak większość była już pijana lub spała. Nikt za bardzo nie chciał go słuchać, a Jagustynka wyrzuciła go nawet z domu Dominikowej. 

Dopiero późnym rankiem Jagustynka zajrzała do Kuby, orientując się szybko, że parobek umiera. Chciała posłać po księdza, jednak Kuba nie zgadzał się, aby proboszcz, którego podziwiał z nabożeństwem, przychodził do niego do obory. Został więc sam, z psem Łapą i końmi. Głaskał podchodzące do niego zwierzęta, nie mogąc się ruszać. Z daleko dochodziły go głosy weselników, które rozpoznawał. W malignie zastanawiać się zaczynał nad codziennymi kłopotami wsi i jej mieszkańców.

Kiedy pod wieczór przyszedł do Kuby Jambroży okazało się, że parobek ma postrzeloną łydkę, o której nikomu nie powiedział. Sprawcą  rany okazał się borowy, który przyłapał go na polowaniu na zające. Na uratowanie nogi było już za późno. Jambroży zasugerował obcięcie nogi w szpitalu, zakładając parobkowi tymczasowy opatrunek.

Kuba, gdy został  sam, zaczął rozpaczać. Z słów Jamborżego wywnioskował, że ucięcie nogi uratowałoby mu życie, jednak bał się, że jako bezużyteczny kaleka zostanie przez Borynę wygnany. „Juści, parobek bez kulasa… ni do pługa, ni do żadnej roboty. Cóż ja bym począł? Bydło mi ino pasać albo na żebry iść… we świat, pod kościół, gdzie… abo jak ten stary trep na śmiecie…”.   

W tym samym czasie Jagna uroczyście przeprowadzała się do męża. Muzyka wciąż grała, Boryna szykował poczęstunek. Dominikowa namawiała Jagnę, by odpoczywała i korzystała z wesela zamiast podejmować od razu gości. Reszta panien, razem ze swoimi matkami, zazdrościła Jagience nowego domu, przy okazji złośliwie obgadując ja i przesadnie troskliwą Dominikową.

Pojawił  się też Jankiel, którego niektórzy, jako Żyda, nie chcieli przyjąć. Boryna jednak wyniósł mu wódkę.

Zabawa rozgorzała na nowo, tym razem jednak Jagna zachowywała się jak gospodyni. Jednocześnie poczuła się radośnie i swobodnie w nowym domu.

Roch zawołał  Jambrożego do Kuby. Ten nie był zachwycony, że przerywają  mu posiłek – zawołał: „niech zdycha, a nie przeszkadza ludziom jeść”. Poszedł jednak za Rochem do stajni, gdzie okazało się, że parobek uciął sobie nogę siekierą nad kolanem. Myślał bowiem, że w ten sposób wyzdrowieje, unikając jednocześnie szpitala.

Roch troskliwie opatrywał Kubę i modlił się. Pojechał tez po księdza przykazując, aby nie zostawiano parobka samego. Jambroży jednak wrócił do domu Boryny napić się wódki. Do Kuby przyszła Józka, przyniosła mu trochę weselnego jedzenia, opowiadała mu o zabawie, o tym jak matka Jagny odgania syna od dziewczyny. Parobek jednak niewiele już rozumiał ze słów dziewczyny.  

Księga kończy się opisem, jak to ulatuje do nieba dusza Kuby, a w tle słychać wesołą zabawę weselników.


autor: Ewa Frączek
prawa autorskie: Michał Ziobro, Crib.pl

CIERPIENIA MŁODEGO WERTERA - STRESZCZENIE, OPRACOWANIE

Streszczenie Szczegółowe

- Pierwszy list Wertera do przyjaciela - Wilhelma.
- Werter wspomina Eleonorę, która zakochała sie w nim, gdy odwiedzał
jej siostrę.
- Odpiera zarzuty przyjaciela, że nie kochał Eleonory i nie brał
związku na poważnie. Przyznaje, że rozkochał ją w sobie.

Streszczenie - Wersja Mini

Głównyn bohaterem utworu Goethego jest Werter. Z listów, które pisze do swojego przyjaciela - Wilhelma, dowiadujemy się, że ma nie więcej niż 20 lat i prowadzi beztroskie, młodzieńcze życie. Nie ma jescze planów na przyszłość. Żyje chwilą.

 

Dyskusja na forum o lekturze

Johann Wolfgang von Goethe
Cierpienia Młodego Wertera

CIERPIENIA MŁODEGO WERTERA - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE

KSIĘGA PIERWSZA

4 maj 1771.
- Pierwszy list Wertera do przyjaciela - Wilhelma.
- Werter wspomina Eleonorę, która zakochała sie w nim, gdy odwiedzał jej siostrę.
- Odpiera zarzuty przyjaciela, że nie kochał Eleonory i nie brał związku na poważnie. Przyznaje, że rozkochał ją w sobie.
- Opowiada o sporze miedzy ciotką a jego rodziną. Spór dotyczy spadku rodzinnego. Mówi, że zajmie się całą sprawą.
- Werter opisuje nieprzyjemne miasto, w którym przyszło mu mieszkać.
- Jest zafascynowany przyrodą wokół miasta.
- Opisuje ogród, należący do zmarłego hrabiego. Fascynuje się pięknem roślinności i jego naturalną budową. Twierdzi, że niedługo zostanie panem ogrodu.

10 maj
- Werter wyjaśnia, że tutejsza natura zawładnęła nim. Czuje się jak w raju.
- Opisuje szczegółowo całą otaczającą go przyrodę.
- Opowiada o pobliskiej studni, przy której codziennie odpoczywa.
- Tam obserwuje jak miejscowe kobiety przychodzą po wodę. Wspomina, że kiedyś normalne były spotkania i rozmowy przy studni. Tęskni za tymi czasami.

13 maj
- Przyjaciel Wertera, Wilhelm, pyta czy przysłać mu ksiązki.
- Werter stanowczo odmawia. Nie potrzebuje swoich książek bo jak twierdzi : czynią go niespokojnym.
- Teraz czyta jedynie Homera, który go uspokaja i wycisza.

15 maj
- Werter opisuje, że coraz lepiej dogaduje się z ludzmi z miejscowości, w której mieszka. Nie przeszkadza mu, że są to ludzie prości. Świetnie dogaduje się również z dziećmi.
- Stwierdza, że na początku trudno mu było zawierać znajomości, ponieważ ludzie bali się go. Jako szlachcic mógł ich poniżać i chcieli tego uniknąć. Na szczęscie przekonali się, że nie ma złych zamiarów.
- Wyraża się źle o szlachcie, która z wyższością trakuje prostych ludzi. Nazywa szlachtę - tchórzami.

17 maj
- Ostatnimi czasy, Werter poznał wielu nowych ludzi. Nie znalazł jednak prawdziwego przyjaciela.
- Ludzie w tym mieście są jak wszędzie, każdy goni tylko za pieniędzmi i pracą.
- Czuje, że ludzie go nie rozumieją.
- Poznał młodego człowieka, który interesował sie sztuką.
- Spotkał również książęcego komisarza, który ma dziewięcioro dzieci i starszą córkę. Został do niego zaproszony i odwiedzi go w najbliższym czasie.

22 maj
- Werter odczuwa, że życie ludzkie jest snem i tak samo przemija.
- Zauważa bezcel życia ludzkiego. Twierdzi, że ludzie żyją po to, by zaspokajać pierwotne potrzeby i żądze.
- W jego umyśle znajduje się świat, w którym nie istnieją "granice" i człowiek żyje z dnia na dzień, beztrosko jak dziecko.

26 maj
- Werter relacjonuje swoją wycieczkę do pobliskiej wsi - Wahlheim.
- Podczas wycieczki rozkoszował sie przyrodą wokół wioski.
- Na łące zauważył bawiące sie rodzeństwo i sporządził piękny rysunek przedstawiający dzieci. Sam zachwycił się jego pięknem. Ustanowiło go to w postanowieniu, by w sztuce kierować się wyłącznie pięknem natury.
- Uważa, że wszelkie reguły burzą prawdziwe odczucie natury.

27 maj
- Werter uzupełnia ostani list z 26 maja kilkoma rzeczami, które zapomniał wcześniej opisać - był tak zachwycony naturą, że wypadło mu to z głowy.
- Potym jak narysował bawiące się dzieci, przyszła ich matka, która była na zakupach w mieście.
- Porozmawiał z kobietą i dowiedział się, że jest córką nauczyciela a jej mąż przebywa w Szwajcarii.
- Werter odwiedza dzieci i często razem się bawią.

30 maj
- W Wahlheim, Werter spotyka parobczaka. Parobczak, otwarcie, opowiada mu o pięknej wdowie, której służy. Werter podziwia w nim, szczerość, miłość i wierność pięknej pani. Żałuje, że nie potrafi opisać słów tego człowieka.
- Werter nie chce poznać wdowy opisywanej przez parobka, bo boi sie rozczarowania co do jej piękności widzianej oczyma zakochanego chłopa.

16 czerwiec

( Ważny list - Werter spotyka Lotte po raz pierwszy )
- Werter przeprasza za długą przerwę w pisaniu listów do przyjaciela. Powodem tego była panna Lotta, której poświęcał swój cały czas.
- Opisuje jak spotkał Szarlotę S. ( Lotta, córka poznanego wcześniej książęcego komisarza): Stawił sie na bal urządzany przez miejsową młodzież. Tam poznał młodą kobietę i jej ciotkę. Zgodził się towarzyszyć im na imprezie. Przed rozpoczęciem zabawy, pojechali po towarzyszkę starszej kobiety - Szarlotę S. Wtedy, Werter ujrzał ją po raz pierwszy, zrobiła na nim ogromne wrażenie: stała pośród gromadki dzieci, dzieląc między nimi chleb. Podczas drogi powrotnej na bal, Werter podziwia charakter i urodę panienki. Wtedy zrozumial, że jest mu przeznaczona.
- Podczas balu, Werter nie odstępuje od Lotty, tańczą i rozmawiają. Podczas jedej z rozmów, Lotta wyjawia mu, że jest zaręczona z Albertem. Informacja ta, niepokoi Wertera, ale szybko o niej zapomina.

19 czerwiec
- Werter uzupełnia list z 16 czerwca:
- Po zakonczeniu balu, Lotta pozwala Werterowi na ponowne odwiedziny.

21 czerwiec
- Werter czuje się szczęśliwy podczas przechadzek koło Wahlheim ( gdzie coraz częsciej przebywa ), rozmyśla o Lottcie.

29 czerwiec
- Opowiada jak był u Lotty i bawił sie z jej rodzeństwem, które go bardzo polubiło.
- Pisze, że dzieci są najbliższe jego sercu.
- Dorosłych określa stwierdzeniem : "stare dzieci" .

1 lipiec
- Werter jest nieszczęśliwy, pewna stara i schorowana dama, prosiłą Lotte by ta towarzyszyła jej w ostanich dniach życia. Więc Weter jest obecnie samotny.
- Opowiada przyjacielowi jak razem z Lotta odwiedzili starego proboszcza. Werter zachwycał się pieknymi drzewami w ogrodzie plebana ( dwa stare orzechy ). Wysłuchują historii proboszcza.

6 lipca
- Lotta często przebywa u swojej umierającej przyjaciółki.
- Opwowiada jak spotkał ją przypadkowo wraz z dwójką rodzeństwa gdy była na spacerze. Każde, nawet najkrótsze spotkanie z nią wywołuje wybuch szczęścia i musi je opisywać.

8 lipca
- Znowu spotyka Lotte koło Wahlheim. Opowiada, że widzi ją jak wsiada z innymi panienkami do karety. Wszyscy się dobrze bawią i flirtują z młodymi kawalerami, stojącymi obok. Werter zarzuca Lottcie, że spojrzała na niego dopiero, gdy kareta odjeżdzała, ale i tak jest szczęśliwy.

10 lipca
- Żartuje, że zawsze gdy w towarzystwie jest mowa o Lottcie, on przybiera "głupkowatą" minę i nie wie jak sie zachować.
- Twierdzi, że Lotta nie może sie podobać. Ją trzeba wielbić wszystkimi zmysłami.

11 lipca
- Lotta cierpi z powodu swojej przyjaciólki, której stan zdrowia sie pogarsza. Werter przeżywa to wraz z nią.

13 lipca
- Werter twierdzi, że Lotta go kocha, widzi to w jej oczach.
- Czuje się źle, gdy ukochana z uwielbieniem opowowiada o swoim narzeczonym - Albercie.

16 lipca
- Pisze do przyjaciela, że gdy przypadkiem dotknie Lotty, przebiegają po nim dreszcze, czuje zamęt w zmysłach. Traktuje ją jak boginię, bez której nie można żyć. Jest dla niego świętością.

18 lipca
- Żałuje, że dziś nie mógł przebywać wraz ze swoją boginią. W domu zatrzymali go niespodziewani goście.

19 lipca
- Dziś marzy tylko i wyłacznie o spotkaniu z Lottą.

20 lipca
- Odpowiada na list Wilhelma, który przekazuje mu w imieniu matki, instrukcje : udać się w poselstwie do pewnego człowieka. Werter nie może oswoić sie z tym pomysłem. Nie daje odpowiedzi.

24 lipca
- Zapewnia przyjaciela po raz kolejny, że jest bardzo szczęśliwy i miejscowa natura robi na nim olbrzymie wrażenie. Jest rozkojarzony, nie potrafi zebrać myśli i malować. Portret Lotty próbował malować już trzy razy, jednak nie może przelać tego piękna na plótno.

26 lipca
- Codziennie obiecuje sobie, że dziś nie odwiedzi Lotty. Jednak codziennie wymyśla rozmaite powody by to jednak uczynić. Pomaga Lottcie w każdej rzeczy, o jaką go poprosi.

30 lipca
- Dziś przyjechał narzeczony Lotty - Albert.
- Werter myśli poważnie o wyjeździe. Zazdrości Albertowi szczęscia. Życzy mu jak najlepiej i nie widzi w nim wroga.
- Boleśnie stwierdza, że radość z przebywania obok Lotty przemineła.

8 sierpnia
- Werter rozważa w duchu: czy wyjawić Lottcie swą miłość czy odejść niepostrzeżenie i nie rujnować jej szczęśliwego zwiazku z Albertem ? Coraz bardziej skłania się ku 2 rozwiązaniu.
- Czyta swój pamiętnik i dziwi się, że świadomie, krok po kroku wplątywał sie w ten (skazany na porażkę) związek.

10 sierpnia
- Werter rozmawia z Albertem o Lottcie. Nie okazują wrogości wobec siebie, wręcz przeciwnie, widać że bardzo się lubią. Albert informuje Wertera, że dostał urząd przy dworze i zostaje z Lottą.

12 sierpnia
(Ważna scena)
- Werter przybywa do Alberta chcąc pożegnać się przed wyjazdem (wyjeżdza w góry). W jego pokoju zauważa kolekcję pistoletów, które pan domu chętnie mu pożycza, nie pytając nawet po co są potrzebne. Gdy Werter dla żartu przykłada sobie pistolet do głowy, Albert stwierdza, że samobójstwo to największa głupota. Werter odpierając jego argumenty, zostaje przy swoim zdaniu : samobójsto nie jest słabością, lecz pokazuje wielką siłę człowieka.

18 sierpnia
- Werter opłakuje swoją sytaucję.
- Stwierdza: "Czyż musiało tak być, że to, co tworzy szczęście człowieka, stało się znów źródłem jego cierpienia?"
- Zauważa, że natura nie uspokaja już jego nerwów.
- Odczuwa: "niepokój stanu" .

21 sierpnia
- Opisuje, że brak Lotty przejawia się w sennych koszmarach.

22 sierpnia
- Werter odczuwa olbrzymią pustkę. Nie ma siły wyobraźni, nie może normalnie egzystować. Zastanawia się, czy nie podjąć pracy w jakimś urzędzie, by znaleźć ukojenie dla nerów i zapomnieć o ukochanej.

28 sierpnia
- W dzień swoich urodzin, otrzymuje paczkę od Alberta, z 2 tomami Homera. Najbardziej jednak cieszy go różowa kokarda, która dostaje od Lotty.

30 sierpnia
- Werter może tylko myśleć o Lottcie, nie ma już nadziei na miłość.
- Jedynym rozwiązaniem jego nieszczęscia może być śmierć.

3 września
- Ostatecznie postanawia wyjechać, by być jak najdalej od Lotty.

10 września
- Werter pragnie spotkać się po raz ostani z Lotta i Albertem.
- Siedzą w altanie, spacerują i dużo rozmawiąją. Werter jednak nie wyjawia im swego planu - odejdzie, bez pożegnania, by nie niszczyć ich miłości. Skoro on nie może mieć Lotty, niech będzie szczęśliwa z Albertem - który jest dobrym człowiekiem i nie skrzywdzi jej na pewno.

KSIĘGA DRUGA

20 października 1771
- Werter przeprowadza się do pewnej miejscowości (nie opisanej), by tam podjąć pracę w urzędzie.
- Jest świadomy tego, że najbliższy czas będzie dla niego ciężki.
Dodaje jednak sobie otuchy mówiąc :"Cierpliwości, cierpliwości! Będzie lepiej."
- Płacze, że niepotrzebnie Bóg dał mu tyle siły i talentu. Teraz pragnie: "wiary w siebie i daru poprzestawania na małym"

26 listopada
- Werter czuje się znacznie lepiej. Cieszy się, że ma dużo pracy.
- Poznaje Hrabiego C, z którym doskonale się dogaduje. Znajduje w nim pokrewną duszę.

24 grudnia
- Narzeka na posła u którego pracuje. Jest on przeciwieństwem Wertera - romantyka, dlatego nie mogą dobrze współpracować. Zdanie Wertera popiera Hrabia C., który jest obgadywany przez posła.
- Użala się nad swoją pracą, która jest nudna, schematyczna, sprzeczna z jego zbuntowaną duszą.
- Poznaje pannę von B., która urzeka go naturalnością.

8 stycznia 1772
- Wertera denerwują ludzie, którzy myślą tylo o awansie w pracy.
- Twierdzi, że nie zawsze człowiek, zajmujący pierwsze miejsce (np król) ma pełnię władzy. Przeważnie steruje nim człowiek niższego stanu (np minister).

20 stycznia
( list do Lotty)
- Werter pisze z chłopskiej gospody, w której się ukrył podczas burzy.
- Pisze do Lotty, że myśli o niej, opowiada o swoich codziennych zajęciach i troskach. Opisuje panne von B.( opowiadał jej wielokrotnie o Lottcie), której nawet nie można przyrównać do pięknej Lotty.
- Wyraża tęsknote do ukochanej i do dzieci.

8 lutego
- Od tygodnia pada deszcz, który jednak nie przeszkadza Werterowi - bo ja twierdzi i tak ma zepsuty dzień przez natrętnych ludzi.

17 lutego
- Dochodzi do poważnych spięć miedzy Werterem a posłem.
- Dostaje naganne od ministra i jednocześnie pismo, by nie rezygnował z pracy.

20 lutego
- Dowiaduje się, że Lotta i Albert wzięli ślub.
- Ma trochę żalu do Alberta, że ten nie powiedział mu kiedy ślub się odbędzie.
- Dalej uważa, że w sercu Lotty jest dla niego miejsce.

15 marca
- Podczas wizyty u Hrabiego C. zbiera się wytworne towarzystwo, które daje Werterowi do zrozumienia, iż nie jest mile widzianym gościem - nie jest szlachcicem, tylko mieszczanem.
- Czuje się poniżony i obrażony na Hrabiego i panne von B., którzy wyprosili go z przyjęcia.

16 marca
- Panna von B. przeprasza Wertera za wczorajszy incydent. Mówi, że zmuszana przez ciotkę - nie mogła inaczej postąpić. Werter nie wybacza jej, wciąż myśli o olbrzymim poniżeniu, którego zasmakował.

24 marca
- Oświadcza, że zażądał dymisji z urzędu.
- Udaje się do księcia (z wzajemnością go polubił), który zaprosił go do swojego dworku.

19 kwietnia
- Informuje Wilhelma, że ostatecznie otrzymał zwolnienie z urzędu wraz z 25 dukatami odprawy - matka nie musi już przysyłać pieniędzy.

5 maja
- Jutro opuszcza dwór księcia i po drodze pragnie odwiedzic rodzinne miasto, by przypomnieć sobie dawne beztroskie lata młodości.

9 maja
- Opiisuje rodzinne miasto, jest przepełniony wspomnieniami.
- Obecnie przebywa na książęcym zamku myśliwskim - towarzyszy księciu.
- Próbuje udowodnić, że jego serce jest cenniejsze niż rozum i talenty.

25 maja
- Wyjawia, że chciał iśc na wojnę, jednak książę (będący generałem) nie zgodził się na to.

11 czerwca
- Werterowi przeszkadza zbyt racjonalny sposób bycia księcia (przeciwieństwo do jego własnego egspresyjnego stylu). Zastanawia się nad wyjazdem.

16 czerwca
- Krótko pisze: "Tak, jestem tylko wędrowcem, pielgrzymem na ziemi. A wy - czyż jesteście czymś więcej?"

18 czerwca
- Postanawia, że opuści księcia za 2 tygodnie.
- Ponownie chce znaleźć się blisko Lotty i z takim zamiarem planuje następną podróż.

29 lipca
- Rozmyśla o Lottcie. Zastanawia się, co by było, gdyby był jej mężem - modli się o to do Boga.
- Zazdrości Albertowi, że może : "obejmować smukłą kibić Lotty" .

4 sierpnia
- Spotyka kobietę, matkę dzieci, które kiedyś rysował gdy bawiły się na polu. Jej najmłodsze dziecko umarło, a mąż wrócił ze Szwajcarii bez pieniędzy.

21 sierpnia
- Zauważa ogrome zmiany w Wahlheim: "jakże wszystko tu zmienione".
- W desperacji nachodzą go okropne myśli, życzy przyjacielowi śmierci: "A gdyby Albert umarł?", myśląc iż to jedyna droga, aby być razem z Lottą.

3 września
- Swoje uczucie do Lotty uważa za gorące i pełne - nikt tak nie potrafi kochać jak on.

4 września
- Spotyka znajomego parobka, który zakochał się w wdowie. Opowiada on swoją historię: w porywie namiętności: "usiłował wziąć ją (wdowę) siłą", za co został wyrzucony ze służby. Na jego miejsce przyjęto nowego sługę, który ma ożenić się z wdową. Parobek chce popełnić samobójstwo.
- Werter pisze do przyjaciela: " Czytając pomyśl, mój drogi, że jest to także historia twego przyjaciela. Tak, tak było ze mną, tak będzie ze mną, a nawet w połowie nie jestem tak dzielny, tak zdecydowany jak ten biedny nieszczęśnik, z którym prawie nie śmiem się porównywać."

5 września
- Przypadkowo znajduje kartke (którą zgubił posłaniec)Lotty do Alberta, w której ukochana pisze: "czekam na ciebie z radością i tęsknotą". Werter wyobraża sobie, że te słowa są skierowane do niego ..

6 września
- Decyduje się na kupno nowego fraku (stary się już zniszczył), który byłby identyczny jak ten, w którym poznał Lotte.

12 września
- Odwiedza Lottę. Podczas rozmowy, do Lotty przylatuje kanarek (z którym bawiło się jej rodzeństwo).Lotta całuje go i dla zabawy każe zrobić to samo Werterowi. Werter w myślach stwierdza, że Lotta nie powinna go kusić w ten sposób.

15 września
- Stary probosz, który przesiadywał z małżonką pod starymi orzechami, umarł. Stare orzechy zostały wycięte przez panią pastorową, ponieważ opadające liście zanieczyszczają jej podwórze i zasłaniają słońce..

10 paździenika
- Czuje się wzruszony gdy widzi oczy Lotty. Podejrzewa, że Albert nie docenia tego szczęscia jakie ma, będąc z Lottą.

12 października
- Zaczytuje się w Osjanie, który wypiera z jego serca Homera.
- Świat Wertera zaczyna się zmieniać, staje się nieprzyjemny.
- Ponownie myśli o śmierci, przez którą chciałby zakończyć "męki gasnącego powoli życia".

19 października
- Odczuwa przeraźliwą pustkę.

26 października
- Do Lotty przychodzi przyjaciółka. Rozmawiają o śmierci pewnej znajomej. Werter (był w drugim pokoju) zauważa, że nie są tym wogóle poruszone. Zastanawia się, czy gdyby umarł to długo by o nim pamiętano i czy ktoś by wogóle płakał ..

27 października
- "Mam tak wiele, a uczucie dla niej pochłania wszystko; mam tak wiele, a bez niej wszystko staje się niczym."
- Werter czuje, że jego miłość jest bezsensowna. On kocha mocno Lotte,ale ona nieodwzajemnia jego uczuć.

30 października
- Chciałby ciągle obejmować Lotte. Zdrowy rozsądek powstrzymuje go od nierozważnego czynu.

3 listopada
- Pragnie śmierci w czasie snu - widok słońca o poranku, czyni go nieszczęśliwym. Nie znajduje już szczęścia w naturze.

8 listopada
- Ukojenia nerwów szuka w alkoholu, którego teraz nadużywa. Nawet prośby Lotty, by nie pił, nie skutkują.

15 listopada
- Odwraca się od Boga, zarzucając Mu: "Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?".

21 listopada
- Czułości Lotty porownuje do trucizny, którą wypija z zapałem, mając świadomość, że go to zabija.

22 listopada
- Ciągle wyobraża sobie Lotte, jako własną żone. Drwi z tego.

24 listopada
- Werter ponownie odwiedza Lotte. W jej spojrzeniu, odnajduje wyrazy współczucia dla jego niespełnionej miłości.
- Walczy z sobą by nie porwać się na Lotte i nie zasypać jej gradem pocałunków. Postanawia, iż nigdy nie uczyni tak haniebnej rzeczy.

26 listopada
- Sądzi, że jego los jest wyjątkowy - nikt nigdy tak nie cierpiał.
- W słowach wielkiego poety, rozpoznaje własne, zranione serce.

30 listopada
- Mimo złej pogody, Werter wybiera się na spacer. Spotyka młodego mężczynzę - Henryka, który szuka kwiatów dla ukochanej. Werter zauważa, że jest zima i kwiatów już nie ma. Z daleka nadchodzi matka mężczyzny i informuje Wertera, że jej postradał zmysły z miłości do kobiety.
- Werter zadrości mężczyźnie, że mimo choroby znajduje w czymś szczęscie (zbieranie kwiatów dla ukochanej).
- Stwierdza, że Bóg nie miałby podstaw by odrzucić zmarłą osobę, tylko dlatego, że popełniła samobójstwo.

1 grudnia
- Wczoraj spotkany człowiek - Henryk, był pisarzem u ojca Lotty. Gdy wyznał jej miłość został wydalony ze służby. Werter mocno to przeżywa - widzzi podobieństwo do swoich losów.

4 grudnia
- Po raz kolejny odwiedza Lotte. Zastaje ją, gdy gra na fotepianie. To wywołuje w nim bolesne wspomnienia i krzyczy do niej w gniewie by przestała go drażnić. Zaskoczona Lotta stwierdza u Wertera chorobę: "Werter, pan jest bardzo chory, pańskie ulubione potrawy zbrzydły panu! Niech pan odejdzie, proszę, i niech się pan uspokoi"

6 grudnia
- Werter teraz już tylko może myśleć o Lottcie. Gdy zamknie oczy - widzi jej postać przed sobą. To nie daje mu spokoju i coraz bardziej pogrąża go w depresji.

OD WYDAWCY
(Uporządkowanie pewnych wydarzeń nie opisanych w listach)

- Werter dowiaduje się, że jego znajomy parobek zabił swojego konkurenta - sługę, któty zajął jego miejsce i miał poślubić wdowę. Werter próbuje wstawić się za nim u ojca Lotty, który był komisarzem (przez swoją chorobę nie ruszał się z łóżka). Niestety Albert staje po stronie teścia i kategorycznie odmawiają łagodej kary dla zabójcy. Werter utwierdza się w przekonaniu - Albert jest jego wrogiem.

12 grudnia
- Werter budzi się w nocy i zauważa, że rzeka zalała cała doline, w której kiedyś beztrosko spędzał czas.
- Zalane zostały również te miejca, w których spędzał czas z Lottą.

14 grudnia
- Ostatecznie utwierdza się w postanowieniu - popełni samobójstwo.

20 grudnia
- Werter odpowiada na list Wilhelma, który radzi mu powrót do rodzinnego miasta, gdzie może odpocząć od trosk i z pewnościa zacznie nowe życie. Werter zbywa go mówiąc, że jak minął mrozy, pewnie za 14 dni to być może wyjedzie. Jednocześnie daje mu do zrozumienia, że nigdy nie powróci. Każe się za siebie modlić.

Rekonstrukcja dalszych zdarzeń:

- Lotta, pod namową Alberta, każe Werterowi ograniczyć spotkania z nią. Werter mimo wszystko łamie ten zakaz i pod nie obecność Alberta odwiedza Lottę. Czyta jej przetłumaczone przez siebie pieśni Osjana. Tak bardzo go to wzrusza, że zapominając o całym świecie rzuca się na Lottę, namiętnie ją całując. Przerażona i zaskoczona Lotta, ucieka do drugiego pokoju. Inforumje Wertera by więcej już jej nie odwiedzał.
- Następnego poranka, Werter pisze do niej list w którym:
- przeprasza za wczorajsze zachowanie;
- wyjaśnia, że zdecydował popełnić samobójstwo;
- jest przekonany, że Lotta została stworzona dla niego i będzie na nią czekał w innym świecie (w niebie);

- Posyła kartkę do Alberta, by ten pożyczył mu swoj pistolet.
- Werter ubrany w strój w którym spotkał pierwszy raz Lotte, siada przy biurku na któtym leży otwarta książka Emilia Galotti i o północy strzela sobie z pistoletu w skroń.
- Rano znajduje go sługa i wzywa pomoc - Werter pomału kona, ale wciąż żyje.
- Otrzymawszy tą wiadomość, Lotta, mdleje.
- O 12 w poludnie Werter umiera.
- Zostaje pochowany w miejscu wcześniej przez siebie wybranym.
- Na pogrzebie nie ma księdza ani Alberta i Lotty.

 

CIERPIENIA MŁODEGO WERTERA - WERSJA MINI - STRESZCZENIE


WPROWADZENIE:

Głównyn bohaterem utworu Goethego jest Werter. Z listów, które pisze do swojego przyjaciela - Wilhelma, dowiadujemy się, że ma nie więcej niż 20 lat i prowadzi beztroskie, młodzieńcze życie. Nie ma jescze planów na przyszłość. Żyje chwilą.

Drugą, ważną rolę odgrywa Lotta - 19 letnia córka owdowiałego komisarza. Przejęła rolę matki, która umarła. Troszczy się o dom i opiekuje się młodszym rodzństwem. Od czterech lat, jest zaręczona z 30 letnim sekretarzem - Albertem, z którym konkuruje zakochany w Lottcie Werter.

O Wilhelmie, adresacie listów Wertera, nie dowiadujemy się niczego.

TREŚĆ:

Weter przybywa do pewnego miasta, by uregulować sprawy spadkowe matki. Przyroda wokół miasta tak go zachwyca, że zapomina o całej sprawie i beztrosko rozkoszuje się pobliskim ogrodem. Szybko poznaje nowych przyjaciół, którzy zapraszają go na bal. Wśród jego znajomych jest pewna starsza dama, której Werter ma towarzyszyć na balu. W drodze na przyjęcie, wstepują do domu pewnej panny - przyjaciółki starszej damy. Panna nazywa się Szarlota S. - Lotta. Werter pierwszy raz widzi ją, gdy ta, wśrod gromadki dzieci, dzieli międzi nimi chleb. Lotta urzeka go swym charakterem i pięknem. Towarzyszy jej podczas balu - tańczą i dużo rozmawiają. Werter wie, że Lotta ma narzeczonego, mimo to zakochuje się w niej do szaleństwa. Pod nieobecnośc Alberta (narzeczonego), odwiedza ją codziennie i delektuje się jej pięknem. Gdy z dalekiej podrózy wraca Albert, Werter zaczyna zdawać sobie sprawę, że Lotta kocha narzeczonego i zamierza z nim spędzić resztę życia. Aby uspokoić, skołatane nerwy, postanawia, że wyjedzie na jakiś czas. Coraz częściej myśli o Lottcie, nie może spać - ciągle mu się śni, że jest razem z ukochaną. Próbuje znaleźć spokój w pracy. Podejmuje posade urzędnika, jednak ta praca mu nie odpowiada: jest zbyt schematyczna i nudna, a więc sprzeczna z romantyczną i zbuntowaną duszą bohatera. Spokoju nie zaznaje również w rodzinnej miejscowości. Zdesperowany chce zaciągnąć się do wojska, jednak znajomy książę - generał, nie wyraża na to zgody. Werter przez przypadek dowiaduje się o małżeństwie Aberta i Lotty. Postanawia powrócić do Wahlheim - miejscowości w któtej mieszka Lotta. Podczas jego rocznej nieobecności, zauważa wiele zmian: znajome mu osoby umierają, dwa orzechy, których historia go fascynowała - zostały ściete, znajomy parobek, który zakochał się w swojej pani i próbował ją uwieść - zostaje zwolniony z pracy. Lotta też nie wydaje mu się już taką samą idealną boginią, jednak ciągle kocha ją do szaleństwa. Jego świat zaczyna się rujnować. Popada w depresje i ma samobójcze myśli. Pewnego grudniowego dnia odwiedza Lotte. Gdy czyta przetłumaczone dla niej pieśni Osjana, tak bardzo się wzrusza, że zapominając o całym świecie, rzuca się ukochanej na szyję i bez opamiętania całuje. Zaskoczona Lotta z przerażeniem ucieka do drugiego pokoju, mówiąc do Wertera by więcej jej nie odwiedzał. Utwierdza to Wertera w jego przekonaniach: Lotta go kocha, jednak nie może zostawić Alberta, któremu przyrzekła miłość. Jedynym wyjściem z tak niezręcznej sytuacji jest samobójstwo, które popełnia 26 grudnia o północy, strzelając z pistoletu w skroń. Umiera dopiero następnego dnia o 12 w południe. Zostaje pochowany w ubraniu w którym pierwszy raz spotkał Lotte.

autor: Maciej Chmiel

DEKAMERON - SOKÓŁ - STRESZCZENIE, CHARAKTERYSTYKA, OPRACOWANIE

Streszczenie

Historię opowiada Fiammetta, która jak przyznaje, usłyszała ją od wielkiego człowieka - Coppo di Borghese Domenichi.

 

Giovanni Boccaccio

Dekameron - Sokół

DEKAMERON - SOKÓŁ - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE

Dzień piąty, opowieść dziewiąta SOKÓŁ

Historię opowiada Fiammetta, która jak przyznaje, usłyszała ją od wielkiego człowieka - Coppo di Borghese Domenichi.

Jest to opowieść o młodym szlachcicu - Federigo degli Alberighi, który zakochany w pięknej damie - Monna Giovanna, starał udowdnić jej swoją miłość. Brał zatem udział w róznych turniejach rycerskich, wyprawiał dla niej uczty, kupował drogie podarunki. Dama nie zwracała na niego żadnej uwagi. Federigo wydawał pięniądze bez opamiętania, dopóki nie roztwonił całego majątku. Popadł w taką biedę, że została mu tylko mała posiadłość i wspaniały sokół. Mimo wszystko, dalej kochał Monne. Zamieszkał w swoim skromny domu nieopodal lasu, gdzie cierpliwie znośił swe ubóstwo. Monna wyszła za mąż, jednak jej szczęscie nie trwało długo, ponieważ małżonek zachorował i umarł. Cały swój majątek przepisał kochającej go żonie - Monnie.

Dama wraz z małym synem, udała się na wakacje do swojej posiadłości położonej niedaleko domu Federiga. Syn, lubiący zwierzęta, zaprzyjaźnił się z wielbicielem jego matki, który często polował wraz z sokołem w pobliskich lasach. Wkrótce tak polubił sokoła, że pragnął go mieć dla tylko siebie. Po pewnym czasie chłopiec zachorował. Jego matka, bardzo przejęta poważną chorobą, zapytała syna czy czegoś nie pragnie, co by mu ulżyło w cierpieniu. Chłopiec odrzekł, iż chciałby posiadać sokoła Federiga. Strapiona matka, wiedziała, że sokół jest bardzo ważny dla szlachcia i stanowi jego źródło utrzymania. Nie śmiała go prosić o tę przysługę. W końcu przezwyciężyła wszelkie skrupuły, wiedząc że miłość dziecka jest najważniejsza i udała się do Federiga. Monna Giovanna wraz z towarzysząca jej damą, odwiedziły niezwykle zdumionego i zaszczyconego wizytą szlachcia. Dama na powitanie rzekła do szlachcica, że chcąc wynagrodzić mu jego dobroć i miłość do niej, prosi by ją po przyjacielsku ugościł obiadem. Zaskoczony Federigo, nie mając pieniędzy na wytrwany obiad godny przybyłych dam, zabił swego sokola i przyrządził z niego wytrawne danie. Po obiedzie, Monna wyjawiła mu swoją prośbę, tłumacząc że robi to z miłości dla syna. Federigo popadł w rozpacz, zalewając się łzami wyjawił, że przyrządził swojego sokoła na obiad i nie może pomóc choremu chłopcu, choć bardzo by chciał. Smutna matka wróciła z niczym do domu. Po jakimś czasie jej syn umarł i wdowa została sama. Jej bracia, martwiąc się o młodą siostrę - wdowę, nakazali jej powtórne małżeństwo. Po długim zastanowieniu, Monna chce, by jej mężem został Federigo degli Alberighi, który oczywiście z radością się zgadza.

Żyli od tamtej chwili szczęśliwi aż do kresu swych dni.

DZIADY - Streszczenie, Charakterystyka, Opracowanie - Streszczaj się z nauką

Spis Treści:

DZIADY - CZĘŚĆ DRUGA (II) - CZAS I MIEJSCE AKCJI - ADAM MICKIEWICZ

Akcja Drugiej Części Dziadów autorstwa Adama Mickiewicza ma miejsce na cmentarzu w budynku przycmentarnej kaplicy. Kaplica jest zamknięta, wszystkie światła i świece zgaszone, na środku stała trumna. Pod koniec tej drugiej części utworu zgromadzenie na obrzędzie Dziadów wieśniacy wychodzą z budynku kaplicy wyprowadzając pasterkę, za którą podąża mara. Wspomniane są również wydarzenia z domostwa złego pana i z jego sadu.

Czas akcji nie jest dokładnie znany. Wiadomo, że wydarzenia rozgrywają się porą nocną, mamy między innymi takie opisy czasu akcji jak: blask księżyca wpadający do wnętrza kaplicy, ciemność. W pewnym momencie dowiadujemy się, że jest już północ, a na końcu utworu kiedy pojawia się mara padają słowa z których można wnioskować iż zbliża się świt - słyszymy o pianiu koguta i o tym, że jest już grubo po północy. Jeżeli chodzi o właściwy czas akcji to należy uwzględnić, że obrzęd Dziadów wywodząca się od pogańskiej tzw. uroczystości kozła odbywała się dwa razy do roku jesienią i wiosną. W tym przypadku jednak gdybyśmy powiązali drugą część dziadów z innymi częściami utworu Mickiewicza doszlibyśmy do wniosku, że akcja toczy się w Dzień Zaduszny (czyli pierwszy dzień po Wszystkich Świętych), a więc jesienią 2 listopada. Przy takim założeniu możliwe jest nawet podanie dokładnej daty, a mianowicie iż wydarzenia mają miejsce w roku 1821.

DZIADY - CZĘŚĆ DRUGA (II) - OPIS POSTACI, CHARAKTERYSTYKI - ADAM MICKIEWICZ

Guślarz

Guślarz przewodzi obrzędowi Dziadów, jest przywódcą chóru wieśniaków i wieśniaczek, jest nie jako mędrcem tłumu, który podejmuje decyzje i rozmawia ze zjawami. Pozostali zgromadzeni jedynie wtórują mu, powtarzając jego słowa. Wyrażona zostaje w ten sposób aprobata dla działań podejmowanych przez Guślarza. Wzywa zjawy, wypytuje co je dręczy, oferuje im pomoc – modlitwę i pożywienie. Wykonuje wszelkie niezbędne czynności mające na celu wywołanie dusz takie jak: zapalenie garści kędzieli, zapalenie wódki w kotle, trzymanie laski z wiankiem i zapalenie świętego ziela, rozrzucanie maku i soczewicy w rogach kaplicy. Otwiera i zamyka uroczystość Dziadów.

Zjawy:

Duchy lekkie – reprezentowane są przez aniołki dwojga dzieci Józia i Rózia. Dzieci te wiodły na ziemi beztroski żywot. Józio biegał i skakał po polach, zbierał kwiatki dla Rozalki, wszystko co zrobił było cacy i pięknie, Rózia stroiła tylko lalki. Dzieci zmarły w młodym wieku, nie znały trosk życia dorosłych przez co nie mogą trafić do nieba. Proszą o dwa ziarenka gorczycy. „Bo kto nie doznał goryczy ni razu, ten nie dozna słodyczy w niebie.”

Duchy pośrednie – reprezentowane są przez ducha Zosi. Była to młoda, piękna dziewczyna, była najpiękniejsza we wsi. Była jednak zbyt skoncentrowana na sobie, gardziła chłopcami któży się do niej zalecali, nie chciała wyjść za mąż. Odtrącił:
Oleśa – który za pocałunek nie chiał jej ofiarować parę gołąbków.
Józia – który dał jej wstążke
Antośa – który oddał jej serce.
Wyśmiewała się z nich. Była pasterką. Zmarła w wieku dziewiętnastu lat. Nie popełniła żadnych większych grzechów, jej życie było prawie bez wad poza tym, że była zbyt skupiona na sobie. Mówiła o sobie: „Żyłan na świecie; lecz, ach! nie dla świata!”
Gdy przychodzi jako zjawa również wygląda pięknie, ma kraśny (czerwony) wianek na głowie, ubrany jest w białą szatę, jej włosy powiewają na wietrze. Przychodzi w towarzystwie baranka i motylka, którego nie jest w stanie uchwycić. Guślarz nie jest w stanie jej pomóc gdyż na jej życzenie by chłopcy pochwycili ją i sprowadzili na ziemię ulatuje im na wietrze. Jak mówi „Kto nie dotknął ziemi ni razu, Ten nigdy nie może być w niebie.” Jednak wedle spisanych wyroków za dwa lata ma trafić do nieba.

Duchy ciężkie – reprezentowane są przez widmo złego pana. Był on właścicielem wsi w której odbywa się akcja utworu. Na Litwie panował wtedy utwór feudalny, a panowie mieli szeroki zakres władzy nad poddanymi im wieśniakami, której dodatkowo często nadużywali. Jak się dowiadujemy z relacji ptaków: Kruka i Sowy był on bezlitosny dla ludzi. Nie okazał miłosierdzia dla młodzieńca, który nie jedząc nic przez trzy dni zerwał u niego w sadzie jabłka. Pan poszczuł go psami, a następnie kazał schłostać. Nie okazał również litości dla wdowy z dzieckiem,  która prosiła o zapomogę w noc wigilijną – rozkazał swojemu ochroniarzowi przepędzić ją, kobieta ostatecznie zmarła z wyziębienia nie mogąc znaleść noclegu. Widmo włóczy się teraz nieustannie po świecie uciekając przed słońcem, dręczone jest ciągłym pragnieniem i wiecznym głode. Nie chce nawet dostać się do nieba, woli zostać jak najszybciej potępiony gdyż od obecnej sytuacji dużo bardziej woli znosić męki w piekle. Nie chce dłużej przebywać wśród duchów nieczystych. Jego ciało jest ciągle rozszarpywane przez drapieżne ptaki – symbolizują one poddanych dla których zły pan nie miał litości za życia. Gdy Guślarz na jego prośbę ofiaruje mu pożywienie jest ono natychmiast rozchwytywane przez ptaki i nie trafia do Guślarza. Widmo odchodzi z niczym gdyż „Kto nie był ni razu człowiekiem, Temu człowiek nic nie pomoże.”

Inne postacie to: Kruk (młodzieniec, który został poszczuty pasami), Sowa (wdowa, której nie pomógł „zły pan”),  Starzec (pomaga Guślarzowi, np. podaje kocioł), Chór ptaków, Chór, mara (widmo, które pojawia się na końcu obrzędu – jest już późno po północy, słychać pianie koguta – wpatruje się jedynie w pasterkę. Jest często utożsamiany z Pustelnikiem z IV Części Dziadów).

autor: Michał Ziobro

DZIADY - CZĘŚĆ DRUGA (II) - PLAN WYDARZEŃ - ADAM MICKIEWICZ

1. Rozpoczęcie uroczystości Dziadów przez Guślarza w przycmentarnej kaplicy.
2. Pojawienie się duchów lekkich: Józia i Rózia.
3. Ofiarowanie aniołkom dzieci dwóch ziarenek gorczycy. Waga cierpienia w życiu człowieka.
4. Pojawienie się widma złego pana .
5. Pojawienie się kordonu ptaków, które wyrywają pożywienie ofiarowane zjawie złego pana.
6. Historia Kruka i Sowy o przeszłości złego pana.
7. Niemożność pomocy widmu złego pana. Efekt braku miłosierdzia.
8. Zjawienie się ducha pośredniego: dziewczyny Zosi w towarzystwie baranka i motylka.
9. Samotność Zosi jako efekt gardzenia uczuciami innych.
10. Przepowiedzenie Zosi, że za dwa lata trafi do nieba.
11. Niespodziewane pojawienie się mary, która nic nie mówi, jedynie wpatruje się w pasterkę.
12. Wyprowadzenie pasterki z kaplicy – widmo podąża za dziewczyną.

DZIADY - CZĘŚĆ DRUGA (II) - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE - ADAM MICKIEWICZ

Utwór rozpoczyna się cytatem z dramatu Shakespeare’a „Hamlet”:

„Więcej jest rzeczy w niebie i na ziemi,
aniżeli się marzy w waszej filozofii”.

Następnie pojawia się tajemnicza, wprowadzająca niepokój wypowiedź chóru:

„Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?”

Jest listopadowy wieczór. Guślarz nakazuje zamknąć drzwi cmentarnej kaplicy i zgasić wszystkie światła, a następnie stanąć do okoła trumny. Wzywa „czyścowe duszeczki!”, które wedle dawnych wierzeń ludowych odbywają pokutę na ziemi: w powietrzu, wodzie, ogniu i w ziemi – w zależności od stopnia grzeszności. Rozpoczyna się uroczystość Dziadów. Zebrani przygotowali dla dusz czyścowych jałmużnę, pacierze i jedzenie. Guślarz, który przewodzi uroczystości zapala garść kędzieli. Następnie ponawia swoje wezwanie skierowane do dusz czyścowych (w tym przypadku wzywa dusze lekkie), wtóruje mu chór słowami:

„Mówcie, komu czego braknie,
Kto z was pragnie, kto z was łaknie.”

Nagle pod sklepieniem kaplicy pojawiają się dusze dójki dzieci – Józio i Rózia (symbolizują one duchy lekkie).

„Trzepioce się dwoje dzieci.
Jak listek z listkiem w powiewie,
Kręcą się pod cerkwi wierzchołkiem;
Jak gołąbek z gołąbkiem na drzewie,
Tak aniołek igra z aniołkiem.”

Aniłki zwracają się do swojej mamy (jedna ze zgromadzonych wieśniaczek), mówią, że żyją teraz w raju. Co prawda nie brakuje im tam niczego, cały dni spędzają na zabawach, dręczy ich jednak nuda (troska z braku dopełnienia, ustalenia losu) i trwoga (niepewność zbawienia wiecznego). Zamknięta jest dla nich droga do nieba. Nie potrzebują słodyczy, ani modłów, które oferuje im Guślarz – jak tłumaczą zbytkiem słodyczy i swawoli (Józio skakał tylko po polach i zrywał kwiatki, a Rózia stroiła lalki) na ziemi są teraz nieszczęśliwi. Jedyną rzeczą o którą proszą są dwa ziarnka gorczycy gdyż:

„Kto nie doznał goryczy ni razu,
Ten nie dozna słodyczy w niebie.”

Guślarz ofiaruje duszyczkom dwa ziarnka gorczycy i każe im odejść z Bogiem. Zbliża się północ. Guślarz nakazuje pozamykać drzwi na kłódki, a nastepnie zapalić postawiony na środku kocioł wódki smolonym pękiem łuczywa. Gdy starzec zapala wódkę, Guślarz wzywa najcięższe dusze, które wyobrażane są jako postacie pośrednie między duchem, a ciałem materialnym, coś w rodzaju cienia. Są one przykute do ziemi łańcuchem zbrodni. Za oknem słychać kruki, sowy i orlice oraz głos wołający by pozwoliły mu przejść pod kaplicę. Guślarz zauważa upiora – w gębie ma dym i błyskawic, oczy świecą mu się jak węgle w popiole, włos ma rozczochrany. Guślarz uchyla całunu gdyż wedle wierzeń ludowych duch potępiony nie mógł wejść do wnętrza poświęconej kaplicy. Widmo pyta zebranych czy go nie rozpoznają. Przedstawia się jako nieboszczyk pochowanego przed trzema laty pana do którego należała wioska w której mieszkają (w czasach, których rozgrywa się akcja na Litwie panował ustrój feudalny, panowie mieli wtedy zwykle szeroką władzę nad poddanym ludem chłopskim, której często nadużywali). Widmo złego pana błąka się po całej  ziemi uciekając przed słońcem, doznaje wiecznego głodu i jest rozszarpywane przez żarłoczne ptaki (symbolizują one dusze grzeszników). Jego męki nie mają końca. Guślarz pyta widmo co mu jest potrzebne aby jego dusza uniknęła katuszy i mogła dostać się do nieba. Widmo jednak tłumaczy, że nie chce iść do nieba, chce tylko jak najszybciej uwolnić swoją duszę z ciała by położyć kres jego wiecznej tułaczce po ziemi wśród innych dusz nieczystych. Woli by jego dusza zostąła potępiona – lepsze od obecnej sytuacji będą dla niego męki w piekle. Całymi dniami widzi ślady swojego dawnego pełnego uciech życia, cierpi z pragnienia i głodu.  Prosi o kilka kropel wody i dwa ziarnka przenicy. Pojawia się korowód czarnych ptaków nocnych, które są dawnymi sługami złego pana. Tak jak on nie okazał im kiedyś litości tak one teraz nie mają litości dla niego. Wyrywają mu jadło i napoje (nawet z ust i wątroby), a gdy to się skończy rozszarpują jego ciało.
Pierwszy z ptaków, Kruk wspomina jak niegdyś nie mając nic przez trzy dni w ustach zerwał kilka jabłek z sadu złego pana (który dawniej uznawany był podobnie jak lasy za dobro gromadne), a ten poszczuł go psami jak wilka. Następnie pojmanego nakazał przywiązać do słupa i zchłostać wiklinowymi kijami. („zbito dziesięć pęków łozy”). Następnie wypowiada się Sowa, która wspomina mroźny dzień  Wigilii gdy stała pod bramą złego pana z dzieckiem na rękach, jej mąż zmarł, w domu miała chorą matkę, a córka została wzięta na dwór tegoż pana jako służka wbrew woli rodziców. Pan, który nie chciał by przerywano mu ucztę nasłał na nią swojego ochroniarza (dawniej „hajduka”), który wepchnłą ją z dzieckiem w śnieg. Kobieta nie mogąc znaleść noclegu zmarła tamtej nocy z wyziębienia. Okazuje się, że nie ma żadnego sposobu by pomóc widmu złego pana, gdyż wszelkie pożywienie jakie otrzymuje zostaje natychmiast rozszarpane przez ptactwo.

„Bo kto nie był ni razu człowiekiem,
Temu człowiek nic nie pomoże.”

Guślarz nakazuje mu więc odejść, sam zaś bierze na koniec laski wianek, zapala święcone ziele i unosząc je do góry, wzywa duchy pośrednie – żyły na ziemi bez wad jednak były zbyt sukpione na własnej osobie. Wtem zjawia się duch młodej, pięknej dziewczyny Zosi jest ubrana w białą szatę, jej włosy powiewają na wietrze, ma czerwony wianek na głowie. Pojawia się w towarzystwie baranka, do okoła niej lata motylek.
Dziewczyna prowadziła za życia beztroski żywot, była najpiękniejsza we wsi. Gardziła jednak uczuciami wielu chłopców: Oleśa(ofiarował jej parę gołąbków w zamian za pocałunek), Józia (dał jej wstążkę), Antosia (oddał jej swoje serce).  Była znana w całej wiosce z tego, że nie chciała wyjść za mąż. Zmarła w wieku dziewiętnastu lat nie znając ani trosk, ani szczęścia. Jak mówi „żyłam na świecie”, ale „ nie dla świata!”. Dziewczyna po śmierci czuje się samotna, powiewa nią wiater i nie wie czy jest z tego czy z tamtego świata.  Nie może się dostać ani do nieba, ani stanąć na ziemi. Guślarz oferuje jej modlitwę lub słodycze, ta jednak tłumaczy, że niczego nie potrzebuje. Prosi jedynie by jacyś chłopcy przyciągneli ją na ziemię by mogła z nimi chwilkę poigrać. Stwierdza, że:

„Kto nie dotknął ziemi ni razu,
Ten nigdy nie może być w niebie.”

Nie można jej jednak pochwycić, za każdym razem wymyka się z rąk wieśniaków unoszona podmuchem wiatru. Guślarz jednak pociesza ją, że za dwa lata trafi do nieba. Następnie prosi by odeszła w pokoju.
Guślarz rzuca garść maku, soczewicy w każdy róg kaplicy i wzywa wszystkie pozostałe duchy. Gdy ma już zakończyć uroczystość nagle zjawia się jakaś mara. Widmo zbliża się do pasterki uczestniczącej w obrzędzie. Wpatruje się w nią, wskazuje na jej serce. (Jeżeli widmo jest tą samą postacią co Pustelnik w IV części Dziadów to pasterka jest jego ukochaną, nazywa się Maria).  Jest zjawą umarłego, który popełnił samobójstwo (wynika to z części IV Dziadów). Guślarz pyta się mary czego potrzebuje by dostać się do nieba czy poczestunku czy  modlitwy. Ta jednak nic nie odpowiada. Guślarz nakazuje więc by widmo odeszło. Ono jednak ani nie odchodzi ani nic nie mówi. Guślarz straszy go przekleństwem i kropi święconą wodą. Próbuje wypędzić go  do lasów i na rzeki tak by nie szkodziła ludziom. To jednak nic nie pomaga pyta pasterki czy zna tą osobę i dlaczego się tak w siebie wpatrują. Zapala gromnicę i bezsilnie próbuje przepędzić marę. Wkońcu wynoszą pasterkę z kaplicy, duch zmarłego podąża za nimi.  „Gdzie my z nią, on za nią wszędzie.”

autor: Michał Ziobro

DZIADY - CZĘŚĆ TRZECIA (III) - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE - ADAM MICKIEWICZ

ADAM MICKIEWICZ „DZIADY CZ. III”

III część „Dziadów”, najsłynniejszego dramatu romantycznego autorstwa Adama Mickiewicza, rozpoczyna się osobistą dedykacją poety do jego towarzyszy wspólnej niedoli, tj. członków Towarzystwa Filomatów i Filaretów, razem z nim zesłanym wgłąb Rosji:
„Świętej pamięci Janowi Sobolewskiemu, Cypryanowi Daszkiewiczowi, Feliksowi Kołakowskiemu, Spółuczniom, spółwiężniom, spółwygnańcom; za miłość ku ojczyżnie prześladowanym, z tęsknoty ku ojczyżnie zmarłym w Archangielu, na Moskwie, w Petersburgu, Narodowej sprawy Męczennikom poświęca Autor”.

W dalszej kolejności pojawia się rozbudowany wstęp pisany prozą, zawierający objaśnienia historyczne, pozwalające pojąć sens dalszej części tegoż dzieła: „Polska od pół wieku przedstawia widok z jednej strony tak ciągłego, niezmordowanego i niezbłaganego okrucieństwa tyranów, z drugiej tak nieograniczonego poświęcenia się ludu i tak uporczywej wytrwałości, jakich nie było przykładu od czasu prześladowania chrześcijaństwa. Zdaje się, że królowie mają przeczucie herodowe o zjawieniu się nowego światła na ziemi i o bliskim swoim upadku, a lud coraz mocniej wierzy w swoje odrodzenie się i zmartwychwstanie. Dzieje męczeńskiej Polski obejmują wiele pokoleń i niezliczone mnóstwo ofiar; krwawe sceny toczą się po wszystkich stronach ziemi naszej i po obcych krajach”.

Mowa więc również o carze Aleksandrze oraz o jego najwierniejszym zauszniku, senatorze Nowosilcowie, który został namiestnikiem w Królestwie Polskim. To właśnie Nowosilcow dokonał surowych represji na młodzieży litewskiej – te nie ominęły także samego Mickiewicza, który musiał opuścić swą rodzinną ziemię. We wstępie poeta pisze o tym następująco: „Około roku 1822 polityka Imperatora Aleksandra, przeciwna wszelkiej wolności, zaczęła się wyjaśniać, gruntować i pewny brać kierunek. W ten czas podniesiono na cały ród polski prześladowanie powszechne, które coraz stawało się gwałtowniejsze i krwawsze. Wystąpił na scenę pamiętny w naszych dziejach senator Novossiltzoff. On pierwszy instynktową i zwierzęcą nienawiść rządu rossyjskiego ku Polakom wyrozumował jak zbawienną i polityczną, wziął ją za podstawę swoich działań, a za cel położył zniszczenie polskiej narodowości. W ten czas całą przestrzeń ziemi od Prosny aż do Dniepru i od Galicyi do Bałtyckiego morza zamknięto i urządzono jako ogromne więzienie. (…)Były wówczas między młodzieżą uniwersytetu różne towarzystwa literackie, mające na celu utrzymanie języka i narodowości polskiej, kongresem wiedeńskim i przywilejami Imperatora zostawionej Polakom. Towarzystwa te, widząc wzmagające się podejrzenia rządu, rozwiązały się wprzód jeszcze, nim ukaz zabronił ich bytu. Ale Novossiltzoff, chociaż w rok po rozwiązaniu się towarzystw przybył do Wilna, udał przed Imperatorem, że je znalazł działające; ich literackie zatrudnienia wystawił jako wyrażny bunt przeciwko rządowi, uwięził kilkaset młodzieży i ustanowił pod swoim wpływem trybunały wojenne na sądzenie studentów. W tajemnej procedurze rosyjskiej oskarżeni nie mają sposobu bronienia się, bo często nie wiedzą, o co ich powołano: bo zeznania nawet komissya według woli swojej jedne przyjmuje i w raporcie umieszcza, drugie uchyla. Novossiltzoff, z władzą nieograniczoną od carewicza Konstantego zesłany, był oskarżycielem, sędzią i katem”.

W Prologu akcja rozgrywa się w celi klasztoru oo. bazylianów w Wilnie, przekształconego przez Rosjan w więzienie. Przy oknie śpi Więzień. O panowanie nad jego duszą walczą duchy dobre i złe. Przybywa Anioł, aby wejrzeć w sny mężczyzny, aby następnie zdać z tego relację jego matce przebywającej w niebie. Anioł martwi się, albowiem nie będzie miał dla niej dobrych wieści:
„Niedobre, nieczułe dziecię! Ziemskie matki twej zasługi, Prośby jej na tamtym świecie Strzegły długo wiek twój młody Od pokusy i przygody: Jako roża, anioł sadów, We dnie kwitnie, w noc jej wonie Bronią senne dziecka skronie Od zarazy i owadów. Nieraz ja na prośbę matki I za pozwoleniem bożem Zstępowałem do twej chatki, Cichy, w cichej nocy cieniu: Zstępowałem na promieniu I stawałem nad twem łożem. […] Chciałem i długo nie śmiałem Ku niebieskiej wracać stronie, Bym nie spotkał twojej matki: Spyta się, jaka nowina Z kuli ziemskiej, z mojej chatki, Jaki sen był mego syna”.

Więzień budzi się i zastanawia się nad tym, jaki jest sens zsyłania na ludzi snów. Czuje się lepiej, ponieważ intuicja podpowiada mu, że zostanie przeznaczony do jakiejś wielkiej misji. Na ścianie pisze, iż dnia 1 listopada 1823 roku, w tym właśnie miejscu, zmarł Gustaw (romantyczny, buntowniczy kochanek z IV części „Dziadów”), a w zamian za to narodził się Konrad (samotnik w walce o ojczyznę, o przywództwo nad narodem – nawet, gdyby miał popaść przez to w konflikt z samym Bogiem).

W scenie I (tzw. więziennej), której akcja rozgrywa się w dniu 24 grudnia tego samego roku (a więc po niespełna dwóch miesiącach od wewnętrznej metamorfozy głównego bohatera), w celi Konrada zbierają się jego więzienni towarzysze, aby wspólnie świętować wigilię Bożego Narodzenia. Mogą sobie na to pozwolić, albowiem pilnuje ich Kapral, który tak, jak i oni, jest Polakiem (zmuszonym do przystąpienia do carskich służb) i pracuje jako strażnik w więzieniu. Wszyscy poznają nowego przybysza – Żegotę, który ślepo wierzy, iż niedługo opuści to miejsce, ponieważ nie brał udziału w żadnym spisku, wystarczy tylko dobrze zapłacić komu trzeba:
„Od dawna słyszałem O jakiemś w Wilnie śledztwie; dom mój blizko drogi. Widać było kibitki latające czwałem, I co noc nas przerażał poczty dżwięk złowrogi. Nieraz gdyśmy wieczorem do stołu zasiedli I któś żartem uderzył w szklankę noża trzonkiem, Drżały kobiety nasze, staruszkowie bledli, Myśląc, że już zajeżdża feldjegier ze dzwonkiem. Lecz nie wiedziałem, kogo szukają i za co, Nie należałem dotąd do żadnego spisku. Sądzę, że rząd to śledztwo wynalazł dla zysku, Że się więżniowie nasi porządpie opłacą I powrócą do domu”.

Naiwność tę studzi Tomasz, który przebywa w więzieniu najdłużej. Opowiada o złych warunkach w więzieniu – o tragicznym wyposażeniu cel oraz ohydnym jedzeniu, a także o torturach, jakimi carscy zausznicy pragną wyciągnąć jak najwięcej informacji podczas przesłuchań. Tomasz proponuje nawet, aby poświęcili się ci, którzy są sierotami albo nie założyli własnych rodzin, ażeby pozostali mogli powrócić do swych domów:
„Bronić się daremnie I śledztwo i sąd cały toczy się tajemnie; Nikomu nie powiedzą, za co oskarżony. Ten, co nas skarżył, naszej ma słuchać obrony; On gwałtem chce nas karać — nie unikniem kary. Został nam jeszcze środek smutny — lecz jedyny: Kilku z nas poświęcimy wrogom na ofiary, I ci na siebie muszą przyjąć wszystkich winy. Ja stałem na waszego towarzystwu czele, Mam obowiązek cierpieć za was przyjaciele: Dodajcie mi wybranych jeszcze kilku braci. Z takich, co są sieroty, starsi, nieżonaci, Których zguba niewiele serc w Litwie zakrwawi. A młodszych, potrzebniejszych z rąk wroga wybawi”.
Nikt jednak nie przystaje na ten pomysł, zostaje on zbyty milczeniem, jak również zmianą tematu.

Jan Sobolewski opowiada, iż wracając ze śledztwa widział kibitki, do których wsiadała polska i litewska młodzież, skąd to miała udać się na zesłanie na Syberię. Pośród tych ludzi Sobolewski dostrzegł swego znajomego – Janczewskiego, który zmienił się nie do poznania – niegdyś wesoły, teraz przypominał wrak człowieka. Jednak ten, pomimo niesprzyjających okoliczności, wchodząc do kibitki, zawołał donośnym głosem: „Jeszcze Polska nie zginęła!”. Sobolewski wspomina także postać Wasilewskiego, który był tak bardzo skatowany, że nie był w stanie wejść do kibitki.

Frejend nabija się z wiary księdza Lwowicza, który przebywa pośród więźniów. Twierdzi, że Boga nie ma, podobnie myśli Jankowski, który dla sprowokowania go śpiewa piosenkę, w której nadaremno wzywa imię Jezusa i Matki Boskiej. Dotychczas milczący Konrad nie wytrzymuje i zabiera głos w sprawie – mówi, iż z religią niekiedy jest „na bakier”, lecz obrażać Maryi w swojej obecności nie zezwoli. Popiera to Kapral:
„Dobrze, że Panu jedno to zostało imię — Choć szuler zgrany wszystko wyrzuci z kalety, Nie zgrał się, póki jedną ma sztukę monety, Znajdzie ją w dzień szczęśliwy, więc z kalety wyjmie, Więc da w handel na procent, Bóg pobłogosławi I większy skarb przed śmiercią, niżli miał, zostawi. To imię, Panie, nie żart więc mnie się zdarzyło. W Hiszpanii, lat temu — o, to dawno było. Więc byłem w legionach, naprzód pod Dąbrowskim, A potem wszedłem w sławny półk Sobolewskiego. (…) O mój Boże! pokój duszy jego! Walny żołnierz — tak — zginął od pięciu kul razem; Nawet podobny Panu. — Otoż — więc z rozkazem Brata Pana, jechałem w miasteczko Łaniego — Jak dziś pamiętam — więc tam byli Francuziska: Ten gra w kości, ten w karty, ten dziewczęta ściska — Nuż beczeć; — każdy Francuz, jak podpije, beczy. Jak zaczną tedy śpiewać wszyscy nic do rzeczy, Siwobrode wąsale takie pieśni tłuste! Aż był wstyd mnie młodemu. […] Ale no Pan dosłuchaj, co się stąd wyświęci. Po zwadzie, poszliśmy spać, wszyscy dobrze cięci. Aż w nocy trąbią na koń, zaczną obóz trwożyć, Francuzi nuż do czapek, i nie mogą włożyć: Bo nie było na co wdziać, bo każdego główka Była ślicznie odcięta nożem jak makówka. Szelma gospodarz porznął jak kury w folwarku; Patrzę, więc moja głowa została na karku; W czapce kartka łacińska, pismo nie wiem czyje: „Vivat Polonus, unus defensor Mariae". Otoż widzisz Pan, że ja tem imieniem żyję”.

Zbliża się północ, a więc „godzina Konrada”, wobec tego ten zaczyna być myślami gdzieś indziej. Wpierw odśpiewuje pieśń zemsty, w której mówi o zemście na wrogu – nieważne, czy z Bogiem czy bez Niego. Duszę wroga należy zanieść na samo dno piekła, a tam ją mocno przydusić, aby pozbawić ją nieśmiertelności. Ksiądz nazywa tę pieśń pogańską, zaś Kapral – szatańską. Konrad czuje, że unosi się ponad całą ludzkość i niczym orzeł, rozpościerając swe skrzydła, dostrzega przeszłość, jak i przyszłość swego narodu. Przeszkadza jedynie czarny kruk, który zasłania mu widoki. Słowa te układają się w tzw. małą improwizację. Po tych słowach Kapral nakazuje więźniom rozbiec się do swych cel, ponieważ słychać kroki strażników.

W scenie II, tzw. Wielkiej Improwizacji, Konrad wzywa Boga na pojedynek, nakazuje Mu powierzyć sobie władzę nad światem, twierdzi, że on zrobi to lepiej. Nie wierzy w miłosierdzie Boga – jeżeli ten na liczne prośby cierpiących Polaków nie umie lub nie chce odmienić ich losu. Rzuca mu rękawicę, chcę z nim walczyć nie na rozumy, a na serca. Czuje się na tyle silny, aby poprowadzić swój naród i go wybawić. Konrad zarzuca Bogu milczenie:
„Milczysz, milczysz! Wiem teraz, jam Cię teraz zbadał, Zrozumiałem, coś ty jest, i jakeś ty władał. Kłamca, kto Ciebie nazywał miłością, Ty jesteś tylko mądrością. Ludzie myślą, nie sercem, Twych dróg się dowiedzą; Myślą, nie sercem, składy broni twej wyśledzą. Ten tylko, kto się wrył w księgi, W metal, w liczbę, w trupie ciało, Temu się tylko udało Przywłaszczyć część twej potęgi. Znajdzie truciznę, proch, parę, Znajdzie blaski, dymy. huki, Znajdzie prawność, i złą wiarę Na mędrki i na nieuki. Myślom oddałeś świata użycie, Serca zostawiasz na wiecznej pokucie, Dałeś mnie najkrótsze życie I najmocniejsze uczucie”.

Konrad pełen jest pychy i niemalże do końca dopełniłby swego bluźnierstwa, a przez to skazał sam siebie na wieczne potępienie, gdyby nie Boska interwencja (najprawdopodobniej), ponieważ bez tego Konrad z pewnością dokończył rozpoczęte przez siebie zdanie i przyrównał Boga do cara, jednak to ostatnie słowo wypowiada za niego diabeł.

W scenie III ksiądz Piotr odprawia egzorcyzmy nad opętaną przez diabły duszą Konrada. Chce wziąć na siebie wszystkie jego winy i bluźnierstwa, ponieważ czuje, że to człowiek powołany do wielkiej misji, który po prostu się pogubił. Diabeł, który siedzi w więźniu, przemawia do księdza różnymi językami i naigrawa się z niego. Poza tym – pod przymusem księdza – wyznaje, że w klasztorze obok, u dominikanów, więziony jest młody człowiek, Rollison, który przechodzi przez ciężkie tortury. Opętany Konrad doradza mu samobójstwo przez rzucenie się w przepaść.

W scenie IV pojawia się postać Ewy, młodej dziewczyny mieszkającej pode Lwowem. Modli się ona za polskich studentów, którzy zostali zabrani wgłąb Rosji, a także za poetę, którego wiersze czytała (być może chodzi tutaj o Konrada). Następnie zasypia, a w czasie snu ma widzenie, iż zbiera kwiaty (róże) i przyozdabia nimi skronie Matki Boskiej. Ta jednak przekazuje je Jezusowi, a Ten natomiast rzuca kwiaty na Ewę. Jedna z róż ożywa i skarży się, że wyrwano ją z „rodzinnej trawki” (być może jest to symbol Polaków, którzy muszą przebywać z dala od ojczyzny). Pocieszeniem jest jednak to, że róże te służyć miały nikomu innemu, jak samej Matce Bożej!

W scenie V widzenie ma modlący się ksiądz Piotr, który pełen jest pokory wobec Boga. Widzi on zesłańców podążających na Sybir, lecz spostrzega, że jeden z nich ucieka po to, aby wybawić naród. Jest to wizja nadejście tajemniczego Odkupiciela, który nosić ma tajemnicze imię „czterdzieści i cztery” (może chodzić o Konrada, lecz niekoniecznie). Polska zostaje tu porównana do Chrystusa, który został przybity do krzyża (przyrównanie do trzech zaborców), bo namiestnik rzymski Piłat umył od tego ręce (aluzja do tego, w jaki sposób obeszła się z Polakami Francja). Płaczącą po swym Synu matką jest Wolność. Podobnie jednak jak Mesjasz – Polska zmartwychwstanie. Wpierw jednak musi dużo wycierpieć:
„Ach Panie! to nasze dzieci, Tam na północ — Panie, Panie! Takiż to los ich — wygnanie! I dasz ich wszystkich wygubić za młodu, I pokolenie nasze zatracisz do końca? Patrz — ha — to dziecię uszło — rośnie — to obrońca! Wskrzesiciel narodu — Z matki obcej, krew jego, dawne bohatery. A imię jego będzie czterdzieści i cztery. Panie! czy przyjścia jego nie raczysz przyśpieszyć? Lud mój pocieszyć? Nie! lud wycierpi. — Widzę ten motłoch — tyrany, Zbojce — biegę — porwali — mój Naród związany. Cała Europa wlecze, nad nim się urąga — „Na trybunał!" - Tam zgraja niewinnego wciąga. Na trybunale gęby, bez serc, bez rąk: sędzię — To jego sędzię! Krzyczą Gai, Gai sądzić będzie. Gai w nim winy nie znalazł i umywa ręce, A króle krzyczą: „potęp" i wydaj go męce; Krew jego spadnie na nas i na syny nasze: Krzyżuj syna Maryi, wypuść Barabasza: Ukrzyżuj, on cesarza koronę znieważa, Ukrzyżuj, bo powiemy, żeś ty wróg cesarza. Gai wydał — już porwali — już niewinne skronie Zakrwawione, w szyderskiej, cierniowej koronie, Podnieśli przed świat cały, — i ludy się zbiegły, Gai krzyczy: oto naród wolny, niepodległy! Ach Panie, już widzę krzyż — ach jak długo, długo Musi go nosić — Panie, zlituj się nad sługą. Daj mu siły, bo w drodze upadnie i skona. Krzyż ma długie na całą Europę ramiona, Z trzech wyschłych ludów, jak z trzech twardych drzew ukuty”.

W scenie VI nocne widzenie ma senator Nowosilcow, protegowany cara, który rządny jest chwały i majątku. W swoim śnie widzi wpierw tłumy ludzi, które się mu kłaniają. Sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy car nagle odwraca się od niego, wówczas owe tłumy zaczynają się z niego śmiać i wszyscy go opuszczają. Nowosilcow pod wpływem tego snu, podsycany i dręczony przez diabły, upada na podłogę. Diabły komentują zajście:
„Teraz duszę ze zmysłów wydrzem, jak z okucia Psa złego. Lecz niecałkiem, nałożym kaganiec: Na wpół zostawim w ciele, by nie tracił czucia, Drugą połowę wleczmy aż na świata kraniec, Gdzie się doczesność kończy, a wieczność zaczyna, Gdzie z sumieniem graniczy piekielna kraina; I złe psisko uwiążem tam, ua pograniczu: Tam pracuj ręko moja, tam świstaj mój biczu. Nim trzeci kur zapieje, musim z tej męczarni Wrócić zmordowanego, skalanego ducha, Znowu przykuć do zmysłów, jako do łańcucha, I znowu w ciele zamknąć, jako w brudnej psiarni”.

