BALLADYNA - STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE - STRESZCZAJ SIĘ Z NAUKĄ
AKT I
SCENA 1
Rozmowa pana zamku Kirkora z Pustelnikiem w chacie nieopodal jeziora Gopło. Głównym powodem przybycia Kirkora była jego niepewność co do wyboru przyszłej małżonki. W toku rozmowy dowiaduje się od Pustelnika, że jest on byłym królem Popielem III, który został wyparty z tronu przez złego brata Popiela IV oraz jego wojska. Podczas najazdu zginęła trójka dzieci Pustelnika, po czym zdecydował się na życie samotnika w chacie nad jeziorem. Za panowania Popiela IV w kraju panował głód i prześladowanie. Przyczyną tego była korona ukryta przez Pustelnika. Zakopał ją w lesie, nie chcąc, aby trafiła w złe ręce jego brata. Korona była rzeczą niezwykłą, gdyż została ofiarowana Popielowi III przez jednego z trzech króli, wracającego z Betlejem. Szedł on kierując się wskazaniami gwiazdy i zabłądziwszy w zbożu trafił do królewskiej chaty Popiela III. Król Popiel zaproponował Scycie (jednemu z 3 króli), aby rządził razem z nim. Scyta przyjął propozycje, jednak nie chciał w zamian żadnej ziemi. W dowód uznania dla Popiela III, Scyta ofiarował mu koronę, przy której przebywał sam Jezus Chrystus. Kirkor natychmiast zobowiązał się wysłać wojska do Gniezna, aby odbić kraj z rąk Popiela IV. Na koniec Pustelnik poradził Kirkorowi, aby wziął za żonę zwykłą prostą dziewczynę, gdyż z taką będzie najszczęśliwszy.
Do chaty Pustelnika przychodzi Filon, który opowiada, że nie może znaleźć dla siebie kobiety, ponieważ wszystkie są takie podobne i zwykłe. Pustelnik poucza Filona, aby przestał szukać księżniczki i się ustatkował. Ten uważając, że starzec bredzi opuszcza chatkę.
SCENA 2
Nad jeziorem Gopło spotykają się Skierka i Chochlik. Narzekają na swoją królowa Goplanę, że są przez nią wykorzystywane. Wtem z jeziora wynurza się piękna, złotowłosa nimfa Goplana. Opowiada Skierce, że zakochała się w człowieku, Grabcu. Ostatniej zimy wpadł on do przerębli, a Goplana leżąca na dnie jeziora pomogła mu wydostać się na brzeg. Chciała zachować go dla siebie, jednak gdyby mu nie pomogła to by się utopił.
W okolicy jeziora zjawia się Grabiec. Goplana oznajmia mu, że go kocha, jednak Piękny młodzieniec niespecjalnie jest zainteresowany związkiem z nimfą. Mówi, że nie lubi wody, ani malin po to, aby jak najszybciej zbyć Goplane. Gdy to nie pomaga, stwierdza, że jest już zakochany w innej kobiecie, Balladynie.
Goplana rozkazuje Chochlikowi, aby poszedł za Grabcem i dopilnował, aby nie trafił dziś do domu Balladyny. Skierce natomiast nakazuje złamać mostek, którym będzie przejeżdżał Kirkor oraz dopilnować, aby trafił do chatki w której mieszka Balladyna.
SCENA 3
Dwie siostry Alina i Balladyna rozmawiają z matką wdową na temat swojego zamążpójścia. Marzą o tym, aby poślubić księcia.
W tym momencie do chaty puka Kirkor zwabiony przez Skierke na życzenie Goplany. Od razu zakochuje się w obu kobietach i długo zastanawia się nad wyborem jednej z nich. W tym momencie Skierka, nie wiedząc w której dziewczynie kazała mu Goplana rozkochać Kirkora, podpowiada wdowie, że za mąż powinna wyjść ta, która nazbiera więcej malin. Kirkor przystaje na tą propozycję.
Alina, która zazwyczaj zbiera więcej malin od swej siostry, przestrzega ją, aby zastanowiła się, czy chce zostawić swojego ukochanego Grabca dla Kirkora, gdyż ona na jej miejscu by tego nie zrobiła.