W scenie VII akcja przenosi się do salonu warszawskiego, w którym to przy jednym stoliku siedzą ludzie z wyższych sfer – bogate damy, arystokracja, generałowie i literaci, rozmawiają po francusku, o sprawach zupełnie nieważnych, błahych, próżnych. Przy drzwiach stoją patrioci, którzy chcą spiskować przeciw zaborcy. Jeden z nich, Alfred, opowiada historię o Cichowskim – człowieku, którego uznano za zmarłego (bo tak zaaranżowali to Rosjanie, by wyglądało na to, że mężczyzna się utopił), a który w czasie swej nieobecności był przez sześć lat więziony. Kiedy po tym czasie odprowadzono go do domu, nie mógł się odnaleźć na wolności, nie był już tym samym człowiekiem. Któryś z arystokracji z przekąsem odpowiada, że to nie jest dobra historia do opisania jej w formie poezji, albowiem jest ona zbyt prozaiczna, a także Polacy wolą czytać o rzeczach przyjemnych. Znajdujący się przy drzwiach Wysocki porównuje polski naród do lawy, która z zewnątrz jest ostygła, lecz w środku wciąż żarzą się iskry – sedno sprawy tkwi w tym, by te iskry wzniecić i wynieść na wierzch tej zastygłej powierzchni:
„Nasz naród jak lawa, Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi, Plwajmy na tę skorupę i zstąpamy do głębi”.

W scenie VIII do senatora Nowosilcowa w Wilnie przychodzi niewidoma kobieta, która jest matką Rollisona, domaga się widzenia z synem. Senator udaje, iż nie wie, o co chodzi. Odsyła więc kobietę z kwitkiem. Zastanawia się, kto mógł powiedzieć jej o tym, gdzie znajduje się jej syn. W końcu wychodzi na jaw, iż był to ksiądz Piotr, jednak ten nie chce się przyznać, skąd o tym wie, przez co zostaje dwukrotnie spoliczkowany przez dwóch zauszników Nowosilcowa – Doktora oraz Bajkowa. Ksiądz przepowiada im rychłą śmierć:
„Panie, odpuść mu, Panie, on nie wie, co zrobił! Ach bracie, tą złą radą tyś sam się już dobił. Dziś ty staniesz przed Bogiem. […] Bracie, i ty poszedłeś za jego przykładem! Policzone dni twoje, pójdziesz jego śladem”.
Doktor podpowiada Senatorowi, aby otworzyć okno w celi Rollisona i tym samym upozorować jego samobójstwo, na co carski namiestnik wyraża zgodę.

Następuje scena balu u senatora, pary tańczą menueta z „Don Juana”, jedynie nieliczni patrioci przypatrują się temu z obrzydzeniem. Pojawiają się pomysły, aby zabić Nowosilcowa, lecz rosyjski urzędnik, Bestużew przepowiada, że nic to nie da, gdyż przyjdzie na jego miejsce inny, a nie uchroni to Polaków przed krwawymi represjami z tego powodu:
„Coż stąd, jednego łotra zgładzić, Lub obić — co za zysk? Oni wyszukują przyczyny, By uniwersytety znieść, Krzyknąć, że ucznie jakobiny, I waszą młodzież zjeść. […] Cesarz ma u nas liczne psiarnie, Cóż, że ten zdechnie pies”.

Ponownie przychodzi do Senatora matka Rollisona, która ubliża mu z powodu jego okrucieństwa, albowiem dowiedziała się, iż jej syn został wypchnięty z okna i że nie żyje. Ksiądz Piotr uspokaja kobietę, mówiąc, że młodzieniec wciąż żyje.

Tymczasem rażony piorunem ginie Doktor – spełnia się zatem przepowiednia. Nowosilcow – w obliczu tych wydarzeń – zezwala księdzu zajść do rannego Rollisona. Po drodze ksiądz spotyka Konrada, który prowadzony jest właśnie na śledztwo. Konrad przekazuje mu swój pierścień po to, aby za pieniądze pochodzące z jego sprzedaży wspomóc biednych oraz odprawić mszę za dusze w czyśćcu cierpiące. W zamian za ten dar ksiądz przepowiada Konradowi, iż zostanie zesłany wgłąb Rosji, lecz tam szukać ma swojego duchowego przewodnika, który jako pierwszy powita go „w imię Boże”:
„Za pierścionek ja ci dam przestrogę. Ty pojedziesz w daleką, nieznajomą drogę, Będziesz w wielkich, bogatych i rozumnych tłumie, Szukaj męża, co więcej, niżli oni umie; Poznasz, bo cię powita pierwszy w Imię Boże. Słuchaj, co powie...”.

W scenie IX – po roku od wydarzeń, jakie zaszły w Prologu – a więc 1 listopada 1824 roku znów następuje obrzęd Dziadów. Guślarz wraz z kobietą, której ostatnio objawiło się Widmo, próbują wywołać je znów, lecz się to im nie udaje. Wedle Guślarza może to być spowodowane tym, iż ostatnim razem wcale nie był on umarły, lecz żywy, a może zmienił swą wiarę lub imię (prawdopodobnie tyczy się to Gustawa, który przemianował siebie na Kordiana oraz porzucił dawne idee, poświęcając się wyłącznie walkę o ojczyznę). Oboje spostrzegają kibitki jadące na północ. Kobieta spostrzega tam mężczyznę, którego widmo chciała wywołać.

prawa autorskie: Crib.pl, Michał Ziobro

Opracowanie: Marta Akuszewska

DZIADY CZ. III - Martyrologia Narodu Polskiego w III części Dziadów

Pod pojęciem „martyrologia” kryje się inne, dużo bardziej wymowne: „męczeństwo”. Ikoną męczeństwa tu, na ziemi, pośród innych ludzi i innych narodów, jest wedle Mickiewicza naród polski. Naród jednocześnie cierpiący i wybrany – niczym Jezus Chrystus, umiłowany syn Boga Ojca, a jednocześnie posłany przez Niego samego na śmierć. Męczeństwo Polaków nie ma być zatem daremnym wysiłkiem i upokorzeniem, a raczej drogą ku odkupieniu win pozostałych krajów świata oraz własnemu zbawieniu. Taką koncepcję prezentuje w III części „Dziadów” sam Mickiewicz.

W dramacie nie brak zatem osobistych przesłanek autora, jego prywatnych refleksji i bolesnych wspomnień. Te znajdują się już w Przedmowie, w której zawarty jest pełen kontekst historyczno-obyczajowy wydarzeń towarzyszących akcji utworu, która dzieje się w latach 1823-1824. W tym czasie przypadły bowiem rządy absolutne cara rosyjskiego i krwawe prześladowania jego zausznika Nowosilcowa, który stacjonował jako namiestnik na ziemiach polskich. Prześladowania te dotknęły dotkliwie przede wszystkim młodzież wileńską, skupioną wokół uniwersytetu oraz tajnych stowarzyszeń filozoficzno-literackich, a do takich przynależał m.in. Mickiewicz. Poeta prześladowania te przyrównuje do rzezi niewiniątek zarządzonej przez Heroda (historia znana z Biblii).

W Dedykacji natomiast Mickiewicz zwraca się bezpośrednio do towarzyszy wspólnej niedoli, tj. wspomina z imienia i nazwiska swych poległych przyjaciół – Jana Sobolewskiego, Cypriana Daszkiewicza oraz Feliksa Kółakowskiego. Autor „Dziadów” nadaje im wszystkim miano „narodowej sprawy męczenników”.

Opis cierpień narodu polskiego rozpoczyna się już w Prologu oraz w scenie I dramatu, gdzie ma miejsce schadzka więźniów z okazji obchodów wigilii Bożego Narodzenia. Spotykają się oni, aby nie tylko spędzić wspólnie to tradycyjne katolickie polskie święto, ale także by wymienić się różnymi spostrzeżeniami i obserwacjami na temat represji carskich urzędników stosowanych wobec wileńskiej młodzieży. Pojawia się zatem tragiczna historia Janczewskiego (opowiedziana przez Sobolewskiego), który w akcie rozpaczy, a jednocześnie silnej determinacji, prowadzony na śmierć, zakuty w ciężkie łańcuchy, wyrywa się z trzykrotnym okrzykiem: „Jeszcze Polska nie zginęła!”. Niemniej dramatyczny jest los Wasilewskiego, który z powodu braku sił związanym ze wcześniejszym skatowaniem go w trakcie śledztwa, nie może samodzielnie dostać się do kibitki mającej zawieźć go wgłąb Rosji, aż na mroźną i surową Syberię. Podobnie smutna historia przydarzyła się Cichowskiemu (o tym opowiada Adolf w scenie VII, podczas balu u Senatora) – człowiekowi, który pewnego dnia został porwany przez Rosjan i przez długi czas katowany. Wreszcie udało mu się wrócić do swego domu, lecz nigdy więcej nie doszedł do stanu normalności, od tej pory miał ciągłe lęki wobec wszystkich napotkanych ludzi, nawet rodzina wydawała mu się zupełnie obca.

Trwogę i rozpacz wzbudzać ma również historia młodego chłopaka – Rollisona, który znajduje się więziony w celi w odrębnej wieży klasztoru. Cierpienia tego dopełnia w zupełności żal i boleść jego matki, która wielokrotnie interweniuje u Nowosilcowa o przychylność dla jej syna – tym bardziej wzruszająca i smutna jest jej naiwność i ślepa wiara w to, że senatorowi zależy na uwolnieniu chłopca i że można mu zaufać. Zdecydowanie najbardziej kulminacyjnym punktem i zwrotem akcji w tej historii jest ponowne przybycie niewidomej matki, jej wtargnięcie na bal u Senatora i wygarnięcie mu wszystkich win tuż po tym, gdy dowiedziała się, że Rollison został wypchnięty z okna i przez to się zabił – jak uspokaja ją jednak ksiądz Piotr – chłopiec przeżył.

Podczas balu w scenie VII jeden z patriotów, Wysocki, wypowiada się na temat Polaków w sposób następujący: „Nasz naród jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi; Pluwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”. Słowa te poświadczać mogą jedynie fakt, że w Polakach drzemie ogromna siła, która w danym momencie historycznym zostaje po prostu wystawiona na ciężką próbę – próbę wytrzymałości i wierności, niczym biblijny Hiob, na którego zesłano wiele nieszczęść i cierpień. Zesłał je sam Bóg, a wszystko po to, by przekonać nie tyle siebie, co przede wszystkim szatana, że Hiob nie ugnie się tak łatwo i pozostanie przy swoim Panu i nie zmieni wyznawanych przez siebie wartości.

Dość smutna scena ma miejsce niemal zupełnie na początku, kiedy więźniowie rozmawiają między sobą i wymieniają się własnymi doświadczeniami oraz zasłyszanymi nowinkami. Wszyscy się wzajemnie uzupełniają w tym i wspierają, a jednocześnie starają się nie dawać nikomu złudnych nadziei. Wszyscy poznają nowego przybysza – Żegotę, który ślepo wierzy, iż niedługo opuści to miejsce, ponieważ nie brał udziału w żadnym spisku, wystarczy tylko dobrze zapłacić komu trzeba, jednak jeden z więźniów, czyli Tomasz, sprowadza go natychmiast na ziemię, ponieważ w więzieniu znajduje się najdłużej, wobec czego czuje się w obowiązku poinformować towarzyszy o ohydnych, nieludzkich wręcz warunkach, w jakich przyszło mu przez cały ten czas mieszkać. Kiedy Tomasz proponuje nawet, aby poświęcili się ci, którzy są sierotami albo nie założyli własnych rodzin, ażeby pozostali mogli powrócić do swych domów, zostaje on zbyty milczeniem i natychmiastową zmianą tematu, nikt nie chce tego dalej ciągnąć.

W scenie V widzenie ma modlący się ksiądz Piotr, który pełen jest pokory wobec Boga. Widzi on zesłańców podążających na Sybir, lecz spostrzega, że jeden z nich ucieka po to, aby wybawić naród. Jest to wizja nadejście tajemniczego Odkupiciela, który nosić ma tajemnicze imię „czterdzieści i cztery” (może chodzić o Konrada, lecz niekoniecznie). Polska zostaje tu porównana do Chrystusa, który został przybity do krzyża (przyrównanie do trzech zaborców), bo namiestnik rzymski Piłat umył od tego ręce (aluzja do tego, w jaki sposób obeszła się z Polakami Francja). Płaczącą po swym Synu matką jest Wolność. Podobnie jednak jak Mesjasz – Polska zmartwychwstanie. Wpierw jednak musi dużo wycierpieć

O tym, do jakiego grzechu może uciec się człowiek opętany przez szatana, a więc siedlisko największego zła, przekonuje nas los Konrada. Konrad, który z pewnością, pomimo swych dobrych intencji i miłości wobec swych uciśnionych rodaków, popełnia grzech najcięższy – bluźnierstwa i to wobec samego Boga, którego omal nie przyrównuje do cara, tj. utożsamianego w tamtym okresie z samym diabłem. Cierpiący za swój naród Konrad jest skłonny dopuścić się nawet tak ogromnego zła, byle tylko wystąpić w imieniu swego narodu.

prawa autorskie: crib.pl

Opracowanie: Marta Akuszewska

DZIEJE TRISTANA I IZOLDY - STRESZCZENIE, CHARAKTERYSTYKA, OPRACOWANIE

Streszczenie

Utwór rozpoczyna się bezpośrednim zwrotem do adresata (charakterystycznym dla średniowiecznych trubadurów i truwerów): „Panowie miłościwi, czy wola wasza usłyszeć piękną opowieść o miłości i śmierci? To rzecz o Tristanie i Izoldzie królowej. Słuchajcie, w jaki sposób w wielkiej radości, w wielkiej żałobie miłowali się, później zasię pomarli w tym samym dniu, on przez nią, ona przez niego”.

Dzieje Tristana i Izoldy

DZIEJE TRISTANA I IZOLDY - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE


1. Dziecięctwo Tristana.

Utwór rozpoczyna się bezpośrednim zwrotem do adresata (charakterystycznym dla średniowiecznych trubadurów i truwerów): „Panowie miłościwi, czy wola wasza usłyszeć piękną opowieść o miłości i śmierci? To rzecz o Tristanie i Izoldzie królowej. Słuchajcie, w jaki sposób w wielkiej radości, w wielkiej żałobie miłowali się, później zasię pomarli w tym samym dniu, on przez nią, ona przez niego”.
Następnie narrator opowiada historię narodzin i dzieciństwa Tristana. Swego czasu król ziemi lońskiej Riwalen ruszył na pomoc władcy Kornwalii, królowi Markowi. W nagrodę za udzielenie wsparcia w walce z nieprzyjacielem otrzymuje on rękę Blancheflor, siostry Marka. Szczęście małżonków nie trwa jednak długo. Wkrótce Riwalen otrzymuje informację, że nieprzyjaciel diuk Morgan pustoszy jego ziemie. Riwalen wraca wraz z żoną do Lonii, pozostawia brzemienną Blancheflor pod opieką Rochałta zwanego  Rohałtem Dzierżącym Słowo, sam zaś udaje się na wojnę. Riwalen ginie w bitwie, zaś cztery dni po jego śmierci Blancheflor wydaje na świat pięknego syna. Będąc pogrążoną w głębokim smutku nadaje mu imię Tristan, sama zaś nie wytrzymując żalu po stracie męża umiera. Rohałt przygarnia sierotę i wychowuje go jak własne dziecko, chroniąc tym samym przed Morganem. W wieku siedmiu lat Tristan zostaje powierzony na wychowanie roztropnemu nauczycielowi Gorwanelowi.  Uczy on chłopca wszelkiej sztuki, która przystoi baronowi, tj.: władania mieczem, lancą, łukiem, sztuki myśliwskiej, śpiewu, gry na harfie, ale także nienawiści do kłamstwa i zdrady, wspomagania słabszych i dotrzymywania słowa. Tristan wyrasta na pięknego młodzieńca. Pewnego dnia norwescy kupcy zwabiają Tristana na swój statek, a następnie porywają go. Widząc jednak gniew morza, które nie sprzyja zdradzieckim statkom postanawiają wypuścić chłopca. Pozostawiają go na brzegu Kornwalii. Na obcej Ziemi Tristan spotyka myśliwych, pokazuje im sztukę oprawiania jelenia, ci patrzą na jego umiejętności ze zdumieniem. Chłopak chytrze przedstawia się jako syn kupca lońskiego, który uciekł z kraju by poznać obyczaje cudzoziemców. Myśliwi zabierają go na dwór króla Marka na zamku Tyntagiel, gdzie niegdyś miał miejsce ślub rodziców Tristana. Podczas wieczornej uczty Tristan daje popis swoich umiejętności artystycznych: gra na harfie i śpiewa pieśni. W ciągu trzech lat staje się ulubieńcem króla, służy mu jako lutnista, myśliwy i lennik. Międzyczasie Rohałt nieustannie poszukuje Tristana, w końcu odnajdując go w Kornwalii. Wyjawia Markowi, że młodzieniec jest jego siostrzeńcem, na dowód tego pokazuje czerwony kamień szlachetny należący do Blancheflor. Pojawia się informacja, że diuk Morgan zawładnął ponownie Lonią. Tristan otrzymuje od wujka wojska, powraca do Lonii, pokonuje Morgana i odzyskuje dziedzictwo. Ziemię lońską oddaje pod panowanie umiłowanego Rohałta, sam zaś powraca na dwór króla Marka wraz z Gorwenalem.

2.  Morchołt z Irlandii.

Irlandia żąda od króla Marka zapłacenia zaległego haraczu w wysokości trzysta młodzieńców i trzysta dziewcząt w wieku piętnastu lat losowo wybranych z pośród ludu jednocześnie grożąc spustoszeniem Kornwalii za nie wykonanie polecenia. Do Tyntagielu po haracz przyjeżdża potężny rycerz Irlandzki Morhołt. Budzi on wśród wszystkich postrach. W obliczu tej trudnej sytuacji król Marek zwołuje zgromadzenie baronów. Przybywa na nie również Morhołt, który wzywa do zapłacenia haraczu lub pojedynkowania się z nim. Żaden z baronów nie ma jednak odwagi powstać przeciwko niemu. Wtem wyrywa się Tristan i prosi króla o pozwolenie na pojedynkowanie się z Morhołtem. W ustalonym terminie Tristan wyrusza łodzią na Wyspę Świętego Samsona gdzie ma odbyć się pojedynek. Lud Kornwali naprzemiennie płacze i modli się za odważnego młodzieńca. Nikt w gruncie rzeczy nie wierzy w możliwość pokonania Irlandczyka. Po przybyciu na wyspę Tristan puszcza swoją łódź w morze i tłumaczy zdziwionemu tym zachowaniem Morhołtowi, że tylko jeden powróci żywy z tego pojedynku więc dwie łodzie są zbędne. Tristan ku zaskoczeniu wszystkich wygrywa pojedynek. Powraca w chwale do Kornwali, jest jednak słaby gdyż odniusł obrażenia. Ciało Morhołta zostaje odesłane do Weisefortu w Irlandii. Siostrzenica poległego rycerza, Izolda Jasnowłosa obiecuje zemścić się na Tristanie.  Wkrótce okazuje się, że Tristan został raniony zatrutym ostrzem, młodzieniec powoli umiera, nikt w Kornwalii nie potrafi mu pomóc. Zostaje on więc puszczony na barce w morze w nadziei, że znajdzie gdzieś ratunek. Tym sposobem dociera do Weisefortu, gdzie rany opatrza mu Izolda nieświadoma tożsamości młodzieńca. Wyzdrowiawszy Tristan zdaje sobie sprawę, że jako zabójcy Morhołta grozi mu w Irlandii niebezpieczeństwo, dlatego też przedstawia się fałszywie, a następnie czym prędzej zbiega do Kornwalii.

3. Szukanie pięknej o złotych włosach.

Siostrzeniec króla, Andret widząc iż ten zamierza zestarzeć się bezdzietnie i przekazać tron znienawidzonemu przez niego Tristanowi wraz z trzema innymi baronami (Gwenelonem, Gondoinem i Denoalenem) podjudza pozostałych baronów przeciwko młodzieńcu. Wmawiają im, że jest on czarnoksiężnikiem, który omamił króla Marka by zawładnąć Kornwalią. Toteż na jednym ze zgromadzeń usilnie namawiają Marka by ożenił się i wydał następce tronu. Ten jednak nie chcąc żony, sprytnie oświadcza, że jego ukochaną jest kobiet, której złoty włos przyniosły mu jaskółki. Baronowie rozumieją iż bezczelnie sobie z nich zadrwiono. Tristan domyślając się, że włos należy do Izoldy ogłasza iż jest gotów udać się na poszukiwanie Pięknej o Złotym Warkoczu. W tym celu wyrusza do Weisefortu wraz z setką młodych rycerzy przebranych za angielskich kupców. Będąc już na miejscu Tristan dowiaduje się o smoku, za którego zamordowanie król obiecał rękę swojej córki Izoldy. Mimo, że już 20 śmiałków poległo w zmaganiach z potworem, Tristan również postanawia spróbować swoich sił.  O dziwo udaje mu się zabić smoka, na dowód tego odcina mu język, nieszczęśliwie jednak omdlewa zatruty jadem smoka. Międzyczasie tchórzliwy kasztelan Aguynguerran Rudy, który wielokrotnie próbował zabić smoka za każdym razem uciekając ze strachu odnajduje nieprzytomnego Tristana i zabitego smoka, odcina mu głowę i zanosi królowi żądając ręki Izoldy. Król i szlachta irlandzka nie dowierzają mu, jednak zgodnie z obietnicą król postanawia oddać mu rękę swojej córki. Izolda wyczuwając oszustwo i broniąc się przed ślubem z tchórzliwym kasztelanem wyrusza służącą Brangien i wiernym sługą Perynisem pod smoczą jamę dowiedzieć się prawdy o zabójstwie potwora. Odnajduje nieprzytomnego Tristana i oddaje go pod opiekę matki, która go uzdrawia. Młodzieniec by udowodnić, że to on zabił smoka postanawia pojedynkować się z kasztelanem. Izolda przygotowując rynsztunek Tristana odnajduje wyszczerbiony miecz, który złamał się na głowie Morhołta. W ten sposób rozpoznaje prawdziwą tożsamość Tristana i postanawia go zgładzić. Atakuje bezbronnego młodzieńca podczas kąpieli, ten jednak przekonuje ją iż nie uczynił nic złego zabijając Morhołta w uczciwym pojedynku, opowiada o dwukrotnym uleczeniu go przez dziewczynę oraz o włosie i jaskółkach. Pominął jednak fakt iż walczy o Izoldę w imieniu króla Marka. Podczas zebrania baronów dowodzi, że to on, a nie Aguyngurrean Rudy jest zabójcą smoka. Mówi, że przybył po Izoldę jako wysłannik króla Marka. Przekonuje zebranych do zawarcia pokoju między zwaśnionymi krajami. Izolda odpływa wraz z Tristanem w stronę Kornwalii.

4. Napój miłosny

Przed wypłynięciem Izoldy do Kornwalii jej matka daje służce Brangien specjalnie przyrządzony przez siebie eliksir miłosny. Nakazuje jej by podała napój Izoldzie i królowi Markowi tuż przed ich nocą poślubną. Tłumaczy, że ci którzy go wypiją będą miłowali się przez całe życie, a nawet po śmierci. Prosi aby przechowała napój tak by nie trafił on w niepowołane ręce. Brangien obiecuje wszystkiego dopilnować. Podczas podróży Izolda jest pogrążona w żalu, opłakuje rozstanie z matką i ziemią ojczystą. Dziewczyna obawia się tego co ją spotka w Kronwalii. Podczas podróży statek zatrzymuje się na jakiejś wyspie, wszyscy wychodzą pozostaje tylko dziewczyna i Tristan. Spragnieni proszą służącą o przyniesienie im jakiegoś napoju. Ta znajduje bukłaczek z eliksirem i nieświadoma jego magicznej mocy podaje go młodym. Tristan i Izolda wypijają napój, który radzi między nimi uczucie. Oboje przez trzy dni usilnie powstrzymują się przed tą niebezpieczną miłością, nie chcą zdradzić króla Marka – ona jako jego przyszła żona, on jako wierny siostrzeniec i lennik. W końcu wyznają sobie miłość. Brangien widząc ich pocałunek wyjawia im prawdę o napoju. Czując się odpowiedzialna za to nieszczęście oddaje w ich ręce swe usługi i życie. Mimo wyznania Brangien młodzi nie potrafią zapomnieć o swej miłości. Spędzają pierwszą wspólną noc.

5. Brangien wydana niewolnikom

Izolda przybywa do zamku Tyntagiel, król jest zachwycony pięknem dziewczyny, wydaje uroczyste powitanie przyszłej królowej. Po osiemnastu dniach odbywa się ślub. W noc poślubną Brangien zastępuje Izoldę w łożu króla Marka by ukryć niesławę królowej i ocalić ją od śmierci. Król Marek darzy Izoldę głęboką miłością, zapewnia jej dostatnie i szczęśliwe życie. Dziewczyna u swego boku ma również Tristana, który zgodnie z wolą króla sypia w komnacie królewskiej. Kochankowie potajemnie się spotykają. Pewnego razu jednak Izolda uświadamia sobie jak wielkim zagrożeniem jest dla niej służąca Brangien, która zna wszystkie jej sekrety i tajemnice. W obawie iż ta mogłaby ją wydać, pod nieobecność króla i Tristana nakazuje dwóm niewolnikom zamordować służkę. Izolda rozkazuje zawieść Brangien do lasu, zabić ją, a następnie przynieść jej język. Mordercy otaczają służącą w lesie. Gdy pytają czym zawiniła, że królowa chce jej śmierci, ta odpowiada:

Przypominam sobie tylko jedną winę. Kiedy wyruszaliśmy z Irlandii, miałyśmy obie koszulę na naszą noc poślubną. Zdarzyło się na morzu, że Izold podarła swą godową koszulę i na noc poślubną pożyczyłam jej swojej.”

Na te słowa niewolnicy uczuli litość wobec kobiety, przywiązali ja do drzewa, a zamiast niej zabili psa, odcięli mu język i zanieśli Izoldzie. Izolda dowiedziawszy się, że Brangien była nie winna, zaczyna żałować swojego czynu. Sama jednak nie poczuwa się do winny i o wszystko oskarża niewolników, nazywa ich mordercami. Gdy jeden ze sług przyprowadza Brangien, kobiety wzajemnie się przepraszają i proszą o przebaczenie.

6. Wielka Sosna

Czterej baronowie, którzy nienawidzą Tristana, domyślając się romansu kochanków, zaczynają ich szpiegować. Dowiedziawszy się o ich potajemnych spotkaniach powiadamiają króla chcąc pozbyć się Tristana. Marek stwierdza, że baronowie wymyślili sobie to wszystko z nienawiści i zazdrości do jego siostrzeńca. Król jednak dręczony niepewnością podejmuje próby śledzenia Tristana i Izoldy. Nie udaje się mu jednak nic dostrzec, gdyż Brangien uprzedza kochanków. Mimo wszystko by uniknąć plotek prosi Tristana o oddalenie się z zamku. Ten opuszcza go, jednak nie potrafiąc żyć z dala od ukochanej zatrzymuje się w mieście Tyntagiel nie opodal zamku, mieszka z Gorwenalem. Ze względu na rozstanie zapada na febrę, gorączkuje. Również Izolda bardzo przeżywa rozstanie z ukochanym. Na pomoc zrozpaczonym kochankom przychodzi Brangien, wpada na pomysł by spotykali się oni w sadzie pod osłoną nocy. Zdradliwi baronowie przeczuwając ponowne spotkania kochanków próbują śledzić królową, jednak ta mając wsparcie Brangien za każdym razem umyka ich oczom. Wynajmują więc czarnoksiężnika, karła Frocyna, który wyjawia królowi iż Tristan i Izolda spotykają się w sadzie. Karzeł nakazuje królowi ogłosić, ze wyjeżdża na łowy, a następnie potajemnie przyczaić się na jednej z sosen nieopodal sadzawki. Do sadu przychodzi Tristan, puszcza w sadzawce strugane z drewna łódeczki – umówiony z Izoldą znak, nagle zauważa w lustrze wody odbicie Króla Marka siedzącego  na drzewie. Wkrótce przychodzi również Izolda. Dziewczyna przeczuwa, że coś jest nie tak, gdyż Tristan nie wybiega z otwartymi ramionami by ją przywitać jak to miał w zwyczaju czynić. W blasku księżyca również ona zauważa króla ukrytego między gałęziami sosny. Kochankowie by zataić swój romans sprytnie prowadzą rozmowę tak by wynikało, że spotykają się po raz pierwszy, a Tristan wezwał Izoldę gdyż chce ją prosić o ubłaganie litości u króla. W ten sposób król upewnił się, że Tristana i Izoldę nie łączy występna miłość. Postanawia on ponownie przyjąć Tristana na dwór, zaś karła skazać na śmierć. Frocyn przewidziawszy jednak swoją przyszłość w obawie o swoje życie ucieka.

7. Karzeł Frocyn

Król Marek pojednał sie z Tristanem. Ten ponownie wraca na zamek i jak niegdyś sypia w komnacie króla. Marek przebacza również oszczercom i karłowi. Ta dobroć jednak podsyca jeszcze bardziej nienawiść baronów. Grożą, że jeśli król nie pozbędzie się Tristana powrócą do swoich warowni i rozpoczną wojnę przeciwko niemu. Król ponownie za namową baronów zasięga rady Frocyna. Ten wymyśla następujący podstęp: Doradza królowi by nakazał Tristanowi z samego rana zanieść list do sąsiada Kornwalii, króla Artura i poinformował go o tym tuż przed nocą. Karzeł przeczuwa, że przed wyjazdem Tristan będzie chciał się spotkać z Izoldą. Król zgadza się na ten plan. Forcyn sprytnie rozsypuje mąką między łożami kochanków licząc na to, że Tristan pozostawi na niej swoje ślady i w ten sposób dowiedzie jego winy. Tristan, który zauważa podstęp postanawia pokonać drogę do łoża Izoldy przeskakując na nie. Zapomina jednak o krwawiącej stopie, którą zranił podczas polowania. Karzeł przyczajony za oknem daje znać królowi, że kochankowie są razem. Mimo, że Tristanowi udaje się powrócić do swojego łóżka zanim wchodzi król, ślady krwi świadczą ewidentnie o jego winie. Rozgniewany król postanawia zabić obojga kochanków. Baronowie związują Tristana i Izoldę. Ten staje jeszcze w obronie ukochanej, prosząc króla by zlitował się nad nią – pokazuje tutaj, że nie zależy mu na sobie lecz na ukochanej.

8.  Skok z kaplicy

Na wieść o tym, że Tristan i Izolda mają być straceni lud pogrąża się w żałobie. Z samego ranka na równinę za miastem zgodnie ze zwyczajem król zwołuje szlachtę Kornwalii. Ku zdziwieniu wszystkich planuje dokonać natychmiastowej egzekucji po przez spalenie na stosie kochanków bez wcześniejszego sądu nad nimi. Szlachta i zgromadzony lud współczując kochankom nalegają by król wcześniej wydał Tristana i Izoldę pod sąd. Król jednak nie myśli o rozpatrywaniu winy kochanków lecz o jak najszybszym ich uśmierceniu. Strażnicy jako pierwszego na stos prowadzą Tristana. Po drodze młodzieniec prosi by pozwolili mu pomodlić się w napotkanej po drodze kapliczce. Tristan korzystając z okazji wyskakuje przez tylne okno kaplicy i ucieka. Spotyka swego nauczyciela Gorwenala, który daje mu miecz i zbroje oraz pomaga w ucieczce. Jeden z mieszczan widział uciekającego Tristana, rad z tego powodu informuje Izoldę. Ta cieszy się, że jej ukochanemu udało się przeżyć. Król rozgniewany na wieść o ucieczce Tristana, karze pośpiesznie przyprowadzić królową. Dynas z Lidanu widząc strażnika wlokącego Izoldę na stos, pada do stóp króla Marka i prosi o uwolnienie królowej. Król jednak nie słucha jego próśb i ostrzeżeń. Zdenerwowany tą postawą króla składa mu wypowiedzenie służby i wraca do Lidanu. Wśród zgromadzonego tłumu znajdują się również trędowaci. Jeden z nich Iwon proponuje królowi by wydał im swoją żonę, tłumaczy iż trąd będzie dla niej gorszą karą niż spalenie na stosie. Król godzi się na propozycję Iwona. Orszak Trędowatych napotyka na Tristana i Gorwenala, odbijają oni królową od chorych i uciekają do lasu. Las moreński staje się teraz ich kryjówką.

9. Las moreński

Tristan i Izolda mieszkają w lesie moreńskim, żyją z tego co Tristanowi uda się upolować, co dziennie muszą zmieniać swoje legowisko. Wychudli, a ich odzież podarła się. Mimo to są szczęśliwi, gdyż mogą przebywać razem. Pewnego razu zabłądziwszy trafiają do pustelni brata Ogryna. Dowiadują się tam, że król ogłosił nagrodę dla każdego kto pochwyci Tristana. Ogryn namawia młodzieńca by oddał Izoldę małżonkowi, sam zaś ukorzył się i czynił pokutę. Tristan tłumaczy mu, że król sam wyrzekł się Izoldy oddając ją trędowatym oraz że nie ma zamiaru żałować. Kochankowie wracają do lasu, który daje im schronienie. Jeszcze podczas pobytu w Tyntagielu, Tristan wychował i wytresował pasa imieniem Łapaj, który po jego ucieczce całymi dniami skomlił i wył z tęsknoty za swoim panem. Król litując się nad zwierzęciem karze wypuścić psa. Ten po śladach odnajduje swojego pana. Tristan postanawia zaopiekować się psem, jednak by ten szczekając nie wydał ich kryjówki uczy go polować po cichu. Po pół roku życia w lesie, kochankowie budują sobie szałas. Nie muszą się już przenosić z miejsca na miejsce, gdyż baronowie w obawie o własne życie nie zapuszczają się do lasu moreńskiego. Swego czasu bowiem Gwenalon odważył się to uczynić i został zabity przez Gorwenala, nauczyciela Tristana przebywającego z kochankami.
Innym razem leśniczy znajduje miejsce pobytu Tristana i Izoldy, a następnie powiadamia króla Marka. Ten udaje się we wskazane miejsce z intencją zamordowania kochanków. Król zastaje Tristana i Izoldę śpiących razem, są jednak rozdzieleni nagim mieczem (symbol niewinności), a ich usta nie są złączone. Widząc ich  tak śpiącymi postanawia darować im życie. Marek zostawia w szałasie znaki swojej przychylności: pierścień, nagi miecz i rękawiczki. Tristan i Izolda przebudziwszy się i zauważywszy te znaki uznają, że król poszedł wezwać posiłki. W obawie o swoje życie uciekają ku ziemi walijskiej.

10. Pustelnik Ogryn

Trzy dni później Tristan podczas polowania zastanawia się nad słusznością decyzji o ucieczce i ukrywaniu się przed królem. Stwierdza, że jeśli król chciałby ich zabić to uczynił by to podczas ich snu i nie pozostawiał w szałasie swego oręża. Uznaje on, że Marek zlitował się nad nimi. Zastanawia się czy nie podjąć próby pojednania się z królem. Uważa również, że Izolda będąca do tej pory królową, z powodu jego występnej miłości żyje teraz w lesie jak niewolnica. Wacha  się czy nie oddać ukochanej Markowi, gdyż on pozbawiając ją wygód wyrządza jej tylko krzywdę. Również Izolda oczekująca powrotu Tristana z polowania zastanawia się nad słusznością ucieczki. Uznaje, że przez nią Tristan stracił uznanie i szacunek króla. Poprzez te wyznania kochankowie pokazują wielkość łączącej ich miłości i wzajemną troskę. Tristan i Izolda postanawiają pogodzić się z królem Markiem. W tym celu udają się do pustelnika Ogryna zasięgnąć rady. Tristan postanawia oddać Izoldę królowi, sam zaś myśli udać się w dalekie kraje. Pustelnik pochwala jego decyzję. Tristan osobiście dostarcza królowi list ze swoją propozycją, a następnie ucieka bojąc się jego reakcji.

11. Szalony bród

Marek zwołuje zgromadzenie baronów, których pyta o radę w sprawie otrzymanego od Tristana listu. Kapelan odczytuje zebranym treść pisma: Tristan najpierw pozdrawia w nim króla i baronów, następnie opowiada całą historię uczucia łączącego go z Izoldą ukrywając przy tym zdradę kochanków, na zakończenie wyzywa każdego kto sprzeciwi się wiarygodności jego słów na pojedynek. Baronowie słysząc, że każdy kto nazwał by uczucie łączące kochanków obraźliwym wobec króla będą musieli wojować z Tristanem przylegają jednogłośnie na propozycję młodzieńca. Tym samym król idąc za radą baronów postanawia przyjąć ponownie Izoldę, zaś Tristanowi nakazać opuścić kraj. Marek rozkazuje sporządzić list w którym informuje Tristana, że przekazanie Izoldy odbędzie się przy Szalonym Brodzie. Kochankowie wiedząc o nadchodzącym rozstaniu wymieniają się nawzajem podarkami. Izolda daje Tristanowi pierścień z zielonego jaspisu, zaś młodzieniec w zamian zostawia jej Łapaja. O ustalonej porze udają się nad Szalony Bród. Oczekują tam na nich król Marek wraz z baronami. Żegnając się, Izolda mówi Tristanowi, że jeśli tylko będzie chciał podąży do niego za posłańcem, który pokaże jej pierścień z zielonego jaspisu. Prosi także ukochanego by nie opuszczał Kornwalii dopóki nie upewni się, że nic jej nie grozi na dworze króla Marka. Następnie Tristan przekazuje Izoldę królowi, sam zaś tłumaczy iż zamierza wyjechać na dwór króla Fryzji. Z okazji powrotu królowej do Tyntagielu na zamku odbywa się uczta dla poddanych, król karze uwolnić 100 więźniów, ma również miejsce pasowanie giermków na rycerzy. Tristan natomiast zgodnie z przysięgą złożoną ukochanej ukrywa się w Kornwali u leśnika Orriego.

12. Sąd przez rozpalone żelazo

Król Marek wygania: Denoalena, Anderta i Gondoina, którzy domagają się by Izolda została poddana próbie przez rozpalone żelazo. Miała by ona wykazać czy królowa rzeczywiście jest niewinna. Trzej baronowie w obliczu gniewu króla postanawiają czym prędzej wyjechać do swoich warowni. Izolda dowiedziawszy się o całym zajściu wstawia się za wygnanych baronów, prosi króla by pozwolił im wrócić, sama zaś zamierza poddać się próbie prawdy. Prosi jednak by przybył na nią król Artur ze swoimi rycerzami tak by w przyszłości baronowie nie śmiali już jej oskarżać. Izolda chce również by próba odbyła się na drugim brzegu rzeki otaczającej Tyntagiel, snuje bowiem sprytny podstęp. Król godzi się na te żądania. Następnie królowa posyła swego wiernego sługę Perynisa by odnalazł Tristana i przekazał mu, że jej życzeniem jest by młodzieniec przybył na Białą Równinę w dniu sądu w przebraniu pielgrzyma. Tristan postanawia spełnić wolę ukochanej. W drodze powrotnej Perynis spotyka leśniczego, który niegdyś wyjawił kryjówkę kochanków w lesie moreńskim, sługa zabija zdrajcę. W dniu sądu król Marek, Izolda i baronowie przybywają na Białą Równinę, następnie muszą przedostać się na drugą stronę rzeki gdzie czekają na nich król Artur i jego rycerze. Zgodnie z planem przebrany za pielgrzyma Tristan przenosi królową na drugi brzeg rzeki. Tam odbywa się próba przez rozpalone żelazo poprzedzona przysięgą Izoldy na relikwie świętych. Królowa sprytnie formułuje treść przysięgi, mówi, że żaden mężczyzna poza mężem i pielgrzymem nie trzymał jej w rękach, a następnie wyciąga gołymi rękami rozżarzone  żelazo z ogniska i pomyślnie przechodzi próbę.

13. Głos słowika

Tristan wie, że Izoldzie nic już nie grozi na dworze króla Marka, gdyż pozytywnie przeszła próbę rozpalonego żelaza.  Postanawia opuścić Kornwalię zgodnie z obietnicą daną królowi. Tristan wraz ze swym nauczycielem Gorwenalem udaje się w stronę Walii. Jednak po drodze przejeżdżając obok sadu w którym niegdyś spotykał się z Izoldą przypomina sobie o szalonej miłości do ukochanej. Mężczyzna przeskakuje palisadę otaczającą sad i udaje się pod wielką sosnę. Następnie idzie ścieżką w kierunku zamku i zbliża się do okna komnaty w której sypia królowa. Zaczyna udawać śpiew słowika, słysząca ten głos Izolda rozpoznaje iż jest to Tristan i wychodzi mu na spotkanie. Od tej pory pod nieobecność króla w Tyntagielu spotykają się nie tylko nocami, ale również za dnia. Pewnego razu baronowie dowiadują się od jednego ze sług o wizytach Tristana i postanawiają przyłapać kochanków na gorącym uczynku. Tristan tego dnia napotkawszy na drodze do zamku szpiegującego go Denoalena zabija zdrajcę, następnie odcina mu głowę i postanawia pokazać ukochanej. Podczas spotkania Izolda zauważa iż są podglądani przez Gondoina. Kobieta sprytnie sugeruje kochankowi by napiął łuk i wycelował do wroga. Tristan zauważywszy kolejnego zdrajcę zabij go. Kochankowie widząc, że są szpiegowani, a Andret – jeden ze zdrajców nadal żyje decydują się na tymczasowe rozstanie.

14. Dzwonek cudowny

Tristan znajduje schronienie w Galii, na ziemi szlachetnego diuka Żylenia, z którym szybko się zaprzyjaźnia. Jest jednak pogrążony w ogromnym smutku i tęsknocie za ukochaną. Pewnego dnia zauważa to książę i postanawia ukoić jego rozpacz. Pokazuje mu swojego pasa Milusia posiadającego czarodziejski dzwoneczek. Król przywiózł psa z Wysp Awalońskich. Dzwoneczek wydawał dźwięki tak wesołe, tak jasne, że żałość Tristana ustąpiła. Tristan jednak szybko uznał, że piesek byłby wspaniałym podarunkiem dla Izoldy i zapragnął go dla niej zdobyć. W tym celu postanowił pokonać olbrzyma Urgana Włochatego, który ściągał z Galii haracze, a za którego zabicie król wyznaczył nagrodę. Żyleń zgodził się oddać Tristanowi ze swoich bogactw to, co uzna za najcenniejsze jeżeli tylko zgładzi potwora. Tristan pokonuje olbrzyma, przynosi królowi jego pięść. W zamian natomiast żąda od diuka oddania mu Milusia. Książę z wielkim smutkiem oddaje mu swojego psa, którego Tristan następnie wysyła do Izoldy. Ta bardzo ceni podarek od kochanka jednak z biegiem czasu uznaje, że to nie pies, a jego dzwoneczek fałszywie koi ból w jej sercu podczas gdy Tristan usycha z tęsknoty. Ściąga więc magiczny dzwoneczek i przez otwarte okno wyrzuca go do morza.

15. Izolda o Białych Dłoniach

Kochankowie nie mogli żyć ani umierać jedno bez drugiego. W rozłączeniu nie było to życie ani śmierć, ale i życie, i śmierć razem. Tristan przez dwa lata tuła się po różnych krainach nigdzie nie mogąc znaleźć spokoju będąc z dala od ukochanej. Odwiedza ojczystą Lonię, podróżuje po Fryzji, Gawii, Alemanii, Hiszpanii. Wszędzie towarzyszy mu wierny Gorwenal. Po tak długim okresie bez żadnej wieści z Kornwalii Tristan zaczyna myśleć, że ukochana już o nim zapomniała. Wówczas Tristan dociera do Bretanii spustoszonej przez hrabiego Ryjola. Chciał on poślubić córkę księcia Bretanii Hoela, ten jednak mu odmówił z czego zrodziła się wojna. Tristan dowiedziawszy się o tym wyrusza do Karhen, ostatniej broniącej się twierdzy księcia Hoela by udzielić mu wsparcia. Tristan poznaje księcia Hoela, jego syna Kahedryna oraz córkę Izoldę o Białych Dłoniach. Tristan i Kahedryn zaczęli prowadzić walkę podjazdową atakując znienacka namioty nieprzyjacielskie otaczające twierdzę Karhen. Gdy Ryjol napuścił w końcu szturm na zamek, Tristan znacząco przyczynił się do pokonania wroga wygrywając pojedynek z hrabią Ryjolem. W zamian za pomoc w obronie Karhen, Tristan otrzymuje rękę księżniczki Izoldy o Białych Dłoniach. Sądząc, że jego była ukochana już o nim zapomniała poślubia córkę Hoela. Zrozumiawszy swój błąd by dotrzymać wierności ukochanej królowej Kornwalii, podczas nocy poślubnej wmawia żonie iż uratowany niegdyś od smoka przyrzekł, że przez rok nie tknie małżonki.

16. Kaherdyn

Podczas polowania gdy Tristan, Kaherdyn i Izolda o Białych Dłoniach jechali konno przytrafiło się, że koń Izoldy potknął się w bajorze, a woda prysła powyżej kolan dziewczyny. To zdarzenie wydało u niej śmiech, a następnie powiedziała bratu, że woda ważyła się na więcej, niż kiedykolwiek odważył się wobec niej Tristan. Następnie powiedziała mu, że Tristan nie chce z nią współżyć. Kaherdyn chcąc wyjaśnić tę sprawę postanowił porozmawiać z Tristanem. Ten opowiada mu całą historie swojej nieszczęśliwej miłości do Izoldy Jasnowłosej. Kahedryn  mimo, że jest zdziwiony tą opowieścią bardzo współczuje przyjacielowi. Doradza by wspólnie udać się do Tyntagielu i dowiedzieć czy królowa wciąż go kocha i myśli o nim.  Między czasie narrator informuje nas, że Izolda również cierpi z powodu rozłąki z ukochanym, a uczucie jej smutku potęguje informacja od posłańca Kariado, który doniósł jej o ślubie Tristana.  Przybywszy do Kornwalii Tristan i Kaherdyn kierują swoje kroki do Lidanu gdzie mieszka Dynas – dawny przyjaciel Tristana. Nieszczęśliwy kochanek dowiaduje się od niego, że od kiedy wyjechał Izolda usycha ze smutku. Tristan powierza Dynasowi pierścień z zielonego jaspisu i poselstwo, które ma przekazać Izoldzie.

17. Dynas z Lidanu

Dynas przybywa na dwór króla Marka. Podczas gdy królowa gra z królem w szachy dyskretnie pokazuje jej pierścień z zielonego jaspisu. Widząc ten znak Izolda przerywa grę, udaje się do swojej komnaty gdzie również wzywa Dynasa. Tam posłaniec błaga królową w imieniu Tristana by zgodziła się na spotkanie, upewnia ją również co do wierności ukochanego mimo ślubu z Izoldą o Białych Dłoniach.  Królowa zgadza się na spotkanie w imię złożonej niegdyś przysięgi. Miejscem spotkania ma być Biała Równina. W ustalonym dniu Tristan i Kaherdyn ukrywają się w chaszczach przy drodze, którą ma przejeżdżać orszak królewski, na drodze natomiast kładą gałązkę leszczyny. Gdy pojawia się królowa Tristan zaczyna udawać śpiew piegży i skowronka. Izolda szybko rozpoznaje znaki dawane jej przez ukochanego, a następnie symulując, że mówi do ptaków zwraca się do krzaku głogu. Informuje w ten sposób Tristana iż spotkają się w zamku Świętego Łubina. Między czasie dochodzi jednak do nieszczęsnego nieporozumienia. Gorwenal i giermek Kaherdyna, którzy pilnowali koni przy drodze zostają zauważeni przez sługę królowej, Bleheriego.  Blehari poznał z daleka Gorwenala oraz tarczę Tristanową i pomyślał, że ma przed sobą Tristana. Bezskutecznie wzywał ich do zatrzymania zaklinając Tristana na imię Izoldy Złotowłosej. Blehari zdał relację z całego zdarzenia królowej. Izolda myśląc, że Tristan drwi sobie z niej gdyż poślubił inną, a teraz hańbi jej imię, odmawia spotkania z kochankiem. W tym celu wysyła Perynisa by powiedział Tristanowi iż nie życzy sobie spotykać się z nim.  Gdy następnego dnia Tristan przebrany za żebraka błaga ją o litość rozkazuje go przepędzić. Zrozpaczony kochanek opuszcza Kornwalię. W tym momencie królowa zauważa swoją pomyłkę, jest już jednak za późno by cokolwiek zmienić, na znak pokuty zaczyna nosi pod ubraniem włosiennicę.

18. Szaleństwo Tristana

Tristan wygnany przez Izoldę Jasnowłosą wraca do Bretanii. Jest pogrążony w smutku, usycha z żalu za ukochaną. Nie mogąc dłużej wytrzymać z dala od Izoldy postanawia ponownie wyjechać do Kornwalii i za wszelką cenę spotkać się z ukochaną. Nie informując nikogo opuszcza Karheń, nędznie ubrany udaje się na wybrzeże, a stamtąd statkiem kupieckim do Tyntagielu. Wiedząc, że ani siłą ani chytrością nie zdoła dostać się do zamku wymyśla podstęp: zamienia się płaszczem z ubogim rybakiem, goli sobie głowę wycinając znak krzyża, smaruje twarz płynem z magicznych ziół zmieniając jej kolor i wygląd, zaopatrza się w maczugę, a następnie udając obłąkanego dostaje się na dwór króla Marka. Tam wszyscy uznają go za szaleńca. Wchodzi do sali królewskiej, gdzie zmienionym głosem rozmawia z królem i królową, ci również go nie poznają mimo, że opowiada o wydarzeniach, które powinny odkryć jego tożsamość przed Izoldą. Król jest zadowolony z przybycia błazna, królowe zaś smuci fakt iż wyjawia on szczegóły z jej życia. Gdy król i rycerze udają się na polowanie, królowa wraca do swojej komnaty, podąża za nią również Tristan. Izolda poznaje go dopiero gdy pokazuje jej pierścień z zielonego jaspisu. Dzięki swemu przebraniu Tristan może przebywać bezpiecznie na dworze. Służba wyznacza mu miejsce do spania pod schodami. Przez kilka dni ma możliwość widywania się z Izoldą. Wkrótce jednak o jego spotkaniach z królową dowiaduje się Andert, w wyniku czego Tristan jest zmuszony opuścić Tyntagiel. Żegnając się z Izoldą mówi jej o bliskiej śmierci, wspomina również o odejściu wraz z ukochaną do szczęśliwego „kraju Żywych” z którego nikt nie wraca.

19. Śmierć

Tristan powraca do Karheniu w Małej Bretanii. Tam udzielając pomocy w walce Kaherdynowi wdaje się w bitwę z baronem Bedalisem, mimo odniesionego zwycięstwa zostaje raniony zatrutą lancą. Żaden z lekarzy bretońskich nie jest w stanie mu pomóc, Tristan widzi iż zbliża się jego śmierć. Pragnąc ujrzeć Izoldę Jasnowłosą w ostatnich dniach swojego życia prosi Kaherdyna by pojechał do Kornwalii i sprowadził do niego ukochaną. Tristan daje Kaherdynowi pierścień z zielonego jaspisu oraz poucza go jak dostać się do królowej. Nakazuje również przyjacielowi wziąć dwa żagle: biały – który ma zawiesić, gdy misja powiedzie się, czarny – który, ma zawiesić, gdy misja zakończy się niepowodzeniem. Izolda o Białych Rękach podsłuchawszy rozmowę Tristana i Kaherdyna poprzysięga zemstę na mężu. Kaherdyn przebrany za kupca dociera do Tyntagielu, a następnie do Izoldy Jasnowłosej. Z powodzeniem nakłania ją do spełnienia prośby Tristana. Następnego dnia królowa pod pretekstem udania się na polowanie z sokołem idzie do portu. Towarzyszy jej jednak Andert, który już od dłuższego czasu nieustannie ją śledzi. Kaherdyn zabija jednak zdrajce topiąc go w wodzie podczas gdy ten chciał wejść na statek. Następnie królowa wraz z Kaherdynem odpływają ku Bretanii.  Z powodu sztormu podróż wydłuża się, międzyczasie Tristan jest coraz bardziej wyczerpany chorobą. Podczas jednej z nocy na statku Izolda ma proroczy sen, z którego wynika iż nie zdąży ujrzeć ukochanego żywym. Gdy w końcu statek zbliża się do portu w Karheń, zostaje on zauważony przez Izoldę o Białych Dłoniach, która chcąc się zemścić na mężu okłamuje go mówiąc mu, że  statek powraca pod czarnym żaglem. Tristan dowiedziawszy się o tym odwraca głowę do ściany, po trzykroć wypowiada imię ukochanej Izoldy, a następnie oddaje ducha. Izolda przybywszy i dowiedziawszy się o śmierci ukochanego z żalu umiera nad jego zwłokami. Król Marek przypływa po zwłoki kochanków, urządza im pogrzeb w Kornwalii. Z grobu Tristana wyrasta krzew głogu, który zanurza się w mogile Izoldy. Ucinano kilkakrotnie głóg, jednak ten ponownie odrastał. Ostatecznie król Marek zabrania ucinać głóg. Cały utwór kończy się zwrotem do czytelników – autor pozdrawia ich w imieniu dawnych rybałtów, którzy przekazali tę historię: Beroula, Thomasa, Eilharta i Gotfryda.

Michał Ziobro


GRANICA - STRESZCZENIE, CHARAKTERYSTYKA, OPRACOWANIE

Wybierz z poniższej listy dostępne opracowania:

GRANICA - ZOFIA NAŁKOWSKA - CHARAKTERYSTYKA BOHATERÓW I OPIS POSTACI

Zenon Ziembiewicz jest bohaterem, wokół losów, którego toczy się akcja powieści „Granica” Zofii Nałkowskiej.

Zenon pochodził ze szlacheckiej rodziny: jego ojcem był Walerian Ziembiewicz, zaś matką Joanna z Niemierów. Wychował się w Boleborzy, majątku, którym zarządzał jego ojciec. Uczył się w mieście gdzie toczy się akcja powieści, potem studiował w Paryżu, a następnie był redaktorem gazety „Niwa”, po czym został dyplomatą i prezydentem miasta. Jego żoną została Elżbieta Biecka, jego kochanką była zaś przez jakiś czas Justyna Bogutówna. Miał syna z Elżbietą, który po jego ojcu nosił imię Walerian. Po oblaniu kwasem przez Justynę i utracie wzroku popełnił samobójstwo.

Zenon w czasie, gdy uczył się i udzielał korepetycji Elżbiecie miał gęste, przylizane, ciemne włosy, a także nosił zbyt wąskie spodnie, co świadczyło o jego ubóstwie i wzbudzało pogardę Elżbiety, w której się podkochiwał. Jako młody człowiek, student nosił się dość niechlujnie, rzadko się golił i był dość chudy i wysoki. W starszym wieku, gdy stał się już dyplomatą jego sylwetka była pochylona, a jego twarz miała garbaty profil i ascetycznie wydłużoną dolną szczękę. Ubierał się elegancko i nosił melonik.

Od najmłodszych lat cechowała go duża ambicja i inteligencja. Chętnie i szybko zdobywał wiedzę, był bardzo dobrym uczniem. Już w młodym wieku stał się dość nieufny w stosunku do wzorów, jakie przekazywali mu ojciec i matka: uznał ich za mało wykształconych, a ojca potępiał, jako zbyt skłonnego do zdrad małżeńskich. Chciał jednej rzeczy: żyć uczciwie. Potem jednak porzucił te ideały w pogoni za karierą i wysoką pozycją.

W obecności najbliższych był cichy, spokojny i powściągliwy, jednak, gdy znajdował się w większym towarzystwie stawał się na siłę dowcipny, rozmowny, zawsze chciał kontrolować sytuację. Bardzo ważne dla niego było kreowanie swojego pozytywnego wizerunku, dlatego za wszelką cenę ukrywał swoje stosunki z Justyną przed opinią publiczną i zmuszał do pomocy w tym swoją żonę. Był zagubiony i rozdwojony w sobie. Z jednej strony popełniał błędy, które świadczyły o nim źle, a z drugiej ciągle się usprawiedliwiał i nie sądził, że jest złym człowiekiem. Wyrządził krzywdę Justynie, a jego pomoc jej ograniczała się do dbania o to by nie miała ona pretekstu do ujawnienia ich romansu. Dał jej pieniądze na usunięcie ciąży, ale sądził, że to wina Justyny, że ją usunęła, choć wyraźnie ją do tego popchnął.

Zenon był zdolny do miłości, mimo, że pierwszych swoich dwóch kobiet, Adeli I Justyny, nie kochał. Za swoją miłość idealną uznawał Elżbietę. Był zrozpaczony, kiedy go opuściła. W ogóle nie zważał na uczucia Justyny, cały czas myślał o Elżbiecie albo o sobie. Był skłonny do samolubnego zaspokajania swoich popędów, o czym świadczy romans z Justyną, a także zadawanie się z kobietami lekkich obyczajów w Paryżu. Powielał w tym zachowanie swojego ojca i tak jak on zmuszał swoją żonę do wybaczania mu grzechów.

Jako polityk, a wcześniej redaktor Zenon był skłonny do konformizmu. Poddawał się każdej sugestii Czechlińskiego, nawet, jeśli chodziło o wydanie rozkazu o strzelaniu do robotników. Zależało mu na wejściu do elity, zaczął nawet chodzić na polowania, choć wcześniej dziwił się, że jego ojciec to robi.

W powieści otrzymujemy dwa obrazy Zenona: jeden uwzględniający wszelkie jego motywacje i tłumaczenia, z którego wynika, że Zenon był człowiekiem wrażliwym i myślącym, ale okoliczności sprawiały, że zachowywał się bezwzględnie i wyglądał na człowieka nieczułego. Drugi obraz pokazuje nam Zenona tylko z perspektywy jego czynów: uwiedzenia młodej, naiwnej dziewczyny, zdradzania żony, popchnięcia kochanki do usunięcia ciąży itd. Elżbieta powiedziała do niego:, „Ale wszystko, czego nie chciałeś, jest teraz po tej samej stronie co ty.” Co tyczy się nie tylko tego, że zaprzedał swoje polityczne ideały i poglądy, ale również tego, jakim stał się człowiekiem. W obliczu oskarżeń żony zachowywał się ironicznie, wyniośle i sztucznie.

Ostatecznie okazało się, że nie był człowiekiem uczciwym tak jak chciał. Być może akt samobójstwa był wynikiem uświadomienia sobie tego faktu.

Zenon Ziembiewicz jest postacią trudną do jednoznacznej oceny. Na kartach powieści nie jawi się jednoznacznie, jako czarny charakter, a mimo to, możemy stwierdzić, że wszelkie nieszczęścia zdarzały się z jego winy. Nie można jednak przy jego ocenie pominąć faktu, iż często miał dobre chęci, a to okoliczności niszczyły jego plany. Przykładem takiej sytuacji jest próba poprawy losu robotników w mieście i nie uzyskanie na ten cel pieniędzy lub początkowo bezinteresowna, chęć pocieszenia Justyny po śmierci jej matki.

Justyna Bogutówna jest jedną z głównych bohaterek powieści Zofii Nałkowskiej pt. „Granica”. Ta młoda, niewykształcona kobieta wychowana na wsi wplątała się w miłosny trójkąt, który zniszczył jej życie.

Justyna była nieślubnym dzieckiem Karoliny Bogutowej, kucharki, która została wyrzucona z pracy jak tylko jej pracodawczyni pani Warkoniowa dowiedziała się o ciąży. Po urodzeniu dziecka Bogutowa otrzymała pracę na wsi w majątku Tczewskich i tu wychowała się mała Justyna, bawiąc się nawet przez jakiś czas z córką hrabiów, panienką Różą. Później mieszkała wraz z państwem Borbockimi, a następnie w dziewiętnastym roku życia przeniosła się do Boleborzy gdzie poznała Zenona Ziembiewicza i wdała się z nim w romans. Po śmierci matki zamieszkała w mieście gdzie pracowała kolejno jako służąca, w sklepie oraz w cukierni. Była w ciąży z Zenonem, ale usunęła ją, co sprawiło, że stała się bardzo nieszczęśliwa. Próbowała popełnić samobójstwo wypijając jodynę, a w końcu popadając w obłęd oblała Zenona Ziembiewicza kwasem, po czym chciała wyskoczyć przez okno. Na końcu książki dowiadujemy się, że osadzono ją w areszcie.

Kiedy Zenon pierwszy raz widzi Justynę ma ona włosy obcięte jak u chłopca, jasne i proste, a także czystą, białą, porcelanową cerę. Pani Żancia twierdziła, że nie widać po niej chłopskiego pochodzenia. Zenonowi wydawała się doskonała. Według niego(…) sama była ciepła, była miękka i przelewna jak jej głos.” Kiedy zamieszkała w mieście przestała wyglądać tak pociągająco. Jej skóra stała się anemicznie blada, od pracy jej ręce stały się szorstkie i otaczał ją zapach smażonego tłuszczu i potu. Elżbieta oceniła ją, jako kobietę prostą, źle ubraną i nie dość szczupłą. Miała ”duże oczy, bardziej niebieskie od płaczu(…) usta niemądre, z dziecinnie poderwaną górną wargą”. „Była ładna we łzach, policzki miała różowe i gorące. Nie można było tego nie widzieć, nie można było o tym zapomnieć. Nie można było tego wytrzymać - jej rąk gołych po pachy, jej szyi grubej i okrągłej, jej nóg, obutych tylko w białe, płócienne pantofle.” Kiedy zaczęła pracować w sklepie ubierała się bardziej elegancko, a także była dużo szczuplejsza.

Bogutówna wyróżniała się dużą komunikatywnością i bezpośredniością, uwielbiała opowiadać historie z życia innych ludzi: „Jej życie utkane było z cudzych zdarzeń” Była prostolinijną, radosną dziewczyną, która nie chciała przejmować się jutrem. Chciała wygodnie żyć, o czym świadczyła chęć częstej zmiany pracy na mniej absorbującą. Jednocześnie była też pracowita, o czym świadczy fakt, że przychodziła do pracy w sklepie bardzo wcześnie, jeszcze przed właścicielem, a także to, że szybko awansowała na kasjerkę. Zatraciła się w miłości do Zenona, wierzyła w jego miłość, mimo, że on tego nie potwierdzał. Była bardzo ufna, nie chciała dostrzegać i nie dostrzegała niebezpieczeństw życia. Do końca wierzyła, że wszystko potoczy się dobrze. Cechowała się także dumą, szczególnie w sytuacji, gdy nie chciała przyjąć pomocy od Elżbiety. Nie chciała także być ciężarem dla Zenona, dlatego usunęła ciążę, choć bardzo pragnęła mieć dziecko. Śmierć matki sprawiła, że chciała za wszelką cenę przelać na kogoś swoją ogromną potrzebę kochania. Gdy nie udało się to z Zenonem, myślała, ze przeleje ją na dziecko. Kiedy je także straciła głęboko się załamała. Bogutówna nie była bardzo inteligentną osobą, cechował ją raczej dość infantylny sposób myślenia. To osoba opierająca się na swoich uczuciach, a nie przemyśleniach. Ze względu na jej niskie pochodzenie Elżbieta, a później też Zenon uznawali ją za osobę gorszą i głupszą od siebie.

Była bardzo wrażliwa, aby pokonać przeciwności losu potrzebowała wsparcia. Stało się to powodem, dla którego ciągle prosiła Zenona o pomoc. Pozostawiona sama sobie z wyrzutami sumienia spowodowanymi usunięciem ciąży, Justyna stała się rozgoryczona, nie chciała utrzymywać kontaktu z ludźmi, zaczęła się ich bać lub nienawidzić. Zenona uważała za sprawcę swoich nieszczęść, dlatego postanowiła się zemścić. Nie była jednak osobą skłonną do złych uczynków, to rozpacz, depresja i bezsilność doprowadziły ją do desperackich czynów.

Justyna Bogutówna jest paradoksalnie, ofiarą, mimo iż na początku i na końcu powieści uznawana jest za winowajczynię. Stała się ofiarą swojej własnej łatwowierności i naiwności, a także ofiarą człowieka, którego próbowała zabić - Zenona Ziembiewicza.

Elżbieta Biecka pochodziła z zamożnej rodziny. Jej rodzice rozwiedli się, kiedy była małą dziewczynką. Wychowywała się w domu ciotki, Cecylii Kolichowskiej. Została żoną Zenona Ziembiewicza i matką Waleriana Ziembiewicza.

Kiedy poznajmy Elżbietę, jako piętnastoletnią dziewczynę jest mała i nosi długie warkocze pensjonarki. Jako dorosła kobieta miała krótko ostrzyżone, przylegające do głowy, ciemne włosy. Ubierała się z prostotą w ciemne kolory. Była szczupła, miała cienkie ręce i palce, które wydawały się Zenonowi kościste i posiadające zbyt wypukłe paznokcie.

Jako nastoletnia panna Elżbieta, zwana Elżbiebiecką, zachowywała się w stosunku do Zenona wyniośle i z pogardą. Uważała się za lepszą z powodu wyższego pochodzenia i majątku. Jednocześnie była zakochana w Awaczewiczu, miłością bezinteresowną, nie oczekując wzajemności. Łatwo można było zranić jej uczucia. Była rozgoryczona. I żywiła głęboką urazę do matki, za to, że ta opuściła jej ojca i miała kochanków. Elżbieta uważała także, że ciotka jej nie kocha i dlatego nie okazywała starszej kobiecie uczucia. W młodym wieku była obojętna na los i uczucia innych ludzi. Łatwo przychodziło jej odgradzanie się od biednych lokatorów kamienicy. Jednak z wiekiem zaczęła przejmować się losem ubogich, nie chciała także zachowywać się w stosunku do służących tak jak czyniła to jej ciotka. Zrobiła to tylko raz, gdy strofowała Marynkę za pokazywanie małego Waleriana Justynie. „(…)Przejmowała się faktami zwykłych codziennych niesprawiedliwości, banalnych niedoli i krzywd, którym zaradzić nie można”. Była dobrodziejką wielu ludzi między innymi Mariana Chąśby i Posztarskiego.

Dorosła Elżbieta pogodziła się ze swoją matką, a także w dużej mierze ze sobą. Zaakceptowała cielesny związek z Zenonem, czego wcześniej się brzydziła, ze względu na wspomnienie uczynków matki. Stała się także dobrą, opiekuńczą i wyrozumiałą żoną, choć często nie przychodziło jej to łatwo. Potrafiła dostrzec wady swojego męża. Miała głębokie wyczucie zasad moralnych i wymagała ich przestrzegania zarówno od siebie jak i od najbliższych. W stosunku do Zenona zmuszona była iść na ustępstwa. Jego zdrada bardzo ją zabolała, jednak wybaczyła mu. Winiła siebie za to, co zrobił Zenon, sądziła, że nie była dla niego dość dobra. Nie zdobyła się jednak na skrzywdzenie Justyny, mimo iż nią pogardzała. Początkowo chciała poświęcić swoją miłość i oddać Zenona Justynie, bo tylko to wydawało jej się właściwe. Jednak Zenon przekonał ją by była z nim. Przymus ciągłego opiekowania się Justyną, załatwiania jej pracy był dla niej bardzo trudny, jednak robiła to z miłości do Zenona. Martwiło ją to, że Justyna stała się centralną częścią ich życia rodzinnego, a także to, że swoje szczęście byli zmuszeni budować jej kosztem.

W ostatnim etapie życia swojej ciotki, Elżbieta opiekowała się nią z czułością i wyrozumiałością. Jednak dopiero po śmierci Kolichowskiej zrozumiała jak bardzo ją kochała i żałowała, że nigdy nie zdobyła się na to by jej to powiedzieć.

Po samobójstwie męża Elżbieta zostawiła swojego syna i wyjechała z kraju. Być może musiała odpocząć, odgrodzić się od skandalu, jaki wywołały ostatnie wypadki. Możliwe też, że nie chciała już dłużej mieć poczucia winy i postanowiła nie poświęcać się już dla nikogo, ale zadbać o siebie.

Elżbieta Biecka tak jak pozostali bohaterowie powieści „Granica” jest postacią trudną do jednoznacznej oceny.

prawa autorskie: Michał Ziobro
autor: Ewelina Michta

GRANICA - ZOFIA NAŁKOWSKA - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE

I

Na początku utworu dowiadujemy się o śmierci Zenona Ziembiewicza, który był powszechnie znany i szanowany, „Jego(…) sylwetka, trochę pochylona, przemykająca prawie, co dnia długim, odkrytym autem przez ulice miasta, jego twarz o garbatym profilu i ascetycznie wydłużonej dolnej szczęce, dla jednych przyjemna i nawet rasowa, dla innych jezuicka i nienawistna”. Nagła śmierć zakończyła jego karierę polityczną, a wraz z nią wyszły na jaw skrywane tajemnice: romans z protegowaną własnej żony, W związku z tym wybuchł skandal, który podważył jego reputację porządnego człowieka. W związku ze śmiercią Zenona Ziembiewicza aresztowano dziewczynę, która miała z nim romans – Justynę Bogutównę, Przyznała się ona do winy i została osadzona w więzieniu zdradzając objawy obłędu. W prasie zaczęły pojawiać się pogłoski o życiu Bogutówny: podawano, że jest ona córką kucharki, po śmierci matki przeprowadziła się do miasta gdzie często zmieniała pracę. Jej pracodawcy opisywali ją:„dziewczyna inteligentna, grzeczna dla gości, nie kokietka, ale dosyć leniwa.” U innych zaś „zostawiła po sobie opinię pracowitej”.

Zenon Ziembiewicz pochodził ze szlacheckiej rodziny: jego ojcem był Walerian Ziembiewicz, zaś matką Joanna z Niemierów zwana Żancią. Ojciec, po stracie majątku swojego i żony, pracował jako zarządca majątku rodziny Tczewskich w Boleborzy. Nie był dobrym gospodarzem, ani zaradnym człowiekiem, od zajmowania się sprawami majątkowymi wolał majsterkowanie. Był też skłonny do zdrad, choć bardzo się tego wstydził. Uważał, ze kocha i szanuje głęboko swoją żonę Żancię, której o wszystkich zdradach opowiadał.

Dorastający Zenon Ziembiewicz„uczeń pilny i wzorowy, wiozący doskonałe stopnie i świadectwa”, gdy wracał ze szkoły, z miasta na wakacje do Boleborzy zaczął zauważać, że nie jest to idealne miejsce: ojciec nie zajmuje się niczym pożytecznym, matka nie jest tak wykształcona, za jaką chciałaby uchodzić. Dlatego Zenon zaczął się przywiązywać do domu pani Kolichowskiej, który w porównaniu z ubóstwem jego domu rodzinnego, oczarowywał go wielkością sprzętów, mebli i obrazów. Tam poznał i zakochał się w Elżbiecie Bieckiej, jednak dziewczynka nie odwzajemniała uczucia, ponieważ była zakochana w rotmistrzu Awaczewiczu. Gardziła i wyśmiewała się z młodego adoratora
II

„Cecylia Kolichowska z domu Biecka, wdowa po rejencie Aleksandrze, miała pięćdziesiąt lat i w życiu jej wszystko się już skończyło”. Była dwukrotnie zamężna: jej pierwszy mąż Konstanty Wąbrowski był socjalistą, przed wojną popełnił samobójstwo. Była z nim dziesięć lat i miała syna. Drugi mąż, starszy od niej o piętnaście lat rejent Aleksander Kolichowski był bardzo zaborczym mężem. Sam często wdawał się w romanse, ale swojej żonie nie pozwalał nawet wychodzić z domu, tak był o nią zazdrosny. Pierwsze małżeństwo Cecylii było małżeństwem z miłości i zdarzały się w nim chwile szczęścia mimo biedy. Drugie natomiast było małżeństwem z rozsądku i dla pieniędzy i przyniosło kobiecie wiele udręk. Odziedziczyła po mężu kamienicę i miała w nim mieszkanie, choć musiała je zredukować o połowę, więc było bardzo zagracone. Pani Kolichowska wynajmowała mieszkania w swojej kamienicy. Biedni lokatorzy: Chąśba, Wylamowie, Gołąbscy, Posztrascy, Gorońscy byli dla niej powodem ciągłych problemów, ponieważ często zalegali z czynszem.

III

Cecylia Kolichowska nie lubiła, kiedy zjawiali się u niej goście, bo oznaczało to najczęściej, że chcą załatwić jakieś lokatorskie sprawy. Jednak raz do roku, z okazji imienin, panią Kolichowską odwiedzały dawne przyjaciółki. Znajdowały się one w różnej pozycji majątkowej, niektóre były bardzo biedne, niektóre utrzymały swą dawaną pozycję, ale wszystkie łączyło to, że ich młodość się już skończyła. Ich ciała się zestarzały, twarze, naznaczone zmarszczkami zastygły w wyrazie zgryzoty lub impertynencji. Starość sprawiła, że czuły się one wyrzucone poza nawias życia. Pozostawało im jedynie wspomnienie dawnej młodości i piękności. Panie poruszały temat służących. Pani Kolichowska stwierdziła, że „służące to taki sam człowiek, jak każdy inny”. Natomiast jedna z jej przyjaciółek pani Gorońska opowiedziała historię o tym jak musiała wyrzucić swoją służącą Bogutową, ponieważ ta była w ciąży. Później Bogutowa zatrudniła się jako kucharka w majątku Tczewskich, w Chązebnej i miała się podobno bardzo dobrze. W związku z tym wywiązała się rozmowa, o tym, że kochankom zawsze wiedzie się w życiu lepiej niż żonom.

IV

Młoda Elżbieta obiecała sobie, że „Nie wyjdzie nigdy za mąż, nie ulegnie „zmysłom", będzie okrutna dla mężczyzn, o ile który odważy się ją pokochać”. W małżeństwie widziała źródło nieszczęścia. Cierpiała także z powodu tego, że rodzice wyjechali i ją zostawili, a ciotka nie darzyła jej miłością.

Przez okna swojego pokoju Elżbieta spoglądała na ogród, gdzie widziała psa Fitka, wiecznie karconego, którego życie było ograniczone przez łańcuch. W cieplejsze dni widziała także „ludność podziemi”, czyli lokatorów zamieszkujących piwnice, przerobione na mieszkania. Ludzie ci „Elżbiecie wydawali się zupełnie odrębną rasą, jak Murzyni lub

Chińczycy. Nie dlatego, że byli brudniejsi i mieli na sobie odzienie, którego niepodobna było określić kształtu ani koloru. Ale że byli wszyscy mniejsi od ludzi nawierzchni, inaczej się trzymali i ruszali, innych używali słów, mieli inny głos, inną barwę twarzy, inne stopy i palce, inny zapach.(…) Każdy, kto nie był młody, od razu nie miał zębów. Prawdziwie starych ludzi zresztą wcale nie było, może prędzej umierali. Dzieci było mnóstwo”. Dla Elżbiety świat biedy był obcy i odległy, łatwo mogła się odgrodzić.

Pewnego dnia, kiedy Elżbieta udała się na lekcje francuskiego do swojej nauczycielki panny Julii Wagner, spotkała tam swego ukochanego Awaczewicza, który przy wejściu ją pocałował. Jego zachowanie pozwoliło jednak jej zrozumieć, że ma on romans z panną Julią. Elżbieta zraniona uciekła z mieszkania. Po drodze spotkała Zenona Ziembiewicza, udali się do domu na podwieczorek, jednak później Elżbieta wymówiła się bólem głowy i poprosiła Zenona o odejście.

V

Zenon Ziembiewicz poznał Justynę Bogutównę w Boleborzy, gdzie pracowała jej matka Karolina. Dziewczyna miała wtedy dziewiętnaście lat i spodobała się Zenonowi, choć na początku starał się jej unikać. Matka Justyny trafiła do Boleborzy po tym jak wyrzucono ją z majątku Tczewskich gdyż była schorowana i za stara do pracy. Kiedy pracowała dla państwa Tczewskich, mimo, że przygotowywała nich dla nich najwykwintniejsze potrawy, nigdy nie było jej dane choćby ujrzeć państwa z bliska. Justyna przez jakiś czas bawiła się z małą panienką Różą, jednak, kiedy ta podrosła, nie było już o tym mowy.

Po utracie pracy u Tczewskich Karolina Bogutowa i jej córka mieszkały u Borbockich, potem Bogutowa dostała pracę w Boleborzy, o której myślała, że jest dla niej upadkiem na samo dno, bo dwór ani państwo nie prezentowali się okazale.

VI

Stan domu rodzinnego Zenona Ziembiewicza, w Boleborzy przedstawiał się fatalnie. Mimo, że nie było pieniędzy, ciągle zatrudniano służbę, choć coraz częściej nie wypłacano im pensji.

Zenon, młody student, powrócił do domu po pobycie w Paryżu. Rozmyślał nad swoim życiem i stwierdził, iż pragnie „rzeczy bardzo prostej: żyć uczciwie” Z listu przyjaciela Karola Wąbrowskiego, syna pani Kolichowskiej z pierwszego małżeństwa, Zenon dowiedział się, że Adela, dziewczyna, która się w nim zakochała, kiedy przebywał w Paryżu, nie żyje. Już, kiedy się poznali, chorowała na gruźlicę, a ponieważ wiedziała, że umrze obdarzyła Zenona ogromną miłością, która pomagała jej zapomnieć o śmierci. Zenon zostawił ją w Paryżu i wrócił do Polski. Tego dnia, gdy dowiedział się o śmierci Adeli, pierwszy raz rozmawiał z Justyną. Odtąd zaczął ją często spotykać. Opowiadała mu o życiu innych ludzi, nigdy o swoim, a np. o Jasi Gołąbskiej, której mąż się rozpił, a dwoje jej dzieci umarło i została jej jedynie córka Jadwisia. Zenon opierał się słabości do Justyny, bo przypisywał ją skłonności do rozpusty, którą odziedziczył po ojcu. Jednak, „Gdy stała blisko, chciał ją wziąć do rąk, chciał ją po prostu mieć”. Także pani Żancia zdawała się polecać ją Zenonowi. Justyna nie dostrzegała jego zainteresowania, ufała mu. W końcu została jego kochanką.

VII

Wkrótce Zenon mimo braku pieniędzy wrócił do miasta. Podczas spotkania z Czechlińskim, który zlecał mu napisanie artykuł, zobaczył, na zalanej deszczem ulicy Elżbietę Biecką. Była już dorosłą kobietą. Następnego dnia udał się do domu przy Staszica, żeby się z nią zobaczyć. Była dla niego bardzo uprzejma, ale „…niespokojna nerwowo, niepewna siebie, dawny urok pochmurna siły znikł bez śladu.(…) Poczuł nad nią swoją przewagę.” Mimo to, wyznał jej, że w dzieciństwie był w niej zakochany. Opowiedziała mu o tym, ze chciała stać się niezależna i pracowała w starostwie, ale odkąd ciotka zachorowała musiała zrezygnować. Mówiła także o tym, że pod podłogą salonu, w którym się znajdują, w piwnicy, mieszkają i umierają ludzie. Stwierdziła, że czasem wydają się jej szczurami. Zdała sobie z tego sprawę, kiedy zaczęła zajmować się lokatorami w zastępstwie ciotki. Zenon obiecał jej, że odwiedzi ją ponownie następnego dnia.

VIII

Cecylia Kolichowska stawała się coraz starsza i coraz bardziej rozchorowana i rozgoryczona utratą młodości. Miała za złe Elżbiecie, że ta traktuje jąkaj wroga, nigdy się z nią nie zgadza oraz to, że zabrania wyrzucać lokatorów, którzy zalegają czynszem. Rozmowy na ten temat kończyły się kłótniami i cichymi dniami między młodą i starą kobietą.

Cecylia Kolichowska całe życie obiecywała sobie, że kiedyś doprowadzi swoje zdrowie do porządku, wyjedzie do sanatorium. Jednak to nigdy się nie wydarzyło, a jej stan zdrowia ciągle się pogarszał, pojawiały się nowe ataki duszności i bóle w stawach. Kobieta zdała sobie sprawę, że jedyne, co ją jeszcze w życiu czeka to śmierć. Przy życiu trzymała ją myśl o synu oraz przywiązanie i sympatia dla Elżbiety. Chciała, żeby Elżbieta zawsze była przy niej i gniewało ją, kiedy tak nie było. Elżbietę zastępowała często przyjaciółka, Łucja Posztarska. Wpadała często by pożyczyć trochę węgla lub kilka złotych. Mimo, że pani Posztarska żyła w nędzy, jej mąż był alkoholikiem i popadał w długi, kobieta zawsze była pogodna i broniła Maurycego. Pani Kolichowska nie potrafiła tego zrozumieć. Wszystko to: niedostrzeganie beznadziejności swojej sytuacji przez Posztarską, stawanie Elżbiety po stronie lokatorów, a także to, że odwiedzał ją często Awaczewicz, sprawiało, że pani Kolichowska była bardzo przygnębiona.

Elżbieta wróciła do domu. W podróży spotkała się z matką, Romaną z Giezłowskich Biecką, obecnie Niewieską. Okazało się, że ta mimo swoich czterdziestu pięciu lat ma kolejnego kochanka. Po powrocie Elżbiety od razu odwiedził ją Awaczewicz, który choć już starzejący się bardzo dbał o wygląd. Pani Kolichowska bała się, że Elżbieta może zechcieć wyjść a niego za mąż. Tymczasem w odwiedziny do Elżbiety coraz częściej wpadał również Zenon Ziembiewicz. Pewnego dnia opowiedział jej o swojej znajomości z Adelą, czego ona słuchała wrogo. Następnie ona zwierzyła mu się, że jako mała dziewczynka wyobrażała sobie szczęście jako znajdowanie się przy jednym stole z obojgiem rodziców. Plan ten zniweczyła jednak śmierć ojca. Zenon przypomniał sobie, że kiedy był mały i bał się zjaw, zawsze myślał o tym, że ojciec jest tą osobą, która się nie boi i go obroni przed ciemnością i nieznanym. Wtedy Zenon zapytał Elżbietę o znajomość z Awaczewiczem, o to czy żywi do niego jakieś uczucia. Ona zmieszała się i odpowiedziała, że go nie kocha. On jednak jej nie uwierzył. Wtedy Elżbieta przyznała, że Awaczewicz był jej miłością w czasach, gdy Zenon przychodził dawać jej korepetycje. Zenon oburzony i zawiedziony chciał wyjść, jednak w końcu przyznał, że jest zazdrosny, bo tylko ją jedyną kochał w życiu. Elżbieta wyciągnęła ręce by go zatrzymać a on zaczął ją całować i przytulać. Tego samego wieczoru opowiedział jej o znajomości z Justyną. Przypisał swój romans nudzie i desperacji, jaka go ogarnęła w domu rodzinnym oraz „kompleksowi boleborzańskiemu”- skłonności do rozpusty, którą udało mu się już zwalczyć. Zapewnił Elżbietę, że jest to całkowicie zakończona sprawa. Rok później odbył się ślub Elżbiety i Zenona, ale wcześniej Elżbieta odbyła rozmowę z Justyną, która przyczyniała się do rozwoju późniejszych wypadków.

IX

Karolina Bogutowa na wiosnę rozchorowała się tak bardzo, że musiała udać się na operację do miasta. Pani Ziembiewiczowa serdecznie pożegnała ją i Justynę i obiecała je odwiedzić. Kobiety pojechały do miasta pociągiem. Matkę bardzo osłabiła ta podróż. Kiedy już dotarły, najpierw nie mogły dostać się do szpitala, a potem kazano im czekać. Justyna zostawiła matkę by zawieźć rzeczy do Jasi Gołąbskiej. Kiedy Bogutowa siedziała w poczekalni zrobiło jej się słabo i zemdlała. Justyny po powrocie nie chciano wpuścić do szpitala, ale w końcu płaczem i prośbami zdołała to wymóc. Kiedy czekała na widzenie się z matką, zakonnica, która zajmowała się chorymi, powiedziała jej, że Bogutową przywieziono za późno i że na wsi ludzie zawsze czekają do ostatniej chwili z przywiezieniem chorego. Justynę bardzo to przeraziło, zaczęła rozmyślać o tym, co zrobi, gdy matka umrze. Pomyślała, że uda się do Jasi Gołąbskiej, która bardzo się zestarzała, mąż zostawił ją w biedzie, w mieszkaniu tak ciasnym, że Justyna nie miała gdzie postawić rzeczy. Kiedy tak rozmyślała, lekarze i zakonnica wyszli z sali operacyjnej i oznajmili jej, że nic nie dało się zrobić i matka nie żyje. Zrozpaczona Justyna pobiegła do sali, gdzie ujrzała zakrwawione ciało matki. Widziała jak matkę wkładają do drewnianej skrzynki i niosą w miejsce gdzie było więcej zmarłych. Justyna usiadła na ławce, a kiedy się ocknęła stała przy niej zakonnica, która zapytała czy dziewczyna ma pieniądze by kupić trumnę i urządzić pogrzeb jak najszybciej. Justyna udała się do sklepu z trumnami, następnie zamówić karawan i do Jasi Gołąbskiej by z nią wybrać miejsce na cmentarzu. Wtedy też zobaczyła, że córka Jasi jest prawie niewidoma od przebywania w piwnicy i złego odżywiania. Na cmentarzu wybrały miejsce a Jasia pokazał Justynie groby swoich zmarłych dzieci. Wtedy Jasia powiedziała: „Szczęśliwa jestem, że mi te dzieci umierają(…)Pan Bóg wie, co robi. Jak ja bym sobie dzisiaj z czworgiem radę dała.” Justynie nie spodobały się te słowa. W drodze powrotnej Gołąsbka opowiadała o tym, że nie dostaje od nikogo pomocy, ani nie może dostać pracy, bo jest chora na gruźlicę. Następnie udały się do szpitala, żeby umyć i ubrać zmarłą. Okazało się, ze pogrzeb musi odbyć się bez księdza, bo Justynę nie było na niego stać.

Bogutówna musiała się zastanawiać, co zrobić dalej. Nie mogła się zatrzymać u Jasi, bo nie było tam miejsca a poza tym odkąd odszedł Gołąbski Jasia, jej matka Barbocka i córeczka były tak biedne, że często głodowały. Mieszkanie w piwnicy było maleńkie, ciemne, pachniało naftą i dymem.

Gołąbska opowiadała Justynie o tym jak jej mąż, na początku udawał dobrego człowieka, ale kiedy stracił pracę zajął się nielegalnymi interesami, oszustwami, a wszystkie pieniądze przepijał. W końcu zostawił zonę i dziecko i uciekł. Justyna zorientowała się, że córka Jasi jest chora i być może niedługo umrze.

W nocy, gdy wszystkie spały już w jednym łóżku, przyszedł brat Jasi, Franek Barbocki i spał na podłodze.

Następnego dnia rano odbył się pogrzeb Bogutowej, na którym były tylko cztery osoby. Justyna myślała o tym, jakie jej matka miała okropne życie, że jej najbogatsi pracodawcy tak łatwo się jej pozbyli i w ogóle ich nie interesowała.

X

Zenon wrócił z zagranicy po skończeniu studiów. Zdecydował, że miejscem jego życia i śmierci będzie jego rodzinny kraj. Czuł, że „Otrząsnął się ostatecznie ze swej głupiej, niezorganizowanej młodości.” Zadzwonił do Elżbiety, a następnie poszedł na kawę do cukierni Chązowicza i tam zajął się czytaniem miesięcznika niwa gdzie znalazł swój własny artykuł, ale potraktował go jak obcy.

Kiedy wyszedł na ulicę od razu zobaczył Justynę Bogutównę. Zauważyła go i przywitała się. Oznajmiła mu, że jej matka umarła. Pocieszył ją delikatnie, ale ciągle był zmieszany tym spotkaniem. Zaprosił ją do hotelu, żeby ludzie nie widzieli ich razem na ulicy, ale ona powiedziała, że pracuje u chorej kobiety i musi do niej wrócić z zakupami. Jednak po chwili zgodziła się pójść z nim. W pokoju Justyna kontynuowała swoja opowieść o śmierci matki i zaczęła płakać, jednak Zenon upomniał ją, że sąsiedzi mogą usłyszeć. Zaczął ją pocieszać, przytulać, a po chwili całować. Wtedy Justyna uspokoiła się i opowiadała dalej. Okazało się, ze w Boleborzy została połowa pieniędzy Justyny, a matka Zenona ich nie odesłała. Zenon obiecał załatwić tę sprawę. Justyna wyznała mu, że cały czas o nim myślała, a kiedy on próbował jej tłumaczyć, ze jego sytuacja uległa zmianie, ona objęła go i wyznawała mu swoje uczucia. Poczuł, że znowu jest dobra ufna i miła, nie mógł się oprzeć i po chwili znaleźli się w łóżku.

Odchodząc Justyna była zadowolona i zmieszana jednocześnie. Zenon dał jej trochę pieniędzy i umówił się z nią na następny poniedziałek. Kiedy wyszła zaczął wyrzucać sobie swój postępek. Tłumaczył sobie, że sprawiła to zbyt długa tęsknota do Elżbiety i Justyna, która to wykorzystała. Kiedy był w Paryżu korzystał z „nocnego życia”, był z różnymi kobietami, jednak uznawał to za coś tak oderwanego od życia, że można było uznać, że to się nie zdarzyło. Jednak sprawa z Justyną wyglądała inaczej, bo miało to miejsce w jego rodzinnym kraju, mieście, wywodziło się już z Boleborzy. Dlatego Zenon był bardzo niezadowolony.

Kiedy wyszedł z hotelu udał się do Czechlińskiego, który zaproponował mu posadę redaktora naczelnego Niwy, a Zenon ją przyjął. Awans sprawił, ze zaczął myśleć o życiu z Elżbietą, o wyrwaniu jej z domu ciotki. Chciał jej kupić kwiaty, ale zrezygnował. Przypomniał sobie, że cierpiał żegnając się z nią, a teraz na myśl o spotkaniu czuł radość zmieszaną jednak z odrobiną obawy.

Zenon znalazł Elżbietę w ogrodzie. Nie podbiegła do niego, tylko szła ku niemu wolno. Zenon poczuł, że jest chłodna. Zapytał czy nie cieszy się na jego widok, a ona odpowiedziała z przekorą, że nie. Zaczął całować jej ręce i dopiero teraz poczuł wzruszenie i skruchę. Przytuliła go do siebie. Zobaczył, że jej oczy mają w słońcu kolor przeźroczysto brązowy lub zielony. Elżbieta powiedziała, że już nigdy nie powinni się rozstawać na tak długo. Zaczęła opowiadać, że gdy widzieli się ostatni raz, to on, chociaż odwrócił się by spojrzeć w okno nie zobaczył jej. Zenon zapytał, czemu zgasiła światło w pokoju, a ona odpowiedziała, że nie chciała żeby ją widział. Odpowiedział jej: „ Widzisz, że to ty. Że to jest twoja wina. To ty nie jesteś dobra.” Elżbieta powiedziała, ze boi się cierpienia i przestraszyła się go szczególnie, gdy odchodził. Zenon zapewnił ją, że już nigdy nie będą osobno, a ona stwierdziła, że „to jest szczęście tak cierpieć przez drugiego człowieka”

Całowali się w salonie. Zenon zapytał, dlaczego Elżbieta się przed nim broni, jednak nie miał do niej o to żalu. Wiedział, że nie mogą się wycofać z związku, w który weszli. Wtedy przypomniał sobie o tym, że pod podłogą salonu, w którym teraz byli, w noc, w której umarła jej matka, spała Justyna i śniła o nim.

XI

W następny poniedziałek Justyna przyszła do hotelu po pieniądze. Zenon postanowił jej powiedzieć, ze to koniec ich znajomości jednak w końcu do tego nie doszło. Justyna przyszła bardzo wcześnie rano i zastała go jeszcze nieubranego, co pokrzyżowało jego plany bycia zdecydowanym. Justyna usiadła i zaczęła opowiadać o swoich sprawach, stwierdziła, ze chciałaby pracować w sklepie. Zenon zorientował się, że nie jest szczęśliwa pracując u chorej kobiety. Zapytał, w jakim sklepie chciałaby pracować, a jednocześnie przyglądając się jej stwierdził, ze nie jej skóra nie jest już tak biała i czysta jak na wsi, że otacza ją zapach smażonego tłuszczu. Widział ją w rożny sposób: raz jako zwykłą służącą, raz jako kochankę przychodzącą z pretensjami lub jako miłą i dobrą dziewczynę z Boleborzy, której los leżał mu na sercu. W zależności od tego jak ją widział takie przybierał w stosunku do niej zachowanie. Jej wrażliwość i bezbronność sprawiły, że miał ochotę się z nią kochać i przygarnął ją do siebie. Kiedy skończyli Zenon wiedział, ze nie muszą sobie niczego wyjaśniać ani usprawiedliwiać się. Zapragnął żeby Justyna już wyszła. Kiedy to zrobiła ubrał się szybko, pełen niespokojnych myśli i udał się do redakcji.

Pracował w brudnym, popielatym pokoiku. Przychodziło do niego wielu ludzi ze swoimi krzywdami, propozycjami lub talentami. Tego dnia przyszła do niego hrabina Tczewska Wojciechowa z Chozębnej w towarzystwie proboszcza parafii księdza Czerlona, który był „wielki, grubo-kościsty i brunatny, o dużym nosie i głęboko pod czaszką ukrytych czarnych, przepaścistych oczach.” Hrabina natomiast była kobietą o twarzy nieruchomej, miała wypukłe szare i matowe oczy, usta zbyt pełne, a fryzurę gładką. Problem, z jakim przyszli do Zenona Ziembiewicza dotyczył cyklu wykładów pt. O istocie doświadczenia religijnego, które prowadził ksiądz Czerlon dla Koła Pań. Chcieli by Zenon napisał o tym. Zenon zgodził się. Ksiądz i hrabina zebrali się do wyjścia. Patrząc na księdza Czerlona można było stwierdzić, że „jego sprawa ze sobą jest ciężka i niedobra. Mógł być okrutny wobec samego siebie i zarazem całkowicie bezradny”. Ksiądz był synem ubogiego człowieka, który dorobił się majątku, ale stracił go w czasie wojny. Święcenia przyjął po śmierci ojca. Hrabina traktowała księdza jak cenny skarb. Pożegnała Zenona westchnieniem, a ksiądz uśmiechnął się do niego. Wydawało się, że hrabina jest pogromczynią, a ksiądz Czerlon niebezpieczną bestią.

XII

Niedługo potem do Zenona przyszedł hrabia małżonek Wojciech Tczewski. Mówił o reformie rolnej, parcelacji, pożyczkach i długach, a także o teatrze regionalnym, którego był wielkim wielbicielem. Zaczął opowiadać o młodej aktorce Luci Wisłowskiej, która według niego była niedoceniana przez prasę, źle traktowana przez zazdrosne starsze aktorki i przez to mogłaby przyjąć propozycję obcej firmy kinematograficznej. Hrabia uważał, że byłaby to wielka strata, kiedy to mówił „na szlachetną twarz wypływał z głębi ciała rumieniec wzruszeń sekretnych i wstydliwych” Stało się oczywiste, że młoda aktorka jest jego kochanką.

Zenon na polecenie Czechlińskiego nie pisał niczego niepochlebnego o Tczewskich. Marian Chąśba, protegowany Elżbiety pisał do gazety krótkie żartobliwe opowiadania o wypadkach z miasta, bijatykach, samobójstwach, które przejmowały Zenona obrzydzeniem.

Zenon nie był zadowolony, ponieważ pismo tylko pozornie było pod jego nadzorem. Ciągle był naciskany by publikować tylko to, co zezwolono. Pracę w redakcji traktował jako tymczasową.

Elżbieta najlepiej czuła się popołudniami w ciemnym salonie. Myślała o kamienicy i o tym, że choć jest w niej elektryczność i są w niej poprowadzone rury kanalizacyjne, wodociągowe i centralne ogrzewanie to mieszkania, gdzie żyli najubożsi w piwnicy i na poddaszu nie były w nie wyposażone.

Kidy Elżbieta załatwiała sprawunki w mieście, Zenon jej towarzyszył. Kupowała tasiemki u starej obojętnej Żydówki. Potem szli razem za miasto. Widzieli dworzec kolejowy oraz „Zakopcone magazyny, remizy z poczerniałych cegieł, brudne szklane dachy, słupy z drzewa i żelaza wydźwigające w powietrze różne barwy, światła i kształty swych symbolów, pompy, pryzmy węglowego miału, długie złoża desek, druty w niebie i na ziemi.” Elżbieta zapytała, dlaczego jest tu tak smutno, kiedy byli na terenie nowego przedmieścia znajdującego się na dawnych ugorach i nieużytkach. Budowano tam dom, w którym Elżbieta i Zenon chcieli wynająć mieszkanie. Potem wrócili do domu na Staszica.

Między Justyną, Zenonem i Elżbietą „ (…) rzecz cała ułożyła się ściśle według wiadomego schematu: dziewczyna wiejska i panna z mieszczańskiej kamienicy, narzeczona i kochanka, miłość idealna i zmysły”. Zenon tłumaczył sobie, że nie doszłoby do tego gdyby nie umarła stara Bogutowa i gdyby nie okazało się, że w Boleborzy nie wypłacono jej całej pensji. Mógłby powiedzieć, Justynie, że jest zaręczony i nie mogą się spotykać, ale okazało się, że nie potrafił jej odepchnąć, kiedy była załamana i samotna. Kolejne spotkania wynikły z pierwszego.„Wszystko było zupełnie inaczej, niż się myśli, że jest u innych”. Z Elżbietą łączyła go miłość duchowa, idealna. Wzbraniała się od kontaktu cielesnego z nim, Zenon upajał się drobnymi pieszczotami, one mu wystarczały. Nie chciał pogodzić się z faktem, że schemat jego romansu jest podobny do innych. Myślał, że „każda najspokojniejsza sprawa od wewnątrz wydaje się jedyna i każdy schemat uczucia za każdym razem jest nowy.” Nie mógł znieść patrzenia na siebie oczami innych ludzi. Już jako dziecko chciał sobie wyobrazić siebie, tak jak widzą go inni ludzie, ale powodowało to w nim niepokój.

Postanowił ostatecznie zakończyć sprawę z Justyną. Zebrał pieniądze, które chciał jej oddać. Próbował złożyć jej wyjaśnienia, ale wtedy Justyna oznajmiła mu, że jest w ciąży. Zenon był zaskoczony, a Justyna przytuliła się do niego i oznajmiła, że wcale się tym nie martwi i nie przejmuje się tym, co mówią ludzie, dopóki ma Zenona. Mówiła, że cieszy się z dziecka i że da radę je wychować. Zenon pytał czy to rzeczywiście jest pewne, nie chciał w to uwierzyć, ale ona kategorycznie powiedziała, ze to prawda. Zenon przeraził się, zdał sobie sprawę, że Justyna jest dla niego obcą, głupią dziewczyną, z którą nigdy nie chciał być, a posiadanie dziecka z nią napawało go odrazą. Zaczął namawiać Justynę, żeby pomyślała racjonalnie nad całą sytuacją, a ona tylko zdziwiła się, że zachowuje się jakby był na nią zły. Po chwili wstała i zaczęła zbierać się do wyjścia, a Zenon wręczył jej pieniądze, na które ona prawie nie zwróciła uwagi. Wychodząc powiedziała Zenonowi, żeby już nie myślał o tym, co mu powiedziała i że może wszystko jeszcze się zmieni.

XIII

Elżbieta i służąca Ewcia weszły do pokoju ciotki Kolichowskiej, żeby ją umyć. Kobieta ostatnio nie mogła się samodzielnie poruszać, jej ciało było obolałe. Ciotka zapytała Elżbietę czy nie brzydzi się usługiwać jej. Elżbieta pomyślała o starym ciele: „Zgrubienia i guzy artretyczne nie były tak odrażające jak ten pospolity obraz przemiany spowodowany przez starość”, ale powiedziała, że ciotka robiła to samo dla niej, kiedy Elżbieta była małą dziewczynką i była chora. Mówiąc to Elżbieta przypomniała sobie o tym jak była z matką w willi nad morzem. Matka była bardzo piękną „pochmurnie i gniewnie” kobietą i czekała, na przybycie jednego ze swoich mężczyzn. Kiedy przyszedł nie uśmiechnęła się na jego widok. Elżbieta myślała, że jej matka jest niedobra. Teraz jednak przypomniała sobie, ze uśmiech jej matki był samą dobrocią.

Miała nadzieje, ze jej opiekuńczość w stosunku do ciotki przyniesie starszej kobiecie ulgę i radość, jednak pani Kolichowska ciągle była niezadowolona. Zapytała, kiedy zjawi się Zenon Ziembiewicz. Nie przychodził już od pięciu dni, jednak za każdym razem się usprawiedliwiał. Elżbieta bała się, że się nie zjawi, a wszystko, czego nie powiedziała i nie zrobiła chciała nadrobić na dzisiejszym spotkaniu. Postanowiła, ze będzie dla niego dobra. Ciotka zapytała czy Elżbieta ma zamiar wyjść za Zenona, a ona odpowiedziała twierdząco. Przeraziła ją jednak ta myśl i dlatego dodała, że ślub planują nieprędko. Pytanie ciotki zepsuło Elżbiecie doniosłość czekania na wizytę Zenona.

Tymczasem wynikła sprawa zwolnienia dozorcy kamienicy, który coraz bardziej się starzał i nie pracował dobrze. Pani Kolichowska nalegała na wyrzucenie dozorcy i jego żony, natomiast Elżbieta się nie zgadzała. Nie chciała by starzy ludzie głodowali. Coraz bardziej tęskniła za Zenonem. Tymczasem on przebywał w redakcji. Wydrukował wspomnienia Maurycego Posztarskiego, którego poleciła mu Elżbieta. Zenon chciał się pozbyć tego człowieka, który odwiedzał go codziennie, lekko pijany, przynosząc coraz to nowe wspomnienia. Posztarski nie mógł zrozumieć, że świat nie poznaje się na jego talencie literackim. Tłumaczył to sobie tym, że „Żydzi wszystkim trzęsą”, w czym przypominał Zenonowi ojca.

W redakcji spotkał też hrabinę Tczewską, Olgierdową z Pieszni, bratową Wojciechowej. Była ona Znana z posiadania wielu kochanków. Ludzie jednocześnie uwielbiali ją i nienawidzili. Zenon zobaczył ją jako kobietę, która chce zdobyć sympatię każdego napotkanego człowieka. „Mówiła wciąż o sobie, chociaż szło na pozór o wyborowe nasiona warzyw, jajka zielononóżek, opiekę nad sierotami i matkami, kursy niedzielne śpiewu chóralnego…” Zapraszała Zenona by wybrał się do Pieszni. „Olgierdowa Tczewska była kobietą, która nie odczuwała smaku miłości, kiedy nie towarzyszyły jej skandale, pojedynki, groźba ujawnien i strach.” Teraz była już starszą kobietą posiadającą dorosłych synów i zajmującą się urządzaniem swojej wsi Pieszni. Zenon spędził w Pieszni trzy dni.

XIV

Zenon zjawił się wieczorem u Elżbiety. Wypytywał ją, co robiła, kiedy go nie było. Ona chciała mu powiedzieć, że „(…)sprawił, że to najważniejsze jest tutaj, że ją ogarnia, że wciąga ją wewnątrz życia.” Udali się na kolację, a potem na taras gdzie Elżbieta siedziała Zenonowi na kolanach. Zjawiła się pani Kolichowska i dała do zrozumienia, że nie jest zadowolona z wizyty Zenona. Powiedziała Elżbiecie, że dziewczyna, która mieszka u Gołębskich jest niezameldowana. Kiedy Elżbieta wróciła na taras Zenon powiedział jej, że sprawa pomiędzy nim a Justyną nie jest skończona. Opowiedział jak on i Justyna spotkali się po śmierci jej matki i jak zabrał ją do hotelu i że było mu jej żal. Elżbieta siedziała bez ruchu. Zaczął jej wypominać, że jest obca i wroga, a ona nie mogła zrozumieć, dlaczego przespał się z Justyną. Wtedy powiedział, że to dlatego że tęsknił za nią. Wyznawał swoją zdradę tak jak dawniej jego ojciec wyznawał swoje zdrady matce. Powiedział Elżbiecie, że spotykał się z Justyną w poniedziałki i czwartki rano. Tłumaczył jej, ze to nie jest takie oczywiste, na jakie wygląda. Jednak fakty wyglądały tak, że „Justyna była w samej rzeczy uczciwą dziewczyną, którą uwiódł korzystając z jej zakochania. Elżbieta była narzeczoną, którą zdradził.” Elżbieta milczała, a Zenon zastanawiał się, nad czym czy rzeczywiście sprawy są takie, na jakie wyglądają, czy ważniejsza jest opinia ludzi na ten temat niż jego własna opinia i motywy.

Po chwili powiedział, że Justyna jest w ciąży, a wtedy Elżbieta wyrwała się z jego ramion. Chciała uciec, ale on kazał jej zostać. Była zrezygnowana, myślała o swoim wstręcie do tego, że matka miała kochanków. Czuła wstręt do spraw cielesnych. Zaczęła obwiniać siebie za całą sytuację, myśleć, że musiała zrobić coś źle. Pogłaskała Zenona po włosach, a on ucieszył się, ze mu wybaczyła. Zaczął ją całować a ona nie broniła się. „Stało się to w salonie pani Kolichowskiej, przy drzwiach niezamkniętych, na brzegu kanapki, ustawionej nad mieszkaniem Gołąbskich.” Później Zenon powiedział jej, że ją kocha a ona odpowiedziała, że tez go kocha. Powiedziała również, że muszą zająć się tą dziewczyną. Zapytała jak ona się nazywa. Zenon odpowiedział, że nazywa się Justyna Bogutówna.

XV

Tego wieczora, kiedy Elżbieta i Zenon rozmawiali na temat Justyny, ona już nie pracowała w domu chorej kobiety. „Nie było jej tak dobrze w tej służbie. Zawsze trochę głodna, zawsze czegoś winna. Żeby nie wiem jak pracowała, zawsze pani jej robiła | wymówki, zawsze była niezadowolona.” Pani miała męża, który ją zdradzał i dwóch synów. Pewnego dnia Justyna potłukła niebieską filiżankę, wtedy kobieta się zdenerwowała, a Justyna powiedziała, że w takim razie odejdzie. Nie wiedziała, co przyniesie jej przyszłość. Martwiła się, ze Zenon stał się obcy. Nie mogła pojąć, ze spotkał ją los taki jak innych dziewcząt, chociaż uważała się za mądrzejszą od nich, a Zenona za dobrego człowieka, który ją szanował. Mimo wszystkich niepokojów Justyna czuła, że będzie, co ma być. Było to dla niej przyjemne uczucie związanie z jej stanem.

Po zwolnieniu się z pracy Justyna przeniosła się do Jasi Gołąbskej. Pewnego dnia wezwano ją do mieszkania pani Kolichowskiej żeby się zameldowała. Tego samego dnia Elżbieta widziała na podwórku kamienicy jak rodzina nie chce przyjąć do domu Władziowej - kobiety, która wróciła do nich z dzieckiem, odebranym z opieki społecznej. Władziowa miała swojego syna Zbysia z człowiekiem, którego prawie nie znała i który jej nie obchodził, jednak kochała swoje dziecko. Nie mogła znaleźć stałej pracy, bo nikt nie chciał jej z nim przyjąć. W końcu któryś z pracodawców umieścił dziecko w zakładzie opiekuńczym, jednak Władziowa nie mogła żyć bez syna i odebrała go. Zbysio był siedmioletnim, uroczym chłopcem, lubianym przez wszystkich. W końcu Wylamowa, matka chrzestna Zbysia wpuściła Władziową i syna do mieszkania.

Elżbieta w salonie wypisała kartę meldunkową Władziowej i Zbysiowi, a po chwili zjawiła się Justyna. Elżbieta wypisała meldunek i patrzyła na Justynę siedzącą spokojnie na brzegu kanapy. Zaczęła z nią rozmawiać a jednocześnie przyglądała się jej i myślała o tym, że Zenon był z tą kobietą. Miała do niego pretensję, że Justyna jest źle ubrana i że nie jest szczupła. Uważała, wbrew słowom Zenona, że Justyna jest prosta i ordynarna. Zapytała Justynę nagle czy jest przywiązana do Ziembiewicza. Justyna zdziwiła się i przestraszyła, że może Zenon plotkuje na jej temat. Nie chciała odpowiedzieć, bo uważała, że Elżbieta nie może jej pomóc. Jednak Elżbieta powiedziała, że może. Wtedy Justyna rozpłakała się i zaczęła mówić o Zenonie, że zamieszał jej w głowie, a teraz stał się wielkim panem i uważa ją za gorszą od siebie. Elżbieta poczuła wyższość nad tą kobietą i postanowiła, że będzie dla niej łagodna i dobra. Justyna była rozżalona, ze Zenon zrobił jej krzywdę i ją zostawił. Powiedziała, że w Boleborzy obiecywał, że wróci do niej. Elżbieta chciała powiedzieć, że nie pozwoli, aby dziecku Justyny stała się krzywda. Chciała zapytać czy Justyna wie, ze Zenon ma narzeczoną, jednak nie zrobiła tego. Justyna nagle wstała i powiedziała, ze nikt jej nie może pomoc, ona sama musi sobie poradzić. Elżbieta patrzyła na jej skromny strój i wygląd i nagle powiedziała, że Zenon nie jest związany i że ona za niego nie wyjdzie, a także, że dziecko Justyny musi żyć. Justyna krzyknęła zaskoczona, a potem powiedziała jeszcze raz, że niczego nie potrzebuje.

XVI

Zenon wychodził świtem po nocy spędzonej z Elżbietą. Potem spotkał Czechlińskiego i rozmawiał z nim. Wypił kilka kieliszków. Postanowił wrócić do swojego pokoju, a po drodze spotkał Justynę. Przywitali się jak obcy ludzie. Zapytał, co u niej słychać i czy czegoś nie potrzebuje. Odpowiedziała, ze na razie jej nic nie potrzeba, chciałaby tylko posadę w sklepie. Potem rzekła, że nie przychodziłaby do niego gdyby nie rozmowa z jego narzeczoną, którą odbyła tego dnia. Zenon słysząc te słowa bardzo się zdenerwował. Zapytał jak śmiała nachodzić Elżbietę. Justyna wytłumaczyła, że to jego narzeczona ją wezwała. Wypomniała Zenonowi, że nie powiedział jej, że jest z kimś związany, a Elżbieta wiedziała o romansie z nią. Zenon chciał się dowiedzieć, co dokładnie mówiła jej Elżbieta. Gdy usłyszał, że powiedziała, ze nie będzie ślubu, od razu chciał biec się z nią zobaczyć. Zaczął delikatnie wypraszać Justynę, a wtedy ona zapytała go czy to on kazał Elżbiecie powiedzieć, żeby Justyna nic nie robiła dziecku. Zenon odpowiedział, że nie i że Justyna może zrobić z dzieckiem co chce. Przy wyjściu zapewnił ją, że da jej każdą sumę, jakiej będzie potrzebowała.

Po wyjściu Justyny pobiegł do telefonu zadzwonić do Elżbiety i dowiedział się ze wyjechała do Warszawy, do matki. Poszedł do pokoju. Nie mógł uwierzyć ze Elżbieta odeszła. Wtedy pomyślał o tym, co mówił mu Czechliński, że jeżeli Zenon zgodzi się to mógłby zacząć ogromną karierę. Zrozpaczony chciał robić karierę tylko dla Elżbiety. Nie pojmował jak
ukochana kobieta mogła pozwolić sobie na taką zazdrość by zaprosić kochankę i dowiedzieć się, że ona nic o niej nie wie. Wtedy wszedł do pokoju Edward Chąśba z listem od Elżbiety. Pisała, że lepiej będzie, jeśli się już nie zobaczą i że to Justyna ma do niego prawo.

XVII

Elżbieta jechała pociągiem do matki do warszawy. Myślała o tym jak nigdy nie było jej dane być razem z rodzicami bo rozstali się rok po jej urodzeniu. Justyna jechała by odbyć pierwszą w życiu szczerą rozmowę z matką. Czuła, ze teraz będzie zdolna ją zrozumieć.

Po wyjściu z pociągu udała się do kuzynki wuja Kolichowskiego Świętowskiej, kobiety starszej, samotnej i rozgoryczonej. Jak tylko Elżbieta położyła się do łóżka w mieszkaniu Świętowskiej, przed oczami pojawił się jej obraz Justyny. Zaczęła rozmyślać o tym jak Zenon mógł jej to zrobić. Zasnęła, a po przebudzeniu udała się do mieszkania matki, która mieszkała w najlepszym w mieście hotelu. Matka obejrzała ją i zaczęła wypytywać o nowiny Potem z kolei zaczęła mówić o swoim mężu ministrze. Elżbieta czuła się skrępowania i oddzielona od matki. Podziwiała jej drogi strój i jej urodę. Po chwili do matki i córki dołączyła hrabina Tczewska z Pieszni i Elżbieta wyobraziła sobie Zenona jako jej gościa. Potem wszedł do pokoju młody człowiek. Elżbieta postanowiła wyjść, ale umówiła się z matką na wieczór w teatrze. Nie doczekały końca spektaklu i poszły na kolację. Tam matka zapytała Elżbietę o zaręczyny. Ta odpowiedziała, że zostały zerwane. Niewieska powiedziała, że nie jest trudno zerwać zaręczyny, trudniej jest utrzymać związek mimo przeciwności losu. Poprosiła Elżbietę by zastanowiła się nad swoją decyzją, bo z następnym mężczyzną może być tak samo. Podczas rozmowy Elżbieta poczuła bliskość z matką, której tak brakowało jej w dzieciństwie.
XVIII

Elżbieta była w Warszawie już dwa miesiące i przekonała się, że potrafi żyć bez Zenona. Spotykała się ze znajomymi matki, dostała od niej wiele sukien. Jednak cały czas myślała o narzeczonym. Codziennie, nie zdając sobie z tego sprawy, czekała na list od niego. Nie mogła znieść jego milczenia i tego, że tak łatwo pogodził się z jej odejściem. Od ciotki dostawała wiadomości, że Zenon się nie pokazuje i że pani Kolichowska czeka na jej powrót.

Elżbieta przyglądała się życiu matki, która czekając na przyjazd męża nie stroniła od towarzystwa innych mężczyzn. W jej stosunkach z przyjaciółmi nie było miejsca na zazdrość, ale była pewna obojętność. Elżbieta przypomniała sobie, że Zenon nie znosił obecności nikogo w pobliżu, kiedy byli razem.

Nie doszło do wielkiego pojednania między Elżbietą i jej matką, ale zastąpiły je wspólne przejażdżki, tańce i wieczory. Niewsieska często upominała córkę, że ta zachowuje się jak jej ojciec.

Pani Świętowska opowiadała Elżbiecie o wuju Aleksandrze Kolichowskim. Mówiła, że choć miał, jak wielu mężczyzn, skłonność do romansów, to był bardzo dobrym człowiekiem. Opowiadała jej także o młodości jej ciotki Cecylii oraz matki. Sama zaś nie chciała by opowiadano jej o czymkolwiek. W nocy Elżbieta rozmyślała o Zenonie i o tym, że mogła postąpić w stosunku do niego inaczej.

Pewnego dnia, gdy wyszła z domu ujrzała go stojącego przed jej domem. Kiedy ją zobaczył był bardzo zadowolony. Wziął ją pod rękę i zaczął gdzieś prowadzić, wypominając jej to, co zrobiła. Ona była bardzo uszczęśliwiona jego widokiem. Doszli do cukierni, Elżbieta zatelefonowała do matki, a Zenon powiedział jej, że są wolni, bo cała sprawa z Justyną jest już zakończona. Powiedział, że czekał na zobaczenie jej aż załatwi wszystkie sprawy, które mogą stanąć między nimi. Obje byli szczęśliwi. Zdecydowali, że wyjadą niedługo jednak to się nie udało. Poszli do jego mieszkania. Będąc z nim Elżbieta nie mogła uwierzyć w to, że zdołała się kiedykolwiek z nim rozstać. Później poszli do Niewieskiej by Zenon mógł ją poznać. Matka i jej mąż zaprosili ich na raut oraz do teatru. Niewieski, starszy, przystojny, otyły pan był człowiekiem bardzo uprzejmym, dobrym politykiem i finansistą korzystającym z życia. Elżbieta przyglądała się swojemu narzeczonemu wśród Niewieskich i ich znajomych i dziwiła się i cieszyła jednocześnie, że tak dobrze się w ich towarzystwie odnajduje. Okazało się, że jest bliższy tym ludziom niż ona. Potem w teatrze Zenon wsunął na palec Elżbiety pierścionek.

XIX

Justyna zaczęła pracować w sklepie bławatnym jeszcze przed ślubem Ziembiewicza i Bieckiej. Zawdzięczała tę pracę Elżbiecie. Po powrocie z Warszawy Elżbieta przekonała się, że Justyna nigdzie nie zniknęła i że będzie musiała pomagać Zenonowi zajmować się nią. Dlatego właśnie poszła do sklepu pana Torduńskiego i załatwiła Justynie jej wymarzoną pracę. Nie było to jednak dla niej łatwe.

Justyna, po krótkiej chorobie wyprowadziła się od Gołąbskiej. Zamieszkała po drugiej stronie miasta, na Przedmieściu Chązebiańskim, w niewielkim domu u państwa Niestrzępów, którzy nic o niej nie wiedzieli. Zenon dawał jej pieniądze, jednak ona cały czas prosiła go o pomoc, zwierzała się ze swoich problemów, traktowała jak kogoś z rodziny.

Pani Kolichowska zaczęła zdrowieć. Chodziła teraz o dwóch laskach. Zaczęła też okazywać Zenonowi nieco sympatii, ponieważ uważała, że to dzięki niemu Elżbieta wróciła do miasta i w nim pozostanie.

Zenon przygotował do zamieszkania dla siebie i Elżbiety byłą magnacką siedzibę za miastem. Był to jeden z ładniejszych domów w mieście. Elżbieta dostała od ciotki trochę mebli do domu oraz prezenty od matki.

Przed ślubem Zenon zawiózł ją do Boleborzy. Pani Żancia witała Elżbietę serdecznie. Trzymała się dobrze jak na swoje lata, Walerian natomiast wyglądał bardzo źle. On również był zachwycony Elżbietą. Ziembiewiczowa obdarowała przyszłą synową haftowanymi obrusami.

Po ślubie Elżbieta i Zenon skorzystali z zaproszenia Niewieskiej i udali się na południe, spędzając kilka dni w Wiedniu. Po powrocie Zenon miał objąć stanowisko prezydenta miasta. W czasie podróży Elżbieta zaszła w ciążę. Mimo, że podróż była piękna Elżbieta myślała o powrocie.

XX

Mieszkanie Justyny było słabo ogrzane. Nadeszła chłodna zima i kobiecie ciągle doskwierało zimno. Kiedy wracała do domu z pracy w mieszkaniu było lodowato. Szła do pracy trzy kwadranse, zawsze była wcześnie by nie zdenerwować swego pracodawcy. Justyna bardzo lubiła pracę w sklepie. Cieszyła się, kiedy mogła zachwalać towar klientkom i radzić im. Była bardzo zręczna, lubiła odmierzać i ciąć materiały.

Pewnego dnia przyszedł do sklepu Franek Borbocki i powiedział, że Jadwisia, córka Jasi Gołąbskiej umarła i że Jasia prosi Justynę by do niej przyszła. Pani Borbocka umarła już wcześniej. Justyna zaczęła płakać. Zdarzało jej się też często płakać bez przyczyny, gdy wracała do domu wieczorami. Poszła z Frankiem do Jasi, która siedziała w ciemności i płakała. Justyna zaczęła ją pocieszać. Pogrzeb Jadwisi odbył się trzy dni późnej. Cztery miesiące później umarła na gruźlicę Jasia Gołąbska. Przed śmiercią często wydawało jej się, że obok w łóżku leży jej matka i jęczy. Śniła także o córce i mężu, który ją przepraszał. Justyna rzadko ją odwiedzała, mówiła, że ma dużo pracy, ale to ona znalazła martwą Jasię w łóżku.

Justyna w sklepie awansowała na kasjerkę. Pan Toruciński był z niej zadowolony i podniósł jej pensję z czterdziestu złotych do sześćdziesięciu.

Justyna po śmierci Jasi prawie zupełnie przestała się kontaktować z ludźmi poza pracą. Nadal mieszkała u państwa Niestrzęp. Pani Niestrzępowa opowiadała jej o swojej siostrzenicy, która umarła śmiercią tragiczną w młodym wieku.

Pewnego dnia w październiku Justyna nie zjawiła się w pracy. Przyszła do niej panna Mańcia ze sklepu i zastała ją leżącą w łóżku. Powiedziała, że jest jej zimno, ale zaprzeczyła, jakoby była chora. Powiedziała, że jest zmęczona i rozpłakała się bez przyczyny.
XXI
Jesienią przyjechał do miasta Karol Wąbrowski, syn pani Kolichowskiej. Zenon, ubrany jak prawdziwy dygnitarz, przywitał go na dworcu. Karol leczył się w uzdrowiskach na całym świecie. Teraz rozmawiając z Zenonem pytał o swoją matkę i o życie Zenona. Przyjaciel oznajmił mu, że jego matka czuje się dobrze, a on sam ma z Elżbietą syna. Odwiózł przyjaciela do domu Kolichowskiej.

Od rana pani Cecylia szykowała się na przybycie syna. Kiedy zobaczyła go w drzwiach okazało się, że wygląda dla niej jak obcy człowiek mimo to nazwała go swoim dzieckiem. Karol nachylił się by pocałować matkę w rękę, co było dla niego trudne, ponieważ nosił ortopedyczny gorset. Nie zdradzając swoich uczuć pani Kolichowska powiedziała synowi, że może się zatrzymać w byłym pokoju Elżbiety. Zastanawiała się czy Karol rozpozna Elżbietę, bo ona nie pamiętała go w ogóle. Gdy odprowadzała go do pokoju, wspierając się o kulach, Karol nie pomógł jej, za bardzo zajęty był swoją chorobą. Każdemu jego ruchowi towarzyszył szczęk gorsetu. Pani Kolichowska poinformowała go, że Elżbieta już od roku mieszka w swoim domu wraz z mężem i jego matką, która wprowadziła się do nich po śmierci Waleriana Ziembiewicza. Karol był obojętny na zachowanie matki, mało się odzywał. Pani Cecylia stwierdziła, że nie jest podobny do swojego ojca. Przyglądała się synowi i zdała sobie sprawę, że jest starszy niż jej pierwszy mąż, kiedy go ostatnio widziała. Powiedziała mu, że jest podobny do dziadka Bieckiego. Mówiąc to myślała o pierwszym mężu, ojcu Karola. Kiedy ją opuszczał, myślała, że robi to w imię swoich ideałów i partii. Jednak, gdy zamieszkał w Paryżu, zerwał z nią kontakt i był z nową kobietą. Dopiero później dowiedziała się, że ta kobieta była jego kochanką już w Polsce. Pani Kolichowska na wpół świadomie, liczyła na to, że maż odezwie się do niej. Nadzieje te zakończyła jego samobójcza śmierć.

Karol zapytany o to czy wie coś o kobiecie, z którą spotykał się jego ojciec, odpowiedział, że mieszka ona w Paryżu i ma córkę, którą uważa, za swoją siostrę. Pani Kolichowska poczuła ukłucie bólu słysząc te słowa, choć wiedziała, ze te sprawy należą już do jej przeszłości.

Karol zdrzemnął się jakiś czas, a kiedy zszedł na obiad okazało się, że przybyła Elżbieta. Była chłodna dla swojego kuzyna. Podejrzewała, że jego obojętność przez wiele lat powodowała cierpienie Pani Kolichowskiej. Karol zapytał jak ma na imię dziecko Elżbiety, a ona odpowiedziała, że Walerian po dziadku i że ma teraz cztery miesiące. Powiedziała również, że według niej dziecko to dziwne stworzenie, które ciągle płacze,
„jak gdyby go bolała rzeczywistość.”

Przy obiedzie Elżbieta powiedziała do Karola, że kazał zbyt długo czekać swojej matce na siebie i naraził ją na wielką tęsknotę. Karol wytłumaczył, że długo chorował, a potem, kiedy już znalazł sobie pracę nie mógł wyobrazić sobie wyjazdu. Nie jest człowiekiem, który lubi podróże. Uśmiechał się przy tych słowach i pani Kolichowska z ulgą pomyślała, ze jej syn, jest jednak miłym człowiekiem. Po obiedzie Elżbieta i Zenon udali się do domu, a pani Kolichowska do swojej sypialni. Źle się poczuła z powodu tego, że Elżbieta ją opuszcza, a także z powodu Karola. Pomyślała, że kiedyś Elżbieta nie mogła zastąpić Karola, a teraz on nie może zastąpić Elżbiety.

Kilka dni później Karol i jego matka wybrali się do domu Ziembiewiczów by zobaczyć małego Waleriana. Opiekowała się nim pani Żancia i przywieziona przez nią z Boleborzy Marynka. Pani Kolichowska została z panią Żancią, a Karol i Elżbieta poszli przez ogród żeby znaleźć Marynkę, która spacerowała z dzieckiem. Kiedy się już do niej zbliżali, zauważyli, że stoi przy ogrodzeniu i rozmawia z jakąś kobietą. Na ich widok kobieta odeszła. Marynka zapytana o to, kto to był, odpowiedziała, że nie wie, ale ta kobieta prosiła by pokazać jej Waleriana. Elżbieta bardzo się zdenerwowała i powiedziała Marynce takim tonem, jakiego używała pani Kolichowska w rozmowie z służącymi, że nie życzy sobie, aby ktokolwiek obcy oglądał lub dotykał małego Waleriana. Marynka odpowiedziała, że nieznajoma pytała tylko czy to dziecko Ziembiewiczów i popatrzyła na nie. Elżbieta zabrała wózek i zaczęła go popychać w stronę domu. Odwróciła się i zobaczyła w oddali tamtą kobietę, która po chwili zniknęła. Zapytała Marynkę czy ją zna, a ona odpowiedziała, że nie. Elżbieta pomyślała, że służąca na pewno kłamie.

Pani Żancia powiedziała Pani Kolichowskiej, że pewnie cieszy się ona z powrotu swojego jedynaka. Pani Kolichowskiej nie podobał się dom Ziembiewiczów i myślała, że na pewno nie chciała by w nim zamieszkać. Nie miała też zbyt serdecznego stosunku do małego Walusia. Pani Żancia natomiast odnosiła się do niego z wielką serdecznością. Śmierć męża nie zmieniła jej pogodnego nastawienia do życia. Przywiozła do domu Zenona służbę z Boleborzy i czuła się jak u siebie. Często opowiadała też, jaki z jej męża był cudowny człowiek. Bardzo denerwowało to Zenona, który sądził, że opowiadania matki robią z ojca innego człowieka. Jednocześnie żałował, że nie potrafił się nigdy z ojcem dogadać. Ciągle miał w pamięci obraz dziewczyn z wioski skradających się pod oknami ojca wieczorem. Pani Żancia zaczęła opowiadać o tym, jakie piękne kazanie wygłosił ksiądz Czerlon na pogrzebie Waleriana. Wtedy do rozmowy włączył się Karol, ponieważ okazało się, że pamięta Czerlona z Sorbony. Żancia zaczęła mówić o tym, że ksiądz Czeron jest bardzo mądrym i dobrym człowiekiem. Zenon zapytał czy nie mówią o nim czegoś złego, a wtedy pani Żancia powiedziała, że były plotki o tym, że zadawał się z kilkoma dziewczynami, a także o jego wielkiej przyjaźni z hrabiną. Jednak ona nie uważała, że należy podejrzewać ich o coś złego.

Elżbieta tymczasem cały czas myślała o kobiecie, którą widziała z ogrodu. Podejrzewała, że to Justyna jednak zrezygnowała z tego poglądu, ponieważ tamta kobieta była ubrana elegancko, po miejsku i była dużo szczuplejsza niż Justyna.

Następnego dnia Marynka przyznała, że zna tamtą kobietę i że to właśnie Bogótówna.

Kilka tygodniu później Zenon poruszył temat Justyny. Powiedział, że Elżbieta musi załatwić jej miejsce pracy w cukierni Chązowicza. Elżbieta zmartwiła, się, że Justyna może opowiadać ludziom o sytuacji pomiędzy Ziembiewiczem a nią. Jednak Zenon ją uspokoił. Wtedy zapytała go czy wiedział, ze Justyna przychodziła pod ich dom by zobaczyć dziecko. Zenon potwierdził. Elżbieta załatwiła Justynie nową pracę.
XXII
Na imieninach pani Kolichowskiej zjawiło się znacznie mniej osób niż dawniej. „Pani Gieracka dawno już nie żyła, a po niej umarły jeszcze dwie staruszki. Jedna znów była chora i przesłała list z życzeniami oraz wiązankę białych chryzantem, małych jak astry” Na przyjęciu pierwszy raz pojawiła się pani Żancia. Elżbieta postrzegana była teraz przez znajome ciotki jako córka prezydenta miasta. Ona także patrzyła na nie inaczej, już nie jak na osoby wrogie. Były dla niej starzejącymi się osobami, z którymi czas obchodzi się nieubłaganie. Elżbieta podziękowała pani Tawickiej, za załatwienie pracy Justynie. Wtedy kobiety zaczęły rozmawiać o Bogutównie. Pani Żancia zastanawiała się, kim może być jej ojciec, bo jej zdaniem dziewczyna nie wyglądała na chłopkę. Elżbieta mimowolnie przysłuchiwała się rozmowie z ciekawością. Zaczęła myśleć o tym, że Zenon powiedział jej kiedyś, że sprawa jest załatwiona, jednak, mimo, że dziecka Justyny nie było na świecie, to ona sama wciąż pojawiała się w życiu, Ziembiewiczów.

Pojawił się Karol i powiedział do Elżbiety, patrząc na matkę i jej gości, że uważa, że starość jest gorsza od kalectwa. Elżbieta stwierdziła, że nie mogą uważać się za lepszych tylko, dlatego, że są młodzi. Karol odrzekł, że ludzie patrzą na niego tylko przez pryzmat jego choroby, tuberkulozy. Poprosił Elżbietę, żeby powiedziała jego matce by ta nie zamartwiała się jego chorobą i traktowała go normalnie. Po chwili Elżbieta i pani Żancia udały się do domu. Okazało się, że spośród zebranych gości pani Żanci najbardziej podobała się pani Posztarska, chociaż nikt inny nie zwrócił na nią uwagi. Elżbieta bała się, że starsza Ziembiewiczowa zapyta o Justynę, jednak ona tego nie zrobiła. Justyna zaczęła się zastanawiać czy kobieta nie wie o całej sprawie.

Kiedy wróciły do domu okazało się, że do Elżbiety przyszedł Marian Chąśba porozmawiać o Franku Borbockim, który był w więzieniu. Wyglądał źle, był bardzo chudy. Elżbieta przypomniała sobie jak Chąśbina biła swoich synów, kiedy byli mali, a Marian nigdy nie płakał i nie krzyczał. Często pożyczał od niej książki. Poźniej pracował w fabryce Hettera, która miała być zamknięta, ale został wyrzucony. Narzekał, że w fabryce nie szanują pracowników. Elżbieta domyślała się powodu jego zwolnienia po tym, że zaczął często używać określenia „sprawa robotnicza”. Pisanie artykułów do Niwy skończyło się tym, że Zenon go wyrzucił. Tymczasem Marian wciąż opowiadał o Franku: „Streszczał niejako jego biografię:

roboty dawno nie miał, szwagier mu się zmarnował, potem śmierć matki, długie umieranie siostry, ta mała... A do tego jeszcze miał tę dziewczynę” Okazało się, że dziewczyną Franka była Justyna. Chąśba poprosił Elżbietę by wstawiła się za Borbockim u naczelnika więzienia i policji.

Kiedy Marian odszedł, pojawił się Zenon. Przywitał się z żoną bardzo czule. Przy Zenonie Elżbieta czuła, ze niebezpieczeństwa są nierzeczywiste. Opowiadał, że jedzie na polowanie.

XXIII

Pani Żancia codziennie wstawała o piątej rano, piła ziółka i długo spacerowała. Myślała o tym jak trudno było jej kiedyś poradzić sobie z lekkomyślnością męża i brakiem szacunku syna. Jednak uważała Waleriana za dobrego człowieka, który potrafił przyznać się do błędów i cieszyła się, że Zenon ożenił się ze wspaniałą kobietą. Żyła teraz życiem syna i jego żony: opiekowała się ich dzieckiem, zawsze musiała się dowiedzie dokładnie, co u nich słychać. Dopiero, kiedy rankiem była samotna mogła rozkoszować się więzią ze Stwórcą. Myślała często o mężu, ale nie smuciła się, bo to nie leżało w jej naturze. Była zadowolona ze swego życia: „Wszystko bowiem uczyniła, wszystkiego dotrzymała i wszystko wypełniła do końca”. Była pewna, że mąż był jej wdzięczny za to, co zrobiła dla niego. Pani Żancia była także zadowolona ze stosunków z synem i jego żoną, którą zawsze chwaliła. Chciała chłonąć miłość syna i synowej. Z radością myślała też o tym, że Zenon staje się coraz bardziej podobny do ojca, że zaczął polować.

Z czasem Zenon coraz mniej czasu poświęcał swojemu paryskiemu przyjacielowi Karolowi. Zwierzył mu się jednak z sytuacji z Justyną.

Pewnego dnia w domu pani Kolichowskiej zawitał ksiądz Czerlon by zobaczyć się z Karolem. Karol przyglądał się nieśmiało jego ogromnej imponującej sylwetce i słuchał opowieści Czerlona. Mówił on o tym jak po pożyczeniu od Karola pieniędzy przeniósł się do innego miasta gdzie pracował jako konduktor. Potem znów nie miał pieniędzy i przeniósł się do Liege, tam ciężko pracował wśród biednych ludzi. Karol słuchając opowieści myślał o tym, że zawsze uważał, że żadna kobieta nie może się oprzeć Czerlonowi. Zapytał go czy wśród tych biednych ludzi Czerlon postanowił zmienić swoje życie a ten odpowiedział: „Miotałem się w sprzecznościach, brnąłem w odszczepieństwo i grzech. Ale w grzechu, w męce i niepokoju szukałem człowieka. I zrozumiałem, że człowieka nie może znaleźć człowiek, nie ma drogi do człowieka, tylko przez Boga. Tam, na tym dnie, zrozumiałem, że tylko w Bogu jest zespolenie.” A biedni ludzie, których spotkał w Liege nienawidzili go i chcieli go zabić. Mieszkał u starego palacza i jego rodziny, którzy mieli młodą, brudną siostrzenicę-służącą. Została ona jego kochanką, a że była także kochanką palacza, został wyrzucony. Czerlon był zawiedziony, że Karol nie zmienił swojego życia. Chciał go przekonać, aby uwierzył, mówił mu o cierpieniu. Opowiedział historię z dzieciństwa, o rybie, która prawie nieżywa zaczęła się rzucać, gdy kucharka chciała ją oprawić. Wyjaśniło się, dlaczego Czerlon nigdy nie je ryb. Niedługo potem ksiądz odszedł.

XXIV

U Ziembiewiczów odbył się raut o którym przychylnie pisano w lokalnych gazetach. Było to trzy miesiące przed tragiczną śmiercią Zenona. Kiedy to się stało ludzie przypomnieli sobie raut wspominali, że tamtego dnia zamknięto hutę Hettnera i aresztowano wielu robotników. Niektórzy na początku myśleli, ze miało to związek ze śmiercią prezydenta, który był dość popularny, zaczął budowę domów dla robotników, remont budynków dawnej cegielni, budowę parku, ale wkrótce zabrakło pieniędzy i popadł u wielu w niełaskę. Zenon przypłacił to pogorszeniem stanu zdrowia. Elżbieta dawała mu ukojenie, ale czasem mówiła mu z wyrzutem, że jest inny dla ludzi, a inny dla niej. Przy niej był małomówny, zamyślony, a przy innych miał potrzebę ciągłego podtrzymywania rozmowy, żartowania. „Było w tym coś więcej niż niepokój, była niepewność wobec świata, niezgoda na siebie, coś niedobrego, czemu w ten sposób nadaremnie usiłował zaprzeczyć.” Często też denerwował się, kiedy przejmowała się krzywdą biednych ludzi albo wypominał jej kontakty z ludźmi pokroju Chąśby, których nazywał rewolucjonistami.

W dniu, kiedy odbywał się raut, Zenon był u Justyny, zmuszony całą serią błagalnych listów. Kiedy przyszedł przywitała go smutna. Zaczęła żalić się, że nie odpowiada jej już praca w cukierni. Zenon zapytał czy nikt Ne wypytuje ją o niego. Zaprzeczyła. Powiedziała, że boi się, bo do Niestrzępów, jej gospodarzy przychodzi człowiek, który zabił ich siostrzenicę. Zaczęła płakać. Opowiadała o tym, że z nikim się nie spotyka, nie ma przyjaciół. Zenon był zaniepokojony po tej wizycie. Zrozumiał, że Justynę trzeba wysłać do lekarza. Powiedział o całej sytuacji Elżbiecie, która była przerażona, że coraz więcej jest Justyny w ich życiu. Obiecała jednak, że załatwi Justynie wizytę u doktora Lefelda. Rozgoryczony Zenon zaczął narzekać, że innym wiele złych uczynków uchodzi na sucho a on musi cierpieć całe życie za ten jeden błąd.

Doktor Lefeld zbadał Justynę i stwierdził, ze nie widzi objawów choroby psychicznej. Zalecił by lepiej się odżywiała i kontaktowała się z bliskimi. Jednak Justyna nie miała żadnych bliskich. Gołąbscy umarli, Borobocki był w więzieniu, a pani Żancia i służące z Boleborzy byli dla Justyny niedostępni.

XXV

Na wiosnę pani Cecylia zachorowała na, tyle, że nie mogła się ruszać z łóżka. Elżbieta często ją odwiedzała, a Karol pracował nad jakimiś książkami. Przychodził do matki tylko na wezwanie, ale dużo rozmawiał i nie nudził się z nią. Z rozmów pani Cecylia dowiedziała się dużo o córce swojego pierwszego męża. Mówili także o samobójstwie ojca Karola i o tym, co ten pamięta z dzieciństwa, kiedy jeszcze przebywał z matką. O tym, jak Karol mówił wtedy jej, że jest piękna i o tym jak nienawidził jej drugiego męża, bo uważał, że ja krzywdzi. Przyznał, że kochał ją i był o nią zazdrosny w dzieciństwie. Wkrótce pani Cecylia zaczęła czuć się gorzej. Wezwano na jej prośbę Elżbietę. Kiedy przyjechała Kolichowska była już nieprzytomna, niedługo potem umarła. Elżbieta przyznała się Karolowi, że nigdy nie wyjawiła ciotce, że ją kochała i że zawsze będzie tego żałować.
XXVI

Justyna miała w nocy niespokojne sny. Najpierw śniło jej się, że szła do mieszkania Jasi Gołąbskiej i tam na łóżku bez pościeli zastała zmarłą matkę, której zapomniano pochować. Potem śniło jej się, że płynęła samotnie kamiennym okrętem po morzu. Był to dla niej piękny sen. Następnie śniło jej się jej dziecko, najpierw zdrowe, a potem chore i umierające. Na koniec zmieniło się w Jadwisię Gołąbską. Obudziła się i płakała nad tym, że poszła do akuszerki i pozwoliła wywołać poronienie. Wyrzucała sobie, że to dziecko nie miało nikogo i nawet ona, jego własna matka zwróciła się przeciw niemu. Następnego dnia nie wstała z łóżka opoko nie przyszła pani Niestrzępowa i kazała jej ubrać się, napalić w piecu i zrobić sobie czegoś do jedzenia. Ale później Justynie znowu przypominała się wizyta u akuszerki: to jak opowiadała, że wcześniej była u niej piętnastoletnia dziewczyna z dobrego domu, którą przywiózł jej własny wuj. Potem akuszerka zrobiła jej zabieg, bolało ją, a nad ranem poroniła. Potem leżała nieprzytomna dwa tygodnie. Kiedy tak wspomniała, przyszedł Zenon. Zawsze uważał, żeby nikt go nie zobaczył, gdy ją odwiedzał. Pytał ja czy bierze leki, jak się czuje, ale ona wiedziała, że jest dla niej obcy i że jej los go nie obchodzi. Powiedział, żeby przestała do niego pisać, a ona się zgodziła. Powiedziała mu, że zaskoczyłoby go gdyby dowiedział się, jakie złe myśli ma czasem. Kiedy wyszedł znowu leżała w łóżku, ale przyszła Niestrzępowa i zaprosiła na kolację. Przy stole był Podebrak, człowiek, którego Justyna nie lubiła. Opowiadali o siostrzenicy i okazało się, że Podebrak zabił ją w przypływie zazdrości, kiedy myślał, że zastał ją z kochankiem.

Następnego dnia Justyna nie chciała wstawać. Najpierw przyszedł doktor a potem Zenon i namawiał ją żeby wyjechała dla własnego dobra. Ona się nie zgadzała. Przyznała, że ma czasem myśli, żeby zrobić coś złego jemu albo Elżbiecie.

Wracając Zenon myślał o tym czy słowa Justyny były groźbą. Przypomniał sobie, że Niestrzępowa mówiła, że Justyna ostatnio się zmieniła, jest podniecona, wychodzi na miasto, kupuje ubrania. Kiedyś zapytał czy go kocha, ale ona zaprzeczyła. Zenon martwił się o nią. Elżbieta zdawała sobie sprawę, z tego, że mąż coraz częściej odwiedza Justynę.

Zenon miał wstąpić do magistratu, ale okazało się, że droga była zajęta przez tłum. Okazało się, że zaczął się strajk. Zenon uciekał przed strajkującymi do ratusza i spotkał się ze zdenerwowanym Czechlińskim

XXVII

W następnych dniach po strajku i strzałach pod ratuszem, zdarzały się jeszcze masówki robotnicze i częste aresztowania. Aresztowano między innymi Mariana Chąśbę. Pochowano kilku zabitych robotników. Okazało się, że pierwszy strzelał Podebrak. Zginął Franciszek Borbocki. O wydanie rozkazu oddania strzałów do robotników posądzano Zenona, ale tak naprawdę Czechliński podjął tę decyzję jeszcze zanim Zenon się zjawił.

Niedługo potem zadzwonił doktor z wiadomością, ze Justyna próbowała otruć się jodyną. Udało się ją uratować. Zenon pojechał do niej. Leżała w łóżku i miała za złe ludziom, którzy ją odratowali i się nią opiekowali. Miała żółtą plamę w kąciku ust. Zapytał, za co ona go tak każe, skoro sama podjęła decyzję o pozbyciu się dziecka. Justyna zapytała, na co w takim razie dał jej wtedy pieniądze. On zaprzeczał, jednak ona uważała, że wszystkie złe rzeczy, które się jej przytrafiły spowodowane były tym, że dostała pieniądze od Zenona. Wyrzucała mu, że chciał się jej pozbyć. Zapytała czy nie boi się przychodzić do niego skoro ona słyszy głosy, które każą jej go zabić. Twierdziła, że jej męki zostaną przerwane, gdy jego nie będzie.

Wyszedł od Justyny i pojechał do doktora, a następnie do żony. Elżbieta dostawała kartki, w których opisane były egzekucje robotników. Zenon był niezadowolony, że żona przejmuje się tymi sprawami. Powiedział, ze robotnicy nie są tacy szlachetni jak się wydaje. Okazało się, że zamordowali Gołąbskiego. Wtedy Elżbieta powiedziała, że to już ostatni z lokatorów mieszkających pod podłogą umarł. Zenon zdenerwowany powiedział, że nie tylko robotnicy reprezentują idee, że on także reprezentuje ideę państwa. Elżbieta zauważyła, że wszystko, czego nie chciał, jest teraz po tej samej stronie, co on. Zenon wyśmiewał jej chęć pomocy drugiemu człowiekowi jako daremną. Odpowiedziała mu, że musi istnieć granica, której przekroczenie sprawia, że przestaje się być sobą, jednak on odrzekł, że jej przecież też nie udało się kierować wyłącznie dobrem drugiego człowieka.

Po tej rozmowie wyszedł z domu, a kiedy wrócił zastał swoją matkę w bibliotece. Pani Żancia pocieszała go, mówiąc, że jego zła passa na pewno się odwróci, że wróci do niego popularność i przyjaciele, a wszystko to, co się dzieje nie jest jego winą. Powiedział jej, że gdyby umarł pewnie mówiłaby o nim dobrze, a to wszystko byłaby nieprawdą. „Jest się takim, jak myślą ludzie, nie jak myślimy o sobie. Jest się takim jak miejsce, w którym się jest”

Później rozmawiał z Elżbietą o Justynie. Nie mógł zrozumieć, czemu przed laty wezwała ją do siebie. Odpowiedziała, że chciała się dowiedzieć, przed czym ma ustąpić. Zenon stwierdził, że Elżbieta robiła wszystko by być w porządku ze sobą, a nie o to chodziło. Zauważył, że w sprawie Justyny nigdy tak naprawdę nie pomyśleli o niej, ale zawsze myśleli o sobie. Ich życie ułożyło się dobrze, ale to cierpieniu Justyny zbudowali swoje szczęście.

Elżbieta „Nie szukała już odpowiedzi ani nawet ratunku. Nie było o co się spierać, nie było ważne, z czyjej winy wynikało to, co jest.”

ZAKOŃCZENIE

Po śmierci Zenona ludzie dziwili się jak kobieta mogła wejść do jego strzeżonego gabinetu. Sekretarka powiedziała, że wpuściła ją, bo wydała jej się biedną proszącą o pomoc. Dodatkowo prezydent Ziembiewicz nie był zdziwiony jej wizytą. Po chwil w gabinecie rozległ się krzyk. Okazało się, że kobieta oblała Ziembiewicza żrącym kwasem, a sama próbowała wyskoczyć przez okno. Kwas uszkodził oczy Zenona, a także wlał mu się do gardła, co sprawiło, że nie mógł oddychać. Sprawa była niejasna, nie wiedziano o związkach Bogutówny i rodziny Ziembiewiczów. Kiedy nowe fakty zaczęły wychodzić na jaw, sprawa stała się bardzo nieprzyjemna dla rodziny. Zenon Ziembiewicz wrócił do domu ze szpitala, ale okazało się, że nigdy nie odzyska wzroku. Tydzień później popełnił samobójstwo strzelając sobie z rewolweru w usta. Wdowa zostawiła dziecko matce męża i wyjechała za granicę. Starsza pani Ziembiewiczowa zamieszkała z Karolem Wąbrowskim w domu na Staszica i zajęła się wychowaniem wnuka.

HAMLET - Streszczenie, Charakterystyka, Opracowanie

Streszczenie

Francisco pełni wartę przed zamkiem królewskim w Elsinor. Przychodzi Bernardo zastąpić kolegę. Nadchodzą pozostali wartownicy: Marcellus i Horacjo. Marcellus wspomina o nocnej wizycie ducha zmarłego króla Hamleta (ojca obecnego księcia Hamleta).

William Shakespeare
Hamlet

Hamlet - Streszczenie Szczegółowe - Streszczaj Się Z Nauką

AKT I
Scena I

Francisco pełni wartę przed zamkiem królewskim w Elsinor.  Przychodzi Bernardo zastąpić kolegę. Nadchodzą pozostali wartownicy: Marcellus i Horacjo. Marcellus wspomina o nocnej wizycie ducha zmarłego króla Hamleta (ojca obecnego księcia Hamleta). Horacjo nie wierzy w jego opowieści. W tem ukazuje się owa zjawa. Horacjo podejmuje próby porozumienia się z duchem, ten jednak nic nie mówiąc znika. Wartownicy zastanawiają się nad znaczeniem tego zjawiska. Horacjo mówi, iż  zjawa swoim ubiorem i wyglądem przypominała króla z pamiętnej bitwy przeciwko wojskom norweskim. W wyniku przegranej ówczesny norweski władca Fortinbras zmuszony był oddać część swoich ziem. Obecnie jego syn, młody Fortinbras zbiera wojska i zamierza odebrać Duńczykom ziemie, które utracił jego ojciec.  Wartownicy uznają widzenie za znak nadchodzącego zagrożenia i na wołanie by przygotować się do ewentualnego ataku. Na potwierdzenie przypuszczeń o złej wróżbie Horacjo wspomina zjawy zmarłych zwiastujące śmierć Juliusza Cezara i upadek Imperium Rzymskiego. Nagle duch powraca, usiłuje coś powiedzieć, jednak wraz z pierwszym pianiem koguta (nadejście świtu) znika. Nastaje poranek, wartownicy postanawiają poinformować o tym dziwnym zjawisku młodego Hamleta.