AKT II
SCENA 1
Chochlik przyprowadza do Goplany pijanego Grabca i informuje ją, że nie udało mu się zapowiedz spotkania Grabca z Balladyną. Goplana nie mając innego wyjścia zamienia swego ukochanego Grabca w płaczącą wierzbę. Nieopodal drzewa rozgrywa się straszna scena. Balladyna zabija swą siostrę Alinę, ponieważ zdołała ona uzbierać więcej malin. Alina kona na oczach zaklętego Grabca. Na czole Balladyny powstaje krwawe znamię.
Ciało zmarłej Aliny znalazł Filon. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i rozpaczał, że jego ukochana nie żyje. Zerwał na pamiątkę listek z wierzby pod która zmarła. Po chwili nadszedł Pustelnik, po czym obaj zanieśli zmarłą do chaty.
Goplana naśladując Alinę robi wyrzuty Balladynie. Na koniec rozmowy daje jej dzbanek z malinami i karze jej iść do swego domu.
SCENA 2
Kirkor i Wdowa po długich oczekiwaniach dostrzegają w oddali Balladynę niosącą dzbanek z malinami. Dowiadują się od niej, że Alina uciekła z jakimś młokosem. Po niedługim czasie dochodzi do ślubu, przed którym matka próbuje zetrzeć krwawe znamię z czoła córki. Jest to jednak piętno, z którym będzie musiała żyć aż do śmierci.
AKT III
SCENA 1
Pod palącą się chatą wdowy zbierają się ludzie i rozmawiają o zamążpójściu Balladyny. Część kobiet chce wyprawić się na dwór w odwiedziny, jednak niektóre uważają, iż żona Kirkora wstydzi się ich i dlatego kazała spalić swoją dawną chatę. Do tłumu podchodzi Grabiec, który nie był na ślubie swej dawnej ukochanej. Opowiada wszystkim, że został zamieniony w wierzbę, jednak nikt mu nie wierzy myśląc, że jest pijany.
SCENA 2
Kirkor powiadamia swą żonę o trzydniowym wyjeździe na wojnę. Balladyna poznaje Kostryna, dowódcę warty zamkowej. Nie pozwala wpuścić do zamku przyjaciółek swojej matki ze wsi, a jej samej każe iść na wieżę. Przy kolejnym spotkaniu nakazuje Kostrynowi zamknąć matkę w komnacie. Dowiaduje się też, że do zamku chciał wejść Grabiec, lecz go nie wpuszczono.
SCENA 3
Przed wyjazdem na wojnę Kirkor spotyka się z Pustelnikiem, Ten proponuje mu, aby wysłał swej młodej żonie skrzynię i nakazał, aby nie otwierała jej aż do swego powrotu. Miał być to test lojalności. Kirkor tak też uczynnił.
Po chwili do chaty wchodzi Filon ciekawy stanu zdrowia Aliny. Otrzymuje niestety złą wiadomość, Alina nie żyje i została pochowana w mogile.
Do chaty przychodzi Balladyna chcąc znaleźć sposób na wyleczenie swej rany na czole. Pustelnik jednak skojarzył ze sobą fakty i odkrył tajemnicę. Alina została zabita przez siostrę. Starzec mówi, że Alina powstanie z martwych, gdy Balladyna ją zawoła i wtedy rana zniknie. Zła siostra woli jednak żyć z piętnem mordercy.
SCENA 4
Grabiec spotyka się z Goplaną. Ta na jego własne życzenie zamienia go w dzwonkowego karcianego króla. Grabiec otrzymał szaty królewskie, berło oraz prawdziwą koronę Popielów, którą znaleźli Skierka z Chochlikiem. Karciany król wraz z dwoma gnomami jedzie na dwór Kirkora.
SCENA 5
Kostryn podsłuchał rozmowę Balladyny z Pustelnikiem i zna jej największa tajemnicę. Do zamku przybył Gralon, wysłannik Kirkora. Przywiózł skrzynię dla żony króla, wraz z nakazem, aby jej nie otwierała. Balladyna dowiaduję się także, że Kirkok zatrzymał się u Pustelnika przed wyjazdem. Spanikowana wyciągnęła miecz i przy współudziale Kostryna zabiła Gralona.