Scena II

Sala w zamku królewskim. Sprawujący w państwie władzę brat byłego króla, Klaudiusz twierdzi, że należy zakończyć żałobę po zmarłym poprzedniku i zadbać o rozwój państwa. Wspomina przy tym o młodym Fortinbrasie, który gromadzi wojska i wyczekuje osłabienia Danii by ją zaatakować. Król wzywa do czujności, a następnie wysyła dwóch posłańców: Korneliusza i Voltimanda do króla Norwegii, stryja Fortinbrasa by zakazał gromadzenia wojsk. Między czasie przychodzi Leartes, prosi króla o pozwolenie na jego powrót do Francji. W komnacie pojawia się również Hamlet pogrążony w żałobie. Klaudiusz wraz z królową nakłaniają go by puścił w pamięć smutek po zmarłym ojcu i zaczął normalnie żyć. Tłumaczą, że jego umartwiania na nic się już zdadzą. Król przekonuje go, że śmierć jest wolą Bożą i nie należy się jej sprzeciwiać. Proszą go również by porzucił studia w Wittenberdze i pozostał pod ich opieką. Hamlet obiecuje matce posłuszeństwo. Zebrani opuszczają salę. Hamlet, który pozostaje sam wypowiada swe smutki i żale. Zarzuca swojej matce, że ledwo minął miesiąc  po śmierci króla – człowieka mężnego i prawego, a ona już porzuciła żałobę i wyszła za swojego Szwagra. Do Hamleta przychodzą wartownicy, witają się serdecznie. Horacjo opowiada młodemu księciu o nocnej zjawie. Tłumaczy, że co noc na tarasie królewskim pojawia się duch zmarłego króla w pełnym uzbrojeniu i z zatrwożoną twarzą. Hamlet po upewnieniu się, że zjawa to faktycznie duch jego ojca postanawia pójść w nocy pod taras.

Scena III

Pokój w domu Poloniusa. Leartes żegna się ze swoją siostrą Ofelią. Radzi jej by zapomniała o miłości do Hamleta. Tłumaczy, że jego uczucia nie mogą być stałe, gdyż jest niewolnikiem swego królewskiego rodu i musi mieć na uwadze bardziej dobro państwa nad własne. Przychodzi Polonius, udziela synowi błogosławieństwa na podróż do Francji oraz poradza jak ma się zachować w obcym kraju. Gdy wychodzi Leartes, Ofelia mówi ojcu o swoim uczuciu do Hamleta i miłosnych zapewnieniach królewicza. Polonius wątpi w szczerość i stałość uczuć księcia. Uważa, że zarówno Ofelia jak i Hamlet są jeszcze dziećmi młodymi i naiwnymi. Żąda by córka nie traciła czasu na romanse z księciem.

Scena IV

Taras zamkowy, około godziny dwunastej. Hamlet, Horacjo i Marcellus oczekują pojawienia się ducha. Z oddali słychać trąby, działa i wrzaski ucztujących na królewskiej biesiadzie. Hamlet krytykuje pijaństwo Duńczyków z powodu którego są oni wyśmiewani przez inne narody. Pojawia się duch króla, daje Hamletowi znaki by szedł za nim, najwidoczniej chce rozmawiać z księciem na osobności. Wartownicy obawiają się, że duch chce zaciągnąć młodzieńca w niebezpieczną pułapkę, próbują go powstrzymać. Hamlet nie zważa na ich przestrogi i udaje się za zjawą.

Scena V

Duch przemawia do królewicza Hamleta na osobności. Przedstawia się mu jako jego ojciec. Prosi go by pomścił okrutną zbrodnię. Tłumaczy, że zginął on nie od ukąszenia węża lecz z rąk swojego brata, który podczas snu w ogrodzie wlał mu do ucha truciznę, a ta spowodowała nagły zgon. Klaudiusz wciągnął do tego spisku nawet żonę byłego króla, którą ten jednak karze oszczędzić synowi. Mówi, że wystarczającą karą będą dla niej wyrzuty sumienia. Duch znika, a Hamlet uroczyście przysięga pomścić śmierć ojca. Nadbiegają wartownicy (Horacjo i Marellus), wypytują co mówiła zjawa. Hamlet jednak postanawia zachować swoją rozmowę w tajemnicy, prosi również towarzyszy by nikomu nie mówili o wizycie ducha. Z pod ziemi dochodzą głosy nakazujące wartownikom przysiąc milczenie o zaistniałym zjawisku. Jednocześnie książę ostrzega, że w najbliższym czasie jego zachowanie może wydawać się dziwne lecz mimo to  prosi ich o dotrzymanie złożonej mu przysięgi.

AKT II

Scena I

Polonius wręcza Rejnaldowi list i pieniądze by sługa przekazał je Laertesowi. Prosi go również by rozpytał u ludzi o zachowanie syna w Paryżu. Wychodzi Rejnaldo, zjawia się Ofelia. Jest przestraszona, opowiada o dziwnej wizycie Hamleta. Królewicz przyszedł do niej nie dawno niechlujnie ubrany, chwycił ją za rękę i trzymał nic nie mówiąc, a jedynie wpatrując się w nią intensywnie. Dziewczyna mówi, że zgodnie z wolą ojca nie przyjęła od młodzieńca żadnych listów oraz zabroniła mu wizyt. Polonius wnioskuje, że Hamlet oszalał z powodu odrzucenia jego miłości przez Ofelię.  Postanawia udać się niezwłocznie do Klaudiusza i poinformować go o swoich przypuszczeniach na temat szaleństwa księcia.

Scena II

Król i królowa zauważają dziwną przemianę Hamleta, chcą się dowiedzieć co jest jej przyczyną. W tym celu król wzywa Rozenkranca i Gildensterna (młodych dworzan, bliskich przyjaciół księcia) i prosi ich o to by rozerwali trochę Hamleta, a przy tym wybadali jakie smutki trapią młodzieńca. Zgadzają się na ta propozycję, a następnie wychodzą. Do króla przychodzi Polonius oraz dwaj posłowie powracający z Norwegii (Voltimand i Korneliusz). Voltimand mówi, że król norweski zakazał gromadzenia wojsk przeciwko Danii, a ponadto aresztował Fortinbrasa. Jednocześnie król norweski prosi Klaudiusza o zezwolenie na bezpieczne przejście jego armii udającej się na podbój Polski przez terytorium duńskie. Gdy posłowie odchodzą, Polonius mówi królowi o sowich domysłach co do szaleństwa Hamleta. Tłumaczy, że przyczyną tego stanu królewicza jest najprawdopodobniej odrzucenie jego miłości przez Ofelię. Na dowód swych słów pokazuje królowi list miłosny jaki Hamlet napisał do jego córki. Aby sprawdzić te podejrzenia, Polonius proponuje przyjrzeć się z ukrycia schadzce młodych. Nadchodzi Hamlet, król i królowa pośpiesznie wychodzą. Polonius próbuje wybadać księcia, zaczyna z nim rozmowę, ten początkowo zdaje się go nie poznawać, a następnie zaczyna mówić od rzeczy. Gdy Polonius wychodzi widząc, że nic nie wskóra do Hamleta przychodzą Rozenkranc i Gildenstern. Witają się serdecznie. Królewicz, który wyczuwa podstęp pyta się ich czy przyszli z własnej woli czy też ktoś ich posłał. Ci szybko się przyznają, że przybyli na prośbę króla i królowej. Dworzanie ponadto informują Hamleta o tym, że do zamku mają przybyć aktorzy. Nadejście teatralnej trupy oznajmia księciu Polonius. Wchodzą aktorzy. Po uroczystym powitaniu, Hamlet prosi ich o zadeklamowanie fragmentu „Eneidy”. Następnie królewicz prosi jednego z aktorów by nazajutrz wystawili sztukę „Zabójstwo Gonzagi” wraz z dopisanym przez niego fragmentem. Wszyscy wychodzą, Hamlet wygłasza monolog. Mówi, że nie ma odwagi jawnie powstać przeciwko stryjowi i dlatego planuje wystawić sztukę przedstawiającą scenę morderstwa utożsamiającą zabójstwo jego ojca.  Następnie będzie bacznie obserwował zachowanie stryja podczas przedstawienia by upewnić się czy jest on rzeczywiście bratobójcą.

AKT III

Scena I

Do króla przychodzą Rozenkranc i Gildenstern, informują go, iż owszem Hamlet przyznał się, że jest „rozstrojony” jednak nie wyjawił co jest tego powodem. Mówią również o aktorach, którzy przybyli do zamek, a na których widok książę bardzo się ucieszył. Polonius zgodnie z poleceniem Hamleta zaprasza królewską parę na wieczorne przedstawienie. Dworzanie i królowa wychodzą. Natomiast Klaudiusz i Polonius stają w ukryciu by móc podglądać zaaranżowane spotkanie Ofeli i Hamleta. Nadchodzi królewicz snujący rozważania o śmierci, wypowiada monolog zaczynający się od słynnej kwestii „Być albo nie być, o to jest pytanie”. Hamlet na widok Ofelii, rozpoczyna z nią rozmowę. Mówi, że nigdy tak naprawdę jej nie kochał. Książę wyśmiewa pozorną naiwność i łatwowierność kobiet. Każe jej iść lepiej do klasztoru lub wyjść za mąż za jakiegoś głupca.  Oskarża kobiety o przebiegłość i obłudę, po czym wychodzi. Pojawiają się król i Polonius. Król stwierdza, że to nie miłość jest przyczyną dziwnego zachowania Hamleta. Zaczyna coś podejrzewać, rozważa wysłanie bratanka do Anglii jak mówi „by złemu zapobiec”. Polonius radzi by nie postępować pochopnie i najpierw nakłonić królową do szczerej, otwartej rozmowy z synem, a dopiero gdy w taki sposób nie uda się nic z niego wydobyć wysłać go do Anglii.

Scena II

Hamlet poucza aktorów w jaki sposób mają odgrywać swoje role. Każe im deklamować głosem naturalnym, wstrzemięźliwie używać gestów, jednak nie być przy tym zbyt miękkimi. Nakazuje aktorom przestrzegać tekstu, który im dał do odegrania. Wszyscy wychodzą. Hamlet i Horacjo rozmawiają w cztery oczy. Książę wyjawia mu o czym będzie sztuka, przy czym nakazuje mu bacznie obserwować Klaudiusza podczas odgrywania sceny odzwierciedlającej morderstwo byłego króla. Wchodzą zaproszeni gości. Hamlet udaje człowieka obłąkanego, siada koło Ofelii. Na scenie odgrywana jest najpierw pantomima: Wchodzi król i królowa, wymieniają między sobą czułości, gdy król kładzie się spać pośród kwiatów, królowa wychodzi. Po chwili zbliża się jakiś człowiek, zdejmuje koronę z głowy króla, a do jego ucha wlewa truciznę. Zabójca i królowa opłakują śmierć króla, a następnie zaręczają się. Po pantomimie zaczyna się prawdziwe przedstawienie. Na scenę wchodzą król aktor i królowa aktorka. Kobieta wyznaje mężowi bezgraniczną miłość i wierność. Król aktor powątpiewa w stałość i szczerość tych zapewnień. Gdy król aktor zasypia, królowa aktorka wychodzi. Międzyczasie Klaudiusz pyta Hamleta o tytuł trwającego przedstawienia, ten tłumaczy, że jest to „Łapka na myszę”. Wtem na scenie pojawia się Lucjusz, który wlewa do ucha śpiącego króla aktora truciznę, powodującą jego zgon. To wybija Klaudiusza z równowagi, zrywa się z miejsca i nerwowo opuszcza przedstawienie. Za królem podąża reszta widzów. Pozostają jedynie Hamlet i Horacjo. Wspólnie uznają, iż król zdradził się poprzez swoje zachowanie i rzeczywiście jest winny zabójstwa swojego poprzednika. Matka wzywa księcia na rozmowę. Hamlet postanawia pójść i oskarżyć ją o pośpieszne poślubienie stryja. Zgodnie z wolą ducha wie, że musi panować nad emocjami podczas spotkania z królową.

Scena III 

Klaudiusz zaczyna się coraz bardziej obawiać szaleństwa Hamleta. Ostatecznie postanawia się pozbyć niewygodnego księcia i wysłać go do Anglii. Prosi Rozenkranca i Gildensterna by towarzyszyli królewiczowi w podróży. Wspólnie stwierdzają, iż Hamlet jako następca tronu w obecnym stanie byłby zagrożeniem dla całej Danii. Polonius ukrywa się w komnacie królowej, ma podsłuchać jej rozmowę z Hamletem by potem zdać relację królowi. Gdy wszyscy wychodzą, król w samotności wygłasza monolog, w którym przyznaje się do zamordowania brata.  Klaudiusz z jednej strony żałuje zbrodni jednak z drugiej wie, że nie może przyznać się do jej popełnienia gdyż utraciłby koronę, władzę i żonę. Wtem wchodzi Hamlet, który najprawdopodobniej podsłuchał wyznań króla. Widząc, że Klaudiusz modli się postanawia odłożyć swój plan zemsty na później. Stwierdza, że w tej chwili śmierć króla mogła by być dla niego wybawieniem, a nie potępieniem.

Scena IV

Polonius doradza królowej by rozmawiała ostro ze swoim synem, a następnie staje w ukryciu. Wchodzi Hamlet. Jest bardzo agresywny. Gertruda przestraszona zachowaniem syna woła o pomoc. Słowa „Ratunku!, Ratunku!” wtóruje przebywający w ukryciu Polonius. Hamlet zauważając, że ktoś podsłuchuje ich rozmowę dobywa szpady i myśląc, że to król przebija nią stojącą za kotarą osobę. Gdy spostrzega, że zabił Poloniusa, zaczyna atakować swoją matkę. Oskarża ją o brak honoru oraz poślubienie zaraz po śmierci zacnego męża podłego Klaudiusza – bratobójcę. Kobieta jest przerażona, wypowiadane przez Hamleta słowa wywołują u niej wyrzuty sumienia. Nagle królewiczowi objawia się duch, Gertruda jednak  nie widzi go. Dlatego też słysząc mówiącego do powietrza syna myśli, że jest on opętany. Gdy duch odchodzi Hamlet radzi matce by zamiast zastawiać się szaleństwem syna żałowała za swoje uczynki, wyspowiadała się, a następnie porzuciła Klaudiusza i poprawiła się na przyszłość. Nakazuje jej również nie mówić nikomu o tej rozmowie. Na zakończenie wyznaje, że zna powody dla których Klaudiusz chce go wysłać do Anglii. Jest rozczarowany postawą Rozenkranca i Gildensterna. Hamlet wychodzi wlokąc ciało Poloniusa.

AKT IV

Scena I

Gertruda mówi królowi o Hamlecie, który w szaleńczym porywie zaczął krzyczeć „Szczur! Szczur!”, a następnie zabił stojącego za kotarą Poloniusa. Klaudiusz obawiając się coraz bardziej poczynań Hamleta postanawia jeszcze tego wieczoru wysłać go do Anglii.  Nakazuje Rozenkranca i Gildensterna odszukać księcia oraz zwłoki Poloniusa. Chce zataić zbrodnię młodzieńca.

Scena II

Rozenkranc i Gildenstern odnajdują Hamleta, ten jednak nie chce im powiedzieć gdzie ukrył zwłoki. Książę zarzuca im, że są przekupni. Mówi, że Klaudiusz darzy ich specjalnymi względami jedynie dlatego, że czerpie z tego korzyści, a gdy będą mu już nie potrzebni pozbędzie się ich. Następnie posłusznie udaje się z nimi do króla.

Scena III

Klaudiusz mówi, że nie może aresztować Hamleta gdyż ma on zbyt duże poparcie motłochu i mógłby ściągnąć uwagę na popełnione przez króla morderstwo. Wchodzą Rozenkrac i Gildenstern, którzy informują króla, iż nie udało im się dowiedzieć gdzie znajdują się zwłoki Poloniusa. Wprowadzają Hamleta. Dochodzi do nieprzyjemnej wymiany zdań, po której książę wyjawia, iż zwłoki znajdują się na schodach prowadzących do galerii. Król informuje Hamleta, że dla jego bezpieczeństwa jeszcze dziś wieczorem odpłynie okrętem do Anglii. Książę nie buntuje się przeciwko tej decyzji. Gdy wszyscy wychodzą, Klaudiusz w samotności mówi, że listownie prosi angielskiego króla by zamordowano Hamleta. Wierzy w lojalność władz Anglii, która ostatnio została pokonana przez duńskie wojska.

Scena IV

Hamlet wraz z dwoma dworzanami udaje się na okręt. Po drodze spotyka wojska Fortinbrasa przechodzące przez terytorium Danii, kierujące się na podbój marnego kawałka pograniczna Polski. Hamlet ma sobie za złe brak zapału w wypełnianiu zamierzonej zemsty. Postanawia za wszelką cenę powziąć odwet na Klaudiuszu.

Scena V

Ofelia po śmierci ojca oszalała, wypowiada zdania, które nie mają większego sensu. Horacjo przyprowadza dziewczynę do królowej. Ta zaczyna coś śpiewać. Wchodzi król. Dziewczyna dalej śpiewa. Na pożegnanie oznajmia przyjazd jej brata Laertesa i wychodzi. Król nakazuje Horacjo by miał na oku córkę Poloniusa. Klaudiusz stwierdza, że nie dobrze zrobili potajemnie grzebiąc zwłoki Poloniusa. Lud zaczyna coś szemrać, potajemnie powraca Laertes z Francji.  Do zamku wdziera się tłum ludzi na czele z synem Poloniusa krzycząc „Leartes królem, naszym królem będzie!”. Zrozpaczony Leartes udaje się na rozmowę z władcą, pyta co się stało z jego ojcem, chce pomścić mordercę, podejrzewa Klaudiusza. Do komnaty powraca Ofelia, której widok potęguje uczucie żalu i wzburzenia u Leartesa. Dziewczyna ponownie śpiewa jakieś pieśni, rozdaje różne kwiat, z których każdy coś symbolizuje, wydaje się żegnać z ludźmi i światem. Król za wszelką cenę próbuje załagodzić gniew i wściekłość mężczyzny, każe mu wybrać „najmędrszych przyjaciół” by osądzili czy mówi prawdę czy też kłamie. Gdy uznają, że jest winny śmieci Poloniusa obiecuje oddać mu królestwo, koronę i życie. W przeciwnym wypadku Leartes będzie musiał się pogodzić z okrutną fortuną.

Scena VI

Horacjo otrzymuje list od Hamleta. Książę pisze, że okręt którym płynął do Anglii został zaatakowany przez korsarzy. Królewicz wykorzystując zamieszanie przeszedł na statek piratów i zmierza teraz z powrotem do Danii. Mówi również, że wysłał list do króla, każe słudze dopilnować jego doręczenie, a następnie czym prędzej przybyć po siebie.

Scena VII

Klaudiusz wyznaje Leartesowi, że zabójcą Poloniusa jest Hamlet. Dodaje on, że młodzieniec czyhał również na jego życie. Tłumaczy, że nie zgładził mordercy po pierwsze z powodu matczynej miłości królowej, a po drugie z powodu powszechnego szacunku motłochu. Posłaniec przynosi list od Hamleta. W liście książę prosi o spotkanie z Klaudiuszem, chce błagać o przebaczenie i obiecuje wyjaśnić jego nagły powrót. Król i Leartes wpadają na pomysł by podstępnie i bez żadnych podejrzeń zabić Hamleta. Chcą urządzić pojedynek, w którym Leartes – sprawny w szermierce miał by ugodzić księcia zatrutym ostrzem. Król obmyśla również wyjście awaryjne, na wypadek gdyby plan się nie powiódł. Zamierza podać Hamletowi zatrute wino. Nagle wchodzi królowa, przynosi informację o śmierci Ofelii, która wijąc wianki wpadła do rzeki i utonęła.

AKT V

Scena I

Dwaj grabarze kopią na cmentarzu grób dla zmarłej Ofelii. Jeden z nich wyraża wątpliwości czy samobójczyni może być pochowana na chrześcijańskim cmentarzu. Drugi tłumaczy, iż dziewczyna jest szlachcianką i dlatego uznano jej śmierć za nieszczęśliwy wypadek. Nadchodzą Hamlet i Horacjo. Jeden z robotników zaczyna coś śpiewać, książę jest zdziwiony tym zachowaniem. Grabarz wyciąga z ziemi rozmaite czaszki i kości, a następnie bez żadnych skrupułów wyrzuca je. Hamlet snuje rozważania nad ulotnością ludzkiego życia. Podchodzi i próbuje dowiedzieć się komu przygotowywany jest grób. Robotnik jednak przekomarza się z nim i nie daje mu odpowiedzi. Nie rozpoznając Hamleta, mówi o opiniach jakie krążą wśród ludu jakoby książę postradał zmysły z powodu śmierci ojca i musiał wyjechać do Anglii by odzyskać rozum.  Nagle grabarz dobywa jakąś czaszkę, a potem tłumaczy, że należała ona do królewskiego błazna, Yorika. Hamlet znał pazia dlatego ten widok bardzo go porusza. Nagle wchodzi orszak żałobny, królewska para i Leartes. Hamlet i Horacjo staja w ukryciu. Książę widząc lamentowanie Leartesa uświadamia sobie, że to Ofelia umarła. Hamlet podchodzi do Leartesa i zarzuca mu, że jego łzy nie są szczere. Pomiędzy mężczyznami dochodzi do bójki, interweniują dworzanie by ich rozdzielić. Hamlet mówi, że dużo bardziej kochał  Ofelię niż jej brat, a następnie wychodzi. Król radzi Leartesowi cierpliwość i postępowanie zgodnie z ich ustaleniami.

Scena II

Sala zamkowa. Hamlet opowiada Horacjo o powodach jego wcześniejszego powrotu do Danii. Mówi, że wykradł list, który Rozenkranc i Gildenstern mieli dostarczyć królowi angielskiemu. Z jego treści dowiedział się, że Klaudiusz wysłał go na rychłą śmierć, zlecając Anglikom jego morderstwo. Ponadto mówi, że napisał nowy list, w którym nakazał zgładzić dworzan, opieczętował go ojcowskim sygnetem i podrzucił śpiącemu Rozenrancowi. Hamlet wyznaje słudze, że musi zemścić się na Klaudiuszu, gdyż zabił mu on ojca, uwiódł matkę, a na dodatek zastawił pułapkę na jego życie.
Wchodzi Osrik, przynosi wiadomość od króla. Mówi, że Klaudiusz założył się o to, iż księciu uda się pokonać w pojedynku Leartesa. Hamlet mimo złych przeczuć przystaje na ten zakład. Posłaniec podąża poinformować króla o rychłych zawodach. Horacjo doradza Hamletowi odstąpić od pojedynku, ten jednak mówi, iż nie zważa na swoje przeczucia.
Wchodzą król, królowa, Leartes i służba. Książę prosi Leartesa o wybaczenie mu niegodziwego zachowania podczas pogrzebu Ofelii. Następnie obaj chwytają za broń i rozpoczynają pojedynek. Hamlet trąca przeciwnika dwukrotnie. Klaudiusz widząc niekorzystny przebieg pojedynku wznosi toast, oferuje królewiczowi puchar z zatrutym winem. Młodzieniec jednak nie zaważa na to i walczy dalej. W międzyczasie truciznę wypija Gertruda. Nagle Leartes rani zatrutym ostrzem Hamleta, następnie pasując się w zamieszaniu wymieniają się floretami. W ten sposób również Leartes zostaje raniony śmiertelnym ostrzem. Królowa upada, umierając mówi, że wino było zatrute. Hamlet szuka zdrajcy. Prawdę o całym spisku wyjawia mu konający Leartes. Mówi, że to wszystko sprawka króla oraz że i oni zaraz pomrą ugodzeni śmiertelnym ostrzem. Książę zabija Klaudiusza, a następnie godzi się ze swoim przeciwnikiem. Horacjo widząc całe zdarzenie również chce wypić truciznę i umrzeć. Hamlet jednak zabrania mu tego i nakazuje by w przyszłości poświadczył o wszystkim co się tutaj wydarzyło. Książę umiera.
Do Elsinor przybywa poseł z Anglii z informacją, że zgodnie wolą króla Rozenkranc i Gildenstern zostali zabici. Do miasta przybywa również Fortinbras, który jest w drodze powrotnej w wojny w Polsce. Horacjo opowiada o wydarzeniach jakie miały miejsce w Elsinor. Fortinbras w hołdzie zmarłemu Hamletowi, rozkazuje pochować go jako bohatera.   

Michał Ziobro

HAMLET - TREŚĆ DRAMATU

Hamlet
Królewicz duński

William Shakespeare

¤ ¤ ¤ ¤

tłum. Józef Paszkowski
SPIS TREŚCI:
 

HAMLET - OSOBY DRAMATU

Klaudiusz – król duński
Hamlet - syn poprzedniego, a synowiec teraźniejszego króla
Poloniusz - szambelan
Horacy - przyjaciel Hamleta
Laertes - syn Poloniusza
Dworzanie:
Woltymand
Korneliusz
Rozenkranc
Gildenstern
Ozryk
Ksiądz
Oficerowie:
Marcellus
Bernardo
Francisko - żołnierz
Rajnold - sługa Poloniusza
Rotmistrz
Poseł
Duch ojca Hamleta
Fortynbras - książę norweski
Gertruda - królowa duńska, matka Hamleta
Ofelia - córka Poloniusza

Panowie, damy, oficerowie, żołnierze, aktorowie, grabarze, majtkowie, posłowie i inne osoby.

Rzecz odbywa się Elzynorze.

HAMLET - AKT I

Scena pierwsza - Scena druga - Scena trzecia - Scena czwarta - Scena piąta

Scena pierwsza

Taras przed zamkiem. Francisko na warcie. Bernardo zbliża się ku niemu.

BERNARDO

Kto tu?

FRANCISKO

Nie, pierwej ty sam mi odpowiedz;
Stój, wymień hasło!

BERNARDO

"Niech Bóg chroni króla."

FRANCISKO

Bernardo?

BERNARDO

Ten sam.

FRANCISKO

Bardzo akuratnie
Stawiacie się na czas, panie Bernardo.

BERNARDO

Tylko co biła dwunasta. Idź, spocznij,
Francisko.

FRANCISKO

Wdzięcznym wam za zluzowanie,
Bom zziąbł i głupio mi na sercu.

BERNARDO

Miałżeś
Spokojną wartę?

FRANCISKO

Ani mysz nie przeszła.

BERNARDO

Dobranoc. Jeśli napotkasz Marcella
I Horacego, z którymi tej nocy
Straż mam odbywać, powiedz, niech się śpieszą.

Horacy i Marcellus wchodzą

FRANCISKO

Zda mi się, że ich słyszę. - Stój! kto idzie?

MARCELLUS

"Lennicy króla."

HORACY

"Przyjaciele kraju."

FRANCISKO

A zatem dobrej nocy.

MARCELLUS

Bądź zdrów, stary.
Kto cię zluzował?

FRANCISKO

Bernardo. Dobranoc.

Odchodzi.

MARCELLUS

Hola! Bernardo!

BERNARDO

Ho! czy to Horacy
Z tobą, Marcellu?

HORACY

Niby on.

BERNARDO

Witajcie.

HORACY

I cóż? Czy owa postać i tej nocy
Dała się widzieć?

BERNARDO

Ja nic nie widziałem.

MARCELLUS

Horacy mówi, że to przywidzenie.
I nie chce wierzyć wieści o tym strasznym
Dwa razy przez nas widzianym zjawisku;
Uprosiłem go przeto, aby z nami
Przepędził część tej nocy dla sprawdzenia
Świadectwa naszych oczu i zbadania
Tego widziadła, jeżeli znów przyjdzie.

HORACY

Nic z tego, ręczę, że nie przyjdzie.

BERNARDO

Usiądź
I ścierp, że jeszcze raz zaszturmujemy
Do twego ucha, które tak jest mocno
Obdarowane przeciw opisowi
Tego, czegośmy przez dwie noce byli
Świadkami.

HORACY

Dobrze, usiądźmy; Bernardo!
Opowiedz, jak to było.

BERNARDO

Przeszłej nocy,
Gdy owa jasna gwiazda na zachodzie
Tę samą stronę nieba oświecała,
Gdzie teraz błyszczy, i zamkowy zegar
Bił pierwszą, Marcel i ja ujrzeliśmy...

MARCELLUS

Przestań; spojrzyjcie tam: nadchodzi znowu.
Duch się ukazuje.

BERNARDO

Zupełnie postać nieboszczyka króla.

MARCELLUS

Horacy, przemów doń, uczony jesteś.

BERNARDO

Możeż być większe podobieństwo? powiedz.

HORACY

Prawda; słupieję z trwogi i zdumienia.

BERNARDO

Zdawałoby się, że chce, aby który
Z nas doń przemówił.

MARCELLUS

Przemów doń, Horacy.

HORACY

Ktoś ty, co nocnej pory nadużywasz
I śmiesz przywłaszczać sobie tę wspaniałą
Wojenną postać, którą pogrzebiony
Duński monarcha za życia przybierał?
Zaklinam cię na Boga: odpowiadaj.

MARCELLUS

To mu się nie podoba.

BERNARDO

Patrz, odchodzi.

HORACY

Stój! mów; zaklinam cię: mów. Duch znika

MARCELLUS

Już go nie ma.

BERNARDO

I cóż, Horacy? Pobladłeś, drżysz cały.
Powieszże jeszcze, że to urojenie?
Co myślisz o tym?

HORACY

Bóg świadkiem, że nigdy
Nie byłbym temu wierzył, gdyby nie to
Tak jawne, dotykalne przeświadczenie
Własnych mych oczu.

MARCELLUS

Nie jestże to widmo
Podobne, powiedz, do zmarłego króla?

HORACY

Jak ty do siebie. Taką właśnie zbroję
Miał wtedy, kiedy Norweżczyka pobił:
Tak samo, pomnę, marszczył czoło wtedy,
Kiedy po bitwie zaciętej na lodach
Rozbił tabory Polaków. Rzecz dziwna!

MARCELLUS

Tak to dwa razy punkt o tejże samej
Godzinie przeszło marsowymi kroki
To widmo mimo naszych posterunków.

HORACY

Co by to w gruncie mogło znaczyć, nie wiem;
Atoli wedle kalibru i skali
Mojego sądu, jest to prognostykiem
Jakichś szczególnych wstrząśnień w naszym kraju.

MARCELLUS

Siądźcie i niech mi powie, kto świadomy,
Na co te ciągłe i tak ścisłe warty
Poddanych w kraju noc w noc niepokoją?
Na co te lanie dział i skupywanie
Po obcych targach narzędzi wojennych?
Ten ruch w warsztatach okrętowych, kędy
Trud robotnika nie zna odróżnienia
Między niedzielą a resztą tygodnia?
Co powoduje ten gwałtowny pośpiech,
Dający dniowi noc za towarzyszkę?
Objaśniż mi to kto?

HORACY

Ja ci objaśnię.
Przynajmniej wieści chodzą w taki sposób:
Ostatni duński monarcha, którego
Obraz dopiero co nam się ukazał,
Był, jak wiadomo, zmuszony do boju
Przez norweskiego króla, Fortynbrasa,
Zazdroszczącego mu jego potęgi.
Mężny nasz Hamlet (jako taki bowiem
Słynie w tej stronie znajomego świata)
Położył trupem tego Fortynbrasa,
Który na mocy aktu, pieczęciami
Zatwierdzonego i uświęconego
Wojennym prawem, był obowiązany
Części swych krajów ustąpić zwycięzcy,
Tak jak nawzajem nasz król, na zasadzie
Klauzuli tegoż samego układu,
Byłby był musiał odpowiednią porcję
Swych dzierżaw oddać na wieczne dziedzictwo
Fortynbrasowi, gdyby ten był przemógł.
Owóż syn tego, panie, Fortynbrasa,
Awanturniczym pobudzony szałem,
Zgromadził teraz zebraną po różnych
Kątach Norwegii, za strawę i jurgielt,
Tłuszczę bezdomnych wagabundów w celu,
Który bynajmniej nie trąci tchórzostwem,
A który, jak to nasz rząd odgaduje,
Nie na czym innym się zasadza, jeno
Na odebraniu nam siłą oręża
W drodze przemocy wyż rzeczonych krain,
Które utracił był jego poprzednik;
I to, jak mi się zdaje, jest przyczyną
Owych uzbrojeń, powodem czat naszych
I źródłem tego wrzenia w całym kraju.

BERNARDO

I ja tak samo sądzę; tym ci bardziej,
Że to zjawisko w wojennym przyborze
Odwiedza nasze czaty i przybiera
Na siebie postać nieboszczyka króla,
Który tych wojen był i jest sprężyną.

HORACY

Znak to dla oczu ducha płodny w groźbę.
Gdy Rzym na szczycie stał swojej potęgi,
Krótko przed śmiercią wielkiego Juliusza,
Otworzyły się groby i umarli
Błądzili jęcząc po ulicach Rzymu;
Widziane były różne dziwowiska:
Jako to gwiazdy z ogonem, deszcz krwawy,
Plamy na słońcu i owa wilgotna
Gwiazda rządząca państwami Neptuna,
Zmierzchła, jak gdyby na sąd ostateczny.
I otóż takie same poprzedniki
Smutnych wypadków, które jako gońce
Biegną przed losem albo są prologiem
Wróżb przyjść mających, nieba i podziemia
Zsyłają teraz i naszemu państwu. Duch powraca.
Patrzcie! znów idzie. Zastąpię mu drogę,
Choćbym miał zdrowiem przypłacić. Stój, maro!
Możeszli wydać głos albo przynajmniej
Dźwięk jakikolwiek przystępny dla ucha:
To mów!
Jestli czyn jaki do spełnienia, zdolny
Dopomóc tobie, a mnie przynieść zaszczyt:
To mów!
Maszli świadomość losów tego kraju,
Które, wprzód znając, można by odwrócić:
To, mów!
Alboli może za życia pogrzebałeś
W nieprawy sposób zgromadzone skarby,
Za co wy, duchy, bywacie, jak mówią,
Skazane nieraz tułać się po śmierci. Kur pieje.
Mów! Stój! Mów! - zabież mu drogę, Marcellu.

MARCELLUS

Mamże nań natrzeć halabardą?

HORACY

Natrzyj.
Jeśli nie stanie.

BERNARDO

Tu jest!

HORACY

Tu jest! Duch znika.

MARCELLUS

Zniknął
Krzywdzim tę postać tak majestatyczną,
Chcąc ją przemocą zatrzymać; powietrze
Tylko chwytamy i czcza nasza groźba
Złośliwym tylko jest urągowiskiem.

BERNARDO

Chciał coś podobno mówić, gdy kur zapiał.

HORACY

Wtem nagle wzdrygnął się jak winowajca
Na głos strasznego apelu. Słyszałem,
Że kur, ten trębacz zwiastujący ranek,
Swoim donośnym, przeraźliwym głosem
Przebudza bóstwo dnia, i na to hasło
Wszelki duch, czy to błądzący na ziemi,
Czy w wodzie, w ogniu czy w powietrzu, spiesznie
Wraca, skąd wyszedł; a że to jest prawdą,
Dowodem właśnie to, cośmy widzieli.

MARCELLUS

Zadrżał i rozwiał się, skoro kur zapiał,
Mówią, że ranny ten ptak, w owej porze,
Kiedy święcimy narodzenie Pana,
Po całych nocach zwykł śpiewać i wtedy
Żaden duch nie śmie wyjść z swego siedliska:
Noce są zdrowe, gwiazdy nieszkodliwe,
Złe śpi, ustają czarodziejskie wpływy,
Tak święty jest ten czas i dobroczynny.

HORACY

Słyszałem i ja o tym i po części
Sam daję temu wiarę. Ale patrzcie,
Już dzień w różanym płaszczu strząsa rosę
Na owym wzgórku wschodnim. Zejdźmy z warty.
Moja zaś rada, abyśmy niezwłocznie
O tym, czegośmy tu świadkami byli,
Uwiadomili młodego Hamleta;
Bo prawie pewien jestem, że to widmo,
Milczące dla nas, przemówi do niego.
Czy się zgadzacie na to, co nam zrobić
Zarówno serce, jak powinność każe?

MARCELLUS

Jak najzupełniej, i wiem nawet, gdzie go
Na osobności zdybiemy dziś z rana.

Wychodzą.

Scena druga

Sala audiencjonalna w zamku. Król, Królowa, Hamlet, Poloniusz, Laertes, Woltymand, Korneliusz, panowie i orszak.

KRÓL

Jakkolwiek świeżo tkwi w naszej pamięci
Zgon kochanego, drogiego naszego
Brata Hamleta, jakkolwiek by przeto
Sercu naszemu godziło się w ciężkim
Żalu pogrążać, a całemu państwu
Zawrzeć się w jeden fałd kiru, o tyle
Jednak rozwaga czyni gwałt naturze,
Że pomnąc o nim nie zapominamy
O sobie samych. Dlatego - z zatrutą,
Że tak powiemy, od smutku radością,
Z pogodą w jednym, a łzą w drugim oku,
Z bukietem w ręku, a jękiem na ustach,
Na równi ważąc wesele i boleść -
Połączyliśmy się małżeńskim węzłem
Z tą niegdyś siostrą naszą, a następnie
Dziedziczką tego wojennego państwa.
Co wszakże czyniąc, nie postąpiliśmy
Wbrew światlejszemu waszemu uznaniu,
Które swobodnie objawione dało
Temu krokowi sankcje. Dzięki za to. -
A teraz wiedzcie, że młody Fortynbras,
Czyli to naszą leceważąc wartość,
Czyli to sądząc, że z śmiercią drogiego
Brata naszego w królestwie tym znajdzie
Nieład i bezrząd, i na tym jedynie
Budując płonną nadzieję korzyści,
Nie zaniedbując naglić nas przez posłów
O zwrot tych krain, które prawomocnie,
Za sprawą świętej pamięci Hamleta,
Brata naszego, z rąk jego rodzica
Przeszły na własność Danii. Tyle o nim.
Terazże o nas i o celu, w jakim
Tu się zeszliśmy. Wzywamy tym pismem
Stryja młodego Fortynbrasa, dzisiaj
Króla Norwegii, który, z sił opadły,
Obłożnie chory, może i nie słyszał
O tych zabiegach swojego synowca,
Aby powstrzymał go od dalszych kroków
W tej sprawie, aby mu wzbronił zbierania
Wojsk i zaciągów złożonych wszak z jego
Wiernych poddanych. Wam zaś, Korneliuszu
I Woltymandzie, poruczamy zanieść
To pismo, łącznie z pozdrowieniem naszym,
Władcy Norwegii, nie upoważniając
Was do wchodzenia z nim w nic więcej nad to,
Co treść powyższych słów naszych zakreśla.
Bywajcie nam więc zdrowi i niech pośpiech
Chwali gorliwość waszą.

KORNELIUSZ I WOLTYMAND

Jak we wszystkim,
Tak i w tym starać się będziem jej dowieść.

KRÓL

Nie wątpię o tym. Bywajcież nam zdrowi.

Korneliusz i Woltymand wychodzą.

Miałeś nas o coś prosić, Laertesie;
Jakiż jest przedmiot tej prośby? Mów śmiało.
Nie traci próżno słów, kto się udaje
Z słusznym żądaniem do monarchy Danii.
Czegóż byś pragnął, czego bym nie gotów
Spełnić wprzód jeszcze, niżeliś zapragnął?
Głowa nie bliżej jest pokrewna sercu,
Ręka nie skorsza ku przysłudze ustom
Jak tron nasz ojcu twemu, Laertesie,
Czegóż więc żądasz?

LAERTES

Pozwolenia waszej
Królewskiej mości na powrót do Francji,
Skąd chętnie wprawdzie tu przybyłem, aby
Złożyć powinny hołd przy koronacji
Waszej królewskiej mości, ale teraz,
Gdym już dopełnił tego obowiązku,
Życzenia moje i myśli, wyznaję,
Ciągną mię znowu do Francji; ku czemu
O przychylenie się i przebaczenie
Kornie śmiem waszą królewską mość błagać.

KRÓL

Cóż na to ojciec waszmości? Przystajeż
Na to Poloniusz?

POLONIUSZ

Usilnymi prośby
Poty kołatał do mojego serca,
Ażem do życzeń jego mimochętnie
Przyłożył pieczęć zezwolenia. Racz mu
Wasza królewska mość nie bronić jechać.

KRÓL

Jedź więc, rozrządzaj według woli czasem
I łaską naszą. Do ciebie się teraz
Zwracam, kochany synowcze Hamlecie,
Synu mój.

HAMLET
na stronie

Trochę więcej niż synowcze,
A mniej niż synu.

KRÓL

Jakiż tego powód,
Że czarne chmury wciąż cię otaczają?

HAMLET

I owszem, panie, jestem wystawiony
Bardzo na słońce.

KRÓLOWA

Kochany Hamlecie,
Zrzuć tę ponurą barwę i przyjaźnie
Wypogodzonym okiem spójrz na Danię;
Przestań powieki ustawicznie spuszczać
W ziemię, o drogim ojcu rozmyślając.
Co żyje, musi umrzeć; dziś tu gości,
A jutro w progi przechodzi wieczności;
To pospolita rzecz.

HAMLET

W istocie, pani,
Zbyt pospolita.

KRÓLOWA

Gdy wszystkim jest wspólna,
Czemuż się tobie zdaje tak szczególna?

HAMLET

Zdaje się, pani! bynajmniej, jest raczej;
U mnie nic żadne "zdaje się " nie znaczy,
Niczym sam przez się ten oczom widzialny
Czarnej żałoby strój konwencjonalny;
Wietrzne z trudnością wydawane tchnienie,
Obficie z oczu ciekące strumienie,
Żałość na widok stawiana obliczem,
Miną, gestami - to wszystko jest niczem.
To tylko zdaje się, bo potajemnie
Można być obcym temu; ale we mnie
Jest coś, co w ramę oznak się nie mieści,
W tę larwę żalu, liberię boleści.

KRÓL

Godzien pochwały, Hamlecie, ten smutek,
Którym oddajesz cześć pamięci ojca;
Lecz wiedz, że ojciec twój miał także ojca
I że go także utracił tak samo
Jak tamten swego. Dobry syn powinien
Jakiś czas boleć po śmierci rodzica;
Lecz uporczywie trwać w utyskiwaniach
Jest to bezbożny okazywać upór,
Sprzeciwiający się wyrokom niebios;
Jest to niemęskie okazywać serce,
Niesforny umysł i płochą rozwagę.
Bo skoro wiemy, że coś jest zwyczajnym,
Jak każda inna rzecz najpowszedniejsza,
Na cóż, stawiając opór konieczności,
Brać to do serca? Wstydź się, jest to grzechem
Przeciw naturze, przeciw niebu, przeciw
Zmarłemu nawet; jest to na ostatek
Wbrew rozumowi, który od skonania
Pierwszego z ludzi aż do śmierci tego,
Którego świeżą opłakujem stratę,
Ciągle i ciągle woła: Tak być musi!
Rzuć więc, prosimy cię, te płonne żale
I pomnij, że masz w nas drugiego ojca,
Niechaj się dowie świat, żeś ty najbliższym
Naszego tronu i naszego serca;
Co się zaś tyczy twojego zamiaru
Wrócenia nazad do szkół wittenberskich,
Jest on życzeniom naszym wręcz przeciwny;
Przeto wzywamy cię, abyś się zgodził
Na pozostanie tu pod czułą pieczą
Naszego oka, jako nasz najmilszy
Dworzanin, krewny i syn.

KRÓLOWA

O, Hamlecie,
Nie daj się matce prosić nadaremnie;
Pozostań z nami, porzuć myśl jechania
Do Wittenbergi.

HAMLET

Ze wszystkich sił moich
Będęć posłusznym, pani.

KRÓL

To mi piękna,
Co się nazywa, synowska odpowiedź!
Pójdź, ukochana żono, ta uprzejma,
Nieprzymuszona powolność Hamleta
Rozpromieniła mi serce; dlatego
Każdy wzniesiony dziś na zamku toast
Moździerze wzbiją w obłoki i niebo,
Wtórząc radosnym królewskim wiwatom,
Odpowie ziemi równym grzmotem. Idźmy.

Król, Królowa i wszyscy prócz Hamleta wychodzą.

HAMLET

Bogdaj to trwałe, zbyt wytrwałe ciało
Stopniało, w lotną parę się rozwiało!
Lub bodaj Ten, tam w niebie, nie był karą
Zagroził samobójcy! Boże! Boże!
Jak nudnym, nędznym, lichym i jałowym
Zda mi się cały obrót tego świata!
To nie pielony ogród, samym tylko
Bujnie krzewiącym się chwastem porosły.
O wstydzie! że też mogło przyjść do tego!
Parę miesięcy dopiero, jak umarł!
Nie, nie, i tego nie ma - taki dobry,
Taki anielski król, naprzeciw tego
Istny Hyperion naprzeciw satyra;
A tak do matki mojej przywiązany,
Że nie mógł ścierpieć nawet, aby lada
Przyostry powiew dotknął się jej twarzy.
Ona zaś - trzebaż, abym to pamiętał! -
Wieszała mu się u szyi tak chciwie,
Jakby w niej rosła żądza pieszczot w miarę
Zaspokajania jej. I w miesiąc potem. . .
O, precz z tą myślą! ... Słabości, nazwisko
Twoje: kobieta. - W jeden marny miesiąc,
Nim jeszcze zdarła te trzewiki, w których
Szła za biednego mego ojca ciałem,
Zalana łzami jako Niobe - patrzcie! -
Boże mój! zwierzę, bezrozumne zwierzę
Dłużej by czuło żal - zostaje żoną
Mojego stryja, brata mego ojca,
Lecz który tak jest do brata podobny
Jak ja do Herkulesa. W jeden miesiąc,
Nim jeszcze słony osad łez nieszczerych
Z zaczerwienionych powiek jej ustąpił,
Została żoną innego! Tak prędko,
Tak lekko, skoczyć w kazirodne łoże!
Nie jest to dobrym ani wyjść nie może
Na dobre. Ale pękaj, serce moje,
Bo usta milczeć muszą.

Horacy, Bernardo i Marcellus wchodzą.

HORACY

Przyjm pozdrowienie nasze, drogi książę.

HAMLET

Miło mi widzieć panów w dobrym zdrowiu.
Wszak to Horacy! albo zapomniałem,
Jak się sam zowie.

HORACY

Ten sam i jak zawsze
Królewiczowskiej mości biedny sługa.

HAMLET

Dobry przyjaciel raczej; weź to miano,
A mnie daj tamto. Cóż cię z Wittenbergi
Sprowadza? - Wszak to Marcellus?

MARCELLUS

Tak, panie.

HAMLET

Bardzom rad widzieć pana. Dobry wieczór.
Ale na serio, powiedz mi, Horacy,
Co cię przywiodło z Wittenbergi?

HORACY

Skłonność
Do próżniackiego życia, mości książę.

HAMLET

Tego by nie śmiał mi powiedzieć nawet
Twój nieprzyjaciel i sam też źle czynisz,
Chcąc ucho moje przymusić do wiary
W własne zeznanie twoje przeciw tobie.
Wiem, żeś nie próżniak; jakiż więc być może
Cel przebywania twego w Elzynorze?
Nauczysz się tu pić tęgo.

HORACY

Przybyłem
Na pogrzeb ojca twego, mości książę.

HAMLET

Nie żartuj ze mnie, szkolny towarzyszu;
Przybyłeś raczej na ślub matki mojej.

HORACY

W istocie, prędko nastąpił po tamtym.

HAMLET

Oszczędność, bracie, oszczędność! Przygrzane
Resztki przysmaków z pogrzebowej stypy
Dały traktament na ucztę weselną.
O mój Horacy, wolałbym był ujrzeć
Najzawziętszego mego wroga w niebie
Niż dożyć tego dnia. Mój biedny ojciec!...
Zda mi się, że go widzę.

HORACY

Gdzie?!

HAMLET

Przed duszy
Mojej oczyma.

HORACY

Widziałem go niegdyś;
Był to król, jakich mało.

HAMLET

Człowiek, powiedz;
Chociażby wszystko w tym fałszywym świecie
Było tym, czym się na pozór wydaje,
Jeszcze by drugi taki się nie znalazł.

HORACY

Zda mi się, że go widziałem tej nocy.

HAMLET

Widziałeś? Kogo?

HORACY

Króla, ojca waszej
Książęcej mości.

HAMLET

Króla? Mego ojca?!

HORACY

Zawieś na chwilę zdumienie, o panie,
I bacznym uchem racz wysłuchać tego
Nadzwyczajnego doniesienia, które,
Zgodnie z świadectwem tych dwóch zacnych ludzi,
Mam ci uczynić.

HAMLET

Mów, na miłość boską!

HORACY

Przez dwie już noce po sobie idące,
Wśród głuchej ciszy północnej, ciż sami
Oficerowie, Marcel i Bernardo,
Straż odbywając przy zamku, miewają
Następujące widzenie:
Postać podobna do świętej pamięci
Ojca twojego, panie, uzbrojona
Jak najkompletniej od stóp aż do głów
Staje przed nimi, uroczystym krokiem
Przechodzi mimo, z wolna i poważnie;
Trzykroć przeciąga przed ich zdumiałymi
I struchlałymi oczyma tak blisko,
Że ich nieledwie buławą dotyka;
Oni zaś stoją jak wryci i, jakby
Zgalareceni przerażeniem, nie śmią
Przemówić do niej ani słowa. Mając
Wieść o tym sobie przez nich udzieloną
Jak najtajemniej, udałem się z nimi
Następnej nocy samotrzeć na wartę;
I rzeczywiście o tym samym czasie,
W taki sam sposób, co do joty zgodnie
Z przywiedzionymi szczegółami, przyszło
Widziadło. Znałem ojca twego, panie:
Te ręce mniej są do siebie podobne.

HAMLET

Gdzie się to działo?

HORACY

Na tarasie, panie.

HAMLET

Nie przemówiłżeś do tego zjawiska?

HORACY

I owszem, ale żadnej odpowiedzi
Nie otrzymałem. Raz tylko podniosło
Głowę i zdało się chcieć coś powiedzieć;
Ale w tej chwili zapiał kur poranny,
Na głos którego zerwało się nagle
I znikło nam sprzed oczu.

HAMLET

Osobliwe!

HORACY

Jak żyw tu stoję, mości książę, jest to
Rzetelna prawda i mieliśmy sobie
Za obowiązek donieść o tym waszej
Książęcej mości.

HAMLET

Zaprawdę, to widmo
Niespokojności mię nabawia. Macież
Tej nocy wartę?

WSZYSCY TRZEJ

Mamy, mości książę.

HAMLET

Było więc uzbrojone?

WSZYSCY TRZEJ

Tak jest, panie.

HAMLET

Od stóp do głowy?

WSZYSCY TRZEJ

Od czaszki do kostek.

HAMLET

Nie widzieliście więc jego oblicza?

HORACY

I owszem: miało przyłbicę wzniesioną.

HAMLET

Groźnież na twarzy wyglądało?

HORACY

Smutno
Bardziej niż gniewnie.

HAMLET

Blado czy rumiano?

HORACY

O, bardzo blado.

HAMLET

I wzrok w was wlepiało?

HORACY

Nieporuszenie.

HAMLET

Szkoda, żem tam nie był.

HORACY

Byłbyś był, panie, osłupiał.

HAMLET

Być może,
Być może. Długoż bawiło?

HORACY

Tak długo,
Jak długo by ktoś przy średnim pośpiechu
Sto musiał liczyć.

MARCELLUS i BERNARDO

O, dłużej.

HORACY

Nie wtedy,
Kiedy ja byłem.

HAMLET

Siwąż miało brodę?

HORACY

Zupełnie taką, jaką u zmarłego
Króla widziałem: czarną, posrebrzoną.

HAMLET

Będę dziś z wami na warcie: być może,
Iż przyjdzie znowu.

HORACY

Przyjdzie niezawodnie.

HAMLET

Skoro przybiera postać mego ojca,
Muszę z nim mówić, choćby całe piekło,
Rozwarłszy paszczę, milczeć mi kazało.
Co do was, moi panowie, jeśliście
Tę okoliczność dotąd zataili,
Trzymajcież ją i nadal pod zamknięciem,
I co bądź zdarzy się tej nocy, bierzcie
Wszystko na rozum, ale nie na język;
Nagrodzę wam tę dobroć. Bądźcie zdrowi.
Pomiędzy jedenastą a dwunastą
Zejdziem się na tarasie.

WSZYSCY TRZEJ

Słudzy waszej
Książęcej mości.

HAMLET

Bądźcie przyjaciółmi,
Tak jak ja jestem waszym. Do widzenia.

Horacy, Marcellus, Bernardo wychodzą.

Duch mego ojca! uzbrojony! Coś tu
Złego się święci, coś tu krzywo idzie,
Oby już była noc! tymczasem jednak
Milcz, serce moje! Zbrodnie i spod ziemi
Wychodzą, aby stać się widomemi.

Wychodzi.

Scena trzecia

Pokój w domu Poloniusza. Laertes i Ofelia.

LAERTES

Już rzeczy moje zniesione na pokład;
Bądź zdrowa, siostro; a gdy wiatr przyjaźnie
Zadmie od brzegu i który z okrętów
Zdejmie kotwicę, nie zasypiaj wtedy,
Lecz donoś mi o sobie.

OFELIA

Wątpisz o tym?

LAERTES

Co się zaś tyczy Hamleta i pustych
Jego zalotów, uważaj je jako
Mamiący pozór, kaprys krwi gorącej;
Jako fiołek młodocianej wiosny,
Wczesny, lecz wątły, luby, lecz nietrwały,
Woń, kilka tylko chwil upajającą,
Nic więcej.

OFELIA

Więcej nic?

LAERTES

Nie myśl inaczej.
Natura ludzka, kiedy się rozwija,
Nie tylko rośnie co do form zewnętrznych;
Jak w budującej się świątyni - służba
Duszy i ducha zwiększa się w niej także.
Być może, iż on ciebie teraz kocha,
Że czystość jego chęci jest bez plamy;
Ale zważywszy jego stopień, pomnij,
Że jego wola nie jest jego własną.
On sam jest rodu swego niewolnikiem;
Nie może, jako podrzędni, wybierać
Dla siebie tylko, od jego wyboru
Zależy bowiem bezpieczeństwo, dobro
Całego państwa, przeto też i jego
Wybór koniecznie musi być zależny
Od życzeń i od przyzwolenia tego
Wielkiego ciała, którego jest głową.
Jeżeli zatem mówi, że cię kocha,
Rozwadze twojej przystoi mu wierzyć
O tyle tylko, o ile on zgodnie
Ze stanowiskiem przez się zajmowanym
Będzie mógł słowa swojego dotrzymać,
To jest, o ile powszechny głos Danii
Przystanie na to. Uważ, jaka hańba
Grozi twej sławie, jeśli łatwowiernie
Poszeptom jego podasz ucho, serce
Sobie uwięzisz i skarb niewinności
Otworzysz jego zapędom bez wodzy.
Strzeż się, Ofelio, strzeż się, luba siostro;
I stój w odwadze twej skłonności, z dala
Od niebezpieczeństw i napaści pokus.
Wstydliwe dziewczę za wiele już waży,
Gdy przed księżycem wdzięki swe odsłania;
Na samą cnotę pada rdza obmowy;
Robak zbyt często toczy dzieci wiosny,
Nim jeszcze pączki zdążyły otworzyć;
I kiedy rosa wilży młodość hożą,
Wpływy złośliwych miazm najbardziej grożą.
Strzeż się więc; tarczą najlepszą w tej próbie
Niedowierzanie, nawet samej sobie.

OFELIA

Treść tej nauki postawię na straży
Mojego serca. Nie idź jednak, bracie,
Za śladem owych fałszywych doradców,
Którzy nam stromą i ciernistą ścieżkę
Cnoty wskazują, a sami tymczasem
Kroczą kwiecistym szlakiem błędów, własnych
Rad niepamiętni.

LAERTES

Bądź o mnie spokojna
I bądź mi zdrowa. Lecz oto nasz ojciec.

Poloniusz wchodzi.

Podwójne błogosławieństwo, podwójne
Szczęście przynosi: szczęśliwe spotkanie,
Które mi zdarza sposobność ku temu.

POLONIUSZ

Laertes jeszcze tu? Dalej na okręt!
Wiatr wzdyma żagle, czekają na ciebie,
Raz jeszcze daję ci błogosławieństwo
Na drogę.

kładzie rękę na głowę synowi

Weź je i wraź sobie w pamięć
Tych kilka przestróg: Nie bądź skorym myśli
Wprowadzać w słowa, a zamiarów w czyny.
Bądź popularnym, ale nigdy gminnym.
Przyjaciół, których doświadczysz, a których
Wybór okaże się być ciebie godnym,
Przykuj do siebie żelaznymi klamry;
Ale nie plugaw sobie rąk uściskiem
Dłoni pierwszego lepszego socjusza.
Strzeż się zatargów, jeśli zaś w nie zajdziesz,
Tak się w nich znajduj, aby twój przeciwnik
Nadal się ciebie strzec musiał. Miej zawżdy
Ucho otworem, ale rzadko kiedy
Otwieraj usta. Chwytaj zdania drugich,
Ale sąd własny zatrzymuj przy sobie.
Noś się kosztownie, o ile ci na to
Mieszek pozwoli, ale bez przesady;
Wytwornie, ale niewybrednie; często
Bowiem ubranie zdradza grunt człowieka
I pod tym względem Francuzi szczególniej
Są pełni taktu. Nie pożyczaj drugim
Ani od drugich; bo pożyczkę daną
Tracim najczęściej razem z przyjacielem,
A braną psujem rząd potrzebny w domu.
Słowem, rzetelnym bądź sam względem siebie,
A jako po dniu noc z porządku idzie,
Tak za tym pójdzie, że i względem drugich
Będziesz rzetelnym. Bądź zdrów, niech cię moje
Błogosławieństwo utwierdzi w tej mierze.

LAERTES

Z pokorą żegnam cię, ojcze i panie.

POLONIUSZ

Idź już; czas nagli, wszystko w pogotowiu.

LAERTES

Bądź zdrowa, siostro, i pamiętaj na to,
Com ci powiedział.

OFELIA

Zamknęłam to w sercu,
A ty masz klucz od niego.

LAERTES

Bądź mi zdrowa.

Wychodzi.

POLONIUSZ

Cóż to on tobie powiedział, Ofelio?

OFELIA

Coś, co tyczyło się księcia Hamleta.

POLONIUSZ

W porę mi o tym wspominasz. Słyszałem,
Że on cię często nawiedzał w tych czasach
I że znajdował z twojej strony przystęp
Łatwy i chętny. Jeżeli tak było
(A udzielono mi o tym wiadomość
Jako przestrogę), muszę ci powiedzieć,
Że się nie cenisz tak, jakby przystało
Dbałej o sławę córce Poloniusza.
Jakież wy macie stosunki? Mów prawdę.

OFELIA

Oświadczył mi się, ojcze, z swą skłonnością.

POLONIUSZ

Z skłonnością? Hm, hm! Mówisz jak dzierlatka
Niedoświadczona w rzeczach niebezpiecznych.
Wierzyszli tym tak zwanym oświadczeniom?

OFELIA

Nie wiem, co myśleć mam, mój ojcze.

POLONIUSZ

Nie wiesz?
To ja ci powiem: Masz myśleć, żeś dziecko,
Gdy oświadczenia te bez poświadczenia
Rozsądku bierzesz za dobrą monetę.
Nie radzę ci się z nim świadczyć, inaczej
(Że tej igraszki słów jeszcze użyję)
Doświadczysz następstw niedobrych.

OFELIA

Wynurzał
Mi swoją miłość bardzo obyczajnie.

POLONIUSZ

Tak, tak, bo czynić to jest obyczajem.

OFELIA

I słowa swoje stwierdził najświętszymi,
Jak być mogą, przysięgami.

POLONIUSZ

Plewy
Na młode wróble! Wiem ja, gdy krew kipi,
Jak wtedy dusza hojną jest w kładzeniu
Przysiąg na usta. Nie bierz tych wybuchów
Za ogień, więcej z nich światła niż ciepła,
A i to światło gaśnie w oka mgnieniu.
Bądź odtąd trochę skąpsza w przystępności
I więcej sobie waż rozmowę swoją
Niż wyzywanie drugich do rozmowy.
Co się zaś księcia Hamleta dotyczy,
Bacz na to, że on jeszcze młodzieniaszek
I że mu więcej jest wolno, niż tobie
Może być wolno kiedykolwiek. Słowem,
Nie ufaj jego przysięgom, bo one
Są jak kuglarze, czym innym, niż szaty
Ich pokazują: orędownicami
Bezbożnych chuci, biorącymi pozór
Świętości, aby tym łacniej usidlić
Naiwne serca. Krótko mówiąc, nie chcę,
Abyś od dziś dnia czas swój marnowała
Na zadawanie się z księciem Hamletem.
Pamiętaj, nie chcę tego. Możesz odejść.

OFELIA

Będęć posłuszną, panie.

Wychodzą.

Scena czwarta

Taras zamkowy. Wchodzą Hamlet, Horacy i Marcellus.

HAMLET

Ostry wiatr wieje; przejmujące zimno.

HORACY

W istocie: bardzo szczypiące powietrze.

HAMLET

Która godzina?

HORACY

Dwunasta dochodzi.

MARCELLUS

Dwunasta biła już.

HORACY

Już? Nie słyszałem.
Zbliża się zatem czas, o którym widmo
Zwykło się jawić.

Odgłos trąb i wystrzałów za sceną.

Co to znaczy, panie?

HAMLET

To znaczy, że król czuwa z czarą w ręku,
Zgraje opilców dworskich przepijając;
Każdy zaś taki sygnał trąb i kotłów
Jest triumfalnym hasłem nowej miary
Przezeń spełnionej.

HORACY

Czy to taki zwyczaj?

HAMLET

Zwyczaj zaiste; moim jednak zdaniem,
Lubom tu zrodzon i z tym oswojony,
Chlubniej byłoby taki zwyczaj łamać
Niż zachowywać. Te biby na zabój
W pośmiech i wzgardę tylko nas podają
U innych ludów: beczkami nas mienią
I trzodzie chlewnej właściwy przydomek
Hańbi nazwisko nasze. W rzeczy samej,
Choćbyśmy zresztą byli bez zarzutu,
To jedno już by starło z naszych czynów
Zaszczytną cechę ich wnętrznej wartości.
I pojedynczym ludziom się to zdarza:
Niejeden skutkiem naturalnych przywar -
Czyli to rodu (czemu nic nie winien
Bo któż obiera sobie pochodzenie),
Czy to jakiegoś krwi usposobienia,
Które częstokroć rwie tamy rozumu,
Czy to nałogu przeciwnego formom
Przyzwoitości - niejeden, powiadam,
Upośledzony w taki sposób jaką
Szczególną wadą, bądź to organicznie,
Bądź przypadkowo - choćby jego cnoty
Były skądinąd jako kryształ czyste
I mnogie, jako być mogą w człowieku -
Tą jedną skazą zarażony będzie
W opinii ludzi. Jedna drachma złego
Niweczy wszelkie szlachetne pierwiastki.

Duch wchodzi.

HORACY

Widzisz go, panie.

HAMLET

Aniołowie Pana
Zastępów, miejcie mię w swojej opiece!
Błogosławionyś ty czy potępiony,
Tchnieszli tchem niebios czy wyziewem piekieł.
Maszli zamiary zgubne czy przyjazne,
Przychodzisz w takiej postaci, że muszę
Wydobyć z ciebie głos. Hamlecie, królu,
Ojcze mój, władco Danii, odpowiadaj!
Nie pozostawiaj mię w nieświadomości;
Powiedz, dlaczego święte kości twoje,
Na wieki w trumnie złożone, przebiły
Śmiertelny całun; dlaczego grobowiec,
W którym widzielim cię zstępującego,
Podniósł swe ciężkie marmurowe wieko,
Żeby cię zwrócić ziemi? Co to znaczy?
Że ty, trup, znowu w kompletnym rynsztunku
Podksiężycowy ten padół odwiedzasz,
Czyniąc noc straszną i nas, niedołężnych
Synów tej ziemi, wstrząsając myślami,
Przechodzącymi metę naszych pojęć?
O, powiedz, co to jest! Co za cel tego?
Czego chcesz od nas?

HORACY

Daje ci znak, panie,
Abyś z nim poszedł, jakby chciał sam na sam
Pomówić z tobą.

MARCELLUS

Jak uprzejmym gestem
Wzywa cię, panie, w ustronniejsze miejsce.
Nie idź z nim jednak.

HORACY

Nie chodź, mości książę.

HAMLET

Chce ze mną mówić: pójdę.

HORACY

Nie czyń tego,
Łaskawy panie.

HAMLET

Czegóż bym się lękał?
To życie szpilki złamanej niewarte,
A dusza moja, jak on, nieśmiertelna.
Patrz, znowu na mnie kiwa... Pójdę za nim.

HORACY

A gdyby on cię zaprowadził, panie,
Nad przepaść, na brzeg owej groźnej skały,
Która się stromo spuszcza w morską otchłań,
I tam przedzierzgnął się w inne postacie,
Jeszcze straszniejsze, które by ci mogły
Odjąć, o panie, przytomność umysłu
I w obłąkanie cię wprawić? Zważ tylko!
Już samo tamto miejsce bez żadnego
Innego wpływu budzi rozpaczliwe
Usposobienie w każdym, kto spostrzeże
Morze na tyle sążni tuż pod sobą
I słyszy jego huk.

HAMLET

Wciąż na mnie kiwa.
Idź już, idź; pójdę z tobą.

MARCELLUS

Zostań, panie.

HAMLET

Puść mnie!

HORACY

Wstrzymaj się, panie, pozostań!

HAMLET

Los mój mnie woła i najmniejszą żyłkę
Mojego ciała czyni tak potężną
Jak najsilniejszy nerw lwa nemejskiego.

Duch nie przestaje kiwać.

Ciągle mnie wzywa! Puśćcie mnie!

wyrywając się

Na Boga!
W upiora zmienię tego, co mnie dłużej

Wstrzymywać będzie. - Idź, śpieszę za tobą.

Duch i Hamlet wychodzą.

HORACY

Imaginacja w szał go wprawia.

MARCELLUS

Idźmy
W trop za nim; tu nie w porę posłuszeństwo.

HORACY

Idźmy.
Na czymże się to skończy?

MARCELLUS

Widno
Jest coś chorobliwego w państwie duńskim.

HORACY

Niebo zaradzi temu.

MARCELLUS

Spieszmy za nim. Wychodzą.

Scena piąta

Oddalona część tarasu. Wchodzą Duch i Hamlet.

HAMLET

Gdzie mnie prowadzisz? Mów; nie pójdę dalej.

DUCH

Słuchaj mnie.

HAMLET

Słucham.

DUCH

Zbliża się godzina,
O której w srogie, siarczyste płomienie
Muszę powrócić znowu.

HAMLET

Biedny duchu!

DUCH

Nie lituj się nade mną, ale bacznym
Uchem ogarnij to, co ci mam odkryć.

HAMLET

Mów, powinnością moją słuchać ciebie.

DUCH

Jak niemniej zemścić się, gdy mnie wysłuchasz.

HAMLET

Zemścić się?

DUCH

Jestem duchem twojego ojca,
Skazanym tułać się nocą po świecie,
A przez dzień jęczeć w ogniu, póki wszystek
Kał popełnionych za żywota grzechów
Nie wypalił się we mnie. Gdybym miejsca
Mojej pokuty sekret mógł wyjawić,
Takie bym rzeczy ci opisał, których
Najmniejszy szczegół rozdarłby ci duszę,
Młodą krew twoją zmroził, oczy twoje
Jak gwiazdy z posad wydobył, zwinięte,
Gładkie kędziory twoje wyprostował
Tak, że ich każdy włos stanąłby dębem
Jako na jeżu kolce; ale takich
Podań nie znosi ludzkie ucho. Słuchaj,
O, słuchaj, słuchaj, jeśli choć cokolwiek
Kochałeś twego ojca.

HAMLET

Przebóg!

DUCH

Pomścij
Śmierć jego, dzieło ohydnego mordu!

HAMLET

Mordu?

DUCH

Tak, mordu; wszelki mord ohydny,
Lecz ten był nadzwyczajny, niesłychany.

HAMLET

Dlaboga, wymień go, wymień czym prędzej,
Abym na skrzydłach chyżych jak modlitwa
Lub myśl kochanka podążył ku zemście.

DUCH

Zdajesz się pełen dobrych chęci, byłbyś
Też nikczemniejszy niż najlichsze ziele,
Wegetujące nad brzegami Lety,
Gdybyś pozostał na to obojętny.
Słuchaj więc, słuchaj, Hamlecie. Puszczono
Rozgłos, że podczas mego snu w ogrodzie
Wąż mnie ukąsił; takim to skłamanym
Powodem śmierci mej zwiedziono Danię;
Dowiedz się bowiem, szlachetny młodzieńcze,
Że ów wąż, który zabił twego ojca,
Nosi dziś jego koronę.

HAMLET

O nieba!
Stryj! Nie zawiodły mnie przeczucia moje.

DUCH

Ten to bezwstydny, cudzołożny potwór
Zdradnymi dary, czarami wymowy
(Przeklęte dary, przeklęta wymowa,
Która tak może złudzić! ) ku sromocie
Potrafił skłonić wolę mojej niby
Cnotliwej żony. O Hamlecie! cóż to
Był za upadek! Ode mnie, którego
Miłość statecznie chodziła dłoń w dłoni
Z ślubną przysięgą, w objęcia nędznika,
Którego dary przyrodzone były
Naprzeciw moich tak liche!
Lecz jako cnota pozostaje czystą,
Choćby ją sprośność w postaci niebianki
Usiłowała skusić, tak zła żądza,
Choćby ją łączył ślub z aniołem nawet,
Prędko uprzykrzy sobie święte łoże
I rzuci się na barłóg.
Ale dość tego! Już powietrze ranne
Czuć mi się daje; muszę kończyć: kiedym
Raz po południu jak zwykle w ogrodzie
Bezpiecznie zasnął, wkradł się stryj twój z flaszką
Zawierającą blekotowe krople
I wlał mi w ucho ten zabójczy rozczyn,
Którego siła tak jest nieprzyjazna
Ludzkiej naturze, że jak żywe srebro
Przebiega nagle wszystkie drogi, wszystkie
Kanały ciała i jako sok kwaśny
Wlany do mleka ścina wnet i zgęszcza
Wszystką krew zdrową. Tak było i z moją;
I wraz plugawy trąd, jak u Łazarza,
Wystąpił na mnie i brzydką skorupą
Pokrył mi całe ciało.
Tak to śpiąc, ręką brata pozbawiony
Zostałem życia, berła i małżonki,
Skoszony w samym kwiecie moich grzechów:
Bez namaszczenia, bez przygotowania,
Bez porachunku z sobą wyprawiony
Zdać porachunek z win jeszcze nie zmytych.
O, to okropne! okropne! okropne!
Maszli iskierkę czucia, nie ścierp tego;
Nie pozwól, aby łoże władców Danii
Było ohydnym gniazdem wszeteczeństwa.
Jakkolwiek jednak czyn ten pomścić zechcesz,
Nie kalaj swojej duszy, nie czyń przeciw
Matce zamachów; pozostaw ją niebu
I owym cierniom, które w głębi łona
Występnych siedzą; zrobią one swoje.
Bądź zdrów, świecący robaczek oznajmia,
Że ranek już jest bliski; wątłe bowiem
Światełko jego znacznie już pobladło;
Żegnam cię, żegnam cię; pamiętaj o mnie.

Znika.

HAMLET

O wy niebieskie potęgi! O ziemio!
Cóż więcej? Mamże piekło jeszcze wezwać?
Nie, o nie! Krzep się, krzep się, serce moje!
Prężcie się, nerwy! Pamiętać o tobie?
O biedny duchu, stanie ci się zadość.
Dopóki tylko w tej znękanej głowie
Pamięć żyć będzie. Pamiętać o tobie?
Wraz pamięć moja z tablic swych wykreśli
Wszelkie powszednie, tuzinkowe myśli;
Książkową mądrość, obrazy, wrażenia,
Płody młodości lub zastanowienia,
Wszystko, co związek ma z przyszłym mym bytem;
To, coś mi zlecił, to tylko wyrytem
W księdze mojego mózgu pozostanie;
Tak mi dopomóż, wiekuisty Panie!
O wiarołomna niewiasto! O łotrze,
Uśmiechający się, bezczelny łotrze!
Musze to sobie zapisać, że można
Nosić na ustach uśmiech i być łotrem -
W Dani przynajmniej

wyjmuje pugilares i zapisuje

Tak; siedź tu, stryjaszku,
Terazże duszo moja, pilnuj hasła,
A tym jest: Żegnam cię, pamiętaj o mnie!
Przysięgłem mu być wiernym.

HORACY

za sceną

Królewiczu!

MARCELLUS

Podobnież Książę Hamlecie!

HORACY

Chroń go, Panie!

HAMLET

Amen!

MARCELLUS

Hop, hop, hop, mości książę!

HAMLET

Hop, hop, chłopcze!
Tu, tu, mój ptaszku!

Horacy i Marcellus wchodzą.

HORACY

I cóż?

MARCELLUS

I cóż, panie?

HAMLET

Dziwy!

HORACY

Opowiedz nam to, panie.

HAMLET

Właśnie!
Żebyście potem roztrąbili.

HORACY

Jaż bym
Mógł to uczynić?

MARCELLUS

O, ani ja pewnie!

HAMLET

Cóż wy powiecie na to? Któż by sądził?
Ale będziecie milczeć?

HORACY i MARCELLUS

Jak Bóg w niebie!

HAMLET

Nie ma na całą Danię nikczemnika,
Który by nie był kompletnym ladaco.

HORACY

Do objawienia nam tego nie trzeba,
Żeby aż duchy wychodziły z grobów.

HAMLET

W istocie, macie słuszność. Owóż tedy
Nie pozostaje nam teraz nic więcej,
Jeno bez żadnych dalszych korowodów
Uścisnąć sobie dłonie i pójść z Bogiem.
Wy idźcie, gdzie wam każe iść interes
Lub skłonność - każdy bowiem na tym świecie
Ma jakąś skłonność lub interes; ja zaś
W prostocie mojej pójdę się pomodlić.

HORACY

To są czcze tylko słowa, mości książę.

HAMLET

Przykro mi, żeście obrażeni; z serca
W istocie, z serca przykro.

HORACY

Mości książę, Nie ma tu żadnej obrazy.

HAMLET

I owszem
Zaprawdę mówię wam, jest tu obraza,
I wielka. Co się tyczy tego ducha,
Jest to duch dobry; poprzestańcie na tym;
Co zaś pomiędzy nim a mną tu zaszło,
Ciekawość swoją w tej mierze przytłumcie
Całą możliwą dozą rezygnacji.
A teraz, moi mili przyjaciele,
W imię przyjaźni, w imię koleżeństwa,
Zróbcie mi jedną grzeczność.

HORACY

Jaką, panie?

HAMLET

Nie mówcie, coście widzieli tej nocy.

HORACY i MARCELLUS

Nie powiem, panie.

HAMLET

Przysiążcie mi na to.

HORACY

Na honor, nic nie powiem.

MARCELLUS

A ja także,
Na honor.

HAMLET

Na ten miecz raczej przysiążcie.

MARCELLUS

Jużeśmy, panie, przysięgli.

HAMLET

Przysiążcie
Na ten miecz, na ten miecz, mówię.

DUCH

spod ziemi

Przysiążcie!

HAMLET

Ha, to ty! Stamtąd odzywasz się, stary?
Słyszycie tego kipra tam w piwnicy?
Przysiążcież!

HORACY

Na cóż mamy przysiąc, panie?

HAMLET

Że o tym, coście widzieli, nikomu
Nigdy a nigdy nie powiecie słowa.
Przysiążcież na ten miecz!

DUCH

spod ziemi

Przysiążcie!

HAMLET

Znowu?
Hic et ubique? Odmieńmy więc miejsce.
Pójdźcie tu, moi panowie, połóżcie
Na moim mieczu palce i przysiążcie,
Że o tym, coście słyszeli, nikomu
Nic nie powiecie.

DUCH

spod ziemi

Przysiążcie!

HAMLET

Ha, krecie!
Tak prędko umiesz szybować pod ziemią?
Wyborny z ciebie minier! No, panowie.

HORACY

Na Boga, to są rzeczy niepojęte!

HAMLET

Chciałżebyś wszystko pojąć? O Horacy,
Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie,
Niż się ich śniło waszym filozofom.
Pójdźcie tu, i pierwej w imię Boga,
Przysiążcie, że jakkolwiek bym się kiedy
Wydawał dzikim, dziwacznym w obejściu -
Być bowiem może, że mi się na przyszłość
Wyda stosownym przybrać taką postać -
Że, mówię, widząc mnie takim,
Żaden z was ani potrząsaniem głowy,
Ani wzruszeniem ramion, ani wreszcie
Jakimikolwiek wątpliwymi słowy,
Jako to: "Hm, hm, wiem ja"; albo: "Mógłbym,
Gdybym chciał"; albo: "Gdybym był gadułą";
Albo: "Są tacy, co by mogli" - zgoła,
Niczym dwuznacznym nie da się domyślić,
Że wie coś o mnie. Poprzysiążcież na to,
Jeśli pragniecie, aby się nad wami
W nieszczęściu Pan Bóg zmiłował.

DUCH

spod ziemi

Przysiążcie!

HAMLET

Ukój się, ukój, rozdrażniony duchu!
Pomnijcież na wasz ślub, mili panowie,
A przez co tylko taki biedny człowiek
Jak Hamlet, będzie wam zdolny okazać
Swoją życzliwość, to was nie ominie.
Teraz rozejdźmy się. - Świat wyszedł z formy
I mnież to trzeba wracać go do normy!

Wychodzą.

HAMLET - AKT II

Scena pierwsza - Scena druga

Scena pierwsza

Pokój w domu Poloniusza. Poloniusz i Rajnold.

POLONIUSZ

Rajnoldzie, oddasz mu waszmość to pismo
I te pieniądze.

RAJNOLD

Nie omieszkam, panie.

POLONIUSZ

Zanim się jednak doń udasz, Rajnoldzie,
Mądrze byś zrobił, ażebyś poprzednio
O jego sprawowaniu się wywiedział.

RAJNOLD

Tak też myślałem, panie.

POLONIUSZ

Dobrześ myślał,
Bardzoś roztropnie myślał. Przede wszystkim
Wypytasz mi się najdokładniej, jacy
Są Duńczykowie w Paryżu; jak który
I z czego żyje: gdzie bywa i jakie
Z kim ma stosunki; gdy zaś skutkiem takich
Krętobadawczych, manowcowych pytań
Dojdziesz, że oni znają mego syna,
Wtedy przystąpisz do materii o nim
Bliżej niżeli w poprzednich pytaniach.
Powiesz na przykład, udając, jakobyś
Znasz go z daleka: "Znam jego familię,
Jego przyjaciół, a w części i jego";
Rozumiesz mnie, Rajnoldzie?

RAJNOLD

Najzupełniej.

POLONIUSZ

"I jego w części, wprawdzie - dodać możesz -
Niewiele, jestli on wszakże tym samym,
O którym myślę, wietrznik to, rozpustnik,
Skłonny do tego i tego." Zwal wtedy,
Co ci się żywnie podoba, na niego;
Jednakże nic takiego, co by mogło
Szwank przynieść jego sławie; tego strzeż się.
Takie jedynie przypisz mu wybryki,
Jakie z młodością i krewkością w parze
Zazwyczaj chodzą.

RAJNOLD

Więc, na przykład, hazard?

POLONIUSZ

Tak, albo pochop do zwad, klątw, pijatyk,
Gachostwa wreszcie: tak daleko możesz
Posunąć swoje kłamstwa.

RAJNOLD

Ależ, panie,
To by już jego sławie szwank przyniosło.

POLONIUSZ

Bynajmniej, jeśli tylko będziesz umiał
Wziąć się do rzeczy. Nie trzeba ci dawać
Do zrozumienia, że on w żądzach swoich
Jest rozpasany, tego nie chcę; wytknij
Jego usterki tak subtelnie, żeby
One się zdały tylko nadużyciem
Wolności, duszy ognistej wybuchem,
Obłędem wrzącej krwi, słowem, pustotą
Właściwą wszystkim młodym.

RAJNOLD

Rad bym wiedzieć,
Łaskawy panie...

POLONIUSZ

Do czego to wszystko?

RAJNOLD

Tak, panie.

POLONIUSZ

Zaraz ci powiem: mój zamiar
Uzasadniony i, jak się spodziewam,
Niepłonną skutku dający rękojmię.
Skoro na mego syna złożysz waszmość
Te drobne chyba, niby skazy, którym
Ulega każda rzecz, gdy się wyrabia,
Wtedy, jeżeli tylko ten, którego
Za język ciągnąć będziesz, kiedykolwiek
Młodzieńca w mowie będącego widział
Jednej z powyższych praktyk oddanego,
Ten ktoś, bądź pewien, przywtórzy ci zaraz
W ten sposób: "Mości dobrodzieju", albo:
"Mój miły panie", albo: "Widzisz waćpan"
Stosownie do zwyczaju miejscowego
Lub w miarę swojej atencji.

RAJNOLD

Rozumiem.

POLONIUSZ

Skoro zaś to ci powie, powie potem...
Cóżem to dalej miał mówić? Do licha,
Miałem powiedzieć coś, na czymżem stanął?

RAJNOLD

Na tym podobno, że ktoś mi przywtórzy.

POLONIUSZ

Że ci przywtórzy, aha! tak więc tedy
Ten ktoś przywtórzy ci pewnie w ten sposób:
"Znam tego pana, widziałem go wczoraj",
Albo: "Owego dnia, wtedy a wtedy,
Z tym a z tym, i w istocie grał wysoko";
Albo: "Pokłócił się", albo: "Miał w czubku",
Albo: "Widziałem, jak wchodził do domu
Podejrzanego", i tak dalej. Tak to
Na wędę fałszu złowisz karpia prawdy.
Tak to rozumni, zręczni ludzie, boczkiem,
Rzemiennym dyszlem zachodząc, umieją
Trafiać do celu: i tak samo waszmość,
Według wskazówki i instrukcji, jaką
Ci udzieliłem, poweźmiesz języka
O moim synu. Wiesz już, o co idzie?

RAJNOLD

Wiem, panie.

POLONIUSZ

Jedź więc, niech cię Bóg prowadzi!

RAJNOLD

Dziękuję...

POLONIUSZ

Zresztą sam śledź jego kroki.

RAJNOLD

Dopełnię tego.

POLONIUSZ

A niech mi się ćwiczy
W muzyce.

RAJNOLD

Dobrze, panie.

Wychodzi. Wchodzi Ofelia.

POLONIUSZ

Bądź zdrów, waszmość.
Co ci to jest, Ofelio? Co się stało?

OFELIA

Ach, panie, takem strasznie się przelękła.

POLONIUSZ

Czego? dlaboga?

OFELIA

Siedziałam przy krosnach
W moim pokoju, gdy wtem książę Hamlet,
Z odkrytą głową, rozpięty, w obwisłych
Brudnych pończochach, blady jak koszula,
Chwiejący się na nogach, z tak okropnym
Wyrazem twarzy, jakby się wydostał
Z piekła i jego zgrozę chciał obwieścić,
Stanął przede mną.

POLONIUSZ

Czyliżby z miłości
Oszalał?

OFELIA

Nie wiem, ale się obawiam.

POLONIUSZ

Cóż ci powiedział?

OFELIA

Ujął mnie za rękę,
Nie mówiąc słowa, i usilnie ją trzymał;
Cofnął się potem na długość ramienia
I, drugą rękę przytknąwszy do czoła,
W twarz moją wlepił oczy tak badawczo,
Jak gdyby ją chciał narysować. Długo
Tak stał, nareszcie, lekko potrząsając
Moim ramieniem i kiwając głową,
Wydał tak ciężkie, żałosne westchnienie,
Że się zdawało, iż mu piersi pękną
I życie z niego uleci. Odstąpił
Wtedy ode mnie i powolnym krokiem
Szedł z odwróconą głową poza siebie,
Kierując się ku drzwiom. Przeszedł w ten sposób
Przez cały pokój, bez pomocy oczu,
I wyszedł, ciągle wpatrując się we mnie.

POLONIUSZ

Muszę natychmiast udać się do króla;
Są to objawy gwałtowne miłości,
Która się trawi w sobie i prowadzi
Do rozpaczliwych kroków, tak jak każda
Inna namiętność trapiąca ród ludzki;
Boleję nad tym. Możesz tymi czasy
Przykre mu jakie słowo powiedziała?

OFELIA

Nie, panie; tylko tak jak rozkazałeś,
Odesłałam mu listy i wzbroniłam
Dalszych odwiedzin.

POLONIUSZ

To go w szał wprawiło.
Boleję nad tym, żem jego skłonności
Dokładniej, pilniej nie zbadał. Myślałem,
Że on cię durzy, przywieść chce o zgubę.
Przeklinam teraz moją podejrzliwość.
Zdaje się, że nam, starym, jest właściwe
Przebierać miarę w przezorności, tak jak
Nawzajem młodym mało jej posiadać.
Biegnę do króla; zatajenie tego
Więcej niż rozgłos zrządzić może złego.
Pójdź.

Wychodzą.

Scena druga

Sala w zamku. Król, Królowa, Rozenkranc, Gildenstern i orszak.

KRÓL

Witaj, Rozenkranc, witaj Gildensternie!
Pośpiechu, z jakim was tu wezwaliśmy,
Nie sama tylko chęć widzenia panów
Była przyczyną, ale i potrzeba
Waszej pomocy. Wiecie już o dziwnym
Przeistoczeniu się Hamleta, mówię
Przeistoczeniu, bo nic w nim tak wewnątrz,
Jak i na zewnątrz nie jest tym, czym było.
Co by innego jak śmierć ojca mogło
Do tego stopnia wywieść go za obręb
Jego natury, nie pojmuję wcale.
Proszę was przeto, was, coście z nim wzrośli
I z bliska z jego wiekiem i myślami
Sąsiadujecie, abyście czas jakiś
Raczyli u nas zostać, by Hamleta
Trochę rozerwać, a przy tej okazji
Zbadać powody obcego nam smutku,
Na który, gdyby stał się nam wiadomym,
Znaleźlibyśmy może jaki środek.

KRÓLOWA

Często on o was wspominał, panowie,
I wiem, że nie ma na świecie dwóch ludzi
Bardziej mu niż wy miłych. Jeśli w dowód
Życzliwych chęci i uczuć uprzejmych
Zechcecie trochę czasu tu przepędzić
I wesprzeć nasze nadzieje, możecie
Liczyć na taką wdzięczność z naszej strony,
Jaka przystoi monarchom.

ROZENKRANC

Obojgu
Waszym królewskim mościom służy prawo,
Z mocy najwyższej ich władzy nad nami,
Wolę swą w rozkaz przyoblekać raczej
Niż w prośbę.

GILDENSTERN

Będziem jednakże posłuszni
I dobrowolnie na rozkazy waszych
Królewskich mości u stóp ich składamy
Nasze usługi.

KRÓL

Dzięki ci za to, Rozenkranc, i tobie,
Kochany Gildensternie.

KRÓLOWA

Dzięki ci za to, Gildenstern, i tobie
Kochany Rozenkranc. Idźcie natychmiast
Do mego syna. do dworzan
Niech tam który wskaże
Tym panom, gdzie jest Hamlet.

GILDENSTERN

Oby nieba
Nie uczyniły naszych usiłowań
Bezowocnymi!

KRÓLOWA

Daj to, dobry Boże!

Rozenkranc, Gildenstern i jeden z dworzan wychodzą. Wchodzi Poloniusz.

POLONIUSZ

Panie! Wysłane do Norwegii posły
Szczęśliwie są już w tej chwili z powrotem.

KRÓL

Zawsześ był waćpan ojcem dobrych nowin.

POLONIUSZ

Bądź przekonany, miłościwy panie,
Że obowiązki moje względem Boga
I mego władcy, tak samo jak duszę,
Trzymam w porządku. Jako, zdaje mi się
(Jeżeli tylko ten mózg nie zszedł na bok
Z drogi trafności, którą zwykł był kroczyć),
Że ostatecznie nie jest mi już obcym,
Skąd bierze źródło szaleństwo Hamleta.

KRÓL

Mów; o tym chcemy wiedzieć przede wszystkim.

POLONIUSZ

Daj, panie, pierwej posłuchanie posłom;
Wieść moja będzie na wety po uczcie.

KRÓL

Zróbże im zaszczyt i sam ich tu wprowadź.

Wychodzi Poloniusz.

On utrzymuje, kochana Gertrudo,
Że odkrył powód tej zmiany Hamleta.

KRÓLOWA

Nie jest nim, moim zdaniem, nic innego,
Tylko śmierć ojca i nasz rychły związek.

Poloniusz wraca, a wraz z nim wchodzą Korneliusz i Woltymand.

KRÓL

Dojdziemy tego. Witajcie, panowie.
Cóż nam śle przez was nasz brat, król norweski?

WOLTYMAND

Najuprzejmiejszych pozdrowień zamianę.
Na przełożenie nasze kazał zaraz
Wstrzymać zaciągi swojego synowca,
Które mu zdały się być wymierzone
Przeciw Polakom, które jednak, bliżej
Poznawszy, znalazł zwróconymi przeciw
Waszej królewskiej mości. Rozjątrzony
Takim niegodnym korzystaniem z jego
Późnego wieku i niemocy, kazał
Zatrzymać gońcom Fortynbrasa, który
Z pokorą stawił się i, wysłuchawszy
Napomnień stryja, przysiąg wobec niego,
Że póki życia nigdy przeciw waszej
Królewskiej mości nie wzniesie oręża:
Czym ucieszony starzec trzy tysiące
Koron intraty rocznej mu przeznaczył
I owe wojska, przezeń zwerbowane,
Użyć pozwolił mu przeciw Polakom.
Nam zaś doręczył ten list, którym prosi podaje papier
Waszą królewską mość o pozwolenie
Przejścia tym wojskom przez duńskie dzierżawy,
Przy zapewnieniu im bezpieczeństw, w liście
Tym wymienionych.

KRÓL

Poprzestajem na tym
W wolniejszym czasie przejrzymy to pismo,
Pomyślim nad nim, odpowiemy na nie.
Tymczasem waszmość panom dziękujemy
Za ich skuteczne trudy. Idźcie spocząć.
Będziemy dzisiaj wieczerzali razem;
Miło nam widzieć was z powrotem.

Woltymand i Korneliusz wychodzą.

POLONIUSZ

To się
Dobrze powiodło. Miłościwy panie
I miłościwa pani, chcieć określić,
Czym jest majestat, czym powinność sługi,
Dlaczego dzień jest dniem, a noc jest nocą,
A czas jest czasem, byłoby to jedno,
Co chcieć zmarnować dzień, noc i czas drogi.
Z tego powodu, ile że treściwość
Jest duszą mowy, a rozwlekłość ciałem
I powierzchownym tylko bawidełkiem,
Chcę być treściwym. Cny wasz syn oszalał,
Oszalał, mówię; ściśle bowiem biorąc,
Szaleństwo czymże jest, jeśli nie stanem
Człowieka szalonego?

KRÓLOWA

Więcej treści
W mniej sztucznych frazesach.

POLONIUSZ

Przysięgam, o pani,
Że się bynajmniej o sztukę nie silę.
Syn wasz oszalał, jest to prawda; prawda,
Że to nieszczęście i nieszczęście wzajem,
Że to jest prawda. Otóż się skleiła
Dziwna figura jakaś retoryczna.
Bodaj to! Licho zabierz sztuczne frazesy!
Stanąłem tedy na tym, że dostojny
Syn wasz sfiksował; dobrze; idzie teraz
O wyśledzenie przyczyn tej fiksacji,
Która, nie będąc fikcją, już tym samym
Nie może nie mieć przyczyn; to rzecz pewna;
W jaki zaś sposób pewna i o ile,
Rozważcie państwo sami.
Mam córkę; mam ją, ponieważ jest moja.
Ta tedy dziewka, pomna obowiązku
I rozkazowi mojemu powolna,
Oddała mi ten świstek. Posłuchajcie
I konkludujcie państwo.

czyta

"Do niebiańskiego bóstwa mojej duszy, tysiącem
wdzięków okraszonej Ofelii " To niestosowne
wyrażenie, trywialne wyrażenie. Okraszonej
- nie jestże wyrażeniem trywialnym? Ale idźmy
dalej,

czyta

"Twojemu cudnie białemu łonu
powierzam tych kilka wyrazów. "

KRÓLOWA

Czy to Hamlet do niej pisał?

POLONIUSZ

Cierpliwości, miłościwa pani; niczego nie zataję.

czyta

"Wątp, czy gwiazdy lśnią na niebie;
Wątp o tym, czy słońce wschodzi;
Wątp, czy prawdy blask nie zawodzi;
Lecz nie wątp, że kocham ciebie.
O najmilsza Ofelio, nie biegłym w rymowaniu; nie umiem skandować westchnień moich, ale że cię bardzo, a bardzo kocham, temu wierz. Bądź zdrowa. Twój na zawsze, dopóki ta machina pozostanie jego własnością, Hamlet."
To mi posłuszna pokazała córka
I uszom moim odkryła zarazem,
Tak co do czasu, miejsca, jak sposobu,
Wszystkie zaloty jego.

KRÓL

Ale jakże
Ona przjęła te jego zaloty?!

POLONIUSZ

Cóż o mnie myślisz, mości królu?

KRÓL

Myślę,
Żeś waćpan prawy, honorowy człowiek.

POLONIUSZ

Takim starałem się zawsze okazać.
Cóż byś mógł sobie o mnie myśleć, panie,
Gdybym tę miłość tak namiętną widział
Był w jej zarodzie (a mówiąc nawiasem,
Dostrzegłem ją był pierwej, nim mi o niej
Doniosła moja córka); cóż by sobie
Królowa pani mogła o mnie myśleć,
Gdybym był wtedy spokojnie odegrał
Rolę koperty lub pugilaresu
Lub serce moje zrobił głuchoniemym
I gnuśnym okiem patrzał na tę miłość?
Cóż byście państwo mogli byli sobie
O mnie pomyśleć? Jam sprawy nie zaspał
I wnet dziewczynie mojej powiedziałem:
"Hamlet jest księciem nad waściną sferę;
Nie będzie z tego nic." Dałem jej przy tym
Surowe upomnienia, aby odtąd
Nie przyjmowała ani jego wizyt,
Ani biletów, ani podarunków.
Takem uczynił; ona usłuchała,
A on, on, krótko mówiąc, zawiedziony
W swoich nadziejach, popadł najprzód w smutek
Potem w bezsenność, potem w wstręt do jadła
Następnie w niemoc, następnie w gorączkę,
I tak stopniami aż w szaleństwo, które
Trawi go teraz z wielkim naszym żalem.

KRÓL

Cóż mówisz na to?

KRÓLOWA

Hm! to by być mogło.

POLONIUSZ

Czy się zdarzyło kiedy, rad bym wiedzieć,
Aby tam, gdzie ja powiedziałem: tak jest,
W istocie było inaczej?

KRÓL

Nie pomnę.

POLONIUSZ

wskazuje na kark i głowę

Zdejmcie to z tego,
jeżeli tak nie jest.
Skoro sposobność posłuży, wykryję,
Gdzie siedzi prawda, chociażby się skryła
W wnętrznościach ziemi.

KRÓL

Jakżebyśmy mogli
Sprawdzić to?

POLONIUSZ

Wiecie państwo, że on czasem
Przez kilka godzin zwykł się w tej galerii
Przechadzać.

KRÓLOWA

W rzeczy samej zwykł to czynić.

POLONIUSZ

Taką więc porę upatrzywszy kiedy,
Wprowadzę tutaj moją córkę: wasze
Królewskie moście będą mogły wtedy
Ukryć się ze mną owdzie za obiciem
I być świadkami ich spotkania. Jeśli
On jej nie kocha i nie skutkiem tego
Utracił zmysły, to niech z szambelana
Zostanę prostym chłopem albo klechą.

Wchodzi Hamlet, czytając.

KRÓLOWA

Patrzcie, jak smutno biedny chłopiec z książką
Zbliża się tutaj.

POLONIUSZ

Oddalcie się, państwo,
Błagam was; ja z nim pomówię, pozwólcie.

Król i Królowa wychodzą ze swym orszakiem.

Jakże się miewa mój łaskawy książę Hamlet?

HAMLET

Dobrze, dzięki Bogu.

POLONIUSZ

Wieszli, kto jestem, panie?

HAMLET

Wiem doskonale: jesteś rybak.

POLONIUSZ

Zaprawdę, nie jestem nim.

HAMLET

Tym ci gorzej, rad bym, żebyś był tak uczciwym człowiekiem.

POLONIUSZ

Uczciwym, mości książę?

HAMLET

Tak jest, mości panie.
Być uczciwym w dziejach tego świata na jedno wychodzi,
co być wybranym między tysiącami.

POLONIUSZ

Masz wielką słuszność, mości książę.

HAMLET

Jeżeli bowiem słonce płodzi w zdechłym psie robaki,
promienie bóstwa ścierwo całują.
Czy masz waćpan córkę?

POLONIUSZ

Mam, panie.

HAMLET

Nie pozwalaj jej chodzić po słońcu.
Wprawdzie poczęcie jest błogosławieństwem,
ale gdyby twoja córka poczęła,
na pewno byś jej nie błogosławił.
Miej to na względzie, mój przyjacielu.

POLONIUSZ

Co przez to rozumiesz, mości książę?

do siebie

Zawsze mu się marzy moja córka.
A jednak nie poznał mnie zrazu,
wziął mnie za rybaka.
Daleko z nim już zaszło, daleko zaszło.
I mnie, prawdę mówiąc,
za młodu miłość przyprowadziła
do ostateczności podobnych prawie.
Muszę go jeszcze raz zagadnąć,

głośno

Cóż to czytasz, mości książę?

HAMLET

Słowa, słowa, słowa.

POLONIUSZ

A o treść czy mogę spytać?

HAMLET

Czyją?

POLONIUSZ

Tej książki, którą książę czytasz.

HAMLET

Potwarze, mój panie, same potwarze.
Ten łotr satyryk utrzymuje,
że starzy ludzie mają siwe brody
i zmarszczki na twarzy; że im ambra
i kalafonia ciecze z oczu;
że mają zupełny brak dowcipu
obok wielkiego wycieńczenia łydek.
Lubo ja temu wszystkiemu najsilniej
i nąjpotężniej daję wiarę,
przecież nie sądzę, aby o tym pisać przystało;
bo waszmość sam stałbyś się pewnie
jak ja starym, gdybyś mógł jak rak w tył kroczyć.

POLONIUSZ

Chociaż to wariacja, nie jest jednakże bez metody.
Może byś chciał zejść, mości książę?

HAMLET

Z tego świata?

POLONIUSZ

W rzeczy samej, byłoby to zejściem.

do siebie

Jak trafne ma czasem odpowiedzi!
Dar ten często bywa udziałem szalonych,
gdy tymczasem przytomni i rozumni
nie zawsze są zarówno szczęśliwi.
Muszę go już opuścić i niezwłocznie pomyśleć o sposobach,
jakby się on i moja córka zejść mogli.

głośno

Miłościwy książę, zmuszony jestem pozbawić
waszą książęcą mość dłuższej mojej obecności.

HAMLET

Nie możesz mnie, mój panie, pozbawić niczego,
czego bym chętniej się nie wyrzekł:
wyjąwszy życia, wyjąwszy życia,
wyjąwszy życia.

POLONIUSZ

Żegnam cię, mój łaskawy książę.

HAMLET

Nudni starzy głupcy.

Rozenkranc i Gildenstern wchodzą.

POLONIUSZ

Szukacie, panowie, księcia Hamleta? Oto jest.

Wychodzi.

ROZENKRANC

do Poloniusza

Bogu cię polecamy.

GILDENSTERN

Miłościwy książę!

ROZENKRANC

Drogi nasz książę!

HAMLET

Kochani, dobrzy przyjaciele!
Jak się masz, Gildensternie?
A, Rozenkranc! Jak się macie, moi chłopcy?

ROZENKRANC

Zwyczajnie, jak nic nie znaczący ludzie.

GILDENSTERN

Szczęśliwi przez to, że niezbyt szczęśliwi.
Czepca Fortuny nie jesteśmy guzem.

HAMLET

Ale i nie podeszwą jej trzewików?

ROZENKRANC

Nie, mości książę.

HAMLET

A więc mieszkacie u jej albo raczej w centrum jej łask?

GILDENSTERN

Niby tak, w jej prywatnych apartamentach.

HAMLET

Czyli w apartamentach wstydliwych.
Słusznie,
Fortuna to nie lada dziewka.
I cóż tam nowego?

ROZENKRANC

Nic, panie, wyjąwszy, że świat spoczciwiał.

HAMLET

Więc bliski jest dzień sądu.
Ale wiadomość wasza nieprawdziwa.
A teraz pytanie bardziej szczegółowe.
Powiedzcie mi, w czymeście tak przeskrobali Fortunie,
że was tu do więzienia wtrąciła?

GILDENSTERN

Do więzienia?

HAMLET

Dania jest więzieniem.

ROZENKRANC

Więc nim i świat jest także.

HAMLET

O, i wielkim! pełnym turm, lochów i ciemnic.
Dania jest jednym z najgorszych.

ROZENKRANC

Nie myślimy tak, mości książę.

HAMLET

Więc dla was nie jest taką. W rzeczy samej, nic nie jest złem ani dobrem samo przez się, tylko myśl nasza czyni to i owo takim. Dla mnie Dania jest więzieniem.

ROZENKRANC

Skutek to chyba, panie, twojej ambicji. Dania jest dla niej za ciasna.

HAMLET

O Boże! ja bym mógł być zamknięty w łupinie orzecha i jeszcze bym się sądził panem niezmierzonej przestrzeni, gdybym tylko złych snów nie miewał.

GILDENSTERN

A te sny są właśnie wytworem ambicji; istota bowiem ambicji nie jest czym innym, tylko snów cieniem.

HAMLET

Same już sny nie są czym innym, tylko cieniem.

ROZENKRANC

Zapewne, ambicja zaś w moich oczach jest tak powietrznej i znikomej natury, że można ją nazwać cieniem cienia.

HAMLET

Takim sposobem żebracy są ciałami, a nasi monarchowie i nadęci bohaterowie cieniami żebraków. Nie poszlibyśmyż do dworu? Bodoprawdy nie umiem rozumować.

ROZENKRANC i GILDENSTERN

Służymy waszej książęcej mości.

HAMLET

Dajmy pokój temu; nie chcę was liczyć do rzędu sług moich, bo, zaprawdę, przysługują mi się okropnie. Ale powiedzcie mi, tak po przyjacielsku, co porabiacie w Elzynorze?

ROZENKRANC

Chcieliśmy cię odwiedzić, mości książę; innego celu nie mamy.

HAMLET

Taki ze mnie nędzarz, żem nawet w podzięki ubogi; dziękuję wam jednak, chociaż to podziękowanie, wierzcie mi, kochani przyjaciele, niewarte i pół szeląga. Czy nie posyłano po was? Przybyliścieź mnie odwiedzić z własnego popędu, z dobrej woli? Powiedzcie mi, powiedzcie; bądźcie szczerzy. I cóż?

GILDENSTERN

Cóż mamy powiedzieć, mości książę?

HAMLET

Co bądź, byle się stosowało do rzeczy. Posyłano po was: widzę w waszych oczach pewien rodzaj wyznania, które skromność na próżno usiłuje pokryć. Wiem, że miłościwy król i miłościwa królowa posyłali po was.

ROZENKRANC

W jakimże by celu, mości książę?

HAMLET

Tegoć się od was chcę dowiedzieć. Ale zaklinam was na prawa naszego koleżeństwa, na współdźwięk młodych lat naszych, na obowiązki naszej statecznej przyjaźni, na wszystko, co jest najświętsze i na co lepszy mówca lepiej by was niż ja mógł zakląć, powiedzcie mi rzetelnie, otwarcie: posyłanoż po was czy nie posyłano?

ROZENKRANC

do Gildensterna

Cóż ty na to?

HAMLET

na stronie

Aha,
przyszliście mnie więc wymacać.

głośno

Jeżeli mi dobrze życzycie, powiedzcie prawdę.

GILDENSTERN

W istocie, posyłano po nas.

HAMLET

Powiem wam, w jakim celu; tym sposobem domyślność moja uprzedzi waszą gadatliwość i dyskretność wasza nie będzie dyskredytowana. Od niejakiego czasu, nie wiem skąd, ze szczętem humor straciłem; zarzuciłem dawne przywyknienia i tak ponure popadłem usposobienie, że ten piękny obszar ziemski pustynią mi się wydaje; to wspaniałe sklepienie tam w górze, ten cudnie wiszący firmament, ta majestatyczna przestrzeń złotymi obsypana iskrami niczym innym nie jest w moich oczach, jak tylko marnym, zaraźliwym zbiorem wyziewów. Jak doskonałym tworem jest człowiek! Jak wielkim przez rozum! Jak niewyczerpanym w swych zdolnościach! Jak szlachetnym postawą i w poruszeniach! Czynami podobnym do anioła, pojętnością zbliżonym do bóstwa! Ozdobą on i zaszczytem świata. Arcytypem wszech jestestw! A przecież czymże jest dla mnie ta kwintesencj a prochu? Synowie ziemi nie pociągają mnie ani jej córki, jakkolwiek, sądząc po waszym uśmiechu, zdajecie się to przypuszczać.

ROZENKRANC

Myśl taka, panie, nie przeszła mi przez głowę.

HAMLET

Dlaczegoż się waćpan roześmiałeś, kiedym powiedział, że mnie synowie ziemi nie pociągają?

ROZENKRANC

Bom sobie pomyślał, jakie w takim razie przyjęcie znajdą aktorowie, którycheśmy w drodze spotkali, a którzy tu dążą celem ofiarowania waszej książęcej mości usług swoich.

HAMLET

Ten, co gra króla, godnie będzie przyjęty; jego królewska mość otrzyma ode mnie pamiątkę; awanturniczy rycerz będzie mógł do woli użyć tarczy i miecza; kochanek nie będzie darmo wzdychał; melancholik spokojnie odegra swoją rolę; błazen pobudzi do śmiechu tych, co mają łechczywe płuca; a piękna dama swobodnie wywnętrzy swe uczucia, jeśli nie będzie miała wstrętu do wiersza bez rymu. Cóż to za aktorowie?

ROZENKRANC

Ciż sami, którzy cię zwykli byli zadowalać, mości książę; aktorowie tragiczni ze stolicy.

HAMLET

Skądże im przyszło teraz po świecie wędrować? Na miejscu siedząc lepiej by wyszli tak pod względem sławy, jak korzyści.

ROZENKRANC

Przyczyną ich wędrowania były, jak się zdaje, świeżo zaszłe innowacje.

HAMLET

Sąż oni jeszcze tak samo lubiani jak wtedy, kiedym był w stolicy? Zawszeż liczne mają publicum?

ROZENKRANC

Zaiste, teraz nie bardzo.

HAMLET

Skądże to pochodzi? Czy się opuścili w sztuce?

ROZENKRANC

Bynajmniej: usiłowania ich postępują zawsze równym krokiem; ale wylęgło się tam stado dzieci, małych indycząt, które piszczą jak opętane i gwałtowne za to odbierają oklaski. Te są teraz w modzie i tak dalece oczerniają teatr niższej klasy (tak nazywają tamten), że niejeden z rapierem przy boku, bojąc się piór gęsich, nie śmie się już tam pokazać.

HAMLET

Sąli to dzieci naprawdę? Któż ich utrzymuje? Jak są płatni? Myśląż oni tylko dopóty sztukę uprawiać, dopóki nie stracą dyszkantu? Nie powiedząż wtedy, gdy sami spadną między niższą klasę (co jest bardzo prawdopodobne, jeśli ich sytuacja się nie poprawi), że piszący dla nich krzywdę im wyrządzili, każąc im wykrzykiwać na ich własną przyszłość?

ROZENKRANC

Bądź co bądź, z obu stron niemało było hałasu i publiczność nie miała sobie za grzech podżegać ich nawzajem do kłótni. Przez czas jakiś nie można było grosza na żadnej sztuce zarobić, jeżeli autorzy i aktorzy za łby się w niej nie pojedli.

HAMLET

Czy być może?

GILDENSTERN

Niemało też łbów porozbijano.

HAMLET

I smarkacze wzięli górę?

ROZENKRANC

Nie inaczej. Herkules zmuszony był kapitulować przed Pigmejczykami.

HAMLET

Nie ma w tym nic dziwnego, boć mój stryj jest królem duńskim; i ciż sami, którzy mu za życia mego ojca wykrzywiali gęby, dają teraz dwadzieścia, czterdzieści, pięćdziesiąt i sto dukatów za jego portret w miniaturze. Do licha! musi w tym być coś nadnaturalnego. Gdyby to filozofia mogła wytłumaczyć?

Odgłos trąb za sceną.

GILDENSTERN

Zapewne to aktorowie.

HAMLET

Koledzy, miłymiście gośćmi w Elzyorze. Podajcie mi dłonie. Do orszaku gościnności należy etykieta i ceremonie; winienem was przeto podjąć tym trybem: inaczej, moje obejście się z aktorami, które, uprzedzam was, będzie się musiało okazać uprzejme, wydałoby się gościnniejsze niż z wami. Zostaliście przyjęci z otwartymi rękoma, ale mój stryj - ojciec i moja matka - stryjenka zostali oszukani.

GILDENSTERN

Jakim sposobem, drogi książę?

HAMLET

Szalony jestem tylko przy wietrze północno - zachodnim; kiedy z południa wieje, umiem odróżnić jastrzębie od czapli.

Wchodzi Poloniusz

POLONIUSZ

Dobre nowiny, panowie, wesołe nowiny!

HAMLET

Słuchaj go, Gildensternie, i ty także. Słuchajcie z uwagą. Ten wielkolud dzieciuch nie wyszedł jeszcze z pieluch.

ROZENKRANC

Chyba wszedł w nie powtórnie; bo mówią, że starzy ludzie na nowo stają się dziećmi.

HAMLET

Prorokuję wam, że przychodzi nam zwiastować aktorów; uważcie tylko - Masz waćpan słuszność: było w poniedziałek z rana, w rzeczy samej.

POLONIUSZ

Mości książę, mam ci oznajmić coś nowego.

HAMLET

Mości panie, mam ci oznajmić coś nowego. Gdy Roscjusz w Rzymie był aktorem...

POLONIUSZ

Aktorowie przybyli, mości książę.

HAMLET

Ejże?
Ejże?

POLONIUSZ

Na honor, mości książę.

HAMLET

śpiewając

Każdy więc aktor przyjechał na ośle.

POLONIUSZ

Są to aktorowie najlepsi w świecie, zdatni do wszelkiego rodzaju przedstawień: tragicznych, komicznych, historyczno-sielankowych, tragiczno-historycznych, tragiczno-komiczno-historyczno-sielankowych: czy to w scenach ciągłych, czy to w luźnym poemacie. Seneka nie jest dla nich za ciężki ani Plaut za lekki. Tak w recytowaniu, jak w improwizowaniu nie mają sobie równych.

HAMLET

O Jefte, sędzio Izraela, jakiż to skarb posiadłeś!

POLONIUSZ

Jakiż on skarb posiadał, mości książę?

HAMLET

Ba!
Córkę gładką, nic więcej,
Którą wielce miłował.

POLONIUSZ

na stronie

Zawsze mu się marzy moja córka.

HAMLET

Nieprawdaż, stary Jefte?

POLONIUSZ

Jeżeli mnie nazywasz Jeftem, mości książę, to nie przeczę, iż posiadam córkę, którą wielce miłuję.

HAMLET

Ależ nie to idzie za tym.

POLONIUSZ

Cóż za tym idzie, mości książę?

HAMLET

Ba!
To, co rzekomo
Bogu wiadomo.
A potem, jak wiesz waćpan,
Stać się musiało,
Co snadź się stało.
Pierwszy dwuwiersz tej pobożnej pieśni więcej objaśni waćpana, niż ja mogę; bo oto nadchodzi moja rozrywka.

Wchodzi czterech lub pięciu aktorów.

Witam was, mości panowie, witam. Cieszę się, że cię oglądam w dobrym zdrowiu. Witajcie przyjaciele. O stary, jakążeś sobie brodę wyhodował, odkąd cię ostatni raz widziałem! Przyszedłeś mię tu nią straszyć? A, to ty, piękna damo ! Szlachetna dziewico, dalipan, od czasu jak cię ostatni raz widziałem, zbliżyłaś się ku niebu na całą wysokość korka. Nie daj Boże, aby głos twój, jak dukat oberżnięty, wyszedł z obiegu! Witajcie nam, wszyscy bez wyjątku! Będziemy jak francuscy łowcy rzucać się na wszystko, co ujrzymy. Nie moglibyśmyż usłyszeć czegoś zaraz? Dajcie nam próbkę swego talentu: przedeklamujcie co patetycznego.

PIERWSZY AKTOR

Co na przykład, panie?

HAMLET

Słyszałem cię raz deklamującego jeden ustęp, ustęp sztuki, która nigdy graną nie była albo co najwięcej raz tylko, bo, ile pamiętam, nie podobała się publiczności; był to kawior dla jej podniebień: moim jednak zdaniem i tych, których sąd o takich rzeczach równego z moim był wzrostu, była to sztuka wyborna, dobrze podzielona na sceny, ułożona z równą zręcznością, jak naturalnością. Przypominam sobie kogoś, co mówił, że braknie tym wierszom sosu dla dodania smaku osnowie, i osnowy, która by pozwalała posądzić autora o uczucie; przyznawał jej wszakże dobrą manierę, jędrność w obrobieniu i piękność, lubo bez wdzięku. W sztuce tej szczególnie lubiłem jeden ustęp, to jest opowiadanie Eneasza : mianowicie owo miejsce, w którym ten bohater opisuje Dydonie śmierć Priama. Jeżeli je pamiętasz, to zacznij od tego wiersza: Zaraz, zaraz...
"Okrutny Pirrus, jak ów zwierz hirkański... "
Nie, nie tak się zaczyna, ale zawsze od Pirrusa.
"Okrutny Pirrus, którego zbroica,
Czarna jak jego myśl, podobna była
Do owej nocy, gdy w złowrogim koniu
Chytrze ukryty leżał, powlókł teraz
Straszną swą postać dzikszą jeszcze barwą:
Od stóp do głowy czerwienią się odział,
Zbroczon krwią ojców, matek, córek, synów,
Spiekły od żaru płonącego miasta,
Które przeklętym blaskiem przyświecało
Mordercy swego pana; rozpalony
Gniewem i ogniem i skrzepły zarazem
Od stęgłej na nim posoki, oczyma
Jak karbunkuły płomieniejącymi
Szuka piekielny Pirrus sędziwego
Starca Priama. "
Mów dalej.

POLONIUSZ

Jak żywo, ślicznie deklamujesz, mości książę, z doskonałym akcentem i spadkiem głosu.

PIERWSZY AKTOR

"Znajduje go wreszcie
Słabo na Greków nacierającego.
Rdzawy miecz jego, zbuntowany przeciw
Jego ramieniu, nieposłuszny woli,
Płazem uderza, kędy spadnie. Z całą
Przewagą siły rzuca się na niego
Pirrus; z wściekłością próżny cios wymierza;
Lecz sam już zamach, sam świst jego stali
Obala starca; wtedy oto Ilium
Jak gdyby chciało nowy cios odwrócić,
Koronowaną płomieniami głowę
Chyli ku ziemi i trzaskiem okropnym
W niewolę ima Pirrusowe ucho;
Bo patrzcie! oto zabójczy miecz jego
Nad mleczną głową czcigodnego starca
Już, już wzniesiony, zda się, jakby nagle
Ugrzązł w powietrzu. Jak kamienny posąg
Bóstwa zagłady, ważąc się pomiędzy
Czynem i wolą, stal czas jakiś Pirrus
I nie przedsiębrał niczego.
Lecz jako nieraz widzimy przed burzą
Ciszę na niebie, spokojność w obłokach,
Wichry uśpione, a na dole ziemię
Jak grób milczącą, wtem przerażający
Piorun rozdziera chmurę: tak po chwili
Zbudzona zemsta podżega na nowo
Zastałe ramię Pirrusa i nigdy
Niemiłosierniej ciężki młot cyklopów
Nie spadł na Marsa wiecznotrwałą zbroję,
Jak teraz krwawy miecz Pirrusa spada
Na sędziwego Priama.
Hańba ci, zmienna Fortuno! Bogowie.
Wy wszyscy, którzy zasiadacie owdzie,
W radzie Olimpu, odejmcie jej władzę!
Połamcie szprychy i dzwona jej koła
I stoczcie krągłą piastę z szczytu niebios
W bezdenną otchłań piekieł!"

POLONIUSZ

To za długie.

HAMLET

Więc razem z twoją brodą pójdzie do balwierza. Mów dalej, bracie. Jemu by trzeba jasełek lub fars plugawych, inaczej zaśnie. Dalej, przejdź teraz do Hekuby.

PIERWSZY AKTOR

"Ale kto widział nieszczęsną królowę.
Jak rozczochrana..."

HAMLET

Jak to, rozczochrana?

POLONIUSZ

To dobre wyrażenie; rozczochrana królowa jest dobrym wyrażeniem.

PIERWSZY AKTOR

"Jak rozczochrana, grożąca płomieniom
Łez potokami, biegła tu i owdzie,
Boso, z łachmanem na tej samej głowie,
Którą niedawno jeszcze diadem stroił;
Odziana, miasto sukni, prześcieradłem,
W chwili popłochu schwyconym naprędce;
O, kto by to był wdział, ten zmaczanym
W żółci językiem byłby wyzionął
Przeciw Fortunie ostatnie bluźnierstwa;
A gdyby były ją widziały nieba
W tej chwili, kiedy ujrzała Pirrusa
Z dziką radością siekącego mieczem
Ciało jej męża, wybuch jej boleści
Byłby był z oczu ich promieniejących
(Jeżeli tylko rzeczy tego świata
Mogą je wzruszyć)zdrój rosy wycisnął
I współjęk z piersi bogów. "

POLONIUSZ

Patrzcie, jak mu się twarz zmieniła i łzy mu w oczach stanęły. Skończ już, waćpan.

HAMLET

Dosyć tego, dopowiesz mi resztę niebawem. Mości panie, zechciej dojrzeć, aby ci ichmoście dobrze byli ugoszczeni. Słyszysz, waćpan? Niech znajdą dobre przyjęcie; bo oni są streszczoną, żywą kroniką czasu. Byłoby lepiej dla waćpana zyskać po śmierci niepochlebny napis na nagrobku niż za życia niekorzystne ich świadectwo na scenie.

POLONIUSZ

Mości książę, obejdę się z nimi stosownie do ich zasługi.

HAMLET

Do paralusza! znacznie lepiej. Gdybyśmy się obchodzili z każdym wedle jego zasług, któż by uniknął chłosty? Obchodź się z nimi waćpan odpowiednio do własnej twej zacności i godności. Im mniej kto zasługuje na względy, tym więcej ma zasługi nasze względem niego uprzejmość. Odprowadź ich.

POLONIUSZ

Pójdźcie, panowie.

Wychodzi z kilkoma aktorami.

HAMLET

Idźcie z nim, moi przyjaciele; dacie nam jutro jakie przedstawienie. Słuchaj no, stary, możecie grać "Zabójstwo Gonzagi "?

PIERWSZY AKTOR

Możemy, panie.

HAMLET

To grajcie je jutro. Nie mógłżebyś w potrzebie nauczyć się dwunastu do piętnastu wierszy, które bym napisał i wtrącił do twojej roli?

PIERWSZY AKTOR

Czemu nie, łaskawy panie.

HAMLET

To dobrze. Udaj się za tamtym jegomościem, tylko nie drwij z niego, proszę cię.

Wychodzi Aktor.

Kochani przyjaciele,

do Rozenkranca i Gildensterna

pozwólcie was pożegnać. Do zobaczenia wieczorem.

ROZENKRANC i GILDENSTERN

Żegnamy cię, drogi książę.

Wychodzą.

HAMLET

Bóg z wami! Otóż nareszcie sam jestem.
O, jakiż ze mnie głąb, jaki ciemięga!
Czyliż to nie jest zgrozą, że ten aktor,
Niby w wzruszeniu, w parodii uczucia,
Do tego stopnia mógł nagiąć swą duszę
Do swoich pojęć, że za jej zrządzeniem
Twarz mu pobladła, z oczu łzy pociekły,
Oblicze jego, głos, ruch, cała postać
Zastosowała się do jego myśli?
I gwoli komuż to? gwoli Hekubie!
Cóż z nim Hekuba, on z nią ma wspólnego,
Żeby aż płakał nad jej losem? Cóż by
Ten człowiek czynił, gdyby miał podobny
Mojemu; powód i bodziec do wrzenia?
Zalałby łzami całą scenę, rozdarł
Uszy słuchaczów rażącymi słowy,
W występnych rozpacz wzbudził, dreszcz w niewinnych
Zmieszał prostaczków i sparaliżował
Ich wzrok pospołu ze słuchem.
A ja, ospały niedołęga, drzemię
Jak Maciek, świętej niepamiętny sprawy,
I ani usty ująć się nie umiem
Za tego króla, na którego włości
I drogim życiu dokonany został
Najohydniejszy rozbój. Jestżem tchórzem?
Któż mi zarzuci podłość? Któż mnie może
Wziąć za kark, za nos powieść, w twarz mi plunąć,
Wyrzucić w oczy kłamstwo? Któż to może?
A jednak
Zasługiwałbym na to, bo w istocie
Muszę mieć chyba wnętrzności gołębia
I brak zupełny żółci, nadającej
Gorycz poczucia krzywdy, kiedym jeszcze
Nie napisał dotąd stada sępów ścierwem
Tego nędznika. O bezwstydny łotrze!
Zakamieniały, krwawy, sprośny łotrze!
Bodajżem! Mnież to przystoi, synowi,
Jedynakowi zamordowanego
Drogiego ojca, od nieba i piekła
Powołanemu do zemsty, jak baba
Marnymi słowy dawać folgę sercu
I na przekleństwach czas trawić jak prosta,
Karczemna dziewka?!
Fuj! fuj! Gdzież moja głowa? Powiadają,
Że zatwardziali złoczyńcy, obecni
Na przedstawieniu okropnych widowisk,
Tak silnym zdjęci bywali wrażeniem,
Ze sami swoje wyznawali zbrodnie:
Mord bowiem, choćby ust nie miał, cudowny
Ma organ mowy. Każę tym aktorom
Coś podobnego do sceny zabójstwa
Ojca mojego odegrać przed stryjem;
Patrzeć mu będę w oczy, śledzić będę
Najmniejszy jego ruch: jeżeli zadrgnie,
Wiem, co mam czynić. Ten duch, com go widział,
Mógł być szatanem (bo szatan przybiera,
Jaką chce postać)i nadużywając
Mojej słabości i smętności (taki
Bowiem stan duszy bardzo mu dogodny),
Ciągnie mnie może w przepaść? Chcę pewniejszej
Niż ta rękojmi. Zamierzona sztuka
Będzie probierzem, którym, jak na wędę,
Sumienie króla na wierzch wydobędę.

Wychodzi.

HAMLET - AKT III

Scena pierwsza - Scena druga - Scena trzecia - Scena czwarta

Scena pierwsza

Pokój w zamku. Król, Królowa, Poloniusz, Ofelia, Rozenkranc i Gildenstern.

KRÓL

I nie mogliście wyrozumieć żadnym
Zwrotem rozmowy, skąd to rozprzężenie,
Które mu pokój zakłóca tak dzikim
I niebezpiecznym rodzajem maniactwa?

ROZENKRANC

Przyznaje, że się czuje rozstrojony;
Lecz przez co, w żaden sposób wyznać nie chce.

GILDENSTERN

Nie znaleźliśmy go bynajmniej skłonnym
Do wywnętrzania się; zręcznym dziwactwem
Trzymał nas, owszem, z daleka od siebie,
Kiedyśmy chcieli z niego coś wyciągnąć.

KRÓLOWA

Jakże was przyjął?

ROZENKRANC

Bardzo grzecznie.

GILDENSTERN

Ale
Nie bez przymusu.

ROZENKRANC

Skąpy był w pytaniach,
A w odpowiedziach odbiegał od rzeczy.

KRÓLOWA

Nasunęliścież mu jaką rozrywkę?

ROZENKRANC

Traf zrządził, żeśmy spotkali na drodze
Trupę aktorów: wspomnieliśmy o tym
Księciu i to go trochę ucieszyło.
Ci aktorowie już się tu znajdują
I, jak słyszałem, otrzymali rozkaz
Grania mu dzisiaj.

POLONIUSZ

Tak jest w rzeczy samej
I mnie zlecił prosić najpokorniej
Wasze królewskie moście, by raczyły
Być obecnymi na tym widowisku.

KRÓL

Z największą chęcią. Serdeczniem rad, że się
Do tego skłania. Wciąż go utrzymujcie,
Moi panowie, w tym usposobieniu
I podniecajcie w nim gust do takiego
Rodzaju zabaw

ROZENKRANC i GILDENSTERN

Uczynim to, panie.

Wychodzą.

KRÓL

Oddal się także, kochana Gertrudo.
Ułożyliśmy rzecz tak aby Hamlet,
Niby przypadkiem, zszedł się tu z Ofelią.
Ja i jej ojciec (będzie to szpiegostwo
Godziwe) tak się tu ulokujemy,
Abyśmy widząc, niewidzialni sami,
O tym spotkaniu z bliska mogli sądzić
I z zachowania się jego wnioskować,
Czy to miłości wpływ, czy nie miłości
Tak go udręcza.

KRÓLOWA

Jestem ci posłuszna,
Mój mężu. Dałby Bóg, luba Ofelio,
Aby potęga twoich wdzięków była
Błogim powodem, tej zmiany Hamleta:
Wtedy szlachetność twoja, mam nadzieję,
Na dawną by go sprowadziła drogę,
Ku zaszczytowi was obojga.

OFELIA

Pragnę,
Aby tak było, miłościwa pani.

Królowa wychodzi.

POLONIUSZ

Ofelio, chodź tu sobie. Najjaśniejszy,
My się umieścim tam. do Ofelii
Czytaj tę książkę,
Aby ten pozór zajęcia ubarwił
Twoją samotność. Tak to my, grzesznicy,
Rzekomo świętą miną, uczynkami
Budującymi pocukrzamy nieraz
Samego diabla.

KRÓL

na stronie

Prawda!
Jakże srodze
Bicz tych wyrazów chłoszcze mi sumienie!
Twarz nierządnicy, różem upiększona,
Nie tak jest szpetna obok tej powłoki
Jak czyn mój obok pokostu słów moich.
O, ciężkież moje brzemię!

POLONIUSZ

Już nadchodzi.
Śpieszmy na miejsce, miłościwy panie

Król i Poloniusz wychodzą. Hamlet wchodzi.

HAMLET

Być albo nie być, to wielkie pytanie.
Jestli w istocie szlachetniejszą rzeczą
Znosić pociski zawistnego losu
Czy też, stawiwszy czoło morzu nędzy,
Przez opór wybrnąć z niego? - Umrzeć - zasnąć -
I na tym koniec. - Gdybyśmy wiedzieli,
Że raz zasnąwszy, zakończym na zawsze
Boleści serca i owe tysiączne
Właściwe naszej naturze wstrząśnienia,
Kres taki byłby celem na tej ziemi
Najpożądańszym. Umrzeć - zasnąć. - Zasnąć!
Może śnić? - w tym sęk cały, jakie bowiem
W tym śnie śmiertelnym marzenia przyjść mogą,
Kiedy zrzucimy z siebie więzy ciała,
To zastanawia nas: i toć to czyni
Tak długowieczną niedolę; bo któż by
Ścierpiał pogardę i zniewagi świata,
Krzywdy ciemiężcy, obelgi dumnego,
Lekceważonej miłości męczarnie,
Odwłokę prawa, butę władz i owe
Upokorzenia, które nieustannie
Cichej zasługi stają się udziałem,
Gdyby od tego kawałkiem żelaza
Mógł się zwolnić? Któż by dźwigał ciężar
Nudnego życia i pocił się pod nim,
Gdyby obawa czegoś poza grobem,
Obawa tego obcego nam kraju,
Skąd nikt nie wraca, nie wątliła woli
I nie kazała nam pędzić dni raczej
W złem już wiadomym niż uchodząc przed nim
Popadać w inne, którego nie znamy.
Tak to rozwaga czyni nas tchórzami;
Przedsiębiorczości hoża cera blednie
Pod wpływem wahań i zamiary pełne
Jędrności, zbite z wytkniętej kolei,
Tracą nazwisko czynu. - Ha! co widzę?
Piękna Ofelia! - Nimfo, w modłach swoich
Pomnij o moich grzechach.

OFELIA

Jakże zdrowie
Waszej książęcej mości od dni tylu?

HAMLET

Dobre; pokornie dziękuję waćpannie.

OFELIA

Mam jeszcze od was, panie, kilka drobnych
Pamiątek, dawno zwrócić je pragnęłam:
Odbierzcie je dziś, proszę.

HAMLET

Jako żywo!
Jam nigdy w życiu nic nie dał waćpannie.

OFELIA

Wiesz dobrze, mości książę, żeś to czynił,
I upominki swoje ubarwiałeś
Takimi słowy, które wszelkiej rzeczy
Wartość podnoszą. Woń ich uleciała:
Weź je na powrót, panie, w oczach bowiem
Każdej szlachetnie myślącej osoby
Najdroższe dary lichymi się stają,
Gdy dawca martwi. Ot są.

HAMLET

Cha - cha - cha! Jestżeś uczciwa?

OFELIA

Mości książę!

HAMLET

Jestżeś piękna?

OFELIA

Co znaczą te pytania?

HAMLET

To, że jeżeli jesteś uczciwa i piękna, uczciwość twoja nie powinna mieć nic do czynienia z pięknością.

OFELIA

Jak to panie? Możeż piękność z czym lepszym chodzi w parze niż z uczciwością?

HAMLET

Zapewne, tylko że potęga piękności prędzej obróci uczciwość w rajfurkę, niż wpływ uczciwości potrafi piękność na swoje kopyto przerobić. Było to niegdyś paradoksem, ale w nowszych czasach okazuje się pewnikiem. Kochałem dawniej waćpannę.

OFELIA

W rzeczy samej, dawałeś mi to książę do zrozumienia.

HAMLET

Nie trzeba ci było tak rozumieć; bo cnota nie daje się w stary nasz pień wszczepić tak, żebyśmy trącić nim przestali. Nie kochałem cię wcale.

OFELIA

Tym bardziej więc zostałam zawiedziona.

HAMLET

Idź waćpanna do klasztoru; na co ci mnożyć grzeszników? Ja sam jako tako jestem uczciwy; a przecież mógłbym sobie zarzucić takie rzeczy, że lepiej by było, gdyby mnie była matka na świat nie wydała. Jestem nadzwyczajnie dumny, mściwy, chciwy władzy; więcej mam przywar niż władz umysłowych do ich poznania, niż wyobraźni do dania o nich wyobrażenia i czasu do okazania ich w postępkach. Czego się takie figury tłuc mają pomiędzy ziemią i niebem? Jesteśmy arcyhultaje, wszyscy bez wyjątku; żadnemu z nas nie ufaj. Idź prosto do klasztoru. Gdzież waćpanny ojciec?

OFELIA

W domu, mości książę.

HAMLET

Zamknijże go na klucz, aby nigdzie indziej nie grał roli błazna, tylko we własnym domu. Bądź zdrowa.

OFELIA

na stronie

Panie,
zmiłuj się nad nim!

HAMLET

Jeżeli za mąż pójść chcesz, dam ci w posagi tę przestrogę: Chociażbyś jak śnieg czysta była, jak lód nieskalana, przecież nie ujdziesz obmowy. Wstąp do klasztoru. Adieu. Albo jeżeli koniecznie potrzebować będziesz wyjść za mąż, to wyjdź za głupca, bo rozsądni ludzie wiedzą bardzo dobrze, jakie z nich czynicie potwory. Idź czym prędzej do klasztoru. Adieu.

OFELIA

na stronie

O nieba, wesprzyjcie go swą łaską!

HAMLET

Słyszałem też o malowaniu się waszym: nie dość wam jednej twarzy otrzymanej od Boga, dorabiacie sobie drugą; sztafirujecie się, krygujecie, cedzicie słowa, przedrzeźniacie boskie stworzenia i swawolę pokrywacie płaszczykiem naiwności. Precz, precz! nie chcę już patrzeć na to: to mnie we wściekłość wprawia. Wara odtąd mężczyznom żenić się; ci, co się już pożenili, jednego wyjąwszy, niech żyją zdrowi, reszta pozostać winna tak, jak jest. Do klasztoru! Do klasztoru!

Wychodzi.

OFELIA

O, jak szlachetny duch zwichnięty został!
Dworaka, wodza, mędrca ton, miecz, umysł;
Kwiat oczekiwań potężnego państwa,
Wzór ukształcenia, zwierciadło poloru,
Cel zwracającej się uwagi świata:
Wszystko to, wszystko wniwecz obrócone!
I ja, ze wszystkich kobiet najnędzniejsza,
Com ssała nektar słodkich jego ślubów,
Skazanam teraz widzieć tę wspaniałą,
Wybraną duszę, jak spękany dzwonek,
Chrapliwie tylko wydający dźwięki;
To czyste źródło bogatej młodości
Zmącone szałem. O, czemuż musiałam
Ujrzeć, co widzę, widzieć, co widziałam.

Wchodzą Król i Poloniusz.

KRÓL

Miłość! Nie takie są jej symptomata.
To, co on mówił, choć trochę bez związku,
Cechy szaleństwa nie nosiło wcale.
Ponura jego smętność wysiaduje
Coś złowrogiego, co wylęgłe z jajka
Mogłoby stać się zgubne. Pragnąc przeto
Zapobiec złemu, po świeżym namyśle,
Postanowiłem wysłać go niezwłocznie
Do Anglii celem niby zażądania
Przynależnego nam haraczu. Może
Ta podroż, widok różnych miejsc i rzeczy,
Potrafi z jego serca wyrugować
To coś, wokoło czego jego myśli,
Bijąc się ciągle i skrycie nurtując,
Tak go z właściwych wyrywają karbów.
Cóż waćpan na to?

POLONIUSZ

Może to być dobre;
Rozumiem jednak zawsze, że prawdziwym
Jądrem i źródłem tej jego choroby
Jest bezwzajemna miłość. No, Ofelio,
Nie potrzebujesz nam objawiać tego,
Coć mówił książę Hamlet, bośmy sami
Wszystko słyszeli. Uczyń, co chcesz, panie;
Jeżeli jednak uznasz to stosownym,
Niech po skończonym, dzisiaj widowisku
Królowa matka w poufnej rozmowie
Prosi go, aby jej zwierzył swój smutek.
Niechaj z nim mówi bez ogródki; ja zaś,
Jeśli się na to zgodzi wasza wielkość,
Przyłożę ucho do tego sam na sam.
Nie wydobędzieli nic z niego, wtedy
Ślij go do Anglii, panie, albo zamknij,
Gdzie mądrość twoja wskaże.

KRÓL

Dobra rada:
Szalonych możnych pilnie strzec wypada.

Wychodzą.

Scena druga

Wielka sala tamże. Wchodzi Hamlet z kilkoma aktorami.

HAMLET

Proszę cię, wyrecytuj ten kawałek tak, jak ci go przepowiedziałem, gładko, bez wysilenia. Ale jeżeli masz wrzeszczeć, tak jak to czynią niektórzy nasi aktorowie, to niech lepiej moje wiersze deklamuje miejski pachołek. Nie siecz też za bardzo ręką powietrza w taki sposób: bądź raczej ruchów swoich panem; wśród największego bowiem potoku i, że tak powiem, wiru namiętności, trzeba ci zachować umiarkowanie, zdolne nadać wewnętrznej twojej burzy pozór spokoju. Nie posiadam się z oburzenia słysząc, jak siaki taki barczysty gbur w peruce w gałgany obraca uczucie, prawdziwy z niego łach robi, by zadowolić uszy narodku, który po największej części kocha się tylko w niezrozumiałych gestach i wrzawie. Oćwiczyć bym rad kazał takiego chama, by się bardziej hamował, gdy gra Heroda albo Termaganta. Proszę cię, chroń się tego.

PIERWSZY AKTOR

Zapewniam waszą wysokość.

HAMLET

Nie bądź też z drugiej strony za miękki; niech własna twoja rozwaga przewodnikiem ci będzie. Zastosuj akcję do słów; a słowa do akcji, mając przede wszystkim to na względzie, abyś nie przekroczył granic natury; wszystko bowiem, co przesadzone, przeciwne jest intencjom teatru, którego przeznaczeniem, jak dawniej tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno. Owóż przeholowanie tego celu lub niedosięgnięcie może wprawdzie rozśmieszyć prostaczków, ale znającym się na rzeczy musi pójść w niesmak, nagana zaś jednego z tych ostatnich, na szali waszych zasług przeważyć musi poklask całego tłumu pierwszych. Widziałem ja aktorów i znaleźli się tacy, co ich chwalili, głośno nawet; aktorów, którzy (bogobojnie mówiąc)ani z mowy, ani z ruchów nie byli podobni do chrześcijan ani do pogan, ani do ludzi, a rzucali się i ryczeli tak, iż pomyślałem sobie, że chyba jaki najemnik natury sfabrykował ludzkość; tak bezecnie ją naśladowali.

PIERWSZY AKTOR

Pochlebiamy sobie, żeśmy się tego pozbyli cokolwiek.

HAMLET

O, pozbądźcie się tego ze szczętem. Tym zaś, co u was grają błaznów, zakażcie jak nąjsurowiej prawić co bądź więcej nad to, co stoi w ich roli; są bowiem między nimi tacy, co się namawiają do śmiechu, aby w pewnej liczbie jałowych spektatorów także śmiech wzbudzić, i to właśnie w chwili kiedy przypada jaki szczegół sztuki zasługujący na uwagę. To niegodziwość, dowodząca politowania godnej próżności w błaźnie, który tak czyni. Idźcie i bądźcie w pogotowiu.

Aktorowie wychodzą. Wchodzą Poloniusz, Rozenkranc i Gildenstern.

No i cóż, mości panie?
Czy król chce spożyć ten kęs widowiska?

POLONIUSZ

Jego królewska mość przybędzie, królowa jejmość także, i to zaraz.

HAMLET

Powiedzże, waćpan, aktorom, niech się śpieszą.

Poloniusz wychodzi.

A panowież to nie dopomożecie ich znaglić do pośpiechu?

ROZENKRANC i GILDENSTERN

I owszem, mości książę.

Wychodzą.

HAMLET

Hola, Horacy!

Horacy wchodzi.

HORACY

Co rozkażesz, panie?

HAMLET

Horacy, tyś najsprawiedliwszy z ludzi,
Z którymi kiedykolwiek przestawałem.

HORACY

O panie!

HAMLET

Nie myśl, że ci chcę pochlebiać.
Czegóż bym mógł się spodziewać od ciebie,
Który nic nie masz, krom rześkości ducha,
Ku wyżywieniu się i ku okryciu?
Któż by pochlebiał biednym! Niechaj w cukrze
Smażony język liże głupią pychę,
Niech się zawiasy kolan uginają
Tam, gdzie łaszenie się zdobywa korzyść.
Słuchaj: od chwili kiedy dusza moja
Mogła być panią swojego wyboru
I ludzi jednych przenosić nad drugich,
Od owej chwili już cię ona sobie
Upodobała; boś ty, wiele cierpiąc,
Takim był zawsze, jak byś nic nie cierpiał;
Boś ty Fortunie zarówno był wdzięczny
Za jej umizgi i prześladowania;
A błogosławion, w kim krew z przekonaniem
Tak są zmieszane, iż on palcom losu
Nie służy za flet do wydania dźwięków
Wedle kaprysu. O, daj mi człowieka,
Nie będącego żądz swych niewolnikiem,
A w głębi mego serca go umieszczę,
W sercu samegoż serca, tak jak ciebie.
Za wiele tego już podobno. W sztuce,
Która niebawem ma być przedstawiona,
Jest jedna scena zbliżona do tego,
Com ci o śmierci mego ojca zwierzył.
Gdy się ta scena pertraktować będzie,
Zwróć, proszę, całą potęgę uwagi
Na mego stryja. Jeśli jego wina
Podczas tej sceny sama się nie zdradzi,
Ów niby zacny duch był potępieńcem,
A moje myśli tak czarne jak sadza
W kuźni Wulkana. Nie spuszczaj go z oczu,
Ja mój|wzrok także pilnie w twarz mu wryję,
A potem zlejem nasze spostrzeżenia
W stanowczą formę wniosku.

HORACY

Dobrze, panie;
Jeżeli skradnie co mojej baczności
I ujdzie cały, zapłacę tę kradzież.

HAMLET

Już idą; muszę znowu zostać głupcem.
Dalej na miejsce!

Marsz. Odgłos trąb. Król, Królowa, Poloniusz, Ofelia, Rozenkranc, Gildenstern i inne osoby wchodzą.

KRÓL

Jakże się miewa nasz syn, Hamlet?

HAMLET

Wybornie, żyję jak kameleon powietrzem nadzianym obietnicami; kapłonów nie moglibyście lepiej tuczyć.

KRÓL

Nie mam co zrobić z tą odpowiedzią. Te słowa nie do mnie należą.

HAMLET

Ani do mnie już teraz.

do Poloniusza

Waćpan grywałeś kiedyś na uniwersytecie, jeżeli się nie mylę?

POLONIUSZ

Tak jest, mości książę, i miałem sławę dobrego aktora.

HAMLET

A cóżeś pan przedstawiał?

POLONIUSZ

Przedstawiałem Juliusza Cezara i zostałem zabity na Kapitolu. Brutus mnie zabił.

HAMLET

Cóż to za brutalstwo było z jego strony, żeby tak kapitalne cielę tam zabijać! -
Czy aktorowie już w pogotowiu?

ROZENKRANC

Czekają, panie, na twe rozkazy.

KRÓLOWA

Pójdź tu, kochany Hamlecie, siądź przy mnie.

HAMLET

Wybacz, kochana matko, tu jest metal silniej pociągający.

POLONIUSZ

do Króla

Słyszałeś, panie?

HAMLET

do Ofelii

Mogęż, o pani, lec na twoim łonie?

OFELIA

Nie, mości książę.

HAMLET

To jest na twoim łonie głowę wsparłszy?

OFELIA

Możesz, książę.

HAMLET

kładąc się u jej nóg

Sądziszli,
żem miał w myśli co innego?

OFELIA

Ja nic nie sądzę.

HAMLET

To by był pomysł nie lada położyć się między nogami dziewczyny.

OFELIA

Co takiego?

HAMLET

Nic.

OFELIA

Książę dziś jesteś wesół.

HAMLET

Kto? ja?

OFELIA

Nie inaczej.

HAMLET

O, jestem tylko twoim wesołkiem. Cóż zresztą człowiek ma czynić, jeżeli nie weselić się? Oto na przykład moja matka, patrz pani, jak promieniejąco wygląda, chociaż mój ojciec zmarł przed dwiema godzinami.

OFELIA

Przed dwa razy dwoma miesiącami, mości książę.

HAMLET

Tak to już dawno? Niechże się diabeł czarno nosi, ja przywdzieję sobole. Dlaboga? Od dwóch miesięcy zmarły i jeszcze nie zapomniany? Jest więc nadzieja, że pamięć wielkich ludzi zdoła przetrwać ich żywot przez pół roku; notabene, jeżeli ufundują kościoły; w przeciwnym razie niech się nie skarżą, jeżeli ich spotka los tego konika, któremu na nagrobku napisano: "Konik zdechł, więc go w miech."

Odgłos trąb. Po czym następuje pantomima. Para królewskich małżonków w czułej komitywie schodzi na scenę. Królowa ściska króla i on ją nawzajem, klęka przed nim z wyrazem najtkliwszego przywiązania; on ją podnosi i głowę na jej piersi skłania; kładzie się potem na kwiecistej darni i zasypia. Ona, widząc go uśpionego, odchodzi. Po niejakiej chwili ukazuje się jakiś człowiek, zbliża się do śpiącego, zdejmuje mu z głowy koronę, całuje ją, wlewa potem w ucho królowi truciznę i wychodzi. Królowa powraca, znajduje króla nieżywego i bardzo rozpacza. Zabójca w towarzystwie dwóch czy trzech niemych osób wchodzi znowu i niby także lamentuje. Wynoszą trupa. Zabójca składa przed królową dary i oświadcza jej swoją miłość. Ona okazuje zrazu wstręt i niechęć, w końcu jednak podaje mu rękę. Wychodzą.

OFELIA

Co to było, mości książę?

HAMLET

To był hultajski bigos, a oznacza zbrodnię.

OFELIA

Zapewne ta pantomima zawierała w sobie treść sztuki?

Wchodzi Prolog.

HAMLET

Dowiemy się od tego jegomościa. Aktorowie nie umieją trzymać języka za zębami; muszą wszystko wypaplać.

OFELIA

Czy on nam odkryje znaczenie tego?

HAMLET

Niezawodnie, tak jak wszystko, co byś mu pani odkryła. Nie wstydź się tylko pokazać mu, co masz do pokazania, a on się nie powstydzi powiedzieć ci, co to znaczy.

OFELIA

Ladaco z waści, ladaco. Będę patrzeć na sztukę.

PROLOG

Cni panowie i cne damy,
Dla was i dla naszej dramy
Kornie was o wzgląd błagamy.

HAMLET

Prologli to czy dewiza na sygnet?

OFELIA

To było krótkie.

HAMLET

Jak miłość kobiety.

Wchodzą Król aktor i Królowa aktorka.

KRÓL AKTOR

"Trzydzieści razy Feba rumaki obiegły
Krąg Tellury i przestwór Neptuna rozległy
I trzydzieścikroć razy dwanaście na przemian
Zapłonął i zbladł miesiąc nad głowami Ziemian,
Odkąd nam Amor serca, Hymen złączył dłonie
Węzłem, który się chyba rozwiąże po zgonie.

KRÓLOWA AKTORKA

Obyśmy drugie tyle zmian luny i słońca
Zliczyli, nim miłości dożyjemy końca!
Lecz ach! już od pewnego czasu niezbadana
W zdrowiu, w humorze twoim, panie, zaszła zmiana.
Lękam się... niechaj jednak te niewieście trwogi
Nie przyczyniając cierpień, o mężu mój drogi.
Obawy u płci naszej z miłości się rodzą
Jak ta lub nie istnieją, lub w miarę przechodzą.
Czym moja miłość, tego liczneś miał objawy;
W jakim zaś stopniu miłość, w takim i obawy.
Gdzie wielka miłość, lada wątpliwość przeraża,
I z zwiększeniem się obaw miłość się pomnaża.

KRÓL AKTOR

Tak, najmilsza, opuszczę cię, i to niedługo,
Coraz już siły skąpszą darzą mię posługą;
Ty zostaniesz; żyć będziesz na tym pięknym świecie
Szanowana, kochana, i może ci splecie
Wieniec drugi małżonek.

KRÓLOWA AKTORKA

O, wstrzymaj te słowa!
Zbrodnią by w moim łonie była myśl takowa
Obym przy drugim mężu była potępioną!
Taka tylko drugiego może zostać żoną,
Co zabiła pierwszego."

HAMLET

To piołun.

KRÓLOWA AKTORKA

"Podłe tylko chucie
Kleją powtórne związki, lecz nigdy uczucie.
Zabójczyni pierwszego powtórnie go zgładza,
Gdy nowego małżonka w łoże swe wprowadza.

KRÓL AKTOR

Że myślisz tak, jak mówisz, najzupełniej wierzę;
Nieraz jednak człek łamie to, co przedsiębierze.
Zamiar jest niewolnikiem wyłącznym pamięci.
Nagle zrodzony, ale słabej konsystencji;
Krzepko wisi, jak owoc nieźrzały u drzewa.
Lecz gdy zmięknie, przed czasem lada wiatr go zwiewa.
Nie dziw, że nie pomnimy wypłacać na dobie
Długu, któryśmy winni tylko samym sobie.
To, co postanawiamy w chwili uniesienia,
Z uniesieniem minionym w parę się zamienia;
Zbytnia gwałtowność czy to radości, czy smutku,
Sama własne swe chęci wydziedzicza z skutku,
Gdzie radość pusta, smutek przechodzi w rozpacze,
Tam po chwili cieszy się smutek, radość płacze.
Świat ten nie wiekuisty ni się kto zdumiewa,
Że z przesileniem szczęścia i miłość omdlewa;
Kwestia to bowiem jeszcze mieszcząca zawiłość,
Czy miłość jedna szczęście, czy też szczęście miłość?
Możny runął, pierzchają wraz czcicieli zgraje;
Biedny wzniósł się, aliści wróg dłoń mu podaje.
Zdaje się więc, że miłość szczęściu jest służebna,
Ma przyjaciół, komu ich miłość niepotrzebna,
A kto w potrzebie niby przyjaciela wzywa,
Gotowego w nim sobie wroga wychowywa.
Słowem, skończyłbym na tym, od czego zacząłem,
Chęć i moc nasza tak są odrębnym żywiołem,
Że najczęściej upada to, co człek zamierzy,
Myśl nasza do nas, cel jej nie do nas należy.
Tak i ta myśl, że z drugim nie będziesz złączona,
Skona w tobie, gdy pierwszy twój małżonek skona.