AKT IV
SCENA 1
Na uczcie w zamku Balladyny zjawia się Grabiec przebrany za króla. Podczas przyjęcia do sali wchodzi Wdowa, której udało się przedrzeć przez straż. Oskarża córkę, że trzyma ją w klatce i głodzi. Balladyna jednak nie przejmując się tym każe wyprowadzić kobietę, mówiąc, że jest obłąkana.
Do sali wszedł Goniec z informacją, że Kirkor zabił króla Popiela IV. Z powodu burzy jego przyjazd opóźni się jednak, gdyż postanowił schronić się w chacie Pustelnika. Kirkor ogłosił bezkrólewie, a nowym władcą zostanie ten, kto posiada prawdziwą koronę Popielów. Nie wiedział jednak wtedy, że korona znajduje się w rękach Grabca.
Chochlik zaczyna śpiewać pieśń o malinach i morderstwie Balladyny. Ona sama sprawia wrażenie obłąkanej, do tego ukazuje się jej zmarła Alina, po czym mdleje.
SCENA 2
Kirkor informuje Pustelnika o zamiarze ogłoszenia w Gnieźnie, iż nowym królem zostanie ten, kto posiada korone Popielów. Do Pustelnika przybywa Wdowa. Próbowała powiesić się na gałęzi jednak ta urwała się. Opowiada o wyrodnej córce, nie szanującej swojej matki. Wdowa oślepła błąkając się po lesie. Pustelnik obiecał jej, że ukarze córkę ja tylko ponownie zasiądzie na tronie.
SCENA 3
Chochlik i Skierka rozmawiają ze sobą, a ich rozmowę przerywa wejście Balladyny, wyglądającej jak biała mara.
SCENA 4
Balladyna z nożem w ręku udaję się na wieżę, aby zabić Grabca i przejąć koronę Lecha.
SCENA 5
Kostryn, który również chciał zabić Grabca spotyka Balladynę w drodze na wieżę. Ta jednak zapomniała wziąć ze sobą korony. Wraca po nią, jednak jej przeszukiwania pokoju okazują się bezskuteczne. Jest w strasznym stanie, wszędzie widzi krew. Kostryn widząc obłąkanie Balladyny sam udaje się do komnaty i wraca z koroną. Oboje planują zatuszowanie śladów. Balladyna zleca zabicie Pustelnika, aby nie mógł włożyć swojej korony i stawić się na zamku. Dowiadujemy się także, iż Balladyna jest w ciąży.
AKT V
SCENA 1
Goplana, wiedząc, że jej działania doprowadziły już do zbyt wielu zbrodni, odlatuje z kluczem żurawi, opuszczając rozpaczających Skierkę i Chochlika.
SCENA 2
Kirkor stacjonujący pod murami Gniezna otrzymuje wiadomość od gońca, iż Pustelnik po którego posłał, nie żyje. Został powieszony na gałęzi obok swojej chatki. Rozwścieczony Kirkor daje sygnał do ataku.
SCENA 3
Balladyna i Kostryn również przygotowują się do walki. Przekupują dwustu rycerzy Kirkora, co przechyla szalę zwycięstwa na ich stronę. Dzielny Kirkor pada ofiarą Kostryna. Balladyna odnosi zwycięstwo w walce. Nowi władcy zostają godnie przywitani na nowym dworze przez mieszkańców. Balladyna, która nie chciała się dzielić władzą postanowiła otruć Kostryna podając mu chleb z trucizną.
SCENA 4
Balladyna została wybrana na nową królową, a Kostryn padł otruty, ku uciesze władczyni, która zabiła kolejną osobę, stojącą na jej drodze do bogactwa. Nad zamek nadciągnęły czarne chmury.
Wedle prawa Balladyna miała osądzić zbrodniarzy przyprowadzonych przed jej oblicze. Nie mając wyboru trzy razy skazała samą siebie na karę śmierci. Na początku wydała wyrok na osobę, która otruła Kostryna. Kolejno przed Balladyną stanął Filon, domagając się kary dla osoby, która zabiła Alinę. Na koniec przed oblicze królowej przybyła Wdowa, dowiedziawszy się jednak jaka kara grozi, za wygnanie matki, nie zdecydowała się zdradzić imienia swej córki. Została poddana torturom, na których zmarła. Balladyna sama wydała na siebie wyrok i umarła rażona piorunem.