KRÓLOWA AKTORKA

Niech mi niebo odmówi światła, ziemia wody,
Noc nie da odpoczynku, dzień nie da swobody!
W rozpacz niech wszelka moja zmieni się pociecha,
Los tylko więźnia w lochu niech mi się uśmiecha;
Wszystko to, co rumieniec przeistacza w bladość,
Niech będzie mym udziałem, gdy uczuję radość.
Tu i tam niech ponoszę kaźń co chwila nową,
Jeśli żoną zostanę, raz zostawszy wdową!"

HAMLET

do Ofelii

Gdyby tę przysięgę miała złamać...

KRÓL AKTOR

"Ślub to straszliwy. - Luba, opuść mię na chwilę:
Myśli mi się mieszają; może snem zasilę
Znękane ciało.

Zasypia.

KRÓLOWA AKTORKA

Niech cię kołysze sen błogi
I wszelkie zło omija z dala nasze progi!"

Wychodzi.

HAMLET

do Królowej

"Jak ci się, pani, podoba ta sztuka?

KRÓLOWA

Zdaje mi się, że ta dama przyrzeka za wiele.

HAMLET

O, ale dotrzyma słowa.

KRÓL

Czy znasz waćpan treść tej sztuki? Nie mieściż ona w sobie nic zdrożnego?

HAMLET

Nic zgoła; oni tylko żartują, trują żartem; nic zdrożnego w świecie.

KRÓL

Jakiż ta sztuka ma tytuł?

HAMLET

"Łapka na myszy". Skąd zaś taki? Przez przenośnię. Przedstawia ona morderstwo dokonane w Wiedniu. Zamordowany książę nazywał się Gonzago, a jego małżonka Baptysta. Arcyszelmowska to sprawka, jak zaraz obaczymy. Ale co nam do tego? Wasza królewska mość i my wszyscy mamy spokojne sumienie, nie może nas to dotknąć. Niech się drapie, kto ma liszaj; nasza skóra zdrowa.

Wchodzi Lucjan.

To jest niejaki Lucjan, synowiec króla.

OFELIA

Objaśniasz, mości książę, tak dobrze jak chór starożytny.

HAMLET

Mógłbym być pośrednikiem między panią a jej kochankiem, gdybym tylko był świadkiem waszych igraszek.

OFELIA

Kolący masz dowcip, mości książę.

HAMLET

Odpokutowałabyś, pani, niejednym jękiem stępienie mi kolca.

OFELIA

Coraz to lepiej i zarazem gorzej.

HAMLET

Tak właśnie traktujecie swych mężów. Dalej, morderco;
Zrzuć twą przeklętą larwę i zaczynaj:
Już kruk krakaniem
Do zemsty daje hasło.

LUCJAN

"Myśl czarna, ręka pewna, płyn dzielny, czas sprzyja.
Nie tamuje zamiaru obecność niczyja.
Szary wyskoku, w północ z zabójczych ziół zebrany,
Po trzykroć pod Hekaty klątwą gotowany,
Władzę twą czarodziejską, straszną w swym rozwiciu
Okaż niezwłocznie na tym zdrowym jeszcze życiu."

Wlewa truciznę w ucho śpiącemu.

HAMLET

Truje go w jego własnym ogrodzie dla zagrabienia jego państwa. Nazwisko tamtego jest Gonzago; rzecz autentyczna i we włoskim tekście wybornie opisana. Teraz zobaczymy, jakim sposobem morderca pozyskuje miłość żony Gonzagi.

OFELIA

Król powstaje.

HAMLET

Jak to? Strwożony fałszywym alarmem?

KRÓLOWA

Co ci jest, panie?

POLONIUSZ

Niech skończą widowisko!

KRÓL

Światła! Wychodźmy.

POLONIUSZ

Światła! światła! światła!

Wszyscy wychodzą prócz Hamleta i Horacego.

HAMLET

Niech ryczy z bólu ranny łoś,
Zwierz zdrów przebiega knieje,
Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś.
To są zwyczajne dzieje.
Powiedz mi, waćpan, czy ta komedia, z dodatkiem lasu piór na głowie i pary prowansalskich róż u dziurawych trzewików, nie powinna by (jeśli resztka mojego szczęścia mnie zawiedzie) zapewnić mi udział w jakiej trupie aktorów? Hę!

HORACY

Połowę udziału.

HAMLET

Ależ cały.
Wiedz bowiem, miły mój Damonie,
Że z raju dziś tu step;
Gdzie wczora Jowisz był na tronie,
Tam dziś panuje - pustka.

HORACY

Mogłeś dorymować, mości książę.

HAMLET

O Horacy! Słowa tego ducha złota warte. Czy widziałeś?

HORACY

Najwyraźniej.

HAMLET

Kiedy była mowa o otruciu?...

HORACY

Uważałem dobrze.

HAMLET

Cha! cha! - Nie ma tam gdzie jakiego grajka? Hej!
Bo skoro król komedii nie lubi, pewnikiem
Król jegomość komedii nie jest lubownikiem
A co, są grajkowie?

Wchodzą Rozenkranc i Gildenstern.

GILDENSTERN

Mości książę, niech nam wolno będzie powiedzieć jedno słowo.

HAMLET

Ile ich jest w słowniku.

GILDENSTERN

Mości książę, król...

HAMLET

Cóż król porabia, mości panie?

GILDENSTERN

Od wyjścia stąd bardzo zaniemógł.

HAMLET

Z przepicia?

GILDENSTERN

Z wzburzenia żółci.

HAMLET

Troskliwość pańska byłaby się była okazała trafniejsza, udając się w takim razie do doktora. Bo gdybym ja mu zapisał na przeczyszczenie, mogłoby mu to jeszcze bardziej żółć wzburzyć.

GILDENSTERN

Racz, łaskawy panie, zamknąć swą mowę w pewne szranki i nie odskakiwać tak dziko od celu, w jakim przychodzim.

HAMLET

Jestem już potulny: mów, waćpan.

GILDENSTERN

Królowa, matka waszej książęcej mości, w najgłębszym rozżaleniu przysyła nas do ciebie, panie.

HAMLET

Miło mi panów powitać.

GILDENSTERN

Nie, mości książę, te grzeczności nie w porę. Jeśli się waszej książęcej mości podoba dać nam zdrową odpowiedź, wypełnimy polecenie jego matki; w przeciwnym razie, przebaczenie waszej książęcej mości i oddalenie się nasze będzie jedynym owocem naszego tu przybycia.

HAMLET

Nie mogę, doprawdy.

GILDENSTERN

Czego, mości książę?

HAMLET

Dać panom zdrowej odpowiedzi, bom chory na głowę; na jaką wszakże będę się mógł zdobyć, taką im służyć będę albo raczej matce mojej. Dlatego przystąpmy wprost do rzeczy, bez korowodów. Mówicie więc, panowie, że moja matka...

ROZENKRANC

Nie tai tego, że postępowanie waszej książęcej mości w podziw ją i zdumienie wprawia.

HAMLET

O dziwny synu, który tak możesz zdumiewać matkę twoją! A czy nie ma tam czasem jakiego postscriptum pod tym macierzyńskim podziwem? Powiedzcie no, panowie.

ROZENKRANC

Życzeniem jej jest, abyś się książę z nią widział w jej gabinecie, nim się udasz na spoczynek.

HAMLET

Będę jej posłuszny, choćby była dziesięć razy moją matką. Czy macie, panowie, co więcej do powiedzenia?

ROZENKRANC

Mości książę, był czas, żeś mię lubił.

HAMLET

Na Bakcha i Merkurego! i teraz jeszcze.

ROZENKRANC

Łaskawy książę, co cię udręcza? Dobrowolnie zamykasz drzwi swobodzie, ukrywając troski swoje przed przyjacielem.

HAMLET

Nie mam widoków, mój panie.

ROZENKRANC

Jak to? kiedy sam król zapewnia waszej książęcej mości następstwo duńskiego tronu!

HAMLET

Tak, tak, ale znasz pan przysłowie: dostał koń owsa... koniec trochę niesmaczny.

Muzykanci wchodzą.

Otóż i gędźba. Pozwól no mi, bracie, swego fletu,

biorąc Gildensterna na stronę

Dlaczego tak tropisz wkoło mnie, jak gdybyś mię chciał w lisią jamę zapędzić?

GILDENSTERN

O panie! jeśli mię żarliwość uczyniła za śmiałym, przywiązanie moje słusznie możesz nazwać nieokrzesanym.

HAMLET

Nie rozumiem tego dobrze. Zagraj no, proszę, na tym flecie.

GILDENSTERN

Nie umiem, mości książę.

HAMLET

Proszę cię.

GILDENSTERN

Nie umiem, doprawdy.

HAMLET

Jak mnie kochasz.

GILDENSTERN

Nie potrafię z niego wydobyć głosu, mości książę.

HAMLET

To tak łatwo przecie jak kłamać. Przebieraj po tych dziurkach palcami, włóż ten koniec w usta i zadmij, a wydobędziesz ton najdźwięczniejszy. Patrz, tu są klapy.

GILDENSTERN

Ale ja ich użyć nie umiem do wydania jakiej bądź melodii, nie znam się na tym.

HAMLET

Patrzże teraz, za jakiego mnie masz bajbardzo. Chciałbyś grać na mnie, wmawiasz w siebie, że znasz mój mechanizm? Chciałbyś wyrwać ze mnie rdzeń mej tajemnicy, wycisnąć ze mnie całą skalę tonów, od najniższej nuty aż do dyszkantu; a w tym tu marnym instrumencie tyle jest głosu, tyle harmonii, jednakże nie możesz go skłonić do przemówienia. Cóż u kata! czy sądzisz, że na mnie łatwiej zagrać niż na flecie? Miej mię, za jaki chcesz, instrument: przędąć, rozstroić mię potrafisz, ale zagrać na mnie - nigdy.

Wchodzi Poloniusz.

Witam waćpana dobrodzieja.

POLONIUSZ

Mości książę, królowa jejmość życzy sobie z waszą Książęcą mością pomówić, i to zaraz.

HAMLET

Czy widzisz tam waćpan tę chmurę z kształtu podobną do wielbłąda?

POLONIUSZ

W rzeczy samej, istny wielbłąd.

HAMLET

Zdaję mi się, że jest podobniejsza do łasicy.

POLONIUSZ

Prawda, z boku podobniejsza do łasicy.

HAMLET

Albo raczej do wieloryba.

POLONIUSZ

Bardzo podobna do wieloryba.

HAMLET

No, to dobrze; zaraz pójdę do matki. Z tymi głupcami trzeba by zgłupieć naprawdę. Zaraz idę.

POLONIUSZ

Śpieszę to powiedzieć.

HAMLET

"Zaraz", łatwo da się powiedzieć. Zostawcie mnie, przyjaciele.

Wychodzą Rozenkranc, Gildenstern i Horacy.

Teraz jest właśnie czarodziejska, straszna
Godzina nocy, w której się podnoszą
Groby i same piekła wyziewają
Na świat zarazę. O, teraz bym gotów
Pić krew i takie rzeczy wykonywać,
Na których widok dzień by zbladł; lecz teraz
Mam iść do matki. O serce, nie zaprzecz
Naturze mojej! Niech nigdy w to łono
Nie znajdzie wstępu neronowa dusza!
Niech będę srogim, ale nie wyrodnym!
Sztylety w ustach mam, ale nie w dłoni!
Niechaj mój język będzie w tym spotkaniu
Obłudny względem serca i jakkolwiek
Słowa me będą miotać się i srożyć,
Pieczęci, duszo, nie daj doń przyłożyć!

Wychodzi.

Scena trzecia

Pokój tamże. Król, Rozenkranc i Gildenstern.

KRÓL

Nie można mu dowierzać, nie byłoby
Nawet roztropnie, gdybyśmy mu dłużej
Wodze szaleństwa puszczać dali. Bądźcie
Więc w pogotowiu, skoro odbierzecie
Zlecenia już się przygotowujące,
Natychmiast jedźcie z nim do Anglii. Dobro
Naszego państwa nie pozwala cierpieć
Takiej bliskości hazardu, na który
Jego wybryki z każdą chwilą bardziej
Nas wystawiają.

GILDENSTERN

Będziem w pogotowiu.
Święta i bogobojna to troskliwość
Waszej królewskiej mości, bo tu idzie
O zachowanie bezpieczeństwa tylu
Tysięcy ludzi, które pod jej berłem
Żyją szczęśliwie.

ROZENKRANC

Każdy pojedynczy,
Prywatny żywot już jest w obowiązku
Wszelkimi siły i z całą dzielnością
Chronić i bronić siebie od uszczerbku:
O ileż więcej taki byt, na którym
Polega życie milionów! Nie kończy
Nigdy majestat sam jeden dni swoich;
Jak spadający potok chłonie z sobą
Wszystko, co było w pobliskości. Jest on
Niby potężnym kołem przytwierdzonym
Do szczytu góry, przy którego dzwonach
Olbrzymich mszą krocie przyczepionych
Drobiazgów; jeśli to koło się stoczy,
Wraz każda z owych podrzędnych jednostek
Chyżo mknie w przepaść. Nigdy bez współdźwięku
Jęków ogólnych król nie wydał jęku.

KRÓL

Spiesznie gotujcie się do tej podróży.
Trzeba nam spętać ten postrach, co teraz
Za bardzo hula.

GILDENSTERN i ROZENKRANC

Będziem się śpieszyli.

Wychodzą. Wchodzi Poloniusz.

POLONIUSZ

Ma przyjść niebawem do pokoju matki;
Ja za obiciem stanę i wysłucham,
Co się tam będzie działo. Pewny jestem,
Że mu królowa jejmość zmyję głowę;
Trzeba atoli, jak to bardzo mądrze
Wasza królewska mość zauważyła,
Aby krom matki, bo matki z natury
Są stronne, jeszcze drugi jaki świadek
Był tam obecny. Idę więc i zanim
Wasza królewska mość pójdzie do łóżka,
Będę z powrotem, by zdać sprawę z tego,
Czego się dowiem.

KRÓL

Dziękujęć, mój drogi.

Wychodzi Poloniusz.

O, kał mej zbrodni cuchnie aż w niebiosa!
Najstarsza klątwa na niej ciąży, stygmat
Bratniego mordu! Nie mogę się modlić,
Chociaż pragnienie dorównywa chęci;
Moc winy mojej kruszy moc mej woli;
I jako człowiek rozdwojeń w działaniu,
Stoję wahając się, co mam wprzód zacząć,
I nic nie czynię. Jak to? choćby nawet
Ta dłoń przeklęta była od krwi bratniej
Dwakroć tak brudna, czyliż miłosierne
Nieba nie mają dżdżu do jej obmycia,
Aby zbielała jak śnieg? Na cóż łaska,
Jeśli nie na to, by przebaczać winnym
Czymże są modły, jeżeli nie ową
Podwójną siłą, zdolną nas podeprzeć,
Gdy mamy upaść, lub podnieść na nowo,
Kiedy upadniem? Wzniosę przeto oczy;
Błąd mój już minął. Lecz, ach! jaki rodzaj
Modlitwy może być dla mnie pomocny?
Przebacz mi moje ohydne morderstwo!
To być nie może; boć jeszcze posiadam
To wszystko, co mię wiodło do morderstwa:
Koronę, władzę, żonę brata. Możeż
Być rozgrzeszonym, kto dzierży plon grzechu?
W praktykach tego zepsutego świata
Zdarza się zbrodni pozłoconą ręką
Usuwać na bok sprawiedliwość; nieraz
Widziano nawet prawo przekupione
Owocem gwałtu; ale tam tak nie jest:
Tam nie popłaca szalbierstwo; tam czyny
Nago się jawią i człowiek, stawiony
Naprzeciw swoich przestępstw oko w oko,
Musi je wyznać. Cóż mi więc zostaje?
Spróbować, czego żal dokaże? Czegóż
On nie dokaże? Lecz czegóż dokaże,
Gdy winowajca nie może żałować?
O straszna dolo! serce jak śmierć czarne!
Spętana duszo, która, usiłując
Być wolna, coraz okropniej się wikłasz!
Przyjdźcie mi w pomoc, o wy aniołowie!
Zegnijcie się, kolana! i ty, stalą
Okute serce, zmięknij jako nerwy
Nowo narodzonego niemowlęcia!
Jeszcze się wszystko da naprawić.

Klęka. Wchodzi Hamlet.

HAMLET

Modli się; teraz mógłbym to uczynić;
Teraz uczynię. Ale tym sposobem
Pójdzie do nieba; i toż będzie zemstą?
Trzeba się nad tym zastanowić. Nędznik
Zabija mego ojca i ja za to,
Ja, syn jedyny zamordowanego,
Posyłam tegoż nędznika do nieba.
To by nagrodą było, a nie zemstą.
On go tyrańsko zgładził, w sennej dobie,
W stanie sytości, w maju, jego grzechów;
Jak tam rachunek. jego stoi, Bogu
Wiadomo; sądząc atoli po ludzku,
Źle z nim być musi. I jaż bym się zemścił,
Gdybym go zabił teraz, kiedy skruchą
Oczyszcza duszę, przygotowanego,
Opatrzonego w podróż z tego świata?
Nie. Czekaj, mieczu, sposobniejszej pory.
Kiedy pijany będzie, we śnie, w gniewie
Albo wśród uciech kazirodnych; kiedy
Grać lub kląć będzie, lub co bądź innego
Czynić, co wcale nie pachnie zbawieniem;
Wtedy go ugodź tak, żeby aż nogi
Zadarł ku niebu, aby jego dusza
Tak wtedy była przeklęta i czarna
Jak piekło, w które pójdzie. Matka czeka,
Ten tylko kordiał śmierć twoją odwleka.

Wychodzi.

KRÓL

powstając

Słowa wzlatują, myśl w prochu się grzebie;
Ach! słów bez myśli nie przyjmują w niebie.

Wychodzi.

Scena czwarta

Inny pokój tamże. Królowa i Poloniusz.

POLONIUSZ

Przyjdzie wnet. Mów z nim, pani, bez ogródki,
Powiedz mu, że się już przebrała miarka
Jego wybryków, że wasza dostojność
Za długo stoisz jako parawan
Pomiędzy nim a ogniem. Tu się skryję;
Tylko z nim ostro.

HAMLET

za sceną

Matko, o Matko!...

KRÓLOWA

Nie turbuj się, waćpan;
Zgromię go należycie. Wyjdź, już idzie.

Poloniusz kryje się. Hamlet wchodzi.

HAMLET

Jestem więc, matko, czego żądasz?

KRÓLOWA

Hamlecie, bardzoś zmartwił twego ojca.

HAMLET

Matko, zmartwiłaś bardzo mego ojca.

KRÓLOWA

Przestań, odpowiedź twoja bezrozumna.

HAMLET

Przestań; pytanie twe bezbożne.

KRÓLOWA

Cóż to
Znaczy, Hamlecie?

HAMLET

Czego żądasz, matko?

KRÓLOWA

Czy mnie już nie znasz?

HAMLET

O, znam, na krucyfiks!
Jesteś królową, żoną twego szwagra,
Obyś nie była nią. Jesteś mą matką.

KRÓLOWA

Muszę więc kogo innego przywoływać,
Co się rozmówi z tobą.

HAMLET

Siadaj, pani;
Nie wyjdziesz stąd, na krok się stąd nie ruszysz,
Póki nie stawię przed tobą zwierciadła,
W którym się przejrzysz z gruntu.

KRÓLOWA

Co chcesz czynić?
Nie chcesz mię zabić przecie. Hej! ratunku!

POLONIUSZ

za obiciem

Ratunku!

HAMLET

dobywając szpady

Cóż to? szczur?
Bij, zabij szczura!
Ten sztych dukata wart.

Zadaje pchnięcie przez obicie.

POLONIUSZ

za obiciem

Zabity jestem!

Pada i umiera.

KRÓLOWA

Nieszczęsny, cóżeś uczynił?

HAMLET

Sam nie wiem.
Czy to król?

Podnosi obicie i wyciąga Poloniusza.

KRÓLOWA

Co za czyn zapamiętały!

HAMLET

Zapamiętały czyn! W istocie, matko;
Tak samo prawie, jak zgładzać ze świata
Króla, a potem iść za jego brata.

KRÓLOWA

Jak zgładzać króla?

HAMLET

Takem wyrzekł, pani.

do Poloniusza

Bądź zdrów, usłużno - wścibski, biedny głupcze!
Wziąłem cię za lepszego; znieś twą dolę;
Widzisz, że czasem źle być zbyt gorliwym. -
Nie łam rąk, pani; siądź i ścierp, że raczej
Ja serce twoje teraz łamać będę;
I skruszę je, na Boga, jeśli nie jest
Z nieprzełomnego metalu i jeśli
Przeklęty nałóg nie zrobił go wałem
Przeciw wszelkiemu wpływowi uczucia.

KRÓLOWA

Cóżem ja popełniła, że się ważysz
Tak obelżywą mową na mnie targać?

HAMLET

Czyn, który kazi wdzięk i kwiat skromności,
Cnotę w obłudę zmienia; zdziera różę
Z hożego czoła niewinnej miłości
I sadza na nim wrzody; który święte
Małżeńskie śluby czyni fałszywymi,
Jako zaklęcia gracza, a religię
Czczą grą wyrazów. Płoni się twarz nieba
I wiecznie trwały ten gmach chorobliwą
Przybiera postać wobec tego czynu
Jak gdyby w wilię dnia sądnego.

KRÓLOWA

Przebóg!
Jakiż to czyn tak grzmiący zarzut ściąga?

HAMLET

Spójrz, pani, na ten portret i na tamten,
Na ten konterfekt dwóch rodzonych braci
Patrz, ile wdzięku mieści to oblicze:
Czoło Jowisza, Hyperiona włosy;
Wzrok Marsa, groźny i rozkazujący;
Postawa godna Merkurego, kiedy
Na niebotyczny szczyt góry zstępuje.
Wszystko tu tak jest pełne, tak skończone,
Jakby dla dania pierwowzoru męża
Każdy bóg swoją pieczęć był przyłożył
Na tym człowieku: to był twój małżonek.
Patrz teraz owdzie, to twój mąż dzisiejszy;
Jak zaśniedziały kłos, zarażający
Zdrowego brata. Maszli, pani, oczy,
Żeś mogła rzucić to górne pastwisko
Dla paszy na tym bagnie? Gdzie masz oczy?
Nie możesz tego tłumaczyć miłością,
Bo w twoim wieku krew nie war, pokornie
Słucha rozwagi, a jakaż rozwaga
Mogłaby kazać przenieść to nad tamto?
Masz, pani, zmysły, to pewna, boć przecie
Nie jesteś martwa; ale i to pewna,
Że zmysły te są zwichnięte; bo tu by
Nawet szalony nie zbłądził w wyborze;
Bo nigdy jeszcze żadne obłąkanie
Do tego stopnia nie stępiło zmysłów,
Aby im jakiś organ nie pozostał
Do namacania tak wielkiej różnicy.
jakiż, u licha, bies przy ciuciubabce
Tak cię zaślepił? Wzrok bez dotykania,
Czucie bez wzroku, słuch bez rąk i oczu,
Węch bez wszystkiego innego, ba, nawet
Najułomniejsza część zdrowego zmysłu
Tak by nie mogła się zmylić. O wstydzie!
Gdzie twój rumieniec? Piekielny rokoszu,
Jeśli ty możesz płomień twój rozniecać
W łonie matrony, to zaiste cnocie
Wrzącej młodości stać się trzeba woskiem
I stopnieć w własnym ogniu. Niech się przeciw
Atakom pokus odtąd srom nie zbroi,
Skoro ląd płonie tak żywo i rozum
Żądz jest faktorem.

KRÓLOWA

O, przestań, Hamlecie!
Ty oczy moje zwracasz w głąb mej duszy;
Widzę w niej czarne, szpetne plamy, których
Zmyć nie potrafię.

HAMLET

Ha! tak żyć w barłogu
Kazirodnego łoża, gnić w sprośności,
Z śmietnika rozkosz chłeptać!...

KRÓLOWA

Przestań, przestań!
Każde twe słowo razi mnie jak sztylet.
Przestań, Hamlecie luby!

HAMLET

Zbój i podlec;
Nikczemnik niewart setnej części setki
Twego pierwszego męża; rzezimieszek,
Który z wystawy ściągnął drogi diadem
I w kieszeń schował...

KRÓLOWA

Przestań.

Duch wchodzi.

HAMLET

Król z postawy,
Z szmat i okrawek...
Osłońcie mię opiekuńczymi skrzydły
Święte zastępy niebios! Czego żądasz,
Szanowna maro?

KRÓLOWA

Niestety! Oszalał.

HAMLET

Co cię sprowadza? Przychodziszli zgromić
Opieszałego syna, że tak gnuśnie
Czas marnotrawi, w odwłokę puszczając
Spełnienie twego strasznego rozkazu?
O, mów!

DUCH

Pamiętaj na twe przyrzeczenie,
Przychodzę po to tylko, żebym wzmocnił
Zwątlone nieco przedsięwzięcie twoje,
Ale patrz, w jakim stanie twoja matka!
O, stań pomiędzy nią a jej sumieniem
Odbywającym walkę; wyobraźnia
Najsilniej działa w słabym ciele. Przemów
Do niej, Hamlecie.

HAMLET

Co ci jest, o pani?

KRÓLOWA

Niestety, raczej ty powiedz, co tobie,
Że tak upornie oczy w próżnię wlepiasz
I z bezcielesnym rozmawiasz powietrzem?
Dziko z twych oczu strzela wnętrzny płomień;
I gładkie włosy twoje, jak żołnierze
Zbudzeni ze snu alarmem, powstają
I wyprężone stoją. O mój synu,
Skrop tę trawiącą cię gorączkę chłodem
Zastanowienia. W co się tak wpatrujesz?

HAMLET

W niego! tam! w niego! Patrz, jaki on blady!
Ach! jego postać, jego sprawa zdolna
Byłaby wzruszyć głazy. Nie patrz na mnie!
Bo od żałosnych tych spojrzeń rozmięknie
Tęgość mej woli i wbrew zamiarowi
Nie krew pocieknie, ale łzy.

KRÓLOWA

Do kogo
Zwracasz te słowa?

HAMLET

Czy nic tam nie widzisz?

KRÓLOWA

Nic zgoła, chociaż wszystko, co jest, widzę.

HAMLET

I nic nie słyszysz?

KRÓLOWA

Nic oprócz nas dwojga.

HAMLET

Patrz! tam! Nie widzisz go? Już się oddala!
Mój ojciec! On to, w tejże samej szacie,
W którą za życia lubił się przybierać.
Patrz, już jest blisko drzwi; już jest za progiem.

Duch wychodzi.

KRÓLOWA

Płód to chorobliwego mózgu twego.
W tworzeniu tego rodzaju widziadeł
Gorączka bardzo jest biegła.

HAMLET

Gorączka!
Puls mój spokojnie bije i do taktu,
Tak jak twój, pani. W tym, co powiedziałem,
Nie było nic od rzeczy. Chcesz dowodu,
To ci powtórzę każde moje słowo,
A tego przecie wariat nie potrafi.
O matko, matko! przez miłość zbawienia,
Nie kładź pochlebnej maści na twą duszę
Tą myślą, że to nie sumienie twoje,
Ale szaleństwo moje przemawiało.
Ona by tylko zaciągnęła błoną
I zabliźniła miejsca owrzodzone,
Ale zepsuta materia dlatego
Nie przestawałaby wewnątrz nurtować.
Wyspowiadaj się niebu, żałuj tego,
Co przeszło, chroń się tego, co przyjść może,
nie pokrywaj chwastu mierzwą , aby
Rósł bujniej. Przebacz mi tę moją cnotę:
Bo w dychawicznym biegu tego świata
Przychodzi cnocie przepraszać występek,
Korzyć się przed nim i niewiele żebrać
O przyzwolenie zrobienia mu dobrze.

KRÓLOWA

Hamlecie, na pół rozdarłeś mi serce.

HAMLET

O, rzuć precz, pani, część jego poślednią
I zacznij z drugą tym czyściejsze życie.
Dobranoc... tylko nie wespół z mym stryjem,
Pożycz choć cnoty, jeżeli jej nie masz.
Nałóg, ten potwór, imający zmysły
W szatańskie pęta, jest jednak aniołem
Przez to, że prawym, szlachetnym popędom
Użycza także szat, które wciągnąwszy
Nietrudno nosić. Wstrzymaj się dziś, pani,
A umartwienie to uczynić łatwym
Jutrzejsze, dalsze jeszcze łatwiejszymi!
Bo przywyknienie zdolne jest nieledwie
Odmienić stempel natury i albo
Wciela szatana, albo go cudowną
Siłą wypędza. Jeszcze raz dobranoc.
A zapragniesz być błogosławiona,
I ja poproszęć o błogosławieństwo. -
Co się dotyczy tego jegomościa,

wskazując na Poloniusza

W istocie, żal mi go; lecz widno nieba
Dla ukarania nas zobopólnego
Chłosty mię swojej zrobiły narzędziem.
Pogrzeb mu sprawię i odpłacę godnie
Śmierć mu zadaną. - Dobranoc tymczasem
Miłość to moją tak zatwardza duszę;
Chcąc być łagodnym, okrutnym być muszej
A! jeszcze parę słów.

KRÓLOWA

Cóż mam uczynić?

HAMLET

Nic, pani, wcale; owszem, nie masz czynić
Tego, coć powiem, abyś uczyniła;
Gdy cię pijany król wezwie do łoża,
Nazwie swą kotką, z pieszczot w twarz uszczypnie,
Wtedy za parę ckliwych pocałunków,
Albo łaskotek niecnych jego palców
Odkryj mu wszystko, coś tu usłyszała;
Powiedz mu, żem ja w gruncie nie szalony,
Tylko szalony przez podstęp. To byłby
Czyn budujący; bo któraż królowa,
Piękna, roztropna, dobrych obyczajów,
Coś podobnego mogłaby zataić
Przed nietoperzem, wygą, koczkodanem?
Pytam się, która? Nie, wbrew rozumowi
I wbrew dyskrecji otwórz kosz na dachu,
Wypuść zeń ptaki, jako małpa w bajce,
A potem sama w kosz wlazłszy, dla próby,
Ruń na złamanie karku.

KRÓLOWA

Bądź przekonany, że jeżeli słowa
Są tchnień, a tchnienia życia wynikłością,
Nie mam dość życia do wydania w słowach
Tego wszystkiego, co mi powiedziałeś.

HAMLET

Muszę do Anglii jechać, czy wiesz, pani?

KRÓLOWA

Niestety! zapomniałam; tak, podobno.

HAMLET

Już są gotowe listy i dwóch moich
Koleżków - którym ufam tak jak żmijom -
Ma je wziąć. Misja ich polega na tym,
Żeby mi wskazać, gdzie raki zimują.
Życzę im szczęścia; idzie tu albowiem
O to, ażeby inżyniera własną
Jego petardą wysadzić w powietrze;
A to sęk będzie właśnie, bo ja głębiej
O parę sążni podkopię ich minę
I puszczę ich aż pod księżyc.
Bodaj to, kiedy się przy jednym dziele
Z dwóch stron przeciwnych zejdą dwa fortele. -
Dobranoc, matko. Trzeba mi stąd sprzątnąć
Tę bryłę mięsa. Coś teraz pan radca
Cichy, poważny, on, co był przed chwilą
Uosobioną, głośną krotofilą.
Pójdź, waszmość, musim skończyć z sobą sprawę.
Dobranoc, matko.

Wychodzi wlokąc ciało Poloniusza.

HAMLET - AKT IV

Scena pierwsza - Scena druga - Scena trzecia - Scena czwarta - Scena piąta - Scena szósta - Scena siódma

Scena pierwsza

Ten sam pokój, co w końcu aktu poprzedniego. Królowa, Rozenkranc i Gildenstern, po chwili wchodzi Król.

KRÓL

Tych głuchych jęków, tych przeciągłych westchnień
Musi być powód; winniśmy go dociec.
Gdzie syn twój, pani?

KRÓLOWA

do Rozenkranca i Gildensterna

Odstąpcie na chwilę.

Tamci odchodzą.

Ach, panie, cóżem widziała tej nocy!

KRÓL

Cóźeś widziała, Gertrudo? Mów: co się
Dzieje z Hamletem?

KRÓLOWA

Szaleje jak morze
I wicher, kiedy w zawody spór wiodą,
Kto z nich silniejszy. Usłyszawszy szelest
Poza obiciem, w niepohamowanym
Zapędzie dobył szpady i wołając:
"Szczur! ", przebił szpadą owdzie ukrytego
Nieszczęśliwego starca.

KRÓL

Co za wściekłość!
Tak samo by się było stało ze mną,
Gdybym był tam się znalazł. Wolność jego
Zagraża wszystkim, mnie i tobie samej.
Niestety! jakież zadośćuczynienie
Wymazać zdoła ten krwawy postępek?
Moja to, moja wina, bo przezorność
Nakazywała mi wcześnie wziąć w kluby,
Poskromić tego młodego szaleńca;
Ale kochałem go, tak go kochałem,
Żem nie chciał wejrzeć w tę smutną konieczność;
I jak ktoś brzydką dotknięty chorobą,
Chcąc ją zataić, pozwoliłem złemu
Pójść aż do rdzenia życia. Gdzież on poszedł?

KRÓLOWA

Złożyć w ustroniu ciało zabitego,
Przy czym szaleństwo jego, jako ruda
Drogiego kruszcu zmieszanego z podłym,
Szlachetną stronę ukazało: płakał
Nad tym, co zrobił.

KRÓL

Wyjdźmy stąd, Gertrudo,
Prędzej niż słońce szczyty gór ozłoci,
Musi on wsiąść na okręt: nam zaś trzeba
Całej powagi i zręczności użyć
Na ubarwienie i uniewinnienie
Tego niecnego czynu. - Gildensternie!

Wchodzą Rozenkranc i Gildenstern.

Idźcie i weźcie z sobą jeszcze kogo.
Hamlet w szaleństwie zabił Poloniusza
I gdzieś go powlókł z tego tu pokoju.
Idźcie, wynajdźcie go, przemówcie grzecznie
I każcie ciało zanieść do kaplicy.
Spieszcie się, proszę was.

Wychodzą Rozenkranc i Gildenstern.

Pójdźmy, Gertrudo,
Zgromadzim naszych najlepszych przyjaciół
I odkryjemy im tak to, co zaszło,
Jak to, co czynić zamierzamy. Może
Takim, sposobem potwarz, której poszept
Z jednego krańca świata do drugiego
Szparko jak działo do tarczy przenosi
Zatruty pocisk, minie nas i tylko
Nieczułe zrani powietrze. Pójdź, luba!
Trapi i trwoży mnie ta ciężka próba.

Scena druga

Inny pokój tamże. Wchodzi Hamlet.

HAMLET

Bezpiecznie schowany.

ROZENKRANC

za sceną

Hamlecie!
Książę Hamlecie!

HAMLET

Ale cicho; cóż to za hałas? ktoś wołał Hamleta; a! to oni.

Wchodzą Rozenkranc i Gildenstern.

ROZENKRANC

Przychodzim cię zapytać, mości książę,
Gdzieś podział trupa?

HAMLET

Złączyłem go z prochem,
Z którym najbliższe miał powinowactwo.

ROZENKRANC

Racz nam powiedzieć, panie, gdzie on leży,
Byśmy go mogli przenieść do kaplicy.

HAMLET

Nie sądźcie tego.

ROZENKRANC

Czego, mości książę?

HAMLET

Ażebym umiał być panem waszej tajemnicy, a swojej własnej nie umiał. Poza tym kiedy pytanie czyni gąbka, jakąż odpowiedź ma dać syn królewski?

ROZENKRANC

Maszli mnie, książę, za gąbkę?

HAMLET

Nie inaczej; za gąbkę, która wciąga w siebie królewskie fawory, nagrody i łaski. Ale takie istoty wyświadczają ostatecznie samemuż królowi przysługę. Trzyma on je w gębie jak małpa i cmoka, aby je połknął potem. Skoro zapotrzebuje tego, co waść zbierzesz, dość mu cię będzie ścisnąć, a wnet nasiąkła gąbka znowu będzie sucha.

ROZENKRANC

Nie rozumiem tego, mości książę.

HAMLET

Tym lepiej. Gdy o łajdactwie mowa, na dobie tępa głowa.

ROZENKRANC

Mości książę, trzeba, żebyś nam powiedział koniecznie, gdzie jest ciało, i poszedł z nami do króla.

HAMLET

Ciało jest w posiadaniu króla, ale król nie jest w posiadaniu ciała; król jest czymś.

GILDENSTERN

Jak to czymś?

HAMLET

Niczym. Prowadźcie mnie do niego. Lis do nory, wszyscy za nim.

Wychodzą.

Scena trzecia

Inny pokój tamże. Król w towarzystwie kilku panów.

KRÓL

Kazałem szukać go i znaleźć ciało.
Jak niebezpieczne jest pozostawienie
Tego młodzieńca na wolności, sami
Widzimy teraz, niestety, zbyt jasno.
Nie nam tu jednak wypada surowe
Stosować środki. On ma zachowanie
U ludu, który nie bierze na rozum,
Ale na oko; gdzie zaś to ma miejsce,
Tam zwykle bywa ważona na szali
Nie wina, ale kara winowajcy.
Trzeba dlatego, ażeby to nagłe
Jego wysłanie wydało się krokiem
Od dawna ułożonym! Złe gwałtowne
Gwałtownym tylko leczy się lekarstwem
Lub żadnym.

Wchodzi Rozenkranc.

I cóż?

ROZENKRANC

Gdzie złożone ciało,
Wydobyć z niego nie mogliśmy, panie.

KRÓL

Gdzież on jest?

ROZENKRANC

Czeka na rozkazy waszej
Królewskiej mości w przyległym pokoju,
Pod strażą.

KRÓL

Niechaj wejdzie.

ROZENKRANC

Gildensternie,
Wprowadź tu księcia.

Wchodzą Hamlet i Gildenstern.

KRÓL

Hamlecie, gdzie Poloniusz?

HAMLET

Na kolacji.

KRÓL

Na kolacji? gdzie?

HAMLET

Nie tam, gdzie on je, ale tam, gdzie jego jedzą. Zebrał się właśnie koło niego kongres politycznych robaków. W gastronomii nie ma, panie, większego potentata jak robak. Tuczymy wszelkie istoty dla karmienia siebie, siebie zaś tuczymy dla robaków. Tłusty król i chudy pachołek są to tylko różne potrawy, dwa dania na jeden stół, i basta.

KRÓL

Niestety!

HAMLET

Rybak może wsadzić na wędę robaka, który jego królewską mość pożywał, i spożyć rybę, która tego robaka zjadła.

KRÓL

Co przez to rozumiesz?

HAMLET

Nic; to tylko pokazuje, jakim sposobem król może odbyć podróż przez wnętrzności charłaka.

KRÓL

Gdzie Poloniusz?

HAMLET

W niebie. Każ go tam szukać; a jeżeli go posłowie twoi tam nie znajdą, poszukaj go sam w innym miejscu. To pewna jednak, że jeżeli go nie znajdziecie w tym miejscu, poczujecie go w następnym na schodach prowadzących do galerii.

KRÓL

do kilku osób z orszaku

Idźcie go tam poszukać.

HAMLET

Będzie czekał, aż przyjdziecie.

Wychodzi kilka osób z orszaku.

KRÓL

Hamlecie, własne twoje bezpieczeństwo,
Którego pragniem, tak jak opłakujem
To, coś uczynił, wymaga, ażebyś
Czyn ten niezwłocznym opłacił wyjazdem.
Gotuj się przeto; okręt już pod żaglem,
Wiatr sprzyja; orszak twój czeka i wszystko
Wskazujeć drogę do Anglii.

HAMLET

Do Anglii?

KRÓL

Tak jest, Hamlecie.

HAMLET

Dobrze.

KRÓL

Będzie dobrze,
Hamlecie; gdybyś widział moje chęci!

HAMLET

Widzę cherubina, który je widzi. Do Anglii zatem! Idźmy, panowie. Bądź zdrowa, kochana matko.

KRÓL

Jam przywiązany twój ojciec, Hamlecie.

HAMLET

Matko!
Ojciec i matka tyle znaczą co mąż i żona, a mąż i żona są jednym ciałem; a więc, matko! Dalej, do Anglii!

Wychodzi.

KRÓL

Idźcie w trop za nim. Zwabcie go czym prędzej
Na okręt; niechaj odpłynie dziś jeszcze,
Przygotowane już i przewidziane
Wszystko, co będzie wam potrzebne. Spieszcie,
Spieszcie, nie tracąc czasu.

Wychodzą Rozenkranc i Gildenstern.

A ty, Anglio,
Jeśli ci przyjaźń moja pożądana
(O czym nie wątpię, boś świeżo uczuła
Moją potęgę, i gojąc dotychczas
Blizny zadane duńskim mieczem, trwożne
Niesiesz nam hołdy), Anglio, nie waż lekce
Wszechwładnej woli mojej, która w listach,
Zaklinających cię o tę przysługę,
Wyraźnie żąda od ciebie niezwłocznej
Śmierci Hamleta. Wypełnij to, Anglio,
Bo on mi trawi krew jak zaród suchot,
Z którego ty mnie masz uleczyć. Póki
To się nie stanie, poty w żadnej doli
Nic mnie nie znęci i nie zadowoli.

Wychodzi.

Scena czwarta

Równina w Danii. Wchodzi Fortynbras z wojskiem.

FORTYNBRAS

Mości rotmistrzu, idź, pozdrów ode mnie
Duńskiego króla; powiedz mu, że wskutek
Przyrzeczeń, jakie od niego otrzymał,
Fortynbras prosi go o glejt do przejścia
Przez duńskie kraje. Wiesz, gdzie się zejść mamy.
Jeżeli jego królewska mość będzie
Miała co do nas, to mu przjdziem oddać
Należną czołobitność. Tak mu powiedz.

ROTMISTRZ

Oznajmię mu to, panie

FORTYNBRAS

Naprzód! z wolna!

Wychodzi z wojskiem. Wchodzą Hamlet, Rozenkranc i Gildenstern.

HAMLET

Czyje to wojska, rotmistrzu?

ROTMISTRZ

Norweskie.

HAMLET

Gdzie one idą?

ROTMISTRZ

Ku granicom Polski.

HAMLET

Kto ma nad nimi dowództwo?

ROTMISTRZ

Synowiec
Starego króla, Fortynbras.

HAMLET

Czy pochód
Ich ma na celu podbój całej Polski
Lub pewnej części tylko?

ROTMISTRZ

Prawdę mówiąc
I bez dodatków, idziemy zagarnąć
Marny kęs ziemi, z którego krom sławy
Żaden nam inny nie przyjdzie pożytek.
Za parę mendli dukatów nie chciałbym
Wziąć go w dzierżawę, i pewnie by więcej
Nie przyniósł ani nam, ani Polakom,
Gdyby był w czynsz puszczony.

HAMLET

W takim razie
Polacy pewnie bronić go nie będą.

ROTMISTRZ

Już tam są ze swym wojskiem.

HAMLET

Wartoż tracić
Parę tysięcy dusz i dziesięć razy
Tyle dukatów za taki psi ogon?
Jest to, zaprawdę, ślepy wrzód pokoju
I pomyślności, który wewnątrz pęka
I ani znaku nie daje na zewnątrz,
Dlaczego człowiek umiera. Dziękujęć,
Mości rotmistrzu.

ROTMISTRZ

Bóg z wami, panowie.

Wychodzi.

ROZENKRANC

Pójdziemyż dalej, mości książę?

HAMLET

Zaraz
Służyć wam będę. Idźcie trochę naprzód.

Wychodzą Rozenkranc i Gildenstern.

Jakże mnie wszystko oskarża i wszystko
Leniwej zemście mej bodźca dodaje!
Czymże jest człowiek, jeżeli najwyższym
Jego zadaniem i dobrem na ziemi
Jest tylko spanie i jadło? Bydlęciem,
Szczerym bydlęciem. Ten, co nas obdarzył
Tak dzielną władzą myślenia, że może
I wstecz, i naprzód poglądać, nie na to
Dał nam tę zdolność, ten udział boskości
Rozumem zwany, aby w nas jałowo
Leżał i butwiał. Jestli to więc skutkiem
Zwierzęcej, bydła godnej niepamięci,
Czy trwożliwego i drobiazgowego
Przewidywania, które ściśle biorąc,
Zawsze ma w sobie trzy części tchórzostwa,
A tylko jedną mądrości. Doprawdy,
Nie mogę tego pojąć, że aż dotąd
Mówię do siebie: trzeba to uczynić,
I kończę na tym, kiedy mi do czynu
Nie brak powodów, woli, sił i środków.
Przykłady, wielkie jak świat, stoją przecie
Przede mną; choćby to wojsko tak liczne
I tak zasobne, pod wodzą takiego
Młodego księcia, który, zapalony
Szlachetną żądzą sławy, lekceważy
Ukrytą szalę wypadków i chętnie,
Co jest doczesne i przemijające,
Na sztych wystawia hazardom zagładzie,
Za co? za marną łupinę orzecha.
Prawdziwie wielkim być to nie wojować
O byle głupstwo bez wielkiej przyczyny,
Lecz wielkomyślnie o źdźbło nawet walczyć,
Gdzie honor każe. I cóż ja wart jestem,
Ja, który ojca zgon, zhańbienie matki
Śpiąco przepuszczam? gdy oto ze wstydem
Widzę przed sobą bliską śmierć dwudziestu
Tysięcy ludzi, którzy dla chimery,
Dla widma sławy, w grób idą jak w łóżko,
Aby wywalczyć nikczemną piędź ziemi
Na której nie ma dość miejsca do walki
Ani dość darni, by skryła mogiły
Tych, co polegną. Bądź odtąd zażartą,
O wolo moja, albo wzgardy wartą!

Wychodzi.

Scena piąta

Elzynor. Pokój w zamku. Wchodzą Królowa i Horacy.

KRÓLOWA

Nie chcę jej widzieć.

HORACY

Natarczywie prosi
O możność wnijścia; stan jej budzi litość.

KRÓLOWA

Cóż jej jest?

HORACY

Ciągle wspomina o ojcu,
Słyszała, mówi, że świat krzywo idzie;
Wzdycha i chwyta się za serce; lada
Fraszka ją drażni; słowa jej bez związku
Nie określają niczego, jednakże
Zastanawiają; podnosi je słuchacz
I zszywa podług kroju własnych myśli;
Każdy zaś wyraz jej, obok wyrazu
Jej twarzy, ruchów i postawy, takie
Czyni wrażenie, że można by myśleć,
Iż jest w nim jakaś myśl, tylko zawiła
I bardzo smutna.

KRÓLOWA

Muszę z nią pomówić;
Mogłaby bowiem złym ludziom dać powód
Do niebezpiecznych przypuszczeń. Niech wnijdzie.

Horacy wychodzi.

Chora ma dusza każdą rzecz powszednią
Złowrogich następstw sądzi przepowiednią,
Jak głupio w trwodze występek przesadza,
Że drżąc przed zdradą sam się prawie zdradza.

Horacy wprowadza Ofelię.

OFELIA

Gdzie jest ozdoba majestatu Danii?

KRÓLOWA

Czego chcesz, luba Ofelio?

OFELIA

śpiewa

Po czym ja cię poznam teraz,
O kochanku mój?
Płaszcz pielgrzymi, kij, sandały,
Twójże to jest strój?

KRÓLOWA

Niestety, kochane dziewczę, co znaczy ten śpiew?

OFELIA

Czy tak? nie, pani; posłuchaj tylko:

śpiewa

On zmarł, znikł z naszego grona;
Zmarł, opuścił nas;
U nóg Jego darń zielona,
W głowach zimny głaz.
Och! Och!

KRÓLOWA

Ależ, Ofelio.

OFELIA

Proszę cię, pani, słuchaj,

śpiewa

Całun jego, jak śnieg biały.

Król wchodzi.

KRÓLOWA

Ach, patrz, mój mężu.

OFELIA

śpiewa

Na całunie kwiat;
Choć go łzy nie opłakały,
Na mogiłę padł.

KRÓL

Jak się masz, śliczna panienko?

OFELIA

Dobrze;
Bóg wam zapłać. Mówią, że sowa była córką piekarza. Ach, panie! Wiemy, czym jesteśmy, ale nie wiemy, co się z nami stanie. Niech wam Bóg pomaga przy wieczerzy!

KRÓL

Marzy jej się o ojcu.

OFELIA

Nie mówmy już o tym, proszę; ale jak się was pytać będą, co to znaczy, to powiedzcie:
Dzień dobry, dziś święty Walenty.
Dopiero co świtać poczyna;
Młodzieniec snem leży ujęty,
A hoża doń puka dziewczyna.
Poskoczył kochanek, wdział szaty,
Drzwi rozwarł przed swoją jedyną
I weszła dziewczyna do chaty,
Lecz z chaty nie wyszła dziewczyną.

KRÓL

Nadobna Ofelio!

OFELIA

Dajmy pokój przysięgom; zaraz skończę:
Bezbożność to wielka; Bóg widzi,
Jak wielka w mężczyznach bezbożność!
Cny młodzian się tego nie wstydzi,
Gdy tylko nastręczy się możność.
Wszak nimeś cel życzeń otrzymał,
Przysiągłeś się ze mną ożenić!
To ona mu tak mówi, a on jej odpowiada:
I byłbym był słowa dotrzymał,
Lecz trzeba ci było się cenić.

KRÓL

Jak dawno ona w tym stanie?

OFELIA

Jeszcze się wszystko naprawi, mam nadzieję. Tylko cierpliwości! Ale nie mogę nie zapłakać, pomyślawszy, że go mają złożyć w zimną ziemię. Mój brat dowie się o tym, a zatem dziękuję państwu za dobrą radę. Niech powóz zajeżdża! Dobranoc, panie; dobranoc, śliczne panie, dobranoc, dobranoc.

Wychodzi.

KRÓL

Idź waćpan za nią, niech jej pilnie strzegą.

Horacy wychodzi.

Jest to trucizna głębokiej boleści,
Której śmierć ojca źródłem. O Gertrudo!
Gertrudo! ziszcza się na nas ta prawda,
Że kiedy kogo nawiedzają smutki,
To nigdy luzem, a zawżdy gromadnie.
Naprzód zabójstwo jej ojca, następnie
Wyjazd twojego syna, nieszczęsnego
Sprawcy własnego swojego wygnania;
Głuche szemranie ludu, uprzedzone
I złem brzemienne żywiącego myśli
Z powodu śmierci cnego Poloniusza,
Którego skore pochowanie było
Niedorzecznością z naszej strony; teraz
To biedne dziewczę, wyzute z szlachetnej
Władzy rozumu, bez której jesteśmy
Lalkami tylko albo zwierzętami;
Nareszcie, i to jedno tyle waży
Co tamto wszystko, brat jej potajemnie
Powraca z Francji, karmi się zdumieniem,
Kryje się w chmurach i nadstawia ucho
Donosicielom, którzy jadowite
O śmierci ojca wdmuchują mu wieści -
Wieści z uszczerbkiem naszym, przeciw którym
Zastanowienie, ubogie w dowody,
Nic nie podoła. O Gertrudo, zbieg ten
Wypadków, na kształt kilkuramiennego
Narzędzia śmierci, z wielu stron od razu
Zabójczą ranę mi zadaje. Zgiełk zewnątrz.

KRÓLOWA

Przebóg!
Cóż to za hałas?

Wchodzi jeden z Dworzan.

KRÓL

Hola! Szwajcarowie!
Gdzie oni? Niechaj drzwi pilnie obsadzą.
Skąd ten zgiełk?

DWORZANIN

Chroń się, miłościwy królu,
Ocean, z łoża swojego wybiegły,
Nie chłonie z większą gwałtownością nizin,
Jako Laertes na czele powstańców
Straż twą powala. Lud go głosi panem;
I jakby świat był dopiero w zawiązku,
Przeszłość zatarta, zapomniany zwyczaj,
Te słów hamulce i wszelkiej swawoli,
Słychać wołanie: "Wybierajmy króla!
Laertes królem!" Czapki, dłonie, usta
Ze wszech stron wtórzą temu okrzykowi:
"Laertes królem! Wiwat król Laertes! "

KRÓLOWA

Jak ujadają za fałszywym wiatrem!
O, pod trop gonisz; podła duńska psiarnio!

KRÓL

Drzwi wyłamano.

Laertes wchodzi uzbrojony, za nim Duńczycy.

LAERTES

Gdzie ten król? - Stańcie owdzie, przyjaciele.

DUŃCZYCY

Pozwól nam także wejść.

LAERTES

Nie wchodźcie, proszę.

DUŃCZYCY

Będziem posłuszni.

Cofają się za drzwi.

LAERTES

Dziękuję wam; stójcie
Przy drzwiach na straży. - Nienawistny królu,
Oddaj mi ojca!

KRÓLOWA

Z wolna, Laertesie,
Zbierz trochę zimnej krwi.

LAERTES

Kropla krwi zimnej
Byłaby we mnie świadectwem bękarctwa,
Urągowiskiem przeciw memu ojcu,
Zakałem, który by piętno bezwstydu
Wyrył na czystym czole matki mojej.

KRÓL

Jakiż cię powód skłania, Laertesie,
Tak buntowniczo przeciw nam powstawać?
Odstąp, Gertrudo, nie lękaj się o nas;
Taka jest bowiem boskość majestatu,
Że zdrada, choćby nie wiedzieć co chciała,
Tępi o niego swój pocisk. -
Powiedz mi, Laertesie, co to znaczy? -
Gertrudo, daj mu pokój. - Mów, młodzieńcze.

LAERTES

Ty sam mów raczej: gdzie mój ojciec?

KRÓL

Umarł.

KRÓLOWA

Ale nie z jego winy.

KRÓL

Daj mu pokój.
Niech się wypyta do sytości.

LAERTES

Jakim
Sposobem umarł? Nie dam się omamić.
Do czarta z uległością! Niechaj w piekło
Pójdą przysięgi! Sumienie, powinność
Niech w najczarniejszej przepadną otchłani!
Urągam potępieniu. Na to przyszło,
Że oba światy niczym są w mych oczach:
Wszystko mi obojętne, bylem tylko
Sowicie pomścił ojca.

KRÓL

Któż ci broni?

LAERTES

Nikt w świecie, jego własna moja wola;
Możność zaś moją któremu tak urządzę,
Że z małą garścią środków wiele wskóra.

KRÓL

Chceszli się czegoś pewnego dowiedzieć
O śmierci ojca twego, Laertesie?
Jestże w twej zemście zapisana zguba
Zarówno jego przyjaciół i wrogów?
Tych, co zyskali, i tych, co stracili?

LAERTES

Niczyja, tylko jego nieprzyjaciół.

KRÓL

Chceszże ich poznać?

LAERTES

Przyjaciołom jego
Szeroko moje otworzę ramiona
I, jak pelikan dzielący się życiem,
Obdzielę ich krwią moją.

KRÓL

Teraz mówisz,
Jak nieodrodny syn i prawy szlachcic.
Żem ja nie winien śmierci twego ojca,
Owszem, najmocniej nią jestem dotknięty,
To się okaże wnet rozwadze twojej
Tak jasne jak dzień oczom.

DUŃCZYCY

za sceną

Puśćcie ją!

LAERTES

Co to jest? Skąd ten hałas?

Ofelia wchodzi, fantastycznie ubrana w kłosy i kwiaty.

O wściekłości!
Spal mi mózg! Soli łez, straw mi zmysł wzroku!
Na Boga! Za to twoje obłąkanie
Ciężką zapłatę ściągnę z jego sprawców,
Tak, że aż szala od jej wagi całkiem
Na dół opadnie. O majowa różo!
Kochane dziewczę, luba siostro, wdzięczna
Moja Ofelio! Boże! czy podobna,
Aby dziewczęcy umysł był tak wątły
Jak życie starca? Miłość uszlachetnia
Naturę ludzką, gdy zaś ta szlachetna,
Wtedy zamyka najlepszą swą cząstkę
W grobie tych, których kochała.

OFELIA

śpiewa

Pochłonęła go zimna mogiła,
Pieszczoty moje, nie ma was już!
I na grób jego ściekło łez siła.
Bądź zdrów, mój gołąbku!

LAERTES

Gdybyś przy zdrowych zmysłach chciała kogo
Zagrzać do zemsty, wymowniej byś tego
Dopiąć nie mogła.

OFELIA

Trzeba wam mówić pacierz po nim, skoro mówicie, że już po nim. Nieprawdaż, jak się to ładnie składa? Fałszywy to sługa, który uwiódł córkę swego pana.

LAERTES

Ten nonsens więcej wart niż sensowność.

OFELIA

do Laertesa

Oto rozmaryn na pamiątkę; proszę cię, luby, pamiętaj; a to bratki, żebyś o mnie myślał.

LAERTES

Przezorny obłędzie! Niezapomnienie łączysz do pamięci.

OFELIA

do Króla

Oto koper dla was i orliki.

do Królowej

Oto ruta; część jej wam daję, a część sobie zachowam; w niedzielę możemy ją nazywać zielem łaski, ale ty swoją rutkę musisz nosić trochę inaczej niż ja. Oto stokrotki. Rada bym wam dać i fiołków, ale mi wszystkie ze śmiercią ojca powiędły. Mówią, że szczęśliwie skończył.

śpiewa

Bo luby mój Jasio to skarb mój jedyny.

LAERTES

Tęsknotę, smutek, boleść, piekło samo
Zamienia ona w wdzięk i lubość.

OFELIA

śpiewa

Czyliż on już nie powróci?
Czyliż on już nie powróci?
Nie, nie on śpi w grobie:
Zaśnij i ty sobie,
Już on nigdy nie powróci.
Śnieżną była jego broda,
Włos na głowie cały mleczny;
Już po nim, już po nim
Na próżno łzy ronim.
Boże, daj mu pokój wieczny!
i wszystkim dobrym chrześcijanom!
Będę się za was modliła. Bóg z wami!

Wychodzi.

LAERTES

Boże! Ty patrzysz na to?

KRÓL

Laertesie,
Muszę podzielić z tobą to cierpienie,
Chyba mi prawa do tego zaprzeczysz,
Ustąp tymczasem. Wybierz, kogo zechcesz,
Spośród przyjaciół swych nąjzaufańszych,
Niech ten rozsądzi nas, jeśli mię uzna
Winnym w tej sprawie bądź wprost, bądź pośrednio,
Natychmiast oddam ci na satysfakcję
Tron, państwo, życie, wszystko, co posiadam;
W przeciwnym razie ty twoją zranioną
Duszę cierpliwie porucz naszej pieczy,
A wtedy razem pomyślimy nad tym,
Jakby ją spełna zaspokoić.

LAERTES

Zgoda, Ta jego nagła śmierć, ten cichy pogrzeb,
Bez żadnych oznak, szpady ani herbów,
Bez ceremonii, bez pompy pogrzebu.
Wszystko to woła na mnie wniebogłosy
O ścisłe śledztwo.

KRÓL

Sprostasz temu snadnie;
Gdzie zaś jest wina, tam niech kara spadnie.
Chodź ze mną.

Wychodzą.

Scena szósta

Inny pokój w zamku. Horacy i jego Sługa.

HORACY

Co to za ludzie, co chcą mówić ze mną?

SŁUGA

Są to majtkowie, panie; mają, mówią,
Listy do pana.

HORACY

Wpuść ich.

Sługa wychodzi.

Nie wiem, kto by
Spomiędzy całej rzeszy tego świata,
Mógł pisać do mnie, jeżeli nie Hamlet.

Majtkowie wchodzą.

PIERWSZY MAJTEK

Bóg wam pomagaj, panie.

HORACY

I wam nawzajem.

PIERWSZY MAJTEK

Pomoże, jeżeli mu się podoba. Oto list do was, jeżeli tylko miano wasze Horacy, jak nas o tym zapewniono. Oddał nam go jakiś poseł wyprawiony do Anglii.

HORACY

czyta

"Horacy,
jak tylko ten list przeczytasz, dopomóż oddawcom jego dostać się do króla, mają oni pismo i do niego. Zaledwieśmy przebyli dwa dni na morzu, gdy silnie uzbrojony statek korsarski wyprawił na nas łowy. Ponieważ miał nad nami w żaglach przewagę, zmuszeni byliśmy stawić mu czoło i przyjąć bitwę, wśród której wrzenia wskoczyłem na ów statek. W tejże chwili piraci oddalili się od naszego okrętu i tym sposobem sam jeden zostałem ich jeńcem. Obeszli się ze mną, jak poczciwym łotrom przystoi; ale wiedzieli, co czynią; muszę się im za to dobrze wywdzięczyć. Postaraj się, aby król odebrał to, co doń piszę, i śpiesz do mnie tak chyżo, jak gdybyś uciekał przed śmiercią. Mam ci coś do powiedzenia na ucho, co cię w oniemienie wprawi, a przecież słowa będą tu tylko cieniem rzeczy samej. Ci dobrzy ludziska doprowadzą cię do miejsca, gdzie się znajduję. Rozenkranc i Gildenstern peregrynują do Anglii; o nich także mam ci wiele do powiedzenia. Bądź zdrów.
Twój, jak go znasz, Hamlet "
Chodźcie, ułatwię drogę tamtym listom,
O ile tylko będę mógł najprędzej,
Byście tym prędzej mnie zaprowadzili
Do tego, co je wam oddał.

Wychodzą.

Scena siódma

Inny pokój tamże. Król i Laertes.

KRÓL

Teraz mię musisz w sądzie swym rozgrzeszyć
I w sercu swoim umieścić przyjaźnie,
Skoroś jawnego nabrał przekonania,
Że ten, co zabił twego ojca, godził
Na własne moje życie.

LAERTES

Rzecz widoczna;
Nie mogę sobie tylko wytłumaczyć,
Dlaczego przeciw tym jego knowaniom,
Tak karygodnym i wyrodnym razem,
Nie przedsięwziąłeś, panie, żadnych środków
Jak ci to własne twoje bezpieczeństwo,
Monarsza godność, mądrość, wszystko zgoła
Powinno było radzić?

KRÓL

O, z dwóch przyczyn,
Które ci może wydadzą się błahe,
Dla mnie są jednak bardzo ważne. Najprzód,
Królowa, matka jego, żyje prawie
Jego widokiem, a ja, niech to będzie
Słabość lub cnota, tak dalece jestem
Ciałem i duszą do niej przywiązany,
Że jako gwiazda w jednej tylko sferze
Krążąca, przez nią się tylko poruszam.
Drugą przyczyną, dla której go jawnie
Skarcić nie mogłem, była miłość ludu,
Która usterki jego topi w sobie.
I, jako owo źródło drzewo w kamień,
Zmienia naganę w chwalbę. Strzały moje
Za tępe przeciw takiemu wiatrowi,
Byłyby w łuk mój powróciły nazad,
Zamiast dosięgnąć, gdzie bym je był posłał.

LAERTES

Tak więc straciłem najlepszego ojca;
Siostrę znajduję pchniętą w głąb rozpaczy.
Siostrę, ach! której szanowne przymioty
(Jeżeli można chwalić, co minione)
Wyzywająco jaśniały na szczycie
Widowni wieku. Ależ przyjdzie chwila
Mej zemsty.

KRÓL

Możesz być o to spokojny,
Nie sądź, ażebym był z tak miękkiej gliny,
Iżbym pozwolił się niebezpieczeństwu
Targać za brodę i miał to za fraszkę.
Wkrótce ci powiem coś więcej. Kochałem
Twojego ojca, kocham też i siebie:
To ci powinno dać do zrozumienia!

Wchodzi Pokojowiec.

Co tam masz?

POKOJOWIEC

Listy od księcia Hamleta:
Ten do was, panie, a ten do królowej.

KRÓL

Od kogo? Od Hamleta? Któż je przyniósł?

POKOJOWIEC

Jacyś majtkowie, panie; tak przynajmniej
Mówił mi Klaudio, który je odebrał
I mnie doręczył. Ja ich nie widziałem.

KRÓL

Zostaw nas; słuchaj listu, Laertesie.

Wychodzi Pokojowiec, Król czyta.

"Pospieszam waszą królewską wielkość uwiadomić, żem nago na jej ziemię wysadzony został. Jutro prosić będę o pozwolenie ujrzenia jego królewskiego oblicza i wtedy, wybłagawszy sobie najprzód waszej wielkości przebaczenie, będę miał honor zdać jej sprawę z wypadku, który spowodował mój nagły i osobliwszy powrót. Hamlet"
Co się to znaczy? Wróciliż i tamci?
Czyli też to jest tylko jakiś podstęp?

LAERTES

Nie poznajeszli, panie, kto to pisał?

KRÓL

Ręka Hamleta. Nago - i w przypisku
Stoi: "Sam jeden". Rozumiesz to waćpan?

LAERTES

Bynajmniej. Ale niech wraca! Raźnieje
Chore me serce na myśl, że niebawem
Będę mu w ucho mógł wtłoczyć te słowa:
"Tyś to jest tego sprawcą".

KRÓL

Skoro tak jest -
A czyżby mogło być inaczej? - chceszże
Posłuchać mojej rady, Laertesie?

LAERTES

I owszem, panie; pod warunkiem jednak,
Aby tej rady celem nie był pokój.

KRÓL

Twój własny tylko. Jeśli on, wstręt czując
Do tej podróży i niełatwo skłonny
Znów ją przedsiębrać, istotnie powrócił,
Mam ja nań inny środek w pogotowiu,
Który nie może chybić; śmierć zaś jego
Nie ściągnie ani cienia podejrzenia,
I sama nawet matka jego nazwie
To dzieło skutkiem trafu.

LAERTES

Radź więc, panie.
Chętnieć posłusznym będę, i tym chętniej,
Jeżeli będę mógł być wykonawcą
Tego pomysłu.

KRÓL

O toć właśnie idzie.
Od czasu twego wyjazdu, szeroko
Wobec Hamleta mówiono o pewnym
Talencie, w którym masz być celujący.
Wszystkie zdolności twoje razem wzięte
Nie obudzały w nim tyle zazdrości
Ile ta jedna, najmniej w moich oczach
Ceny mająca.

LAERTES

Jakaż to jest zdolność?

KRÓL

Błaha jak wstążka, którą sobie młodzież
Zdobi kapelusz, jednakże potrzebna;
Lekki, swobodny strój przystoi bowiem
Rześkiej młodzieży, tak jak ciepłe futro,
I długa suknia późnemu wiekowi,
Bo mu przyczynia zdrowia i powagi.
Był tu przed paru miesiącami pewien
Normandzki rycerz; widziałem Francuzów
Służyłem nawet kiedyś między nimi;
Mistrze to w konnej jeździe; ale ten był
Diabłem wcielonym; przyrasta! do siodła
I tak cudownie zażywał rumaka,
Że koń i jeździec zdawali się w jednej
Formie ulani. Co bądź o tym kunszcie
Pomyśleć mogłem, wszystko niższym było
Od tego, czego ów zuch dokazywał.

LAERTES

Normandczyk, mówisz, panie?

KRÓL

Tak. Normandczyk.

LAERTES

Lamond! jak żyw tu stoję!

KRÓL

Ten sam.

LAERTES

Lamond.
Od razu go poznałem. On jest chlubą,
Istnym klejnotem swojego narodu.

KRÓL

Ten tedy Lamond szeroko i długo
Rozwodził się nad tobą, Laertesie.
I tak wynosił twą biegłość i zręczność
W robieniu bronią, zwłaszcza też rapierem,
Że, wnosząc, z jego opisu, ciekawy
Byłby to widok, gdyby ci kto sprostał.
Spomiędzy jego współziomków najpierwsi,
Mówił, fechmistrze stracili przytomność,
Oko i zwinność w spotkaniu się z tobą.
Opowiadanie to wzbudziło taką
Zawiść w Hamlecie, że niczego odtąd
Nie pragnął, jeno twojego powrotu
I spróbowania się z tobą na ostrze.
Otóż więc...

LAERTES

Cóż więc, panie?

KRÓL

Laertesie,
Kochałżeś ojca? albo jestżeś tylko
Pokrowcem żalu, postacią bez serca?

LAERTES

Dlaczego się mnie, panie, o to pytasz?

KRÓL

Nie przeto, abym w wątpliwość podawał
Twoją ku niemu miłość lecz dlatego,
Iż wiem, że miłość jest dziecięciem czasu;
A doświadczenie uczy mnie codziennie,
Że czas miarkuje jej siłę i zapał.
Płomień miłości zawżdy mieści w sobie
Coś na kształt knota, co moc jego tłumi,
I w jednostajnym nic nie trwa wigorze;
Bo wigor, z zbytku krwi dostając pleury,
Własnym nadmiarem zabity zostaje.
Kto chce, powinien wraz to, co chce, spełnić;
Bo to "chce" zmienne tyle napotyka
Tam i szkopułów, ile jest na świecie
Ramion, języków i przygód, a później
Owo "powinien" staje się niewczesnym
Westchnieniem, które, niosąc ulgę, szkodzi.
Lecz wróćmy w sam rdzeń wrzodu: Hamlet wraca,
Cóż chcesz przedsięwziąć, aby się okazać
Nie w słowach, ale w czynie dobrym synem?

LAERTES

Podciąć mu gardło na środku kościoła.

KRÓL

Zemsta, zaiste, nie może znać granic
I żadne miejsce uświęcać mordercy;
Chceszli się jednak zemścić, Laertesie,
Zamknij się na czas jakiś w swym pokoju.
Hamlet przybywszy dowie się, żeś wrócił.
Głosić będziemy przed nim twoją zręczność
I sławę, którą ci zrobił ów Francuz,
W dubelt powleczem werniksem. Wyjdź wtedy
I przyjm spotkanie się z nim, do którego
Znajdziesz sposobność. Jego lekkomyślność,
Niepodejrzliwość i szlachetność sprawią,
Że nie obejrzy kling, z łatwością zatem,
Chociażby trochę używszy podstępu,
Będziesz mógł wybrać rapier nie stępiony
I umiejętnym pchnięciem odwetować
Śmierć ojca.

LAERTES

Zrobię tak i dla pewności
Nabalsamuję ostrze mego miecza.
Nabyłem od pewnego szarlatana
Taką maść, że gdy nóż w niej umaczany
Najmniej zadraśnie żyjącą istotę,
Nie ma pomiędzy najzbawienniejszymi
Ziołami środka, który by potrafił
Uchronić ją od śmierci. Tym to jadem
Miecz mój omaszczę; niech go drasnę tylko,
Już będzie po nim.

KRÓL

Rozważmy to głębiej
I baczmy, jakie nam okoliczności
I czas w tej mierze mogą dać poparcie;
Bo gdyby to nas miało zawieść, gdyby
Plan nasz chybiony miał wypłynąć na wierzch,
Lepiej by go zaniechać. Trzeba zatem,
Aby ten projekt miał w odwodzie drugi,
Który w potrzebie przyszedłby mu w pomoc.
Czekaj - pomyślmy trochę. Uroczysty
Postawię zakład na kartę twej sztuki;
A potem - potem... Ha! wiem już, co robić.
Gdy was bój znuży, tak że się aż obu
Czuć da pragnienie (ostro żgaj dlatego),
I gdy on zechce czego do ochłody,
Wtedy podadzą mu puchar, z którego
Jeden łyk, w razie gdyby jakim trafem
Uszedł twojego zatrutego ciosu,
Da nam skuteczny sukurs! Skąd ta wrzawa?

Wchodzi Królowa.

Co to jest, droga małżonko?

KRÓLOWA

Nieszczęścia
Nawałem biegną jedne za drugimi
Laertes, siostra twoja utonęła.

LAERTES

Przebóg!
Gdzie?

KRÓLOWA

Owdzie nad potokiem stoi
Pochyła wierzba, której siwe liście
W lustrze się czyste przeglądają wody.
Tam ona wiła fantastyczne wieńce
Z pokrzyw, stokrotek, jaskrów i podłużnych
Karmazynowych kwiatów, którym nasi
Sprośni pasterze szpetną dają nazwę,
A zaś dziewice w skromności je zowią
Palcami zmarłych. Otóż chcąc zawiesić
Jeden z tych wianków na zwisłej gałęzi,
Nie dość ostrożnie wspięła się na drzewo.
Złośliwa gałąź złamała się pod nią.
I z kwiecistymi trofeami swymi
Wpadło w toń biedne dziewczę. Przez czas jakiś
Wzdęta sukienka niosła ją po wierzchu
Jak nimfę wodną i wtedy, nieboga,
Jakby nie znając swego położenia
Lub jakby czuła się w swoim żywiole,
Śpiewała starych piosenek urywki,
Ale niedługo to trwało, bo wkrótce
Nasiąkłe szaty pociągnęły z sobą
Biedną ofiarę ze sfer melodyjnych
W zimny muł śmierci.

LAERTES

A więc utonęła?

KRÓLOWA

Niestety!

LAERTES

Biedna Ofelio, za wiele
Masz już wilgoci, wstrzymam więc łzy moje,
A jednak jest to rzecz ludzka, natura
Żąda praw swoich na przekór wstydowi;
Gdy te strumienie ściekną, zniewieściałość
Wyjdzie wraz z nimi z serca.
Żegnam cię, panie, mam w ustach wyrazy,
Które płomieniem rade by wybuchnąć;
Ale je gasi to dzieciństwo.

Wychodzi.

KRÓL

Idźmy
Za nim, Gertrudo. Ten wypadek może
Na nowo zażec jego wściekłość, którą
Z takim mozołem ledwie uśmierzyłem.
Idźmy więc za nim.

Wychodzą.

HAMLET - AKT V

Scena pierwsza - Scena druga

Scena pierwsza

Cmentarz. Dwóch Grabarzy z rydlami itd. wchodzi na scenę.

PIERWSZY GRABARZ

Godziż się po chrześcijańsku grzebać kogoś, co samowolnie szuka zbawienia?

DRUGI GRABARZ

Co się tam o to pytasz; bierz się lepiej żywo do kopania. Fizyk był przy niej i zakwalifikował ją do chrześcijańskiego pogrzebu.

PIERWSZY GRABARZ

Jak to być może? Nie utopiła się przecie bez przyczynienia się własnego.

DRUGI GRABARZ

Powiadam ci, że tak zeznano.

PIERWSZY GRABARZ

Musiało być przyczynienie się, a to punkt właśnie stanowi. Kiedy się topię, w takim razie popełniam czyn, a czyn się popełnia trojako: działając, wykonywąjąc i uskuteczniając. Tak więc widzisz, że się utopiła z umysłu.

DRUGI GRABARZ

Ależ, pozwól...

PIERWSZY GRABARZ

Gadaj zdrów. Tu płynie woda, dajmy na to, a tu stoi człowiek, dajmy na to: jeżeli człowiek pójdzie do wody i utopi się, rad nierad, to jużci nie zaprzeczy temu, że poszedł; ale jeżeli woda przyjdzie do niego i zatopi go, to co innego; wtedy nie można powiedzieć, że on się utopił. Wierzaj mi, kumie, że kto sam nie jest winien swojej śmierci, ten sam sobie życia nie skraca.

DRUGI GRABARZ

Czy prawo tak mówi?

PIERWSZY GRABARZ

Ma się rozumieć prawo fizyczne.

DRUGI GRABARZ

Chcesz wiedzieć prawdę? Gdyby to nie była dygnitarska córka, nie byłaby po chrześcijańsku chowana.

PIERWSZY GRABARZ

Trafiłeś w sedno. Czy to sprawiedliwie, że panowie dygnitarze większą na tym świecie mają zachętę do topienia się i wieszania niż ich współbracia w Chrystusie? Podaj mi rydel. Nie ma dawniejszych dygnitarzy niż ogrodnicy, górnicy i grabarze, bo oni idą w prostej linii od ojca Adama.

DRUGI GRABARZ

Czy Adam był dygnitarzem?

PIERWSZY GRABARZ

A jakże? on pierwszy przecie krzyż nosił.

DRUGI GRABARZ

Ejże, ejże! nie nosił żadnego.

PIERWSZY GRABARZ

Czyś waść poganin? Tak - że Pismo rozumiesz? Pismo powiada, że Adam ziemię kopał: kopiąc, musiał ci się schylać, a jakżeby się mógł schylić nie mając krzyża? Zadam ci jeszcze jedno pytanie, a jeżeli mi sprytnie nie odpowiesz, to cię nazwę...

DRUGI GRABARZ

No, no.

PIERWSZY GRABARZ

Co to za rzemieślnik, co trwalej buduje niż murarz, cieśla i majster okrętowy?

DRUGI GRABARZ

Szubienicznik, bo jego budowla przetrzyma tysiąc lokatorów.

PIERWSZY GRABARZ

Podoba mi się twój dowcip. W istocie, szubienica wyświadcza przysługi, ale komu? oto tym, co się źle zasługują; a ponieważ ty się źle zasługujesz Bogu, twierdząc, że szubienica jest trwalsza niż kościół, powinna ci więc szubienica wyświadczyć swoją przysługę. Ale wróćmy do rzeczy.

DRUGI GRABARZ

Któż buduje trwalej niż murarz, cieśla i majster okrętowy?

PIERWSZY GRABARZ

O to właśnie idzie.

DRUGI GRABARZ

Zaraz ci powiem.

PIERWSZY GRABARZ

Słucham.

DRUGI GRABARZ

Do licha, nie mogę jakoś.

Hamlet i Horacy ukazują się w pewnej odległości.

PIERWSZY GRABARZ

Nie łam sobie już nad tym mózgownicy; osła batem nie popędzisz; a kiedy cię kto o to jeszcze raz zapyta, to mu powiedz: grabarz. Domy jego roboty przetrwają do dnia sądu. Idź do szynku i przynieś mi półkwaterek gorzałki.

Drugi grabarz wychodzi. Pierwszy grabarz kopie i śpiewa

Za młodu - o, gdyby ten wiek mógł powrócić!
Miłostki mym były żywiołem
Pokochać, odkochać, uścisnąć, porzucić,
To u mnie zwyczajnym szło kołem.

HAMLET

Czy ten człowiek nie zna natury swego rzemiosła? Śpiewa przy kopaniu grobu.

HORACY

Przyzwyczajenie wyrobiło w nim ten rodzaj swobody.

HAMLET

Tak to bywa we wszystkim; im mniej się do czego rękę przykłada, tym delikatniejsze jej czucie.

PIERWSZY GRABARZ

śpiewa

Lecz starość nie radość napadłszy znienacka
Zwaliła mię swoim obuchem;
Znikł kuraż i rezon, i mina junacka:
Ni śladu, żem kiedyś był zuchem.

Wyrzuca czaszkę.

HAMLET

Ta czaszka miała także język i mogła śpiewać. Patrz, jak nią poniewiera ten hultaj; pomiata nią, jak gdyby była szczęką Kaina, pierwszego mordercy. Może to czaszka jakiego dyplomaty, co to chciał podejść Pana Boga, a teraz ją podszedł ten osioł. No nie?

HORACY

Być może.

HAMLET

Albo jakiego dworaka, który mógł mówić: dzień dobry, jaśnie wielmożny panie; jakże zdrowie waszej ekscelencji? Albo jakiego zausznika, który chwalił konia swego mecenasa, aby go od niego wyłudzić? Jak myślisz?

HORACY

Mogłoby to być, mości książę.

HAMLET

Taka to kolej rzeczy. A teraz, gdy stracił szczękę, musi służyć pani Gliście i cierpieć szturchańce zakrystiańskiej łopaty. Co za radykalna przemiana! Szkoda, że jej nie możemy oglądać. Czyliż utrzymanie tych kości na to tylko tyle kosztowało, aby z czasem grano w nie jak w kręgle? Ból czuję w moich na tę myśl.

PIERWSZY GRABARZ

śpiewa

Łoże w ziemi i wór zgrzebny
Na pokrycie kości;
Oto cały sprzęt potrzebny
Dla tutejszych gości.

Wyrzuca czaszkę.

HAMLET

Masz i drugą. Nie jestże to czasem czerep adwokata? Gdzież się podziały jego kruczki i wykręty, jego ewentualności, jego kazualności i matactwa? Jak może znieść, aby ten grubianin bił w ciemię swoją plugawą motyką, i nie wystąpić przeciw niemu z akcją o czynną obelgę? Hm, hm! A może też to był swojego czasu jaki wielki posesjonat, który skupował dobra drogą licytacyj, subhastacyj, komplanacyj, transakcyj i cesyj ? Na toż mu się zdała czysta masa nieruchomości, aby sam, stawszy się nieruchomością, obrócił się w masę błota? Nie zdołaliż ci, co mu pisali ewicje, ewinkować mu większej przestrzeni, tylko taką, jaką wzdłuż i wszerz pokryje para fascykułów ? Kontrakty kupna jego majątków zaledwie by się w takim obrębie zmieściły; a samże ich dziedzic nie ma mieć więcej miejsca? Hę?

HORACY

Ani o włos więcej, mości książę.

HAMLET

Nie jestże pergamin ze skór baranich?

HORACY

Nie inaczej; i z cielęcych także.

HAMLET

Barany i cielęta z tych, co w nim bezpieczeństwa szukają! Muszę pomówić z tym człowiekiem. Czyj to grób, przyjacielu?

PIERWSZY GRABARZ

Mój.

śpiewa

Oto cały sprzęt potrzebny
Dla tutejszych gości.

HAMLET

Twój, nie przeczę, bo w nim siedzisz.

PIERWSZY GRABARZ

Waspan w nim nie siedzisz, toteż on nie waspana; co do mnie, nie siedzę w nim, a jednak moim.

HAMLET

Twoim więc jest, bo w nim stoisz.

PIERWSZY GRABARZ

Nie stoję w nim; stoję pod kościołem.

HAMLET

Cóż to za jegomość ma leżeć w tym grobie?

PIERWSZY GRABARZ

Żaden jegomość.

HAMLET

A więc kobieta.

PIERWSZY GRABARZ

Kobieta też nie.

HAMLET

Więc któż tu będzie pochowany?

PIERWSZY GRABARZ

Ktoś, kto był kobietą, ale wieczne jej odpoczywanie, bo umarła.

HAMLET

Cięty hultaj! Trzeba nam ważyć słowa, inaczej igraszka ich wystrychnie nas na dudków. Zaprawdę, mój Horacy, świat się stał tak dowcipny, od trzech lat to uważam, że chłop swoim wielkim palcem u nogi nagniotków nabawia dworaka następując mu na pięty. Od jak dawna jesteś grabarzem?

PIERWSZY GRABARZ

Dniem, w którym zacząłem tę profesję, był właśnie ten dzień roku spomiędzy wszystkich innych, w którym nieboszczyk nasz król Hamlet pobił Fortynbrasa.

HAMLET

Jakże to dawno?

PIERWSZY GRABARZ

Nie wiesz, waspan? Każdy smyk u nas wie o tym. Było to tego dnia kiedy młody Hamlet przyszedł na świat; ten sam, co to zwariował i został wysłany do Anglii.

HAMLET

Czy tak? A dlaczegóż on został wysłany do Anglii?

PIERWSZY GRABARZ

Dlatego właśnie, że zwariował. Ma on tam rozum odzyskać; ale chociażby go nie odzyskał, nie będzie tam o to kłopotu.

HAMLET

Dlaczego?

PIERWSZY GRABARZ

Bo tam tego nie dostrzegą nawet; tam wszyscy wariaci, tak jak on.

HAMLET

Skutkiem czego on zwariował?

PIERWSZY GRABARZ

Skutkiem pewnej przyczyny.

HAMLET

Jakiej przyczyny?

PIERWSZY GRABARZ

Skutkiem utraty rozumu.

HAMLET

Gdzieżby to być mogło?

PIERWSZY GRABARZ

Gdzie? Tu w Danii, której ziemię kopię od lat trzydziestu.

HAMLET

Jak długo może kto leżeć w ziemi, nim zgnije?

PIERWSZY GRABARZ

Jeżeli nie zgnił przed śmiercią (co się w tych czasach zdarza, mamy bowiem ciała, które pod tym

względem nie czekają, aż się je w ziemię włoży), to może przeleżeć jakie osiem albo dziewięć lat.

Grabarz przeleży lat dziesięć.

HAMLET

Dlaczego ten jeden więcej niż drudzy?

PIERWSZY GRABARZ

Bo mu jego rzemiosło tak wygarbowało skórę, że kawał czasu może wodę wstrzymać; a woda, panie, jest straszliwą naszych grzesznych ciał niszczycielką. Oto czaszka, która od dwudziestu trzech lat leży w ziemi.

HAMLET

Czyjąż ona była?

PIERWSZY GRABARZ

Sławnego wartogłowa. Czyją, na przykład, jak myślicie?

HAMLET

Nie domyślam się wcale.

PIERWSZY GRABARZ

Zaraza na niego! Przypominam sobie, jak mi wylał na głowę całą butlę reńskiego. Ta czaszka, proszę pana, była własnością Yoryka, królewskiego błazna.

HAMLET

podnosząc czaszkę

Jego?

PIERWSZY GRABARZ

Jego samego.

HAMLET

Pozwól, niech się jej przyjrzę. Biedny Yoryku! Znałem go, mój Horacy; był to człowiek niewyczerpany w żartach, niezrównanej fantazji mało tysiąc razy piastował mię na ręku, a teraz - jakże mię jego widok odraża i aż w gardle ściska! Tu wisiały owe wargi, które nie wiem jak często całowałem. Gdzież są teraz twoje drwinki, twoje wyskoki, twoje śpiewki, twoje koncepty, przy których cały stół trząsł się od śmiechu? Nicże z nich nie pozostało na wyszydzenie swych własnych, tak teraz wyszczerzonych zębów? Idźże teraz do gotowalni modnej damy i powiedz jej, że chociażby się na cal grubo malowała, przecież się takiej fizjognomii doczeka. Pobudź ją przez to do śmiechu. Proszę cię, mój Horacy, powiedz mi jedną rzecz.

HORACY

Co, mój książę?

HAMLET

Czy myślisz, że Aleksander Wielki tak samo w ziemi wyglądał?

HORACY

Zupełnie tak.

HAMLET

I tak samo pachniał? Brr!

Odrzuca czaszkę.

HORACY

Zupełnie tak, mości książę.

HAMLET

Jak nikczemna dola może się stać naszym udziałem! Nie mogłażby wyobraźnia, idąc w trop za szlachetnym prochem Aleksandra, znaleźć go na ostatku zatykającego dziurę w beczce?

HORACY

Tak brać rzeczy, byłoby to brać je za ściśle.

HAMLET

Bynajmniej; można by go tam przeprowadzić, rozumując z umiarem i z wszelkim prawdopodobieństwem, na przykład w taki sposób: Aleksander umarł, Aleksander został pogrzebiony, Aleksander w proch się obrócił, proch jest ziemią, z ziemi robimy kit i dlaczegóż byśmy tym kitem, w który on się zamienił, nie mogli zalepić beczki piwa?
Potężny Cezar przedzierzgnął się w glinę,
Którą przed wiatrem chłop zatkał szczelinę.
Zatrząsłszy światem pójść na polep chaty,
Toż kres wielkości, toż los potentaty?!
Lecz cicho - patrz: król tu nadchodzi.

Księża procesjonalnie wchodzą, za nimi niosą zwłoki Ofelii, tuż za zwłokami postępuje

Laertesi żałobnicy, następnie Król, Królowa i orszak.

Królowa, cały dwór. Czyjże to pogrzeb?
I ceremonia skrócona! To znaczy,
Że ten, którego zwłoki tak prowadzą,
Sam sobie musiał rozpaczliwą dłonią
Odebrać życie. Ktoś to z wyższej klasy.
Odstąpmy na bok i patrzmy.

Usuwa się z Horacym na stronę.

LAERTES

Jakiż obrządek pozostaje?

HAMLET

Jest to
Laertes, zacny młodzian. Uważajmy.

LAERTES

Jakiż obrządek jeszcze pozostaje?

KSIĄDZ

Posunęliśmy ten akt tak daleko,
Jak tylko mandat nam pozwala. Śmierć jej
Była wątpliwa i gdyby był wyższy
Nakaz nie przemógł rygoru przepisów,
W nie poświęconej musiałaby ziemi
Przeleżeć do dnia sądu. Miasto modłów
Spadłyby na nią gruzy i kamienie;
Tak zaś zachowa swój dziewiczy wieniec
I towarzyszyć jej będzie do grobu
Kwiat i dźwięk dzwonów.

LAERTES

Więcej nic?

KSIĄDZ

Nic więcej.
Skazilibyśmy obrządek za zmarłych,
Gdybyśmy nad nią requiem śpiewali,
Tak jak to czynim tym, co bogobojnie
Oddali ducha.

LAERTES

Spuśćcie ją do grobu,
Niechaj z tych pięknych, nieskalanych szczątków
Fiołki wykwitną! A ty, twardy księże,
Wiedz, że pomiędzy chórami aniołów
Wznosić się będzie moja siostra wtedy,
Gdy ty się w prochu wić będziesz.

HAMLET

Ofelia!

KRÓLOWA

sypiąc kwiaty

Najmilsza z dziewic,
bądź zdrowa!
Myślałam
Widzieć cię żoną mojego Hamleta;
Prędzej się w kwiaty spodziewałam stroić
Twoje małżeńskie łoże niż mogiłę.

LAERTES

Trzykroć trzydzieści razy ciężkie "biada"
Niech na przeklętą głowę tego spada,
Kto podłym czynem zmącił twoje zmysły!
Nie sypcie jeszcze ziemi, niech się jeszcze
Raz jej kochanym widokiem napieszczę!

wskakuje w grób

Walcie proch teraz na dwojakie zwłoki,
Aż usypiecie kurhan tak wysoki
Jak Pelion albo prujący obłoki
Podniebny Olimp.

HAMLET

ukazując się

Co to jest za człowiek,
Którego boleść brzmi z taką przesadą?
Którego objaw żalu zatrzymuje
Gwiazdy w ich biegu i obraca one
W słuchaczy osłupiałych? To ja jestem
Hamlet, syn Danii.

Wskakuje w grób.

LAERTES

Poleć duszę czartu!

HAMLET

Źle się wasć modlisz. Puść mi gardło, proszę;
Bo choć nie jestem prędki i drażliwy,
Ale mam w sobie coś niebezpiecznego,
Czego ci radzę strzec się. Odejm rękę.

KRÓL

Hola! Rozdzielcie ich.

KRÓLOWA

Hamlecie, synu!

DWORZANIE

Panowie!

HORACY

Hamuj się, łaskawy książę.

Dworzanie rozdzielają ich i obydwaj wychodzą z grobu.

HAMLET

Walczyć z nim będę o lepszą dopóty,
Dopóki powiek na wieki nie zawrę.

KRÓLOWA

O co, mój synu?

HAMLET

Kochałem Ofelię -
Tysiąc by braci z całą swą miłością
Nie mogło memu wyrównać uczuciu. -
Cóż byś ty dla niej uczynił?

KRÓL

do Laertesa

To nowy
Wyskok szaleństwa.

KRÓLOWA

Podobnież

O, miej wzgląd na niego!

HAMLET

Mów, do pioruna! Mów, co byś uczynił?
Jesteśli gotów płakać, bić się, pościć?
Dać się rozedrzeć? rzekę wypić do dna?
Jeść krokodyle? I jam także gotów.
Przyszedłeś tutaj jęczeć, w grób jej skakać
Dla urągania mi? Daj się z nią razem
Żywcem pogrzebać, i ja to uczynię;
A jeśli prawisz o górach, niech na nas
Runą miliony włók ziemi, aż kopiec,
Co z niej powstanie, stercząc w głąb eteru
Ossę w brodawkę zmieni. Jeśli umiesz
Szermować gębą, i ja to potrafię.

KRÓLOWA

Szał to, któremu chwilowo ulega;
Gdy go ominie, wraz jak gołębica,
Po wylężeniu swoich złotych piskląt,
Potulnie zwiesi głowę i zamilknie.

HAMLET

Powiedz mi, waćpan, co się to ma znaczyć,
Że się obchodzisz ze mną tak niegodnie?
Jam ci tak sprzyjał! Ale mniejsza o to;
Choćby Herkules dał się i posiekać,
Zawsze kot miauczeć będzie, a pies szczekać.

Wychodzi.

KRÓL

Horacy, proszę cię, miej go na oku.

Horacy wychodzi. Król do Laertesa

Uzbrój cierpliwość tym, co ułożone
Pomiędzy nami; rzecz się sama składa.
Gertrudo, każ tam komu nad nim czuwać.
Grób ten mieć będzie wkrótce żywy pomnik,
A my spokojność; lecz nim to się stanie,
Cierpliwie nasze prowadźmy zadanie.

Wszyscy wychodzą.

Scena druga

Sala w zamku. Hamlet i Horacy.

HAMLET

Dosyć już o tym; słuchaj teraz dalej.
Pamiętasz całą okoliczność?

HORACY

Pamiętam, mości książę.

HAMLET

W duszy mojej
Wrzał jakiś rodzaj walki, skutkiem której
Ani na chwilę nie zmrużyłem oka.
Zdawało mi się, żem był w położeniu
Gorszym niż więzień przykuty do galer.
Nagle, i niech się święci ona nagłość!
Trzeba ci bowiem wiedzieć, że nie wszystko
Bywa po diable, co czynimy nagle.
Że, owszem, czasem niezastanowienie
Lepiej nam służy niż najumiejętniej
Skombinowane plany; co dowodzi,
Że jakieś dobre bóstwo kształt nadaje
Naszym działaniom z gruba obciosanym.

HORACY

To pewna.

HAMLET

Nagle przywdziałem kapotę
I wyskoczywszy z kajuty, po macku
Szukałem miejsca, gdzie spali; znalazłem
Wreszcie mych śpiochów, wyjąłem im pakiet
I powróciłem z nim do mego kąta.
Strach tak dalece zrobił mię niepomnym
Na delikatność, żem rozpieczętował
Dokument w którym odkryłem, cóż na to
Powiesz, Horacy! królewskie szelmostwo:
Jawne wezwanie, mnóstwem różnych racji
Naszpikowane, w imię dobra Danii;
I Anglii dobra, z którym się istnienie
Takiego jak ja upiora nie zgadza,
Aby za odebraniem niniejszego,
Bez ceremonii i bez zwłoki, nawet
Na wyostrzenie miecza nie czekając,
Głowa mi była zdjęta.

HORACY

Czy podobna?

HAMLET

Oto dokument; przejrz go w wolnej chwili.
A teraz, chceszli wiedzieć, com ja zrobił?

HORACY

Błagam cię, panie, powiedz.

HAMLET

Tak wplątany
W hultajskie sidła, nie zdołałem jeszcze
Do mego mózgu z prologiem wystąpić,
Gdy on już zaczął swoją rolę. Siadłem
I napisałem inny list; jak tylko
Mogłem najpiękniej. Dawniej, naśladując
Przykład uczonych naszych i statystów,
Za ujmę miałem sobie pięknie pisać
I zadawałem sobie wielką pracę
Nad zapomnieniem tego kunsztu; teraz
Wyświadczył mi on kapitalnie ważną
Przysługę. Chceszli usłyszeć, co w sobie
Mój list zawierał?

HORACY

Pragnę, mości książę.

HAMLET

Oto zaklęcia jak najuroczystsze
Ze strony króla: jeśli Anglia szczerze
Chce mu dać dowód hołdowniczej wiary;
Jeśli stosunki między nami mają
Kwitnąć jak palma; jeśli pokój stale
Ma nam zaplatać swą girlandę z kłosów
I stać jak koma między okresami
Naszej przyjaźni (takich szumnych "jeśli"
Było tam więcej), aby w takim razie
Angielski władca wraz po odczytaniu
I rozpoznaniu treści tego pisma,
Nie namyślając się i ćwierć sekundy,
Oddawców jego, bez spowiedzi nawet,
Ze świata sprzątnąć kazał.

HORACY

Jakżeś, panie,
Zapieczętował to pismo?

HAMLET

Tu właśnie
Najwidoczniejszy był wpływ Opatrzności;
Miałem przy sobie sygnet mego ojca,
Rżnięty zupełnie tak jak pieczęć Danii.
Złożywszy tedy list na wzór tamtego
I opatrzywszy stemplem i adresem,
Niepostrzeżenie wsadziłem podrzutka
W miejsce prawego pomiotu. Nazajutrz
Mieliśmy bitwę morską; wiesz już resztę.

HORACY

Tak więc Rozenkranc i Gildenstern poszli
Na śmierć niechybną.

HAMLET

Samić jej szukali;
Sumienie moje spokojne w tej mierze:
Własne to wścibstwo wtrąciło ich w przepaść.
Biada podrzędnym istotom, gdy wchodzą
Pomiędzy ostrza potężnych szermierzy.

HORACY

Cóż to za człowiek z tego króla!

HAMLET

Mamże
Jeszcze się wahać? On mi zabił ojca,
Zhańbił mi matkę i niecnie się wcisnął
Między elekcję a moje nadzieje.
Na życie moje tak podstępnie godził.
Nie będzież to czyn najzupełniej zgodny
Z słusznością dać mu odwet tym ramieniem?
I nie byłożby to krzyczącą rzeczą
Pozwolić, aby się taki rak dłużej
Wpośród nas szerzył?

HORACY

Wkrótce mu zapewne
Doniosą z Anglii o skutku poselstwa.

HAMLET

Zapewne, trzeba mi przeto się śpieszyć.
Życie człowieka zdmuchnąć jest to tyle
Co zliczyć jeden. Przykro mi jednakże,
Żem się zapomniał względem Laertesa;
W obrazie bowiem jego losu widzę
Wierne odbicie mojej własnej doli.
Cenię go bardzo; słysząc wszakże owe
Przechwałki jego boleści, nie mogłem
Być panem siebie.

HORACY

Cicho, ktoś nadchodzi.

Wchodzi Ozryk

OZRYK

Stokroć szczęśliwa chwila, która nam pozwoliła waszą książęcą mość ujrzeć znowu.

HAMLET

Pokornie dziękuję waćpanu.

na stronie do Horacego

Czy znasz tę muchę wodną?

HORACY

Nie, mości książę.

HAMLET

Tym lepiej dla zbawienia duszy twojej, bo znać go jest występkiem. Ma on pod dostatkiem ziemi, i żyznej. Niech bydlę będzie panem między bydlętami, wraz będzie miało swój żłób przy królewskim stole. To istny gawron, ale, jak powiadam, hojnie uposażony błotem.

OZRYK

Łaskawy książę, jeżeli wasza książęca mość masz czas wolny, miałbym szczęście zakomunikować mu coś z polecenia jego królewskiej mości.

HAMLET

Z całym natężeniem ducha gotów jestem to coś odebrać. Zrób pan właściwy użytek ze swojej czapki; czapka stworzona na głowę.

OZRYK

Dziękuję waszej książęcej mości; bardzo dziś gorąco.

HAMLET

Gdzież tam! raczej bardzo zimno; wiatr z północy.

OZRYK

W istocie, mości książę, zimno jakoś.

HAMLET

Podobno jednak masz waćpan słuszność; parno jest i gorąco jak na moje usposobienie.

OZRYK

Nadzwyczajnie, mości książę; tak jest parno, że wypowiedzieć tego nie umiem. Łaskawy książę, król jegomość kazał mi waszej książęcej mości oznajmić, że wielki na waszą książęcą mość zakład stawił. Rzecz się tak ma...

HAMLET

Nie zapominajże, waćpan, bardzo proszę.

Pokazuje mu, aby włożył kapelusz.

OZRYK

Nie, mości książę; doprawdy, dla własnej mojej wygody. Od niejakiego czasu jest tu na dworze Laertes, nieporównany młodzian, pełen najwytworniejszych przymiotów, nadzwyczaj miły w towarzystwie i dystyngowany w obejściu. Na honor, jest to, że użyję poetycznego wyrażenia, istny inwentarz albo kalendarz ukształcenia, bo znajdziesz w nim, mości książę, kwintesencję tego wszystkiego, co prawdziwe ukształcony człowiek znaleźć pragnie.

HAMLET

Mości panie, zalety jego nie cierpią upośledzenia w ustach waćpana; jakkolwiek wyliczenie ich inwentarzowe nabawiłoby arytmetykę pamięciową zawrotu głowy i jeszcze by mogło rzecz oddać tylko in crudo ze względu na wysoki stopień jego ogłady. Co do mnie, sprowadzając pochwały do najprostszych wyrzutów, mam go za młodego człowieka wielkich nadziei; za siewek cnót tak rzadkich i szacownych, że bez przesady mówiąc, podobne do niego jest zwierciadło, w którym się przegląda; kto zaś idzie w jego ślady, jest jego cieniem, niczym więcej.

OZRYK

Opis waszej książęcej mości ze wszech miar trafny.

HAMLET

Do czegóż to zmierza, mój panie? W jakimże celu chuchamy na tę doskonałość naszym ułomnym oddechem?

OZRYK

Jak to, mości książę?

HORACY

Czyż można nie rozumieć ojczystego języka? Ale myślę, że się porozumiecie.

HAMLET

Co znaczy wyjechanie na harc z tym panem?

OZRYK

Wasza książęca mość mówi o Laertesie?

HORACY

Worek jego już próżny; wyszyplił całą gotówkę dowcipu.

HAMLET

Nie inaczej, o Laertesie.

OZRYK

Widzę, że książę pan nie jesteś nieumiejętny.

HAMLET

Cieszę się, że pan to widzisz, lubo zaprawdę, niewiele mogę na tym zyskać. Cóż dalej?

OZRYK

Widzę, że książę pan nie jesteś nieumiejętny w ocenianiu znakomitej wyższości Laertesa.

HAMLET

Nie mogę tego przyznać, nie porównawszy się z nim poprzednio; znać bowiem drugich dokładnie jest to znać samego siebie.

OZRYK

Mówię o jego wyższości w władaniu bronią, powszechna bowiem opinia uważa go za nieporównanego w tym kunszcie.

HAMLET

W jakimże on rodzaju broni tak jest mocny?

OZRYK

Na rapiery i florety.

HAMLET

W dwóch aż rodzajach broni tak odrębnych! Cóż dalej?

OZRYK

Król jegomość stawił w zakład sześć berberyjskich koni; on zaś, ile wiem, sześć francuskich szpad i puginałów, z należącymi do nich przyborami, jak to: pendentami, pasami i tak dalej. Spomiędzy tych rynsztunków trzy są w istocie bardzo ozdobne, pasujące do rękojeści, nader misternie wyrobione i świeżego pomysłu.

HAMLET

Co pan nazywasz rynsztunkami?

HORACY

Wiedziałem, książę, że będą ci potrzebne komentarze, zanim dowiesz się końca.

OZRYK

Rynsztunki, mości książę, to pendenty.

HAMLET

Wyrażenie to byłoby bardziej z rzeczą spokrewnione, gdybyśmy armaty mogli nosić u boku; tymczasem jednak przyjmijmy je za pendenty. Tak więc sześć berberyjskich koni z jednej strony, a z drugiej sześć francuskich rożnów z ich przyborami i trzy świeżego pomysłu rynsztunki. To prawdziwie francuski zakład przeciw duńskiemu. O cóż on stawiony?

OZRYK

Król jegomość założył się, że w spotkaniu z waszą książęcą mością w dwunastu pchnięciach z obojej strony Laertes nie osiągnie przewagi trzech trafień. Szansa więc jego do szansy Laertesa ma się jak dwanaście do dziewięciu; i zaraz by się to rozstrzygnęło, gdybyś książę pan raczył przychylnie odpowiedzieć.

HAMLET

A gdybym odpowiedział: nie?

OZRYK

Chciałem powiedzieć, gdybyś książę pan raczył osobą swoją odpowiedzieć temu zadaniu.

HAMLET

Będę się tu przechadzał w tej sali; jest to czas, w którym używam wytchnienia. Jeśli ten pan ma ochotę i królowi jegomości to dogadza, mogę im służyć zaraz. Niech przyniosą florety. Rozegram ten zakład na rzecz króla; jeżeli zaś mi się nie powiedzie, zyskam tylko na własny mój rachunek trochę konfuzji i kontuzji.

OZRYK

Mamże donieść w tym sposobie?

HAMLET

W tym duchu; z przyozdobieniami, jakie się panu stosowne wydadzą.

OZRYK

Polecam waszej książęcej mości moje usługi.

Wychodzi.

HAMLET

Uniżony, uniżony. Dobrze czyni, że się sam poleca, żaden ludzki język nie uczyniłby tego.

HORACY

Ta czajka lata z skorupą od jaja na głowie.

HAMLET

On komplementy stroił już do cycka, nim go ssać zaczął. Jest to jedna z baniek tego wietrznego świata, wydęta tchnieniem mody i przybrana w konwencyjną szatę; rodzaj szumowiny różnorodnych pierwiastków, łudzącej oczy zarówno najciemniejszej, jak najświatlejszej opinii; ale dmuchnij tylko, natychmiast pryśnie bąbel.

Wchodzi Dworzanin.

DWORZANIN

Mości książę, jego królewska mość przesłał waszej książęcej wysokości pozdrowienie przez Ozryka, który wróciwszy oznajmił mu, że książę czekasz na niego, w tej sali. Przysyła on mnie teraz z zapytaniem, czy wasza książęca mość trwasz w chęci fechtowania się z Laertesem, czyli też żądasz zwłoki.

HAMLET

Stały jestem w mych postanowieniach, a te są zgodne z życzeniami króla. Jeśli on gotów, moja gotowość nie zostanie w tyle, tak teraz, jak kiedykolwiek, pod warunkiem, że zawsze będę do tego równie sposobny jak teraz.

DWORZANIN

Król i królowa, i wszyscy inni nadejdą tu niebawem.

HAMLET

W stosowną porę.

DWORZANIN

Królowa życzy sobie, abyś, książę, przemówił kilka uprzejmych słów do Laertesa, nim się z nim spotkasz.

HAMLET

Dobrze mi radzi.

Dworzanin wychodzi.

HORACY

Przegrasz ten zakład, książę.

HAMLET

Nie sądzę; od czasu jego wyjazdu do Francji nie przestawałem się ćwiczyć; wygram przy korzystnych warunkach. Nie uwierzysz jednak, jak mi coś ciężko na sercu; ale to nic.

HORACY

Drogi książę.

HAMLET

To dzieciństwo; jakiś rodzaj przeczucia, które by mogło zastraszyć kobietę.

HORACY

Jeżeli dusza twoja, panie, czuje wstręt jakowy, bądź jej posłuszny. Pójdę ich wstrzymać od przybycia tu; powiem, że się, książę, nie czujesz usposobiony.

HAMLET

Daj pokój; drwię z wróżb. Lichy nawet wróbel nie padnie bez szczególnego dopuszczenia Opatrzności. Jeżeli się to stanie teraz, nie stanie się później, jeżeli się później nie stanie, stanie się teraz; jeżeli nie teraz, to musi się stać później; wszystko polega na tym, żeby być w pogotowiu, ponieważ nikt nie wie, co ma utracić, cóż szkodzi, że coś wcześniej utraci?

Król, Królowa, Laertes, dworzanie i słudzy z floretami i inne osoby wchodzą na scenę.

KRÓL

Synu Hamlecie, weź tę dłoń z rąk moich.

Łączy rękę Laertesa z ręką Hamleta.

HAMLET

Przebacz mi, waćpan, krzywdęm ci wyrządził;
Lecz przebacz jako honorowy człowiek.
Wszyscy tu wiedzą i pan sam wiesz pewnie,
Jak ciężka trapi mię niemoc umysłu.
Oświadczam przeto, iż to, com uczynił
W grubiański sposób ubliżającego
Twojemu sercu, czci twej lub stopniowi,
Nie było niczym innym jak szaleństwem.
Czyliż to Hamlet skrzywdził Laertesa?
Nie; Hamlet bowiem nie był samym sobą.
Skoro więc Hamlet nie sam był krzywdzącym,
Więc Hamlet temu nic nie winien; Hamlet
Zaprzecza temu. Któż więc temu winien?
Jego szaleństwo. W takim razie Hamlet
Sam raczej także został pokrzywdzony;
Szaleństwo jego było jego wrogiem.
Oby to moje wyparcie się jawne
Wszelkiej złej względem waćpana intencji
Mogło mię w jego szlachetnym uznaniu
Tak uniewinnić, jak gdybym był na wiatr
Wypuścił strzałę, która poza domem
Trafiła brata mojego.

LAERTES

Dość na tym
Mojemu sercu, które by mię było
W tym razie głównie skłaniało do zemsty;
Wszakże stosując się do praw honoru,
Muszę się z dala mieć od pojednania,
Dopóki starsi mężowie, uznanej
W rzeczach honoru powagi,
Nie upoważnią mię do tego kroku
I nie wyrzekną, że sławy mej żadna
Nie kazi plama. Tymczasem atoli
Przyjmuję, panie, ofiarę twych uczuć
Jako prawdziwą i uwłaczać onej
Nie myślę.

HAMLET

Z serca dziękuję waćpanu
Swobodnie mogę teraz ten braterski
Zakład rozegrać. Podajcie mi floret.

LAERTES

Podajcie i mnie także.

HAMLET

Laertesie,
Biegłość twa wobec mojego fuszerstwa
Jak gwiazda błyszczeć będzie wpośród nocy.

LAERTES

Żartujesz ze mnie, książę.

HAMLET

Nie, na honor.

KRÓL

Podaj im, Ozryk, florety. Hamlecie,
Znasz już warunki zakładu?

HAMLET

Znam, panie.
Wasza królewska mość zawarowałeś
For słabszej stronie.

KRÓL

Nie skutkiem obawy:
Widziałem dawniej was obu. Laertes
Postąpił odtąd, dlatego for daję.

LAERTES

Ten jest za ciężki dla mnie, dajcie inny.

HAMLET

Ten mi do ręki. Sąli to florety
Równej długości?

OZRYK

Równej, mości książę.

KRÓL

Postawcie kubki z winem tu na stole.
Gdy Hamlet zada pierwszy cios lub drugi,
Lub gdy zwycięsko odparuje trzeci,
Niech wtedy działa zagrzmią z wszystkich wałów;
Król spełni toast za zdrowie Hamleta
I w puchar jego wrzuci perłę, droższą
Niż te, co czterech z rzędu duńskich królów
Diadem zdobiły. Przynieście puchary.
Niech trąby kotłom, a kotły armatom,
Armaty niebu, a niebiosa ziemi
Oznajmią grzmiącym echem, że król pije
Na cześć Hamleta. Zacznijcie teraz;
A wy, sędziowie, baczcie pilnym okiem.

HAMLET

Dalej więc!

LAERTES

Jestem w pogotowiu, panie.

Składają się.

HAMLET

To raz.

LAERTES

Nie.

HAMLET

Niechaj sędziowie rozstrzygną.

OZRYK

Dotknięcie było jawne.

LAERTES

Dobrze; dalej!

KRÓL

Stójcie! Hej! wina! Ta perła do ciebie
Należy, synu; piję za twe zdrowie.
Oddajcie puchar księciu. Odgłos trąb i huk dział.

HAMLET

Poczekajcie:
Niech się załatwię pierwej z drugim pchnięciem.
Dalej!

Składają się.

To drugi raz; cóż waćpan na to?

LAERTES

Dotknąłeś, mości książę; nie zaprzeczam.

KRÓL

Nasz syn wygrywa.

KRÓLOWA

On tłustej kompleksji
I tchu krótkiego. Hamlecie, masz chustkę,
Obetrzyj sobie czoło; matka pije
Za powodzenie twoje.

HAMLET

Dobra matko.

KRÓL

Gertrudo, nie pij.

KRÓLOWA

Chcę pić. Wybacz, panie.

KRÓL

na stronie

Zatruty był ten kielich;
już za późno.

HAMLET

Nie mogę teraz pić, pani, za chwilę.

KRÓLOWA

Czekaj, obetrę ci twarz.

LAERTES

do Króla

Teraz, panie,
Ja go ugodzę.

KRÓL

Powątpiewam o tym.

LAERTES

na stronie

Lecz jest to niemal wbrew memu sumieniu.

HAMLET

No, Laertesie; żarty ze mnie stroisz.
Proszę cię, natrzyj z całą gwałtownością,
Bo mógłbym myśleć, że mię masz za fryca.

LAERTES

Sam tego żądasz, książę; dobrze zatem.

Składają się.

OZRYK

Chybione z obu stron.

LAERTES

Pilnuj się teraz.

Laertes rani Hamleta; po czym w zapale przemieniają florety i Hamlet rani Laertesa.

KRÓL

Hola, rozdzielcie ich, zbyt się zaparli.

HAMLET

Nie jeszcze, jeszcze.

Królowa pada

OZRYK

Patrzcie, co się dzieje
Z królową.

HORACY

Z obu krew ciecze. O! panie,
Tyś ranny.

OZRYK

Jestżeś ranny,
Laertesie?

LAERTES

Jak bekas w własne złowiłem się sidło;
Słusznie ofiarą padam własnej zdrady.

HAMLET

Cóż to królowej?

KRÓL

Omdlała z przestrachu,
Widząc cię rannym.

KRÓLOWA

Nie, nie, ten to napój.
Ten napój, drogi Hamlecie! ten napój...
Jestem otruta.

Umiera.

HAMLET

O podłości! Hola!
Pozamykajcie drzwi! Szukajcie zdrajcy!

Laertes pada.

LAERTES

Oto tu leży. Zgubionyś, Hamlecie.
Nie uratująć żadne leki świata;
I pół godziny życia nie ma w tobie.
Narzędzie zdrajcy sam trzymasz w swym ręku
Nie przytępione i zatrute. Wpadłem
W ten sam dół, którym wykopał pod tobą.
Już nie powstanę, królowa otruta;
Nie mogę więcej mówić; król, król winien.

HAMLET

Więc i to ostrze zatrute? Trucizno,
Dokończ swojego dzieła.

Przebija Króla.

OZRYK i inni

Zdrada!
Zdrada!

KRÓL

Ratujcie! to nic, nic, draśniętym tylko.

HAMLET

Wszeteczny, zbójczy, przeklęty Duńczyku,
Wysącz ten kielich. A co? jest w nim perła?
Idź w ślad za moją matką.

Król umiera.

LAERTES

Sprawiedliwą
Śmierć poniósł; on to sam jad ten przyrządzał.
Przebaczmy sobie wzajem, cny Hamlecie,
Niech duszy twojej nie cięży śmierć moja
I mego ojca - ani twoja mojej!

Umiera.

HAMLET

Niechaj ci nieba jej nie pamiętają!
Zaraz za tobą pójdę. O Horacy!
Umieram. Żegnam cię, matko nieszczęsna!
Wam, co stoicie tu bladzi i drżący,
Tylko jako niemi widzowie tragedii,
Mógłbym ja, gdybym miał czas, wiele rzeczy
Powiedzieć, ale śmierć, ten srogi kapral,
Stoi nade mną. Umieram, Horacy.
Ty pozostajesz. Wytłumacz mą sprawę
Tym, co jej z bliska nie znają.

HORACY

Nic z tego,
Więcej mam w sobie krwi rzymskiej niż duńskiej.
Jeszcze tam trochę jest wina!

HAMLET

Człowieku,
Jeśli masz serce, oddaj mi ten kielich!
Oddaj, na Boga! Jak upośledzone
Imię by po mnie pozostało, gdyby
Ta tajemnica nie miała wyjść na jaw!
O, mój Horacy! Jeśli kiedykolwiek
W poczciwym sercu, twoim miałem miejsce,
Wyrzecz się jeszcze na chwilę zbawienia
I ponieś trudy oddychania dłużej
W zepsutej atmosferze tego świata
Dla objaśnienia moich dziejów.

Marsz w odległości i wystrzały.

Cóż to
Za zgiełk wojenny?

OZRYK

To młody Fortynbras,
Wracając z polskiej wojny, daje salwy
Angielskim posłom.

HAMLET

Żegnam cię, Horacy;
Potęga jadu mroczy zmysły moje.
Już się angielskich posłów nie doczekam!
Lecz przepowiadam ci, że wybór padnie
Na Fortynbrasa. Za nim, konający,
Głos daję; powiedz mu to i opowiedz,
Co poprzedziło. Reszta jest milczeniem.

Umiera.

HORACY

Pękło cne serce. Dobranoc, mój książę;
Niechaj ci do snu nucą chóry niebian!

Marsz za sceną

Po co ten odgłos aż tu?

Fortynbras i posłowie angielscy z orszakiem swoim wchodzą.

FORTYNBRAS

Niech zobaczę
Na własne oczy!

HORACY

Cóż to chcecie widzieć?
Chcecieli ujrzeć coś nadzwyczajnego
Lub żałosnego nad wszelkie wyrazy,
Przestańcie szukać dalej.

FORTYNBRAS

Czy zniszczenie
Tron tu obrało sobie? Dumna śmierci,
Jakież dziś święto w twym ciemnym królestwie,
Żeś tak morderczo za jednym zamachem,
Tyle książęcych głów ścięła!

PIERWSZY POSEŁ

Ten widok
Zbyt jest okropny. Spóźniony nasz przyjazd.
Głuche są uszy tego, który miał nam
Dać posłuchanie, aby się dowiedzieć,
Że zadość stało się jego żądaniu
I że Rozenkranc wespół z Gildensternem
Straceni; któż nam podziękuje za to?

HORACY

Nie on zapewne, chociażby ku temu
Miał odpowiednie warunki żywota;
Nigdy on bowiem ich śmierci nie pragnął.
Lecz skoro po tych fatalnych wypadkach
Wy z polskiej wojny, a wy z granic Anglii
Tak bezpośrednio przybywacie, każcież,
Aby te zwłoki wysoko na marach
Na widok były wystawione; mnie zaś
Pozwólcie i wszem wobec, i każdemu
Nieświadomemu prawdy opowiedzieć,
Jak się to stało. Przyjdzie wam usłyszeć
O czynach krwawych, wszetecznych, wyrodnych,
O chłostach trafu, przypadkowych mordach,
O śmierciach skutkiem zdrady lub przemocy,
O mężobójczych planach, które spadły
Na wynalazcy głowę. O tym wszystkim
Ja wam dać mogę wieść dokładną.

FORTYNBRAS

Pilno
Nam to usłyszeć. Niechaj się w tym celu
Niezwłocznie zbierze czoło waszych mężów.
Co się mnie tyczy, z boleśnią przyjmuję,
Co mi przyjazny los zdarza; mam bowiem
Do tego kraju z dawien dawna prawa,
Które obecnie muszę poprzeć.

HORACY

O tym
Będę miał także coś do powiedzenia,
Zgodnie z życzeniem tego, co już nigdy
Nie wyda głosu, ale pierwej muszę
Wypełnić tamto, aby obłęd ludzki
Więcej tymczasem klęsk i niefortunnych
Przygód nie zrządził.

FORTYNBRAS

Niech czterech dowódców
Złoży Hamleta, jako bohatera,
Na wywyższeniu, niewątpliwie bowiem
Byłby był wzorem królów się okazał
Dożywszy berła; a gdy orszak ciało
Jego niosący postępować będzie,
Niechaj muzyka i salwy rozgłośnie,
Czym był, zaświadczą. Podnieście te zwłoki,
Bo nie to miejsce, lecz pobojowisko
Godne oglądać takie widowisko.
Każcie dać ognia z dział.

Marsz pogrzebowy. Wychodzą unosząc zwłoki, po czym huk dział słyszeć się daje.

INNY ŚWIAT - STRESZCZENIE, CHARAKTERYSTYKA, OPRACOWANIE


Streszczenie Szczegółowe

Powieść rozpoczyna się cytatem zaczerpniętym z książki Dostojewskiego pt. „Zapiski z martwego domu: „Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy; tu trwał martwy za życia dom, a w nim życie jak nigdzie i ludzie niezwykli. Ten oto zapomniany zakątek zamierzam tutaj opisać”. Herling-Grudziński dedykuje swoje dzieło „Krystynie”.
Gustaw Herling-Grudziński

Inny Świat

INNY ŚWIAT - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE - GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI

Powieść rozpoczyna się cytatem zaczerpniętym z książki Dostojewskiego pt. „Zapiski z martwego domu: „Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy; tu trwał martwy za życia dom, a w nim życie jak nigdzie i ludzie niezwykli. Ten oto zapomniany zakątek zamierzam tutaj opisać”. Herling-Grudziński dedykuje swoje dzieło „Krystynie”.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Witebsk - Leningrad – Wołogda.
Lato w Witebsku dobiegało końca. Narrator opisuje, w jaki sposób więźniowie spędzali czas, a także to, jak wyglądały ich wspólne posiłki. Otóż, kiedy dyżurny danego dnia uderzał trzy razy butem w drzwi, oznaczało to, iż zbliża się czas kolacji i że należy się na dobre obudzić po drzemce. Podobnie działo się rano, kiedy następowała pobudka – uderzanie w drzwi także było sygnałem tego, iż należy się przygotować na rozpoczęcie nowego dnia. Życie więźniów było wyjątkowo jednostajne – „od posiłku do posiłku”, przerywane rozmowami pomiędzy sobą, jak również drzemką. Jako posiłek podawano chleb oraz wywar z ziela, który nakładano do glinianych misek.
Pewnego dnia ktoś oznajmił, iż Paryż został zajęty przez Niemców, zaś pod koniec października wywołano 50 więźniów, w tym Gustawa (głównego bohatera, jak również narratora powieści), aby odczytać im akty oskarżenia i wyroki w ich sprawie. Sam Gustaw wybrał się tam z dość dużym spokojem, ponieważ wyrok usłyszał już wtedy, kiedy przebywał w więzieniu w Grodnie – tam uznano, iż jest „Polakiem na usługach niemieckiego wywiadu”, a oskarżenie to oparto na rzekomych dwóch kluczowych dowodach – pierwszy człon nazwiska bohatera miał wskazywać na bycie marszałkiem niemieckiego lotnictwa, zaś wysokie buty z cholewami, które otrzymał od swojej siostry – iż jest on „majorem wojsk polskich”. Podsumowując wszystkie te „dowody” rzekomego przestępstwa, napisano, iż bohater „zamierzał przekroczyć granicę sowiecko-litewską, aby prowadzić walkę ze Związkiem Sowieckim” i tym samym skazano go na pięć lat pobytu w obozach rosyjskich.
Po tym skierowano go do celi, w której przebywali Rosjanie, przeważnie ci bardzo młodociani – 14- czy 16-letni. Ci – jak mówi narrator – nie przebywali w obozach pracy, natomiast było ich bardzo wielu w więzieniach. Zanim do nich trafiali, prowadzili hulaszcze życie – kradli i przemieszczali się z miejsca na miejsce, jeżdżąc na gapę. Przestępcy ci (zwani „biezprizorni”) nie byli traktowani przez władze poważnie, w gruncie rzeczy zaś stanowili „najgroźniejszą mafię półlegalną w Rosji”, oni sami swój pobyt w więzieniu uważali jako kolejną z przygód, co więcej – formę odpoczynku od hulaszczego życia, kiedy to nie musieli martwić się już o jedzenie i o podstawowe warunki sanitarne, bo te im zapewniano.
W celi tej Gustaw czuł się wyjątkowo nieswojo, dlatego jedynym człowiekiem, z którym postanowił nawiązać kontakt, był pewien Żyd, który okupował miejsce pod oknem, gdzie oddawał się czynności żucia skórek od chleba. Okazało się, że z zawodu był on szewcem w Witebsku, a skazany został za to, że nie chciał zelować butów przy użyciu skrawków skóry. Z jego opowieści nie wynikało jednak, by zbytnio martwił się tym, co go spotkało – o wiele bardziej trapiło go to, co dzieje się z jego synem, którego zdążył wykształcić na kapitana lotnictwa, zdołał schować jego zdjęcie w swojej marynarce. Była to najcenniejsza rzecz, jaką przy sobie posiadał. Mężczyzna wierzył w to, że dzięki interwencji swego syna on sam zostanie zwolniony z odsiadywania wyroku. Fakt, iż posiadał fotografię, został wykryty przez jednego z młodych chłopców, który przekazał tę wiadomość strażnikowi – ten zlecił zaś rewizję, w wyniku której odebrano Żydowi fotografię, tłumacząc to tym, że „jako szkodnik sowieckiego rzemiosła nie ma prawa przechowywać w celi zdjęcia oficera Armii Czerwonej”.
W listopadzie 1940 roku Gustaw udał się na tzw. etap, czyli na miejsce, gdzie więźniowie zostali podzieleni na różne grupy i wysłani do różnych obozów, do „Pieriesyłki”. Działo się to w Leningradzie, gdzie – jak dowiedział się bohater – przebywało w tym czasie około 40 tysięcy więźniów.
Przypadkowo Gustaw trafił do tej części więzienia, w której przebywali „pełnoprawni obywatele Związku Radzieckiego”, którzy skazani zostali za drobne wykroczenia, tj. kradzieże, spóźnienia do pracy itd., a kara, jaką otrzymali, nie przekraczała osiemnastu miesięcy. Warunki mieszkania w tej części więzienia wyglądały zupełnie inaczej niż w tej przeznaczonej dla więźniów określanych mianem politycznych – można tam było czytać gazety i książki, spać na ładnie pościelonych łóżkach, dobrze zarabiać za wykonywaną pracę, przyjmować kogoś z rodziny dwa razy w ciągu tygodnia oraz dostawać odpowiednie racje żywnościowe. Gustaw był wstrząśnięty widokiem ścian, na których widniały podobizny Stalina. Swoją część „Pieriesyłki” więźniowie nazywali „Pałacem Zimowym”.
W innej części więzienia, tj. dla więźniów „politycznych”, najważniejszą rolę pełnił „urka”, którego pozycja była tym wyższa, im więcej czasu spędził on w odizolowaniu, ile popełnił morderstw, ile ukradł, słowem – im więcej grzechów, tym większy autorytet wśród pozostałych „pospolitych” więźniów. Zaraz po dowódcy warty był najważniejszą osobą w obozie, sam mógł często decydować o tym, kto będzie wykonywał jaką pracę w brygadzie robotniczej.
Gustaw znalazł się w celi nr 37, chociaż jego nazwiska nie było na liście. Tam zapoznał się z pułkownikiem artylerii Szkłowskim, którego przodkowie byli zesłańcami po powstaniu styczniowym w 1863 roku (którego skazano za nienależyte wychowanie żołnierzy, oczywiście pod względem politycznym) oraz z pułkownikiem Iwanowiczem, który był niegdyś pracownikiem wywiadu i zaczął rozmawiać z Gustawem na temat uczestników kampanii wrześniowej, a także pozostałych więźniów umieszczonych w tej samej celi. Otóż, wymieniając „winy” wszystkich towarzyszy, okazało się, że zostali oni uznani za szpiegów już w 1937 roku, zaś przed śmiercią uchronił ich wybuch II wojny światowej.
Po jakimś czasie Gustaw oraz pułkownik Szkłowski zostali wyczytani na etap i zostali umieszczeni w jednym przedziale z trzema „urkami”, którzy umilali sobie czas, grając w karty – niedługo potem okazało się, że przedmiotem gry były zawsze cudze rzeczy (przykład: jedną z takich rzeczy był płaszcz Szkłowskiego, który jeden z „urków” kazał sobie oddać w ramach przegranej, karą za przegranie była bowiem konieczność odebrania jakiejś rzeczy obcej osobie).
Kiedy pociąg zatrzymał się w Wołogdzie, jako jedyny z przedziału opuścił go tylko Gustaw (uprzednio pożegnawszy się ze Szkłowskim), gdzie w więzieniu spędził jedną noc, a następnego dnia pojechał dalej, do Jercewa koło Archangielska.

2. Nocne łowy.
W Jercewie Gustaw poznał historię obozu, otóż wybudowało go ok. 600 więźniów w 1937 roku w temperaturze minus 40 stopni. Wielu z budowniczych zmarło podczas pracy, jednak ci, którzy przeżyli, a byli wśród nich przede wszystkim Finowie, Bałtowie i Rosjanie, otrzymali szczególne względy, tj. większe racje żywnościowe, jako że w 1940 roku „Jercewo było już dużym centrum kargopolskiego ośrodka przemysłu drzewnego z własną bazą żywieniową, z własnym tartakiem, z dwiema bocznicami kolejowymi i z własnym miasteczkiem za zoną dla administracji i straży osobowej”, mieścił już wówczas ok. 30 tysięcy więźniów.
Stąd właśnie wzięła się tradycja „proizwołu”. Pod nazwą „proizwoł” kryły się nocne rządy więźniów aż do świtu, którą sprawowali „urkowie”, którzy mieli tę przewagę, że żaden ze strażników nie był w stanie w niczym im przeszkodzić podczas licznych przestępstw, w tym tzw. nocnych łowów na kobiety, szczególnie te „świeżo” co przybyłe do obozu.
Po przybyciu do tegoż obozu, Gustaw dostał gorączki, więc za namową dyżurnego Dimki wybrał się do „łazarietu”, skąd dostał skierowanie do szpitala na całe dwa tygodnie, gdzie spędził cudowny czas, leżąc w czystym łóżku. W swoim pokoju miał chorych na „pyłagrę”, którzy po wypisaniu ze szpitala zawsze trafiali do baraku dla niepracujących, który powszechnie nazywano Trupiarnią.
Gustaw, ponownie posłuchawszy dyżurnego Dimki, po powrocie do swojego baraku (gdzie otrzymał jeszcze trzy dni zwolnienia), postanowił wkupić się w łaski „urka” stojącego na czele brygady tragarzy, więc sprzedał mu swoje oficerskie buty, które były wysokie i z pewnością przydatne do pracy w tychże trudnych warunkach. I tym oto sposobem Gustaw znalazł się pośród grupy tragarzy, którzy mieli co prawda nieokreślony czas pracy w ciągu dnia (co było znacznym minusem), ale posiadali najlepszą możliwość zdobycia jakiegoś pożywienia (co było plusem tak znacznym, że przyćmiło to jakiekolwiek wady tego systemu pracy).
W brygadzie tej rządziło ośmiu „urków”, spośród których najważniejszy był Ukrainiec Kowal. Pewnej nocy obudził on swoich „przybocznych” i wspólnie wybrali się na tzw. nocne łowy, za swoją ofiarę obierając młodą dziewczynę kręcącą się w okolicy szpitala (gdzie obok znajdował się barak kobiecy). Razem obalili ją na ławkę, gdzie dokonali na niej gwałtu. Później, nakryci przez strażnika, zawlekli ją do latryny, skąd po kolei zaczęli wychodzić dopiero po godzinie, jako ostatni wyszedł Kowal, który odprowadził dziewczynę (Marusię) do jej baraku. Następnego wieczora przyszła ona do nich sama i zaczęła całować Kowala, została na całą noc i odtąd robiła to za każdym razem. Pozostali więźniowie zintegrowali się z dziewczyną, jednak w brygadzie zaczęły się tworzyć grupki niechętne Kowalowi, które przyglądały się temu, jak coraz gorzej wykonuje swoją pracę. Ponadto którejś nocy jeden z „urków” zaczął zaczepiać Marusię, za co został przez nią opluty. Kowal stanął w jej obronie, jednak kiedy on sam zobaczył, że wszyscy są przeciw niemu, nakazał dziewczynie zdjąć ubranie i oddać się jego towarzyszom. Kiedy zrobiła to bez szemrania, po 3 dniach od tego wydarzenia na własną prośbę opuściła obóz, a „urkowie” z brygady Gustawa na nowo zbratali się i zapanował między nimi na nowo pokój.

3. Praca.
Dzień po dniu.
Każdy dzień zaczynał się o wpół do szóstej, kiedy codziennie każdy inny więzień był odpowiedzialny za wymarsz brygady do pracy. Wszystkie dni były jednakowe, i jak wspomina narrator – „rozdmuchiwanie nadziei” miało w sobie straszliwe niebezpieczeństwo zawodu”. Jednym z towarzyszy Gustawa był kolejarz Ponomarenko, który wielokrotnie rozmyślał o zakończeniu jego 10-letniej kary, lecz gdy nadszedł ten moment, otrzymał wiadomość, iż została ona przedłużona. Po tym mężczyzna rychło dostał ataku serca i zmarł.
Szczęście posiadali ci, którzy posiadali zwolnienia lekarskie – oni mogli wstać nieco później. Pozostali musieli zebrać się do pracy, tworząc z rozmaitych strzępków odzieży i opon samochodowych ubiór stosowny do warunków panujących na dworze, jak również adekwatny do jedenastogodzinnej pracy.  Z tego też względu wielu więźniów postanowiło w ogóle nie zdejmować swoich ubrań na noc, byle ich ubranie nie uległo pęknięciu czy ostatecznemu rozpruciu. Z drugiej zaś strony liczono na to, że dzięki odmrożeniom na ciele otrzyma się zwolnienie od lekarza.
Jeśli chodzi o posiłki, to obowiązywały trzy kolejki – stachanowców, którzy wyrabiali dziennie 125% normy, wobec czego zasługiwali na łyżkę gęstej kaszy i drobną porcję ryby. W drugiej ustawiali się ci, których wydajność pracy oscylowała w granicach 100%, ci mogli dostać to samo, tyle że bez ryby. Z ostatniego kotła posiłki otrzymywali ci, którzy nie mogli pracować oraz ci, którzy nie wyrabiali 100% normy. Najwięcej jedzenia dostawali specjaliści i technicy. Tym samym Gustaw prędko poczynił spostrzeżenie, że chociażby niewiele zwiększając racje żywnościowe, np. pod postacią dodatkowej łyżki zupy, bardzo szybko podnoszono wydajność więźniów, którzy w zamian za lepsze jedzenie potrafili zrobić dosłownie wszystko, nawet za cenę pracy ponad swoje siły.
Ten sposób pracy, tj. obliczanie normy danej brygady sprawiał, że nie było mowy o jakiejkolwiek solidarności wśród towarzyszy, a oznaczało to, że każdy nad każdym czuwał i często drastycznymi metodami wymuszał osiągnięcie danego wyniku. Najgorzej pod tym względem mieli ci, którzy pracowali przy wyrąbie lasów, dokąd codziennie musieli iść po 5-7 kilometrów, często w niekompletnym ubraniu i obuwiu, o chłodzie i głodzie, ponadto będąc niewyspanymi po krótkim śnie na bardzo niewygodnych pryczach. Na popołudniowy posiłek mogli liczyć tylko i wyłącznie stachanowcy, co również nie napawało nadzieją na lepszy dzień niż poprzedni. Pozostali dostawali chleb, i to tylko dopiero po powrocie z pracy, a jego racje były oczywiście „proporcjonalnie” dzielone między trzy wspomniane już wyżej kolejki.
Ważną funkcję pełnił „dziesiętnik”, który obliczał normę danej brygady. „Normą przy obliczaniu normy” były liczne przekupstwa i inne oszustwa, ponieważ bez tego niemożliwością byłoby nieraz osiągnięcie nawet i 100%, a co dopiero przekroczenie tego. Najwięcej możliwości oszustwa i wyrobienia najwyższej normy miała grupa tragarzy, jednak ci nierzadko pracowali nawet po dwadzieścia godzin w ciągu doby. Kiedy każda brygada wracała do obozu, wszyscy byli przeszukiwani, a jeśli przy kimkolwiek zostałby znaleziony przedmiot nienależący do niego, odpowiedzialnością była obarczana cała brygada, którą karano staniem nago na śniegu przez kilka godzin.
System pracy nakazywał władzom obozu prowadzić rejestr zarobków danego więźnia, i tak oto Gustaw dowiedział się, że w ciągu pół roku swej pracy zarobił tyle rubli, że ledwie pokryły one koszty jego pobytu w obozie.

4. Ochłap.
W 1941 roku zimą doszło do śmierci jednego z więźniów, Gorcewa, o którym mówiono, że należał on niegdyś do NKWD, a to dlatego, że jednego razu, po kłótni z paroma więźniami z Uzbekistanu, wykrzyczał, że swego czasu takich jak oni zabijał „jak idzie”. Od tego czasu w obozie szykowano lincz na Gorcewa. Sytuacja zaogniła się, kiedy jednego razu jeden z przejezdnych więźniów rozpoznał go i wypowiedział na głos wszystkie jego grzechy – jak to wpychał ludziom igły za paznokcie czy łamał palce, torturował. Na te słowa doszło do bójki, jednak pozostali więźniowie, świadkowie zajścia, zbuntowali się przeciwko Gorcewowi i go mocno pobili tak, że uznano, że „długo już nie pociągnie”. Przydzielono go do brygady pracującej w lesie, przyznano mu jedzenie z trzeciego kotła, nie dopuszczano go do odpoczynku. Mężczyzna skruszał, zaczął płakać, wszyscy przyglądali się temu, jak podupada na zdrowiu i pluje krwią. Razu jednego zemdlał. Załadowano go na sanie, po czym woziwoda miał zawieźć mężczyznę do zony. Po drodze jednak spadł z sań i w tym stanie pozostawiono go na powolną śmierć.

5. Zabójca Stalina.
Któregoś razu Gustaw poznał w obozie człowieka, który „wygrał zakład, ale przegrał życie”, otóż w więzieniu siedział już 7 lat i za to, że niegdyś założył się ze swoim przyjacielem, że jednym strzałem wyceluje w obraz z podobizną Stalina. Po jakimś czasie doszło między nimi do scysji, w wyniku czego ów przyjaciel doniósł na niego, po czym NKWD przyszło na oględziny obrazu, co poskutkowało aresztowaniem. Mężczyzna trafił do brygady tragarzy, lecz długo musiał o to zabiegać. Sprawował się dobrze, lecz wieczorami zaczął robić uniki, aż pewnego razu spadł na zaśnieżone tory. Okazało się, że cierpi na tzw. kurzą ślepotę, co oznaczało, że jego wzrok znacznie pogarszał się, gdy na dworze było ciemno. Choroba ta była na tyle popularna w obozie, że nikt się nią specjalnie nie przejmował. Mężczyzna musiał zmienić brygadę i poszedł do leśnej. W wyniku pracy w tychże trudnych warunkach zaczął podupadać na zdrowiu, aż w końcu zmarł parę miesięcy po tym. Przed śmiercią jednak bohater zobaczył go – przypominał żebraka, szaleńca – sam powiedział mu, iż jest zabójcą Stalina.

6. Drei Kameraden.
Po całym dniu, kiedy bohater był pewien, że nie otrzyma wraz z towarzyszami wezwania na bazę, udawał się do małego baraku o nazwie „pieriesylny”. Udawało mu się tam spotkać więźniów, którzy czekali na przeniesienie do kolejnych obozów. Jecerewo było miejscem, z którego więźniów przerzucano do innych obozów o znacznie gorszych warunkach. W tym małym baraku dowiedzieć można było się dowiedzieć o życiu w innych obozach, wymienić informacje, porozmawiać z drugim człowiekiem. Bardzo często dochodziło tu do handlu. W tej bazie tranzytowej można było ponarzekać na swój los, spotkać nowych ludzi. W roku 1940 do obozów i więzień napływali mieszkańcy wschodniej Europy: Ukraińcy, Białorusini, Żydzi, Polacy. W późniejszych latach dołączyli do nich Finowie i krasnoarmiejcy. Krótko po wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej w baraku tranzytowym można było spotkać licznych Niemców. Odróżniało ich od grupy pozostałych więźniów zachowanie oraz przyzwoity ubiór. W 1941 Gustaw miał przyjemność poznać w „pieriesylnym” trzech Niemców: studenta Stefana oraz dwóch mechaników samochodowych – Hansa i Otta. Wszyscy trzej byli członkami niemieckiej partii komunistycznej.
Po słynnym pożarze Reichstagu partia wydelegowała ich za granicę. Mechanicy poznali się w fabryce maszyn w Charkowie w 1936 roku. Stefan w tym czasie ubiegał się o przyjęcie na studia w Kijowie. Rok przed Wielką Czystką Hans ożenił się z Ukrainką. Wielka Czystka dosięgnęła całą trójkę. Postawiono im zarzut szpiegostwa i wszczęto w tej sprawie śledztwo, które trwało blisko rok. W 1939 wszystkich niemieckich komunistów umieszczono w jednym skrzydle moskiewskiego więzienia. Tu Hans i Otto poznali Stefana i zaopiekowali się nim. W pierwszej połowie września, więźniowie dowiedzieli się o pakcie sowiecko-niemieckim. Zaczęli protest głodowy, żądając rozmowy z ambasadorem. Przed końcem głodówki delegacja niemieckich komunistów spotkała się z schulenburdzkim wysłannikiem. Postawili tylko jedno żądanie – nie będą osądzeni za komunizm i nielegalną ucieczkę z kraju. Negocjacje rosyjsko-niemieckie trwające kilka miesięcy zapewniły więźniom liczne przywileje. Rosjanie ostatecznie wyrazili zgodę na uwolnienie byłych komunistów niemieckich. Zastrzegli jednak, że zatrzymają kilkudziesięciu więźniów w Rosji. W grupie zatrzymanych znaleźli się Otto, Stefan i Hans. Na początku roku 1940 usłyszeli wyrok 10 lat, a w lutym wysłano ich do Jercewa. Gustaw rozpoczął z nimi dyskusję dotyczącą porównania obozów koncentracyjnych i obozów pracy w Rosji. Jedynie student wykazywał chęć rozmowy, jednak został skarcony przez jednego z mechaników. Następnego ranka Niemcy poszli do Niandomy.

7. Ręka w ogniu.
Rosyjski system pracy przymusowej zakładał obok gospodarczego wyeksploatowania całkowite przeobrażenie więzionego człowieka. Dążąc do całkowitej destrukcji osobowości przesłuchiwanego więźnia podczas przesłuchań stosowano liczne tortury. Człowiek budzony był w środku nocy, oślepiany. Aby wydobyć od niego podpis czy zeznanie udawano się także od takich metod jak drażnienie widokiem kawy czy papierosów:
„Człowiek budzonyco nocy - na przestrzeni długich miesięcy, a czasem nawet i lat - pozbawiony w czasie śledztwa prawa załatwiania najelementarniejszych potrzeb fizjologicznych, trzymany godzinami na twardym krześle, oślepiony skierowaną prosto w oczy żarówką, kłuty podstępnymi pytaniami i niesamowitym crescendo urojonych zarzutów, drażniony sadystycznie widokiem papierosów i gorącej kawy na stole - gotów jest podpisać wszystko. Nie o to jednak chodzi. Więźnia można uważać za „spreparowanego” do ostatecznego zabiegu dopiero wtedy, gdy widać już wyraźnie, jak jego osobowość rozpada się na drobne części składowe: pomiędzy skojarzeniami powstają luki, myśli i uczucia obluzowują się w swych pierwotnych łożyskach i klekocą jak w zepsutej maszynie, pasy transmisyjne łączące teraźniejszość z przeszłością obsuwają się z kół napędowych i opadają na dno świadomości, wszystkie dźwignie i przekładnie intelektu i woli zacinają się, strzałki w zegarach pomiarowych skaczą jak oszalałe od zera do maksimum i z powrotem. Maszyna kręci się dalej na zwiększonych obrotach, ale nie pracuje już tak jak dawniej - wszystko, co wydawało się oskarżonemu przed chwilą absurdem, staje się rzeczą prawdopodobną, choć ciągle jeszcze nieprawdziwą, uczucia zmieniają barwę, napięcie woli znika”.
Więźniowie sami podpisywali akty oskarżenia. Zwykle nie byli w stanie wtedy myśleć racjonalnie, ich osobowość była rozbita na tysiące kawałków. Więźniowie zaczynali wtedy nawet wierzyć w to, co wcześniej wydawało się dla nich absurdem. Kiedy więzień był w stanie takiego emocjonalnego rozbicia, sędzia śledczy przedstawiał mu ostateczny dowód potwierdzający oskarżenie. Był to ostateczny, decydujący atak z jego strony. Przesłuchiwany stwierdzał wówczas, że jest winny i do tej pory źle postępował. Bardzo często w okresie między zakończeniem śledztwa a wydaniem wyroku więzień dochodził do siebie i uświadamiał sobie swoją niewinność. Miał wiele czasu do rozmyślań, zamknięty w więzieniu śledczym. Obowiązywał go zakaz rozmów z pozostałymi więźniami. Po wydaniu wyroku następował wyjazd do obozu.
W obozie liczyły się dla niego dwie rzeczy: praca i litość dla współwięźniów, świadcząca o tym, że nadal jest człowiekiem i potrafi odczuwać. Obóz jednak zmieniał ludzi. Na początku dzielili się oni kromką chleba, pomagali chorym i tym cierpiącym w „trupiarni”. Po kilku tygodniach pobytu w obozie człowiek najpierw troszczył się o swoje życie i swój żołądek, a dopiero później o innych. W tej chwili więzień wyzbywał się człowieczeństwa i proces rozpoczęty podczas pierwszych przesłuchań można było uznać za zakończony. Teraz rozpoczynała się eksploatacja taniej siły roboczej.
Michaił Aleksiejewicz Kostylew został przydzielony do grupy Gustawa. Był on nowym, więźniem, który przybył z Mostowicy. Był komunistą, studiował w Akademii Morskiej. Tu zapoznał się z klasykami marksizmu, działał w partii. Pragnął walczyć o wolność Europejczyków z Zachodu, uważał siebie za misjonarza. Na drugim roku studiów przypadkiem wpadły mu w ręce książki zachodnio-europejskich autorów, głównie francuzów. Malowały one przed nim obrazy idealnych miejsc, do których chciał dotrzeć. Zaniedbał przyjaciół, studia i partię. Powieści francuskie ukazały mu znaczenie słowa wolność. Był przekonany, że rodzina, znajomi, partia ukrywali przed nim „całą prawdę”. W 1937 został aresztowany. Nic nie dawały śledczym tortury fizyczne, zatem podjęli się tortur psychicznych. Kostylew wymyślił nazwiska i fakty przyznając się do abstrakcyjnej winy. Dalsze tortury psychiczne zmusiły młodego studenta do podpisania dokumentu świadczącego o tym, że chciał on obalić Związek Sowiecki przy pomocy obcych mocarstw. Kartą przetargową było zeznanie jednego ze studentów, z którym kiedyś podczas kłótni Kostylew  wykrzyknął, że należy wyzwolić Zachód od życia. Oszołomiony podpisał oskarżenie. Na początku 1939 został skazany na dziesięć lat obozu. Ponieważ był inżynierem otrzymywał lekkie prace. Po złożeniu na niego donosu został przeniesiony do brygady leśnej. Znienawidził współwięźniów. Zaczął czytać książkę, która uchroniła go przed całkowitym upadkiem. Czytając ją zrozumiał, że został oszukany. W 1941 został przeniesiony do brygady tragarzy. W tym miejscu poznaje Gustawa, cierpiącego w owym czasie na bezsenność. Gustaw poznał tajemnicę Kostylewa, który codziennie wsuwał rękę do pieca, by być zwolnionym z pracy i móc w spokoju czytać książkę w baraku. Na początku maja miała odwiedzić go matka. Misza nie chodził na bazę. Na początku kwietnia dostał on przydział na wyjazd na Kołymę. Do tego obozu wybierano wyłącznie więźniów w wysokoprocentową utratą zdrowia. Gustaw udał się do naczelnika obozu z propozycją wyjazdu zamiast Miszy, jednak naczelnik nie wyraził na to zgody. Misza z rozpaczą stwierdził że nie spotka się z matką. Oblał się wrzątkiem i konał w męczarniach. Matka nie została poinformowana o śmierci syna i na początku maja stojąc na wartowni odbierała rzeczy syna.

8. Dom Swidanij.
Dom Swidanij był miejscem, w którym możliwe były odwiedziny krewnych. Takie odwiedziny trwały ok. trzech dni i było dozwolone raz w roku. Aby uzyskać zgodę na wizytę rodziny więzień musiał starać się nawet kilka lat, wyrabiać 100% normy i mieć nienaganną przeszłość polityczną. Ponadto musiał podpisać deklarację zobowiązując się do milczenia na temat życia w obozie. Podobną deklarację podpisywała rodzina. Przed spotkaniem z krewnymi więźniowie dostawali nowe ubrania, mógł skorzystać z łaźni oraz fryzjera. Każda wizyta była ważnym wydarzeniem, jednak cudzoziemcy nie potrafili czerpać radości ze szczęścia współwięźniów. Dom Swidanji zbudowany był z sosnowych desek, w oknach wisiały firanki. Na czas widzenia każdy więzień otrzymywał własny pokój z czystym łóżkiem.