Dariusz Trala
BALLADYNA - TREŚĆ DRAMATU
Balladyna
Juliusz Słowacki
¤ ¤ ¤ ¤ SPIS TREŚCI:
BALLADYNA - AKT I
Scena I - Scena II - Scena III
Scena I
Las blisko jeziora Gopła – chata Pustelnika ustrojona kwiatami i bluszczem. – Kirkor wchodzi w karaceńskiej zbroi, bogato ubrany, z orlimi skrzydłami...
KIRKOR
sam
- Rady zasięgnąć warto u człowieka,
- Który się kryje w tej zaciszy leśnej;
- Pobożny starzec – ma jednak w rozumie
- Nieco szaleństwa: ilekroć mu prawisz
- O zamkach, królach, o królewskich dworach,
- To jak szalony od rozumu błądzi,
- Miota przekleństwa, pieni się, narzeka;
- Musiał od królów doznać wiele złego,
- I z owąd został przyjacielem gminu.
- Stuka do celi.
- Puk! puk! puk!
GŁOS Z CELI
- Kto tam?
KIRKOR
- Kirkor.
PUSTELNIK
wychodząc z celi
- Witaj, synu...
- Czego chcesz?
KIRKOR
- Rady.
PUSTELNIK
- Zostań pustelnikiem.
KIRKOR
- Gdybym podstarzał dziesiątym krzyżykiem,
- Może bym w smutne schronił się dąbrowy;
- Ale ja młody, pan czterowieżowy,
- Przemyślałem dzisiaj, jak by się ożenić...
- Poradź mi, starcze!
PUSTELNIK
- Lat dwadzieścia z górą
- Jak żyję w puszczy...
KIRKOR
- Cóż stąd?
PUSTELNIK
- Więc ocenić
- Ludzi nie mogę – ani wskazać, którą
- Weźmiesz dziewicę.
KIRKOR
- Te, co rozkwitały
- Z dzieciństwa pączków, gdyś ty żył na świecie,
- Są dziś pannami... czerwony li biały
- Pączek na róży, taka będzie róża...
- Przypomnij niegdyś najpiękniejsze dziecię,
- Białą, jak w ręku anielskiego stróża
- Kwiat lilijowy – niech jej słowik śpiewny
- Zazdrości głosu, a synogarlica
- Wiernością zrówna... gdzie taka dziewica,
- Wskaż mi, o starcze! Mówią, że królewny
- Słyną wdziękami?
PUSTELNIK
- Nieba! Ród to węża.
- Żona zbrodniami podobna do męża,
- Córki do ojca, a do matek syny.
- Jak w jednym gnieździe skłębione gadziny.
- O! Bogdaj piorun!...
KIRKOR
- Nie przeklinaj.
PUSTELNIK
- Młody,
- Przeklinaj ze mną – oni klątwy warci.
- Bogdaj doznali, co pomor i głody!
- Bogdaj piorunem na poły pożarci,
- Padając w ziemi paszczą rozdziawioną,
- Proch mieli płaszczem, a węża koroną.
- Bogdaj! – Klnąc zbójcę potargałem siły,
- Wściekłem się jako brytan uwiązany.
- Bo też ja kiedyś byłem pan nad pany,
- Stutysięcznemu narodowi miły,
- Żyłem w purpurze, dziś noszę łachmany;
- Muszę przeklinać. Miałem dziatek troje,
- Nocą do komnat weszli brata zboje,
- Różyczki moje trzy z łodygi ścięto!
- Dziecinki moje w kołyskach zarżnięto!
- Aniołki moje!... wszystkie moje dzieci!
KIRKOR
- Któż jesteś, starcze?
PUSTELNIK
- Ja... Król Popiel trzeci...
KIRKOR
schyla kolano
- Królu mój!
PUSTELNIK
- Któż mię z żebraki rozezna?...
KIRKOR
- Uzbrajam chamy i lecę do Gnezna
- Mścić się za ciebie...
PUSTELNIK
- Młodzieńcze, rozwagi!
KIRKOR
- Bezprawie gorzej od Mojżesza plagi
- Kala tę ziemię i prędzej się szerzy;
- Popiel, skalany dzieci krwią niewinną,
- Niegodny rządzić tłumowi rycerzy.