9. Zmartwychwstanie
Miejscem szczególnym w obozie był szpital. Każdy więzień marzył, by trafić tam choć na parę dni. Chwila odpoczynku, czyste łóżko przywracały więźniom poczucie normalności i godność. Szpital mieścił się w baraku obok Domu Swidanij. W salach panowała czystość, na korytarzach czekali chorzy więźniowie. Kierownikiem szpitala był lekarz z Jercewa, podlegało mu trzech lekarzy obozowych – Loevenstein, Zabielski i Tatiana Pawłowna. Lekarze obozowi sami byli więźniami, dlatego bardzo przestrzegali przepisów, z obawy przed zarządcami obozu. Pozycja lekarzy wiązała się z licznymi przywilejami. Lekarze mieli dostęp do kuchni oraz apteczki. Często po zakończonym wyroku otrzymywali propozycję podjęcia pracy w obozie. Leczenie polegało na podawaniu leków przeciwgorączkowych i odpoczynku. Każdy pacjent otrzymywał kartkę do łaźni, czystą bieliznę, „trzeci kocioł”, surówkę oraz porcję białego chleba.
Więźniowie starali się na wszelkie sposoby trafić do szpitala. Początkowo uciekali się do samookaleczeń, jednak władze obozu zaczęły traktować to jako sabotaż i dodawały do wyroku kolejne dziesięć lat:
„Ludziom prostym życie w obozie przychodziło nieco łatwiej, uważali je bowiem za ostateczne dno swej niełatwej i przedtem egzystencji i z pewną pokorą w sercach czekali na nagrodę za cierpliwość w cierpieniu. Ludzie inteligentni jednak, obdarzeni żywszą wyobraźnią, bogatsi w doświadczenia, byli na ogół zawsze bardziej niecierpliwi i jeśli nie potrafili się uzbroić w odrobinę bodaj cynizmu, oddawali się na pastwę wspomnień ze związanymi rękami i nogami. Jest rzeczą niezmiernie charakterystyczną, że „kułacy” i recydywiści pospolici raczej niechętnie szli do szpitala, przekładając nadeń parę dni zwolnienia w baraku - jak gdyby powstrzymywała ich przed tym krokiem nieświadoma obawa, że raz ujrzawszy coś, co mogło przypominać wolność, nie potrafią już nigdy więcej wrócić do niewoli. Ale szpital był prawdziwą ucieczką dla wszystkich, którzy wbrew podszeptom instynktu nie chcieli zapomnieć. Witali chorobę z radością, a wracając ze szpitala do baraków, twarze mieli ściągnięte i skurczone bólem; jak ludzie, których oderwano siłą od szczeliny w murze sięgającej w przeszłość, a poprzez przeszłość w zwodniczą nadzieję przyszłości”.
Pewnego dnia Gustaw wyszedł na 35 stopniowy mróz, by trafić do szpitala. Otrzymał dwa tygodnie zwolnienia. Leżał między Niemcem S i Rosjaninem Michaiłem Stiepanowiczem W. Przez pierwsze dni nie utrzymywali kontaktów, delektowali się ciszą i spokojem. Po kilku dniach siły powróciły do Gustawa i nawiązał bliższą znajomość z towarzyszami szpitalnymi.
Lekarz w Jercewie, Jegorow, był człowiekiem nieprzekupnym. Związał się z jedną z sióstr – Jewgieniją Fiodorowną. Z początku pracowała ona w lesie, jednak gdy była u kresu sił Jegorow zabrał ją do pracy w ambulatorium. Odczuwała ona wyrzuty sumienia z powodu związku z wolnym człowiekiem. Gustaw zdawał sobie sprawę, że ich uczucie nie przetrwa. Jak się później okazało Jewgienija związała się z innym więźniem – Jarosławem R. W kobiecie obudziły się żywe, prawdziwe uczucia. Michaił Stiepanowicz określił tę zmianę w jej zachowaniu jako zmartwychwstanie. Lekarz próbował walczyć o swój związek wysyłając Jarosława R do obozów peczorskich. Dzień przed wyjazdem Jewgienija sama zgłosiła się do niego o podobne przeniesienie. Jewgienija zmarła przy porodzie, wydając na świat dziecko Jarosława R.

10. Wychodnoj dień.
Wychodnoj dien był w obozie dniem wolnym od pracy. Z początku przypadał raz na dekadę, jednak gdy władze obozowe zauważyły, że zmniejsza się plan produkcyjny obozu. Zdecydowano więc, że wychodnoj dien będzie ogłaszany wówczas, gdy obóz przekroczy górną granicę produkcji na kwartał. O wolnym dniu więźniowie dowiadywali się dzień wcześniej od brygadierów. W tym dniu w obozie rozbrzmiewały dźwięki muzyki i śpiewy. Było to przygotowanie do dnia, który naznaczono rozrywkami i drobnymi przyjemnościami. Więźniowie okazywali sobie życzliwość, rozmawiali do późnej nocy. Pobudka była późniejsza, a po śniadaniu odbywała się rewizja, po której więźniowie zmuszeni byli uporządkowywać swoje baraki.
Każdy obozowicz spędzał dzień wolny w swój własny sposób. Gustaw spotykał się z innymi więźniami i prowadził ożywione konwersacje. Później odwiedzał baraki, w których zamieszkiwali jego znajomi. Zwykle o tej porze więźniowie zajęci byli pisaniem listów do krewnych. Tego dnia Gustaw odwiedził starego Kozaka – Pamfiłowa. Pod wieczór więźniowie wracali do swoich baraków, w których toczyły się zacięte dyskusje oraz wysłuchiwano opowieści współtowarzyszy. Przez kilka kolejnych dni świątecznych więźniowie z baraku, w którym mieszkał Gustaw słuchali opowieści Fina, Rusto Karinena o jego nieudanej próbie ucieczki z obozu. Dochodzi on do wniosku, że więźniowie są przykuci i związani z obozem, dlatego nie można od niego uciec.

 

CZĘŚĆ DRUGA

11. Głód.
W najgorszej sytuacji w obozie znajdowały się kobiety. W obozie cierpiało się na dwa rodzaje głodu – fizyczny i seksualny. Stare prawo obozu mówiło, że jeśli kobietę złamie się głodem fizycznym to zaspokaja się obie potrzeby jednocześnie. Życie w obozie pokazuje, że nie ma takiej rzeczy, której człowiek nie zrobiłby z głodu i bólu. Kobiety oddawały się za kawałek chleba. Często też zachodziły w ciążę, ponieważ gwarantowała ona wolne od pracy na trzy miesiące przed i pół roku po porodzie.
Pewnego dnia do obozu trafiła młoda Polka, która była dumna i nie dopuszczała do siebie żadnych mężczyzn. Gustaw założył się z inżynierem Polenko, że kobieta nie ugnie się. W kilka tygodni później przegrał zakład. Najdłużej opór stawiała śpiewaczka z moskiewskiej opery Tania, ale i ona z czasem ustąpiła.
To jakie żniwo zbierał głód można było zauważyć tylko w łaźniach, do których więźniowie mieli dostęp tylko raz na trzy tygodnie. W łaźni Gustaw poznał profesora Borysa Lazarowicza N, który później przedstawił mu swoją małżonkę – Olgę. W niedługim czasie Borys trafił do „trupiarni”, a Olga do brygady na bazie żywnościowej. Profesor przymierał głodem, został odesłany do innego obozu. Gustaw wraz z Olgą przemycali do obozu ciasto. Jeden z współwięźniów aby uchronić się przed śmiercią głodową zabił psa.

12. Krzyki nocne.
Baraki były oświetlone całą noc. Po skończonej pracy więźniowie mieli kilka chwil wytchnienia. Spędzali je głównie na pryczach, ale także naśladując życie na wolności. Największą zmorą dla więźniów była myśl o śmierci. W wieczór po przyjeździe do obozu Gustaw zauważył starca siedzącego przy piecu. Jego oczy były pozbawione wyrazu, puste, nieme, martwe. Należące do kogoś, kto nie potrafił zakończyć swojego życia. Jak się później okazało mężczyzna pochodził z Czeczenii. Na wolności zajmował się rolnictwem, jednak kolektywizacja pozbawiła go jego gospodarstwa. Aresztowano go, ponieważ nie chciał oddać worka pszenicy i zabił dwa barany. Po tygodniach morderczych przesłuchań i tortur został skazany na piętnaście lat. Mówił, że co dzień modli się o śmierć. Był jedynym więźniem, który nie krzyczał przez sen.
Więźniowie leżąc na pryczach popadali w obłęd związany z myślami o śmierci. Śmierć w obozie była anonimowa. Nie znano miejsca pochówku zmarłych więźniów, nie wiedziano czy po śmierci władze obozu wypełniają jakieś dokumenty, czy rodzina dowiaduje się o śmierci bliskiej osoby. Przekonanie, że ich śmierć pozostanie anonimowa najbardziej przerażało więźniów. Bardzo często współwięźniowie zobowiązywali się wzajemnie do tego, że ten który przeżyje obóz powiadomi rodziny o dacie śmierci oraz przybliżonym miejscu pochówku:
„W każdym razie w warunkach życia i pracy, jakie dane były więźniom w obozie, najskromniejsza nawet dyscyplina wypoczynku wymagała ogromnych wysiłków woli lub takich pokus, które byłyby silniejsze od śmiertelnego zmęczenia po jedenastogodzinnej pracy o głodzie. Dla większości więźniów powrót do zony i tak bardzo przez cały dzień upragnione spoczęcie na pryczy były złudną i samobójczą formą wzmocnienia organizmu”.
Każdego wieczoru około godziny dwudziestej drugiej rozmowy więźniów ustawały. Obóz powoli pogrążał się we śnie. Koło północy nad obozem rozbrzmiewały jęki śpiących. Czasem ciszę w środku nocy zagłuszał krzyk.

13. Zapiski z martwego domu.
W obozie od czasu do czasu organizowane były pokazy filmowe lub przedstawienia obozowe. Odbywały się one w baraku „chudożestwiennoj samodiejatielnosti”, który mieścił się w pobliżu kuchni. Owym barakiem zajmował się Kawecze, który również czuwał nad biblioteką. Funkcję tę pełnił obecnie Kunin, który zamieszkiwał za zoną. Miał on również pomocnika, którym był dawny więzień Paweł Iljicz.
Kawecze próbował zorganizować dla więźniów kursy dokształcające, jednak jego pomysły nie były przyjmowane z wielkim entuzjazmem:
„Cała działalność „kawecze” sprowadzała się do wypożyczania książek z biblioteki obozowej i do urządzania przedstawień w baraku „chudożestwiennoj samodiejatielnosti”. Kunin nie czytał prawdopodobnie w życiu ani jednej książki, ale znał zasady ich wydawania w obozie. Pierwsze pytanie, jakie otrzymywał więzień w wypożyczalni obozowej, brzmiało: „Jaki paragraf?” Polityczni mogli ubiegać się o dzieła Stalina i literaturę propagandową tylko po uprzedniej rozmowie z Kuninem; przestępcy pospolici natomiast mieli dostęp do wydawnictw politycznych bez ograniczeń. Ta procedura dogadzała więc w rezultacie większości zainteresowanych - pospolici bardzo rzadko odczuwali potrzebę przeczytania czegokolwiek poza obwieszczeniami na „czerwonej tablicy”, a polityczni mieli zrozumiałą awersję do studiowania teorii, którym zawdzięczali swoje uwięzienie”.
Poparcie więźniów zyskiwał organizując przedstawienia. W takim dniu, skazańcy byli dla siebie wyjątkowo uprzejmi i życzliwi. Zjawiali się w baraku z minami odświętnymi. Emisję filmów amerykańskich zawsze poprzedzała kilkuminutowa migawka sowiecka, utrzymana w tonie propagandowym. Film, którego pokaz był teraz organizowany nosił tytuł „Wielki walc”. Więźniowie wzruszyli się widząc życie ludzi wolnych. Zastanawiali się, czy kiedykolwiek wyjdą z obozu i zaznają wolności tak jak bohaterowie filmu. Gustaw siedział w towarzystwie Natalii Lwownej, która pracowała w biurze rachmistrzów. Po zakończeniu seansu więźniowie dziękowali Kuninowi. Natalia płakała. W rozmowie z Gustawem stwierdziła, że nie może się opanować widząc, że za murami obozu nic się nie zmienia. Dała mu książkę Dostojewskiego „Zapiski z martwego domu”. W ciągu następnych dwóch miesięcy Gustaw przeczytał ją. Czuł się tak, jakby przeżył olśnienie. Im bardziej wczytywał się w kartki książki, tym bardziej myślał o samobójstwie. Stanowiłoby ono samowyzwolnie. Natalia odbierając książkę wyznaje, że dzięki niej zrozumiała, że jest panią swojego życia i sama decyduje o rodzaju i czasie swojej śmierci.
Kolejne przedstawienie było ogłoszone wcześniej. Wieczorami trwały próby i przygotowania do tego wydarzenia. Miał być to koncert z udziałem Tani – śpiewaczki operowej. Gustaw poszedł w towarzystwie Olgi i Natalii. Gustaw tak zasłuchał się w koncert skrzypcowy Zelika Lejmana, że nie zauważył kiedy Natalia opuściła barak. Kilka tygodni później w obozie rozeszła się wieść, że Natalia próbowała targnąć się na swoje życie. Jej sąsiadka z pryczy we właściwym czasie zaalarmowała wartowników i przeniesiono kobietę do szpitala. Spędziła w nim dwa miesiące. Dostała inny przydział w pracy i jej znajomość z Gustawem zakończyła się.


14. Na tyłach otieczestwiennoj wojny.
Partia szachów.
Po wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej w życiu Gustawa zaszły pewne zmiany. Pod koniec czerwca wraz z innymi cudzoziemcami i rosyjskimi więźniami politycznymi został przeniesiony do pracy przy porębach leśnych. Władze obozowe drżały na samą myśl o wojnie. Więźniowie między sobą mówili o niej mało, ale wyczekiwali nadejścia wojsk hitlerowskich. Nastąpiły zmiany administracyjne w obozie. Ze stanowisk usunięto wszystkich „politycznych”. Ich miejsca zajęli wolni ludzie. Niemcy zostali przydzieleni do brygad leśnych. Obóz zawiesił zwalnianie więźniów. Podwojono także wyroki skazanym za szpiegostwo na rzecz Niemiec. Po miesiącu od wybuchu wojny nic się nie działo.
Po podpisaniu paktu Sikorski-Majski sytuacja Polaków w obozie drastycznie się zmieniła. Byli uważani za sojuszników i ludzi walczących w imię wolności. Nastąpiła amnestia, po której Rosjanie i cudzoziemcy odsunęli się od nich. Uważano ich za przyszłych prześladowców w więzieniach i obozach sowieckich. W grudniu 1941 podczas przemówienia Stalin powiedział, że ofensywa niemiecka została zatrzymana w okolicach Moskwy i Leningradu. Skazańcy nie byli tym pocieszeni.
Na początku lata 1941 w obozie wydarzył się wypadek. W Jercewie znajdował się barak techniczny. Pracujący tu więźniowie wykonywali zawody, którymi trudnili się także na wolności. Posiadali liczne przywileje, jednakże otrzymali je kosztem donosicielstwa. Gustaw miał w tym baraku wielu znajomych. Pewnej letniej nocy Gustaw, Weltmann, Loevenstein i Mironow rozgrywali partię szachów. Ormianin Machapetianow leżał na swojej pryczy. W środku nocy z głośnika radiowego odbierano wiadomości z frontu. W tym samym czasie w drzwiach baraku stanął pijany technik i uważnie wysłuchał relacji. Po zakończeniu wiadomości wykrzyknął, że ciekawi go, ile rosyjskich samolotów zostało zestrzelonych przez Niemców. Zapanowała cisza, po czym Zyskind wyszedł z baraku. Po piętnastu minutach dwóch oficerów z oddziału trzeciego wyprowadziło pijanego mężczyznę i Machapetina, w celu potwierdzenia słów technika. Po niedługim czasie Zyskind wrócił do pomieszczenia i położył się na swojej pryczy. Słychać było wystrzał. Gustaw spojrzał na twarz donosiciela, który tłumaczył, że odbył się trybunał wojenny. Gustaw poddał partię szachów. Loevenstein stwierdził w rozmowie z Zyskindem, że on jeden ma szansę stanąć w szeregach obrońców ojczyzny.

15. Sianokosy.
Sianokosy są okresem najmilej wspominanym przez Gustawa. Praca odbywała się daleko za obozem. Droga była w prawdzie długa i ciężka, ale praca nie była trudna. Na czele brygady Gustawa stanął stary cieśla – Iganow. Pracował on razem z innymi więźniami i nie korzystał ze swoich przywilejów. Polacy wychodzili na wolność po amnestii. Gustaw nawiązał przyjaźń z Sadowskim, starym bolszewikiem.
Gdy sianokosy dobiegły końca, brygadę wysłano na ścinkę drzew. Ich zadaniem było piłowanie i ładowanie klocków. Gustaw nie miał się w tym czasie najlepiej, był to dla niego najbardziej morderczy okres. Na gwałtowną zmianę pracy organizm zareagował cyngą i kurzą ślepotą. Bardzo często opadał z sił. Jego partner – Sadowski – popadł w obłęd głodowy. Do zmartwień Gustawa dołączyła świadomość tego, że nie został objęty amnestią. Każdego dnia prowadził rozmowy z Polakami idącymi z innych łagpunktów na wolność. Przetrwał ten okres jedynie dzięki Machaperianowi.
W listopadowy wieczór Gustawa zaczepił pewien więzień przed barakiem. Okazało się, że posiada on informacje na temat przyszłości Gustawa. Ponieważ Gustaw rozpowiadał o zwycięstwie Rosjan, donosiciele w rozmowie ze Struminą stwierdzili, że nie powinno się go zwalniać. Należy natomiast przenieść go do Moskwy jako szpiega. Gustaw dowiedział się, że donosicielem był Machapetian.

16. Męka za wiarę.
Pod koniec listopada 1941 Gustaw przestał się łudzić, że amnestia obejmie również jego. Wiedział, że jego ciało jest zbyt słabe by przetrwać do wiosny, dlatego postanowił ogłosić głodówkę protestacyjną. Z dwustu polskich więźniów w obozie Jercewie pozostało zaledwie sześć osób:
„Z blisko dwustu Polaków pozostało nas w samym Jercewie sześć osób. Codziennie przechodziły przez centralę dziesiątki więźniów z Mostowicy, Ostrownoje, Kruglicy, Niandomy i obu Aleksiejewek. Obóz wyludnił się w tragiczny dla nas sposób. Wydawało się, że jeśli nie umrzemy szybko, podzielimy los „starych Polaków” z Ukrainy, których od kraju rodzinnego oderwała rewolucja roku 1917 i którzy do czasu „amnestii” z roku 1941 uważali się za Rosjan. I rozumieliśmy teraz lepiej ich gorycz, gdy się dowiedzieli, że układ polsko-sowiecki uważa ich również za Rosjan”.
Głodówka ta była aktem desperacji. Gustaw był w ostatnim stadium cyngi, jego organizm był mocno osłabiony. Długoletni więźniowie byli pewni, że pozostało mu najwyżej pół roku życia. W obozie taki rodzaj protestu traktowano jak sabotaż. Groziło to śmiercią lub kolejnym wyrokiem. Współwięźniowie odradzali mu tego działania, lecz Gustaw nie słuchał ich, pragnął przypomnieć o sobie. Postanowił do swojego pomysłu nakłonić pozostałych Polaków. Twierdzili oni jednak, że takie działania mogą jedynie pogorszyć sytuację. Ostatniego dnia listopada zrozpaczony Gustaw był pewien, że strajk rozpocznie samotnie. W ten wieczór ostatni raz udał się do baraku Polaków apelując do nich i argumentując swoje postanowienie. Stwierdził, że Machapetian donosił na niego, i równie dobrze mógł donosić na wszystkich innych. Ponadto stwierdził, że komuniści niemieccy ogłosili w więzieniu głodówkę i prawie wszyscy zostali puszczeni wolno. Polacy po tej rozmowie zgodzili się przyłączyć do protestu. Jedynie inżynier M. został wyłączony z akcji, gdyż ze względu na stan zdrowia został wyznaczony do zaniesienia informacji o buncie na wolność. Jego samego wieczoru Polacy solidarnie zanieśli swoje porcje żywnościowe do biura Samsonowa. W tym okresie w postępowaniu Gustawa dało się odczuć zmiany. Z początku odczuwał on wyrzuty sumienia, z powodu tego, że wyjdzie na wolność w imię obrony tego, co stało się przyczyną aresztowań. Zaczął odczuwać nienawiść do współtowarzyszy, stał się podejrzliwy, opryskliwy i milczący.
Każdy Polak, który rozpoczął głodówkę pragnął wyjść na wolność, kosztem innych. Gdy Gustaw wrócił do baraku inni więźniowie przestali rozmawiać i odsunęli się od niego. Wieść o działaniach Polaków rozeszła się lotem błyskawicy i wywołała falę lęków. Tej nocy Gustaw nie mógł zasnąć. Zasnął dopiero nad ranem. Ze snu wyrwało go gwałtowne szarpnięcie Zyskinda, który zabrał go ze sobą. Po drodze Zyskind zbierał pozostałych głodujących Polaków. Zaprowadził ich do biura naczelnika obozu – Samsonowa. Przyjmował ich kolejno na przesłuchanie. Na pytania odpowiadali zgodnie, żądając zwolnienia z obozu na mocy amnestii. Po przesłuchaniu protestujący zostali zaprowadzeni do izolatora. Pierwszy głód Gustaw odczuł dopiero wieczorem. Następnego ranka uczucie głodu zastąpiła pustka i samotność. Wymienił kilka uwag z współwięźniami z sąsiednich cel. Dowiedział się że w celi obok siedzą trzy siostry zakonne. Zyskind przyniósł porcję chleba, robił to codziennie.
Wieczorem do celi Gustawa przyprowadzono drugiego człowieka. Zaczął on łapczywie jeść swój posiłek. Gustaw poczuł osłabienie, jednak nie ugiął się. Więzień spędził w celi pięć dni. Polak nie zamienił z nim nawet jednego słowa. Z każdym dniem głodówki ciało Gustawa było coraz bardziej słabe. Prawie cały czas leżał bez ruchu na pryczy. Czwartego dnia głodówki w drzwiach celi stanął oficer NKWD. Na zadane przez niego pytanie dotyczące przerwania głodówki Gustaw odpowiedział przecząco. Po jakimś czasie usłyszał od T, że pani Z zemdlała. Zabrano ją do szpitala. Wieczorem zjawił się Zyskind. Gustaw otrzymał od niego kartkę z wiadomością od B. Mówiła ona, że pozostała trójka głodujących jest w szpitalu. Radził również żeby zaprzestali protestów. Następnego ranka Gustaw obudził się z uczuciem duszności. Ciało było opuchnięte. Gorbatow przekazał mu informację, że wyprowadzono zakonnice z sąsiedniej celi. W nocy słychać było trzy wystrzały. Kolejnego dnia odwiedził go Loevestein. On również radził przerwać głodówkę, Gustaw jednak był nieugięty. W nocy w reakcji na ból serca ogarnął go strach. Przeraził się i zaczął walić w celę T. Myślał, że towarzysz nie żyje. Wspólnie podjęli decyzję o nie przerywaniu protestu. Ósmego dnia Zyskind wyprowadził Gustawa i T na wartownię. Tam podpisali tekst depeszy od ambasadora Rzeczypospolitej w Kujbyszewie. Zostali odprowadzeni do szpitala. Dzięki zastrzykom z mleka podanym przez dr Zabieleskiego, wbrew zaleceniom, obaj Polacy przeżyli.

17. Trupiarnia.
Była ostatnim etapem życia w obozie. Trafiali tu więźniowie niezdolni do pracy, starzy, chorzy. Teoretycznie istniała szansa przywrócenia więźnia do zdrowia przez regenerację organizmu. Pierwotnym założeniem trupiarni było przywracanie wykończonych fizycznie skazańców do stanu który umożliwiał im powrót do pracy. W praktyce barak ten stanowił miejsce, w którym mieszkali więźniowie czekający już tylko na śmierć. W trupiarni następowała kolejna selekcja. Dzielono więźniów na tych, którzy mają jeszcze szansę powrotu do brygady, oraz tych których czeka już tylko śmierć. Ci ostatni nie otrzymywali dodatku żywnościowego. Gustaw po głodówce przebywał w szpitalu pięć dni. Po tym okresie został skierowany do trupiarni. Cieszył się na myśl, że będzie mógł w spokoju, bezczynnie leżeć na pryczy czekając na zwolnienie z obozu.
W trupiarni powitały go liczne spojrzenia. Po wejściu do baraku zaczął szukać Dimki. Siedział on na pryczy w rogu pomieszczenia. Tuż obok swoją pryczę miał inżynier M. dzięki któremu głodówka Polaków została łagodnie potraktowana przez władze obozu. W środku dnia pojawił się Sadowski. Cierpiał on na obłęd głodowy. Każdego ranka i każdego wieczoru wystawał pod kuchnią i żebrał o jedzenie. Wyjadał resztki zlewek z kotłów.
Sama Trupiarnia była zamieszkiwana przez około sto pięćdziesiąt osób. Utrzymywana była w czystości i porządku. Panowała tam cisza. Skazańcy rozmawiali szeptem. Nie ukrywali oni swojej zazdrości o jedzenie i nienawiści do współwięźniów.
W miarę upływu czasu Gustaw przystosował się do specyficznych praw panujących w trupiarni. Pewnej nocy słyszał jak pewien nauczyciel z Nowosybirska opowiada o kobietach umierającym skazańcom. Innym razem Gustaw pomagał w kuchni. Miał możliwość najedzenia się do syta. W oknie kuchni dostrzegł twarze żebrzących o resztki Dimki i Sadowskiego. Popatrzył na nich z niechęcią i odrazą, choć sam parę dni wcześniej robił dokładnie to samo. Mimo tych specyficznych zasad panujących w Trupiarni, sprzyjała ona tworzeniu się przyjaźni. Dopiero tu Gustaw usłyszał historię życia Dimki.
W czasach rewolucji Dimka sprawował funkcję popa. Kilka lat później zrezygnował z posługi i stał się kancelistą. W 1930 roku wziął ślub i wyjechał na południe Rosji. Został ojcem dwójki dzieci. W roku 1936 cała jego rodzina została aresztowana. Sam Dimka został oskarżony o zbrodnię popostwa. Żona i dwójka dzieci zostali zesłani do Azji Środkowej. Dimka dostał skazany i przeniesiony do obozu. Tu odrąbał sobie nogę, by trafić do szpitala. W tym momencie definitywnie stracił wiarę w Boga.
Zupełnie innym człowiekiem okazał się być M. Współwięźniowie żywili do niego sprzeczne uczucia: nienawidzili go i szanowali jednocześnie. Zawsze kierował się trzema sprawami: Bogiem, Polską i żoną. Postępował z godnością, nie narzekał. Przed aresztowaniem sprawował funkcję urzędnika w ministerstwie rolnictwa. Pierwotnie skazano go na śmierć, jednak później wyrok zmieniono na dziesięć lat więdnienia. Od pierwszej chwili po aresztowaniu próbował skontaktować się z żoną, która została zesłana w głąb Rosji.
Ostatnie nadzieje na wolność zabił przymus podpisania krótkiego oświadczenia, które Polacy otrzymali przed Bożym Narodzeniem. Gustaw uświadomił sobie, że będzie zmuszony zadomowić się w Trupiarni. Nadszedł czas świąt. W obozach przebiegały one w sposób zakonspirowany, w wielkiej tajemnicy i nieoficjalnie. Wieczorem do baraku przybyli pozostali Polacy. Łamali się przechowywanym specjalnie na tę okazję chlebem. Pani Z ofiarowała każdemu z nich chusteczkę. Wigilijna kolacja, do której chwilę później zasiedli, składała się z kawałka chleba i kubka wrzątku. Płakali z tęsknoty za ojczyzną. Oficer B. opowiedział historię swojego aresztowania i śledztwa.

18.  Opowiadanie B.
Gustaw wspomina:
„Ledwie usnąłem, poczułem, że ktoś mnie budzi inaczej niż w czasie codziennego «podjomu». Obok mojej pryczy stał zastępca Samsonowa i kazał mi się szybko ubierać. Nie pozwolił mi się jednak dokładnie ubrać, obiecując, że zaraz wrócę do baraku. Wszyscy jeszcze spali i obóz zalegała cisza. W kancelarii NKWD czekała na mnie Strumina w asyście dwóch uzbrojonych żołnierzy. Byłem ciągle jeszcze zaspany, ale otrzeźwił mnie podsunięty do podpisu akt oskarżenia, z którego wynikało, że jestem aresztowany za powtórną zdradę Związku Sowieckiego. Mimo nacisku nie podpisałem. Strumina kazała mnie dwóm żołnierzom odprowadzić do centralnego izolatora. Nie pozwolono mi zabrać z baraku pozostałych części ubrania, obiecując dostarczyć mi je do więzienia”.
22 czerwca po wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej B. nie mógł zasnąć. Nad ranem został obudzony przez zastępcę Samsonowa. Zabrał go o kancelarii NKWD, gdzie czekała na niego Strumina. Towarzyszyło jej dwóch żołnierzy. Podsunięto mu do podpisania akt oskarżenia. Wynikało z niego, że B. zostaje oskarżony o kolejną zdradę Związku Sowieckiego. Oficer mimo silnych nacisków, nie podpisał dokumentu. Wyprowadzono go do centralnego izolatora. Po krótkim czasie do celi wprowadzono kilku więźniów z Jercewa. Snuli oni przypuszczenia, że zostaną rozstrzelani. Do celi trafiło w sumie dwudziestu dwóch więźniów. Zostali oni przywiezieni z innych łagpunktów. Rozpoczęto śledztwa. Ciągnęły się one wiele dni. Podczas przesłuchań katowano i bito więźniów. Zwykle odbywały się one w nocy. Skazańcy wracali nad ranem pobici, roztrzęsieni. Byli zmuszani do składania fikcyjnych zeznań, oraz podpisywania gotowych protokołów. Przesłuchanie B. również odbyło się w nocy. Został on przewieziony do siedziby NKWD. Oficer przeglądał dokumenty dotyczące poprzedniego śledztwa. Po przeprowadzaniu przesłuchania, B. otrzymał do podpisania gotowy dokument. Został on w nim oskarżony o bycie urzędnikiem w burżuazyjno-kapitalistycznej Polsce. Dokument zawierał także zarzut zdrady Związku Radzieckiego poprzez opowiadanie współwięźniom o życiu na Zachodzie. Odmowa podpisania aktu skończyła się pobiciem. Zaprowadzono go na wartownię pilnując by nie zasnął. Po kilku godzinach doszło do kolejnego przesłuchania. Trwało ono do rana. Po upływie dwóch tygodni B. został ponownie wezwany do podpisania protokołu. Ponownie odmówił złożenia podpisu.
Kilka dni później rozpoczęły się rozprawy sądowe. Osoby posiadające wyrok zostały przeniesione do innej celi. B. został sam. Pewnej nocy więźniowie, którzy byli skazani na śmierć, zostali zabrani z sąsiedniej celi i rozstrzelani. Po upływie kilku tygodni B. został zabrany w nocy do Sali sądowej. Przedstawiono przed nim, że na mocy umowy rządu polskiego z rządem sowieckim nie będzie sądzony. W pierwszych dniach września został przewieziony do Drugiej Aleksiejewki. Skierowano go tu do zony izolacyjnej. Po upływie dwóch tygodni uzyskał przeniesienie do wolnej zony. Wybrał barak który zamieszkiwali tylko Polacy i w nim zamieszkał. Pewnego dnia Polacy zbuntowali się i odmówili wyjścia do pracy. Żądali zwolnienia z obozu na mocy amnestii. Soroka wysłał wszystkich więźniów do Kruglicy. Jedynie B. trafił do Jercewa. Wracał tu jak do domu.
Ciało Gustawa ponownie zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa w styczniu. Puchło, było obolałe. Całe dnie spędzał na pryczy wspominając czasy, kiedy był wolnym człowiekiem i żył w Polsce. Często zapadał w sen na jawie i budził się z płaczem wspominając obraz rodziny.
Życie w Trupiarni toczyło się swoim własnym powolnym rytmem. Rytm ten burzony był jedynie przez nieoczekiwane wydarzenia. Pewnego wieczoru stary „kołchoźnik” rzucił się w ogień wykrzykując nadejście Chrystusa. Innym razem Sadowski wykrzykiwał jakieś nazwiska skazując wyimaginowanych ludzi na rozstrzelanie. Były to ostatnie dni pobytu Gustawa w Trupiarni.

19. Ural 1942.
19 stycznia 1942 roku podoficer Trzeciego Oddziału przypomniał sobie o Gustawie. Następnego dnia rano został on wypuszczony z obozu. Pożegnał się z Dimką i panią Olgą. Ruszył po dokumenty do Drugiego Oddziału. Wraz z dokumentami dostał spis miejscowości w których może przebywać. Po wyjściu z obozu udał się na dworzec kolejowy. Tu w oczekiwaniu na pociąg do Wołogdy spędził pierwszą noc na wolności. Gustaw postanowił przyłączyć się do wojsk polskich. Mógł dotrzeć jedynie do Uralu. Po dotarciu na dworzec w Wołogdzie spotkał wielu więźniów objętych amnestią. W tym mieście spędził kilka dni, co rano byli więźniowie wyganiani byli na żebry. Gustaw dostawał jedzenie od staruszki. Pewnego dnia Gustaw trafił do Ludowego Komisariatu Wojny. Kapitan nie chciał udzielić mu informacji dotyczących miejsca tworzenia armii polskiej.
Kolejnym przystankiem na jego drodze okazało się małe miasteczko Buj. Zawiadowca na stacyjce kolejowej zaproponował mu wyładowanie wagonu w zamian za kilogram chleba i talerz zupy. Gustaw zażądał miejsca w pociągu do Swierdłowska. Jeszcze tej samej nocy siedział na korytarzu, zmierzając w wybranym przez siebie kierunku. Po pewnym czasie nieznajoma kobieta zaprosiła go do swojego wagonu. Ukrywała go w przedziale i dzieliła się jedzeniem do końca przejazdu.
30 stycznia Gustaw dojechał do Swierdłowska. Zakupił notes i ołówek. Zapisywał w nim swoje obserwacje. Wraz z kilkoma Polakami zamieszkał na dworcu. Niestety nikt tu nie słyszał o armii polskiej. Później udał się na poszukiwanie rodziny Krugłowów. Byli to krewni jednego ze znajomych więźniów poznanych w łagpunkcie Ostrownoje. Córka generała przyjęła go bardzo ciepło oferując kolację. Gustaw był wzruszony takim traktowaniem. Krugłowa odmówiła mu noclegu tłumacząc się działaniami NKWD skierowanymi w stronę jej rodziny. Młodzieniec wrócił więc na dworzec. Kolejnego dnia pobytu poznał młodą Gruzinkę. Nazajutrz na dworcu swierdłowskim pojawił się oficer polski. Przekazał on informacje dotyczące najbliższej misji wojskowej armii polskiej. Mieściła się ona w Czelabiuńsku. Stacjonowali oni w hotelu „Ural”. Byli wśród nich znajomi Gustawa z obozu. Kapitan obiecał zorganizować dla Polaków dokumentu ułatwiające podróż do Kazachstanu.
W pierwszych dniach lutego pociąg zabrał ich do Czelabińska. 9 marca dotarli do Ługowojów. 12 marca dziesiąty pułk artylerii lekkiej przyjął w swoje szeregi Gustawa. Kapitan K, któremu Gustaw pomagał w więzieniu witebskim, był pierwszą osobą spotkaną w nowym miasteczku. Dywizja, złożona z najpóźniej uwolnionych więźniów została przeniesiona z Rosji do Persji. Dopiero 2 kwietnia Gustaw znalazł się poza Rosją, krajem w którym „można zwątpić w człowieka i sens walki o to, aby mu było lepiej na ziemi.”

20. Epilog. Upadek Paryża.
O upadku stolicy Francji więźniowie dowiedzieli się w Witebsku. Informację tę przyniósł więzień, którego wepchnięto do ich celi w czerwcu 1940 roku. Z powodu nieufności i świadomości istnienia szpiegów w pomieszczeniu zapanowało milczenie. Nieznajomy kilkakrotnie wyszeptał tę wiadomość, po czym rozpłakał się. Więźniowie zrozumieli, że nie ma na co czekać. Gustaw zawarł z nowym więźniem bliższą znajomość.
W czerwcu 1945 spotkali się ponownie. Tym razem w Rzymie. Polak zajmował się wtedy redakcją pisma wojskowego. Dopiero teraz Gustaw poznał dalsze losy więźnia. Z Witebska został on odesłany do obozu nad Peczorą. Ponieważ był Żydem z pochodzenia – ominęła go amnestia. W 1942 został przydzielony do brygady budowlanej. Przedterminowo zwolniono go dwa lata później. Został wtedy wcielony do Armii Czerwonej. W bitwie pod Budapesztem ucierpiał i został odesłany do jednostki polskiej. Z nią dotarł do Warszawy. Z Polski uciekł do Włoch. Ze smutkiem stwierdził, że po powrocie do Polski nie spotkał i nie znalazł nikogo bliskiego i znajomego. Szukał również ludzi, którzy przeżyli sowieckie więzienia, tortury, przesłuchania. Liczył tylko na jedno słowo – rozumiem. Wyznał, że w czasie życia w obozie został zmuszony do złożenia donosu. Dotyczył on czterech Niemców, którzy byli przydzieleni do jego brygady. Zmuszony był wybierać między powrotem do ciężkiej i wyczerpującej pracy w lesie, a życiem niewinnych ludzi. Egoistycznie wybrał własne dobro.
Gustaw wysłuchał go w spokoju i milczeniu. Powróciły do niego wspomnienia związane z życiem w obozie. Nie mógł wymówić oczekiwanego przez rozmówcę słowa. Mężczyzna opuścił pokój hotelowy. Gustaw oglądał, jak znajomy z Witebska niknie w tłumie wolnych ludzi:
„Wstałem z łóżka i nie patrząc mu w oczy, podszedłem do okna. Odwrócony plecami do pokoju, słyszałem, jak wychodzi i przymyka ostrożnie drzwi. Pchnąłem żaluzje. Na Piazza Colonna chłodny powiew popołudnia wyprostował przechodniów jak przyduszony posuchą do ziemi łan żyta. Pijani żołnierze amerykańscy i angielscy szli trotuarami, roztrącając Włochów, zaczepiając dziewczęta, szukając cienia pod parasolami wystaw sklepowych. Pod kolumnadą narożnego domu wrzała czarna giełda. Rzymscy „lazzaroni”, mali oberwańcy wojenni, nurkowali między nogami ogromnych Murzynów w mundurach amerykańskich. Miesiąc temu skończyła się wojna. Rzym był wolny, Bruksela była wolna, Oslo było wolne, Paryż był wolny. PARYŻ, PARYŻ. Wyszedł z drzwi hotelu, jak ptak z przetrąconym skrzydłem przefrunął przez jezdnię i nie oglądając się za siebie, zniknął w kotłującym się tłumie”.

KONRAD WALLENROD - STRESZCZENIE, CHARAKTERYSTYKA, OPRACOWANIE

Ideologia Makiawelizmu

Utwór Konrada Wallenroda poprzedzony jest mottem: "Dovate adungue sapere, come sono due generazoni da combattere... bisogna essere volpe e leone."

Miejsce Akcji

Stolica Zakonu Krzyżackiego, Marienburg (obecnie Malbork)...

Opis Postaci, Charakterystyka

Konrada Wallenroda poznajemy jako silnego, dojrzałego mężczyznę, który właśnie zostaje obrany wielkim mistrzem Zakonu Krzyżackiego.

Streszczenie Szczegółowe

Mickiewicz poprzedza utwór krótką przedmową w której wyjaśnia losy europy środkowo wschodniej okresu średniowiecza – głównie XIV i XV wieku.

Walenrodyzm

Wallenrodyzm jest to postawa, która nawiązuje do zachowania jakie przyjął tytułowy bohater utworu Adama Mickiewicza "Konrad Wallenrod".

 

Adam Mickiewicz
Konrad Wallenrod

KONRAD WALLENROD - CECHY BOHATERA BAJRONICZNEGO

Bohater Bajroniczny - cechują go:

  • wysoki poziom inteligencji i percepcji otaczającego go świata
  • przebiegłość oraz zdolność do adaptacji w różnych sytuacjach jakich się znajduje
  • bystrość, mądrość, wiedza
  • samoobserwacja i krytyczne nastawienie do własnej osoby
  • charyzma, tajemniczość
  • zmaganie z ogólnie przyjętymi zasadami moralnymi
  • postępowanie w brew zasadom moralnym
  • bunt
  • zdolność do uwodzenia i wykorzystywania własnej zmysłowości
  • dominacja społeczna
  • konflikt emocjonalny
  • dystans do instytucji społecznych i norm
  • bycie skazanym na wygnanie, wykluczenie społeczne lub wyjęcie z pod prawa
  • skomplikowana przeszłość
  • cynizm
  • arogancja
  • zachowanie prowadzące do samodestrukcji
  • często stawia się go jako przeciwieństwo bohatera werterycznego

Twórczości Georga Byron i bohatera bajronicznego wywarły silny wpływ na wiele innych dzieł powstających w romantyzmie.

KONRAD WALLENROD - IDEOLOGIA MAKIAWELIZMU

Utwór Konrada Wallenroda poprzedzony jest mottem: "Dovate adungue sapere, come sono due generazoni da combattere... bisogna essere volpe e leone.",
które w tłumaczeniu na język polski oznacza: Macie bowiem wiedzieć, że są dwa sposoby walczenia… trzeba być lisem i lwem. Wyraża ono ideologię Nicollo Machiavellego, którą filozof zawarł w swojej dewizie "Cel uświęca środki". Przedstawione są tutaj dwa sposoby walki jako lis i jako lew. Lis jest symbolem przebiegłości i chytrości - uosabia walkę niejawną prowadzoną podstępem. Lew jest natomiast symbolem odwago i siły - uosabia on walkę jawną, honorową, męską. Jak się okazuje Konrad Wallenrod wybiera ten pierwszy sposób walki. Jak chytry lis postanawia pokonać Zakon Krzyżacki przez podstęp i zdradę. Co prawda nie jest to honorowy sposób walki jednak jedyny skuteczny wobec potęgi zakonu i nie równych szans przeciwników.

Utwór oparty jest na tak zwanej ideologi makiawelizmu. Doktryna ta stanowi synonim wszelkich "dwuznacznych" moralnie działań. Inaczej można by określić tą ideologię sformułowaniem: "po trupach do celu".

KONRAD WALLENROD - MIEJSCE AKCJI

Stolica Zakonu Krzyżackiego, Marienburg (obecnie Malbork) – narożna wieża, zamek krzyżacki. Litwa – Kowno, Kiejdany (miasto położone na północ od Kowna), drewniane miasteczko (z którego pochodzi Konrad), ogród w dolinie (kamień przy którym spotykali się Walter z Aldoną), pola Peruna (gdzie palono jeńców litewskich na stosach ofiarnych, Połoga (nadbałtycka miejscowość na północ od Kłajpedy). W treści utworu wspomniane są również wydarzenia z takich zakątków świata jak: Palestyna, Hiszpania – Grenada i Alpuhara.

KONRAD WALLENROD - OPIS POSTACI, CHARAKTERYSTYKA

Konrad Wallenrod

Konrada Wallenroda poznajemy jako silnego, dojrzałego mężczyznę, który właśnie zostaje obrany wielkim mistrzem Zakonu Krzyżackiego. O jego zwycięstwie zadecydowały rzekome zasługi w walce przeciwko poganom na krucjatach w Ziemi Świętej, w walce przeciwko Maurom w Hiszpanii jak również sukcesy na turniejach rycerskich. Dowiadujemy się, że Wallenrod jest skromny, nie interesują go dobra materialne, sława i pochlebstwa. Stroni on od udziału w ucztach i biesiadach. Na słowa „ojczyzna, powinność, Litwa, kochanka, krucjata” doznaje niezwykłego wzruszenia, popada w zamyślenie z którego jest w stanie wyciągnąć go tylko Halban.
Mimo stosunkowo młodego wieku Konrad posiada już siwe włosy i zmarszczki, które świadczą o trudnych doświadczeniach życiowych. Główną wadą Konrada jest nadużywanie alkoholu w samotności co powoduje, że śpiewa on smutne pieśni w obcym języku. Konrad często prowadzi potajemne, nocne rozmowy z pustelnicą z narożnej wieży. Okazuje się być mistrzem innym niż spodziewali się tego Krzyżacy: wstrzymuje wypowiedzenie wojny przeciwko Litwie, wprowadza jedynie surowe przepisy. (posty, pokutę, wyzbywanie się dóbr materialnych). Od czasu wyboru na wielkiego mistrza w Konradzie mieszają się uczucia: szczęścia i smutku, gniewu i triumfu. Konrad z jednej strony cieszy się z odniesionych sukcesów z drugiej wie, że nie są one jego ostatecznym celem. Jak się dowiadujemy z rozwoju akcji jego nadrzędnym celem jest zemsta na wrogu – pokonanie podstępem Zakonu Krzyżackiego.
Z opowieści wajdeloty dowiadujemy się o przeszłości Konrada. Jest tak naprawdę Litwinem, urodził się w drewnianym litewskim miasteczku, które zostało spalone podczas najazdu Krzyżowców. Jako dziecko został wzięta do niewoli niemieckiej, jego rodzice zaś najprawdopodobniej zostali zamordowani. Od tamtej pory czuje wstręt i nienawiść do Zakonu, chce się zemścić za te wydarzenia. Wychował się na dworze mistrza Winrycha, został przez niego ochrzczony niemieckim imieniem Walter Alf, w duszy zachował jednak przywiązanie do ojczyzny. Patriotyzmu nauczył go Halban – litewski pieśniarz, niewolnik będący tłumaczem wojskowym w służbie Zakonu.
Podczas pierwszej bitwy Zakonu z Litwinami w której uczestniczył wraz z Halbanem przeszedł na stronę litewską. W ten sposób trafił na dwór księcia Kiejstuta gdzie poślubił jego córkę Aldonę. Wkrótce jednak zdaje sobie sprawę z faktu, ze nie jest w stanie dzielić z żoną rodzinnego szczęścia podczas gdy Litwa jest nękana ciągłymi najazdami wroga. Postanawia podjąć potajemną walkę z Zakonem. W dokonaniu zemsty ciągle dopomaga mu Halban.
Konrad ostatecznie odnosi sukces i dokonuje planowanego odwetu. Tak prowadzi krucjatę przeciwko Litwie, że to Krzyżacy odnoszą straszliwą porażkę. Tajny trybunał Zakonu odkrywa jednak prawdę o Konradzie – dowiadują się, że nie jest tym za kogo się wcześniej podawał. W rzeczywistości zabił podczas krucjaty słynnego Wallenroda i podszył się pod niego by zdobyć władzę w Zakonie. Zostaje wydany na niego wyrok. Konrad woli jednak popełnić samobójstwo wypijając truciznę. Konrad Wallenrod to typowy bohater bajroniczny, który dla dobra ojczyzny poświęcił własne szczęście – miłość do swojej żony Aldony.

Aldona

Historii życia Aldony dowiadujemy się głównie z opowieści wajdeloty. Była ona najmłodszą córką księcia litewskiego Kiejstuta! Miła dwie starsze siostry. Była piękna, młoda, wiodła szczęśliwy pozbawiony trosk żywot na zamku nieopodal Kowna. Gdy poznaje Waltera Alfa (Konrada Wallenroda) jest zafascynowana jego opowieściami o niemieckich zamkach, pełnych przepychu miastach i kościołach oraz o wszechmocnym Bogu, którego do tej pory nie znała. Walter uczy ją wiary chrześcijańskiej, modlitw, wręcza jej medalik z NMP. Dziewczyna spotyka się z ukochanym w zasadzonym przez niego w dolinie ogrodzie. Wychodzi za mąż za Waltera. Ich szczęście jednak szybko kończy się wraz z najazdami Krzyżaków na Litwie. Gdy Walter Alf wyjeżdża by pod fałszywym imieniem Konrad Wallenrod dokonać zemsty na Zakonie, Aldona postanawia wieść samotny żywot do końca swych dni. Próbowała wstąpić do klasztoru lecz nie była w stanie złożyć ślubów Bogu gdyż kochała już kogoś innego ponad wszystko (Waltera). Próbowała pracować u sióstr zakonnych jako służka. Ostatecznie jednak nie mogąc znieść cierpienia i żalu po ukochanym nakazała się zamurować w narożnej wieży nieopodal Marienburgu w nadziei, że jeszcze kiedyś spotka albo usłyszy o ukochanym. W rzeczy samej udaje się jej kilka razy porozmawiać z Konradem. Ostatecznie wraz z nim popełnia samobójstwo wydając przeraźliwy jęk.

Halban

Pieśniarz, wajdelota, Litwin, wzięty do niewoli przez Krzyżaków, służy im jako tłumacz wojskowy. Jest główną osobą, która przyczyniła się do sukcesu zemsty Konrada. To on wpoił w Waltera Alfa patriotyzm, nauczył go ojczystej mowy i pisma. Halban jest nieodłącznym towarzyszem Konrada, zastępuje mu niemal ojca. Przebywa z nim w Mareinburgu, na bitwach i na dworze Kiejstuta. Ma niesamowity wpływ na mężczyznę: jednym chłodnym, przenikliwym spojrzeniem jest w stanie uspokoić wzburzonego Konrada. To on pod przebraniem wykonuje pieśń wajdeloty podczas uczty w Zakonie. Jest ona bezpośrednią przyczyną dokonania przez Konrada zemsty. Ostatecznie odmawia Konradowi wypicia trucizny. Zamiast samobójstwa woli on powrócić na Litwę by tam sławić w pieśniach czyny Waltera Alfa.

Książę Kiejstut

Książę litewski, ojciec Aldony, zięć Waltera Alfa.

Książę Witold

Książę litewski, który po przegraniu z Jagiełłą zmagań o polski tron zawiera z Zakonem przymierze przeciwko własnemu narodowi (Litwie). Pod wpływem najprawdopodobniej wyrzutów sumienia jakie pojawiły się po wysłuchaniu przez niego pieśni wajdeloty zdradza Krzyżaków i staje się główną osobą po Konradzie, która przyczyniła się do zwycięstwa Litwy.

Almanzor

Król muzułmański, wódz Maurów, który używa podstępu w walce z Hiszpanami. Mickiewicz wspomina jego historię w Balladzie Alpuhara śpiewanej przez Konrada podczas biesiady.


KONRAD WALLENROD - PLAN WYDARZEŃ

  1. Zniszczenie i spalenie przez Krzyżaków jednego z litewskich miast, uprowadzenie chłopca i zabicie jego rodziców.
  2. Ochrzczenie chłopca imieniem Walter Alf  i jego dorastanie na dworze wielkiego mistrza Winrycha.
  3. Wpojenie miłości do ojczystej Litwy, nauka rodzimego języka przez Halbana.
  4. Przejście Waltera i Halbana na stronę Litwinów podczas jednej z bitew.
  5. Ślub Waltera z córką księcia Kiejstuta – Aldoną.
  6. Zagrożenie krzyżackie na Litwie.
  7. Udział Waltera i Kiejstuta w licznych walkach przeciwko Zakonowi.
  8. Podjęcie decyzji przez Alfa o dokonaniu zemsty na Zakonie Krzyżackim na drodze podstępu.
  9. Pożegnanie z Aldoną u wrót klasztoru.
  10. Podjęcie decyzji przez Aldonę o zamurowaniu w wieży Marienburga.
  11. Udział Waltera w krucjatach, zabójstwo Wallenroda, podszycie się pod jego nazwisko, wsławienie w walkach w Hiszpanii oraz na turniejach rycerskich.
  12. Powrót Waltera jako sławny Konrad Wallenrod do Marienburga.
  13. Przyjęcie ślubów zakonnych.
  14. Wybór Konrada na wielkiego mistrza.
  15. Potajemne nocne spotkania Konrada z pustelnica z narożnej wieży (Aldona).
  16. Wprowadzenie przez Konrada surowych zasad i ociąganie się z podjęciem decyzji o wojnie.
  17. Biesiada na dworze krzyżackim, obecni są mistrz, komturzy i książę Widold, który sprzymierzył się z zakonem przeciwko własnemu narodowi.
  18. Pieśń Wajdeloty i jego opowieść historii Waltera Alfa.
  19. Gniew Konrada i podjęcie decyzji o wojnie.
  20. Zdrada Witolda, który powraca na Litwę.
  21. Wyprawa na Litwę zakończona klęską Krzyżaków – nieudolne prowadzenie wojny przez Konrada i jego tajne układy z Witoldem.
  22. Odkrycie zdrady Wallenroda przez tajny trybunał i wydanie wyroku śmierci, trzykrotne „Biada!”
  23. Ostatnia rozmowa Konrada z Aldoną zamurowaną w wieży.
  24. Samobójstwo Konrada i Aldony.
  25. Rozsławianie chwały Waltera Alfa w pieśniach wajdeloloty Halbana.

KONRAD WALLENROD - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE

Przedmowa

Mickiewicz poprzedza utwór krótką przedmową w której wyjaśnia losy europy środkowo wschodniej okresu średniowiecza – głównie XIV i XV wieku.

Naród litewski składający się z pokoleń Litwinów, Prusów i Lettów zamieszkiwał niewielki kraj na niezbyt żyznym terenie, który przez długi czas był nieznany Europejczykom. Dopiero począwszy od XIII wieku Litwa zaczęła być nękana najazdami. Kiedy Prusowie ulegli atakowi Zakonu Krzyżackiego, Litwa rozpoczęła podboje na północy Europy, walczyła również w Polsce, jednocześnie prowadząc morderczą walkę z Zakonem. Najświetniejsza epoka Litwy przypada na czas panowania Olgierda i Witolda, których władza rozciągała się od Morza Bałtyckiego po Morze Czarne. Jednak to ogromne państwo, zbyt nagle wzrastające nie posiadało wewnętrznej wspólnoty. Podbici Słowianie będąc od dawna chrześcijanami stali na wyższym poziomie rozwoju cywilizacyjnego niż pogańscy Litwini, efektem czego było stopniowe przejmowanie wpływów w państwie przez Polaków. Jagiellonowie i możniejsi ich wasale stali się Polakami, natomiast wielu książąt litewskich na Rusi przejęło religię, język i narodowość ruską. W ten sposób wielkie księstwo litewskie właściwie przestało być litewskim. Autor żyjąc już w zupełnie innych czasach i rzeczywistości postanawia przedstawić tamte chwalebne czasy najlepiej jak tylko potrafi, zgodnie z ideą romantyzmu, wzorując się na słowach F. Schillera „Co ma ożyć w pieśni, powinno zginąć w rzeczywistości.” Wie, że fakt iż tamte czasy bezpowrotnie minęły sprzyja twórcy, który dzięki temu jest obiektywny i rzetelny w przekazywaniu wydarzeń.

Wstęp

W tej części utworu Mickiewicz wprowadza czytelnika w rzeczywistość w której będzie rozgrywać się akcja „Konrada Wallenroda”. Utwór rozpoczyna się w sto lat po tym jak Krzyżacy zaczęli dokonywać podbojów na ludach pogańskich północnej Europy. Akcja ma więc miejsce gdzieś pod koniec XIV w., gdyż w latach 1231-1283 Krzyżacy podbili Prusy. Tamtejsza rzeczywistość jest zobrazowana opisem Niemna i przedstawiona na zasadzie kontrastów. Rzeka Niemen wciąż rozdziela pogańskich Litwinów i chrześcijańskie państwo Krzyżackie. Po obu stronach rzeki stacjonują odpowiednio oddziały litewskie i krzyżackie broniące by nikt nie przedostał się na drugi brzeg. Litwini ukazani są jako naród zamieszkujący tereny lesiste, wciąż jeszcze bardzo prymitywny, żołnierze litewscy noszą czapki z rysiej skóry, odzież z futra niedźwiedzia oraz są uzbrojeni w łuki i strzały. Krzyżacy natomiast noszą zbroje, jeżdżą konno, korzystają z broni palnej, a ich symbolem jest krzyż. Przyjazne niegdyś narody pruski i litewski są teraz rozdzielone w wyniku działań wojennych. W sporze nie bierze udziału jedynie przyroda co symbolizuje „gałązka litewskiego chmielu” przeprawiająca się niezauważenie z jednego brzegu rzeki na drugi. Autor zapowiada nadchodzące walki, zwraca się przy tym do Niemna mówiąc, że już wkrótce wojna zniszczy otaczającą go przyrodę. Następnie wspomina o miłości kochanków, którzy rozdzieleni złączą się ponownie w pieśniach wajdeloty.

I OBIÓR

Z Marienburga (obecnie Malbork – dawna stolica Zakonu Krzyżackiego) dobiegają odgłosy dział i bębnów, nastał dzień uroczysty. Do stolicy zjeżdżają komturowie z różnych części Zakonu Krzyżackiego na posiedzenie kapituły. Zgromadzenie ma wybrać nowego mistrza Zakonu Krzyżackiego. Obrady trwają kilka dni ze względu na duża ilość zacnych kandydatów. Najsilniejszym kandydatem wydaje się być Konrad Wallenrod. Wallenrod jest cudzoziemcem, w Prusach mało znanym, zasłynął z podbojów rycerskich w pogańskiej Turcji (w boju z Otomanami), na półwyspie Iberyjskim opanowanym przez arabskie plemiona Maurów. Jest uznawany za męża odważnego, silnego i walecznego z którym nikt nie ośmieli się pojedynkować w turniejach rycerskich. Wymieniane są również jego cnoty chrześcijańskie: ubóstwo, skromność i pogarda do rzeczy materialnych. Konrad nie przypochlebia się wpływowym osobą, nie sprzedawał się dla podłego zysku w służbie niezgodnym baronom. Nie interesował się kobietami i zabieganiem o ich względy. Mimo młodego wieku posiadał siwe włosy, które świadczyły o jego doświadczeniach trudu i cierpienia. Z rzadka uczestniczył w zabawach, a jeśli już to żartował na równi z innymi biesiadnikami. Reagował bardzo gwałtownie na słowa: ojczyzna, powinność, kochanka. Gdy ktoś wspominał o krucjatach albo Litwie popadał w smutek i zamyślenie. Jedynym oddanym jego przyjacielem był stary, pobożny mnich Halban. Był on spowiednikiem jego duszy i powiernikiem serca. Konrad miał również wady. Jedną z nich była skłonność do nadużywania alkoholu w samotności gdy był dręczony nudą lub smutkiem. Pijany grał na lutni i śpiewał grobowe pieśni w obcych językach. Zastany przy tej czynności wybuchał gniewem. Uspokajający wpływ na Konrada miał jedynie Halban, który potrafił go złagodzić jednym głębokim i chłodnym spojrzeniem.

II
W Marienburgu słychać odgłosy dzwonów. Obradujący komturzy, urzędnicy, kapłani, bracia i rycerze udają się na wieczorne nabożeństwo.

*HYMN (do Ducha Świętego)

Wezwanie do Ducha Świętego by wskazał komturą, który z kandydatów najlepiej nadaje się na wielkiego mistrza zakonnego. Zwracają :
„ Synu Zbawicielu!
Skinieniem wszechmocnej ręki
Naznacz, kto z wielu
Najgodniejszy słynąć znakiem Twej męki.”

***

Po modłach. Arcykomtur zaleca przerwę w obradach na spoczynek. Zgromadzeni wychodzą orzeźwić się nocnym chłodem. Zasiadają w krużgankach, ogrodach. Jest późna noc, księżyc powoli kończy wędrówkę po niebie, zbliża się świt. Arcykomtur wraz z Halbanem i bardziej zasłużonymi braćmi omawia sprawę wyboru wielkiego mistrza podczas nocnej przechadzki. Podczas spaceru słyszą dobiegający z pobliskiej wieży głos pustelnicy. Została ona zamknięta w niej przed 10 laty na własne życzenie z nieznanego nikomu powodu. Na jej zamurowanie w wieży długo nie godzili się duchowni jednak w końcu ulegli namową. Od tamtej pory nikt dziewczyny nie widział, ludzie wrzucali jej przez okno pożywienie, a o jej istnieniu świadczył jedynie dochodzący co jakiś czas z wieży śpiew. Komturzy słyszą rozmowę pustelnicy z jakimiś nieznajomym ukrytym pod zasłoną nocy (Konrad). Pustlnica (Aldona – jak się później dowiadujemy) właśnie rozpoznaje w przybyszu Konrada i mówi:
„Tyś Konrad, przebóg! Spełnione wyroki.
Ty masz być mistrzem abyś ich zabijał(...)”.
Konrad wedle jej relacji ma podstępnie zostać wielkim mistrzem i zabijać Krzyżaków. Komturzy nie dosłyszeli dokładnie rozmowy pustelnicy z nieznajomym. Łatwo wieć ulegają radzie Halbana by na jutrzejszym zgromadzeniu obrać Konrada na wielkiego mistrza zgodnie ze słowami rzekomego proroctwa wypowiedzianego przez pustelnicę.

*PIEŚŃ

Komturzy odchodzą. Halban zwraca się w kierunku wieży i śpiewa pieśń do pustelnicy. Treść pieśni mówi o Litwince pochodzącej z kowieńskiej doliny, która to pokochała cudzoziemca. Litwinka wyjechała z ojczyzny za nim, a teraz płacze i żyje pogrążona w smutku , zamknięta w wieży. Litwinka porównywana jest do rzeki Wilii, która wpada do Niemna (w ramiona obcokrajowca), a potem razem przepadają (giną) w morzu.

III

Konrad zostaje wybrany wielkim mistrzem Zakonu Krzyżackiego. Gdy skończył modlitwę i ucałował święte księgi otrzymuje od komtura atrybuty władzy (znamiona potęgi zakonu): miecz i wielki krzyż. Konrad odczuwa mieszane uczucia: dumę, troskę, radość, gniew. W groźnym spojrzeniu komturzy dostrzegają w Wallenrodzie silnego przywódcę, który poprowadzi ich do zwycięskiej bitwy z pogańską Litwą. Jednak wbrew oczekiwaniom Krzyżaków nie podejmuje on żadnej walki. Upływa rok, Litwa rośnie w siłę, a Konrad burzy jedynie stary porządek w Zakonie: wprowadza surowe zasady, nakłania do wyrzekania się dóbr materialnych, narzuca post i pokutę.
Litwini mimo wewnętrznych podziałów oraz najazdów Rusinów, Polaków i Tatarów krymskich prowadzą skuteczne podboje. W Polsce władzę przejmuje Jagiełło, natomiast drugi kandydat do tronu sprzymierza się z zakonem, któremu za pomoc w przechwyceniu władzy obiecuje oddanie Żmudzi.
Bracia zakonni zaczynają się denerwować z powodu braku reakcji ze strony Konrada na dogodną sytuację do ataku na Litwę. Halban nie może znaleźć Konrada. Bracia podejrzewają, że prowadzi on potajemne rozmowy z pustelnicą z narożnej wieży. Śledzą mistrza, nabierają pewności co do swoich przypuszczeń.

PIEŚŃ Z WIEŻY

Pustelnica (dziewczyna z wieży) śpiewa o cierpieniu, wylanych łzach, wspomina Litwę (wieczny ogień na Zamku Swentoroga, wieczne źródło na górze Mendoga). Dowiadujemy się o jej przeszłości na Litwie (zjawisko inwersji): dzieciństwie pozbawionym wszelkich trosk w bogatym zamku, o tym, że miała dwie starsze siostry, że to ją pierwszą proszono o rękę, a mimo to odmówiła. Poszła natomiast za pięknym młodzieńcem, który powiedział jej o wielkim Bogu, o ludach w bogatych modlących się kościołach, o romantycznych rycerzach, o nadziei zbawienia, wiecznego szczęścia w Niebie. Wciąż mimo zamknięcia w wieży zachowuje „nadzieję”, martwi ją jedynie, że „ z krzyża piorun wystrzelił”. (chodzi o atak Zakonu Krzyżackiego na Litwę).
Konrad dziwi się pustelnicy, że ta posiada jeszcze „nadzieję” bowiem on sam dawno już ją stracił. Jest przekonany, że czeka go rychłe piekło, obawia się, że dziewczyna z wieży również go potępi. Na słowa Konrada, pustelnica przerywa śpiew i wdaje się z nim w rozmowę. Przeprasza go za swą smutną pieśń. Dowiadujemy się, że Konrad był owym ukochanym dziewczyny, który opowiedział jej o wielkim Bogu. Dziewczna nie żałuje wyboru, którego dokonała. Nie chciała by wieść bowiem zwykłego, nudnego życia jak inni ludzie. Konrad zapowiada, że za kilka dni dokona planowanej od dawna zemsty na nieprzyjacielu (Zakonie Krzyżackim). Konrad również wyznaje swoją miłość do dziewczyny. Pyta ją: „Po coś tu przyszła, po co moja droga?” Dlaczego nie została w klasztornych murach z daleko od niego i od cierpienia. Dziewczyna w odpowiedzi tłumaczy mu, że nie mogła przyjąć święceń zakonnych i oddać się Bogu bo zbyt bardzo kochała ziemskiego kochanka (Konrada). Próbowała być służką u zakonnic jednak nie była w stanie znieść tęsknoty za ukochanym, pragnęła go kiedyś jeszcze zobaczyć lub o nim usłyszeć.
Wiedząc, że jej ukochany ma po latach powrócić do Marienburga „(..) szukając zemsty na nieprzyjacielu i broniąc spraw biednego narodu”(Litwy) postanowiła zamknąć się w wieży by być blisko Konrada. Miała nadzieję go jeszcze kiedyś spotkać, być jego jedyną bratnią duszą gdy po zdradzie Zakonu wszyscy się od niego odwrócą.
Konrad nie chce ponownie przeżywać smutku, złości się, że gdy jest już tak blisko zemsty dziewczyna znowu wznieciła w nim dawne uczucia. Żali się, że już dłużej nie może zwlekać z podjęciem decyzji o wojnie. Halban mściwy podnieca jego gniew, przypomina mu o dawnych ślubach.
Wojna Krzyżaków przeciwko pogańskiej Litwie jest nieunikniona . Goniec z Rzymu przyniósł informacje o rycerzach przybywających z różnych stron świata by stanąć do boju u boku Zakonu. Wszyscy oczekują od Konrada by poprowadził wojska.
„Młodość! jakże wielkie twe ofiary!
Jam miłość, szczęście, jam niebo za młodu
Umiał poświęcić dla sprawy narodu,
Z żalem, lecz z męstwem!”
Konrad zostaje jeszcze do poranka przy wieży, a kiedy świt nadchodzi żegna się i znika.

IV UCZTA

Dzień patrona (23 kwietnia – św. Jerzego) zakonów rycerskich. Do stolicy zjeżdżają się komturowie i bracia (około 100) z całego Zakonu Krzyżackiego. Konrad z okazji święta wyprawia ucztę. Krzyżakom usługują giermkowie. Konrad (wielki mistrz) zajmuje główne miejsce za stołem, po jego lewicy zasiada książę Witold ze swoimi hetmanami. Dawniej był on wrogiem zakonu teraz zawarł z nimi sojusz przeciwko Litwie. Konrad życzy sobie by ktoś zaśpiewał jakąś pieśń. Śpiewają: Włoch – wychwala męstwo Konrada, Francuz - śpiewa o dziewicach i błędnych rycerzach. Konrad nakazuje komuś zaśpiewać piosenkę: dziką, morderczą, ponurą, ognistą, rozczulającą. Ową piosenkę decyduje się zaśpiewać starzec spośród służby, który ze stroju wygląda na Prusaka albo Litwina. Wajdelota śpiewał niegdyś Prusakom i Litwinom. Jedni legli w ojczyzny obronie drudzy, żyć nie chcą po ojczyzny zgonie. (mowa tu o 4000 Litwinów, którzy spalili się na stosie w twierdzy Pullen oblężonej przez Krzyżaków). Inni sromotnie po lasach się kryją, a zdrajcy jak Witold, między Krzyżakami żyją. Pieśniarz stwierdza, że zdrajców ojczyzny czeka piekło po śmierci. Opowiada o tym jak sam został wzięty do niewoli krzyżackiej.
„Gdy od ołtarza, stary Wajdelota,
Byłem w niemieckich kajdanach wleczony.”
Tęskni za ojczyzną, prosi by Krzyżacy po podboju na Litwie przynieśli mu pamiątki. Po pieśni wszyscy zapadli w milczenie. Gdy pieśniarz śpiewał o zdrajcach, Witold zasiniał, zaczerwienił się, dręczyły do gniew i wyrzuty sumienia. Chwyta za miecz i idzie w stronę śpiewaka, wnet jednak popada w płacz, zasłaniając twarz rękoma wraca i siada ponownie przy stole. Krzyżacy zaczynają się buntować na litewski śpiew. Wallenrod tłumaczy im jednak, że śpiew Litwina, Wajdeloty jest hołdem z poległego kraju wedle starego zwyczaju.

PIEŚŃ WAJDELOTY
*synkretyzm gatunków literackich

Za przyzwoleniem Konrada, Wajdelota rozpoczyna pieśń. Śpiewa o widmie morowej dziewicy (zwiastuje ona epidemię dżumy), która wedle ludowych wierzeń pojawia się na cmentarzach i pustkowiach. Dziewica ubrana jest w biały strój, na głowie ma wianek ognisty, a w ręku trzyma skrwawioną chustę. Wśród wszelkich stworzeń budzi ona przerażenie gdyż na każde skinienie jej krwawej chusty ktoś umiera. Wajdelota daje jednak do zrozumienia, że epidemia dżumy nie jest jednak największym zagrożeniem dla narodu litewskiego – dużo większym jest Zakon Krzyżacki. W dalszej części Wajdelota wyjaśnia ogromną rolę jaką odgrywa poezja ludowa (pieśń ludowa) w życiu narodu. Przechowuje ona tradycje i podtrzymuje tożsamość narodową w czasach trudnych takich jak: okupacje, rozbiory. Jest wartością duchową, a nie materialną stąd nie da się jej ani ukraść ani zniszczyć. Ważne jest tylko by nie zapomniał o niej własny naród. Wajdelota porównuje ją do słowika, który ucieka z płonącego gmachu i śpiewa w lasach. Następnie pieśniarz porównuje pieśń narodową do trąby archanioła w dniu Sądu Ostatecznego. Tak jak trąba podrywa umarłych z grobów tak pieśń ludowa wzywa podbity naród do walki w obronie ojczyzny. Wajdelota zastanawia się czy sam byłby w stanie zaśpiewać taką pieść, która byłaby w stanie pokrzepić serca rodaków do walki. W dalszej części śpiewa o „wielkim, żywym, niedalekim” człowieku.

***

Wajdelota przerywa śpiew, dookoła panuje cisza. Nie widząc sprzeciwu zaczyna teraz opowieść o losach Waltera Alfa (Konrada Wallenroda), która nie jest już pieśnią, a raczej monologiem. Następuje tutaj inwersja czasowa.

POWIEŚĆ WAJDELOTY
*Mickiewicz napisał ją tzw. polskim heksametrem nawiązującym stylem do eposów homeryckich.

Litwini wracają z nocnego wypadu zbrojnego, niosą łupy pochodzące z krzyżackich zamków i kościołów oraz prowadzą niewolników. Docierają do Kowna. Tam na błoniach Peruna (słowiański bóg burzy i piorunów) palą jęców wojennych na stosach ofiarnych. Dwaj rycerze niemieccy zostają jednak ocaleni od śmierci gdyż jeszcze podczas bitwy przeszli na stroną litewską. Jeden z nich jest pięknym młodzieńcem drugi zaś przygarbionym starcem. Straż prowadzi ich do księcia Kiejstut’a.
Młodzieniec opowiada swoją historię. Mówi, że urodził się na Litwie w drewnianym mieście i że jako dziecko został zabrany do niewoli niemieckiej, a jego rodzice – Litwini - najprawdopodobniej zostali wymordowani przez Krzyżaków. Miasto z którego pochodził zostało zaś doszczętnie spalone. Młodzieniec od tamtej pory widział swoją rodzinę jedynie w snach jednak i te stają się z biegiem czasu coraz bardziej zamazane. Dzieciństwo spędził wśród Niemców gdzie ochrzczono go niemieckim imieniem Walter Alf, jednak jak mówi w duszy pozostał Litwinem. W jego sercu pozostał żal po zamordowanej rodzinie i nienawiść do Krzyżaków. Walter wychowywał się u wielkiego mistrza Winrycha, który kochał go jak własnego syna i sam nawet trzymał go do chrztu.
Miłości do ojczystej Litwy nauczył go stary Wajdelota (Halban), który niegdyś wzięty do niewoli służy teraz Krzyżakom jako tłumacz wojskowy. Halban opowiadał chłopcu o Litwie, prowadził go nad brzeg Niemna i pokazywał ojczyste góry, uczył go mowy i pieśni litewskiej. Starzec rozniecał w chłopcu chęć zemsty. Walter gdy wracał z takich wspólnych przechadzek często miał w zwyczaju tłuc zwierciadła i pluć na tarczę Winrycha.
W latach młodzieńczych Walter często wraz z Halbanem wypływał łódką z portu Kłajpeda i odwiedzał ziemię litewską. Starzec w ten sposób rozbudzał w młodzieńcu patriotyzm i zachęcał go do walki. Walter w każdej chwili był gotowy stanąć do walki przeciwko Zakonowi. Halban jednak ostudzał jego zapał tłumacząc:
„ Wolnym rycerzom, wolno wybierać oręże
I na polu otwartym bić się równymi siłami;
Tyś niewolnik, jedyna broń niewolników – podstępy.”
Doradza Walterowi by został w Zakonie i podpatrywał ich sztuki wojennej, starał się zyskać ich zaufanie, a kiedy przyjdzie czas stanął przeciwko nim do walki. Halban zaleca mu w walce użycie podstępu i kłamstwa.
Walter jednak już w pierwszej walce jakiej bierze udział przechodzi na stronę Litwinów i w ten sposób trafia wraz z Halbanem na dwór Kiejstuta.
Jedna z córek Kiejstuta (najmłodsza, Aldona) zakochuje się w Walterze. Aldona jest zachwycona jego opowieściami o wielkich zamkach i miastach po drugiej stronie Niemna, turniejach rycerskich, o wielkim Bogu i Maryi. Walter uczy ją wiary chrześcijańskiej, modlitw, ofiaruje jej medalik z Najświętszą Maryją Panną. Mickiewicz zwraca w tym fragmencie uwagę na najważniejsze wartości w życiu człowieka: przyjaźń, miłość, ojczyzna. Walter zasadza w dolinie ogród w którym spotyka się z Aldoną. Dziewczyna jest tak pochłonięta miłością do niego, że całkowicie zapomina o codziennym życiu. Kiejstut zauważa uczucie między jej córką i młodzieńcem, ale nie sprzeciwi się temu gdyż ceni młodzieńca za jego waleczność, umiejętności czytania i pisania, obeznanie w sztuce wojennej. Widziałby w nim swojego zięcia.
Ostatecznie Walter żeni się z Aldoną. Wajdelota zauważa, że gdyby była to opowieść miłosna typowa dla niemieckich trubadurów najprawdopodobniej zakończyła by się w tym miejscu zwrotem „żyli długo i szczęśliwie”.
„Walter kochał swą żonę, lecz miał duszę ślachetną;
Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie”
Wynikało to z zagrożenia krzyżackiego. Ledwie wiosna nastała rozpoczęły się zmasowane ataki rycerzy zakonnych. Oblegają i burzą oni Kowno, grabią i podpalają wioski, burzą Kiejdany (miasto położone na północ od Kowna). Kiejstut i Walter uczestniczą w bitwach przeciwko nieprzyjacielowi – odznaczają się wielkim męstwem. Walter w