- Niech więc się stanie, co się stać powinno,
- Pod okiem Boga, na tej biednej ziemi.
PUSTELNIK
- Czy ty skrzydłami anioła złotemi
- Z nieba zleciałeś?
KIRKOR
- Na barkach orlicy
- Para tych białych skrzydeł wyrastała;
- Gdy na rycerskiej są naramiennicy,
- Będzież-li rycerz mniej niż owa biała
- Ptaszyna ludziom użyteczny? – ma-li
- Gadom przepuszczać rycerz uskrzydlony
- Orła piórami?
PUSTELNIK
- O mężu ze stali!
- Ty jesteś z owych, którzy walą trony.
KIRKOR
- Ty wiesz, jak nasza ziemia wszeteczeństwem
- Króla skalana. Wiesz, jak Popiel krwawy
- Pastwi się coraz nowym okrucieństwem...
- Zaczerwienione krwią widziałem stawy:
- Król żywi karpie ciałem niewolników.
- Nieraz wybiera dziesiątego z szyków
- I tnąc w kawały ulubionym rybom
- Na żer wyrzuca; resztę ciał wymiata
- Na dworskie pola i czerwonym skibom
- Ziarno powierza. Sąsiad ziemię kata
- Na pośmiewisko zwie Rusią Czerwoną.
- Dotąd żyjącym pod Lecha koroną
- Bóg dawał żniwo szczęścia niezasiane,
- Lud żył szczęśliwy; dzisiaj niesłychane
- Pomory, głody sypie Boża ręka.
- Ziemia upałem wysuszona pęka;
- Wiosenne runa złocą się, nim ziarno
- Czoła pochyli, a wieśniacy garną
- Sierpami próżne tylko włosy żyta.
- Ta sama Polska, niegdyś tak obfita,
- Staje się co rok szarańczy spichlerzem;
- Niegdyś tak bitna, dziś bladym rycerzem
- Z głodami walczy i z widmem zarazy.
PUSTELNIK
- Ach, jam przeklęty! przeklęty! trzy razy
- Przeklęty! winien jestem nieszczęść ludu.
KIRKOR
- Jako, tyś winien?...
PUSTELNIK
- Z rozlicznego cudu
- Korona Lecha sławą niegdyś była,
- W niej szczęścia ludu, w niej krainy siła
- Cudem zamknięta... oto ja, wygnany,
- Lud pozbawiłem korony.
KIRKOR
- Starcze?...
PUSTELNIK
- Korona brata mego jak liczmany
- Fałszywa... moja pod spróchniałe karcze
- Lasu wkopana... miałem ją do grobu
- Ponieść za sobą.
KIRKOR
- Skądże tej koronie
- Cudowna władza?
PUSTELNIK
- Ku ojczystej stronie
- Wracali niegdyś od Betlejem żłobu
- Święci królowie – dwóch Magów i Scyta.
- Ów król północny zaszedł w nasze żyta,
- Zabłądził w zbożu jak w lesie – bo zboże
- Rosło wysokie jak las w kraju Lecha;
- Więc zbłądziwszy rzekł: "Wyprowadź, Boże!"
- Aż oto przed nim odkrywa się strzecha
- Królewskiej chaty – bo Lech mięszkał w chacie. –
- Wszedł do niej Scyta i rzekł: "Królu! bracie!
- Idę z Betlejem, a gwiazda błękitna
- Twoich bławatków ciągle szła przede mną,
- Aż tu zawiodła". – Lech rzekł: "Zostań ze mną!
- Kraina moja szczęśliwa i bitna,
- Jeśli chcesz, to się tą ziemicą z tobą
- Dzielę na poły". – Scyta rzekł: "Zostanę,
- Lecz kraju nie chcę, bo ziemie złamane
- Rozgraniczają się krwią i żałobą
- Dzieci i matek". Więc razem zostali;
- Ale to długa powieść...
KIRKOR
- Mów! mów dalej!
PUSTELNIK
- Więc jako dawniej czynili mocarze,
- Z Lechem się Scyta mieniał na obrączki;
- A pokochawszy mocniej sercem, w darze
- Dał mu koronę... stąd nasza korona.
- Zbawiciel niegdyś wyciągając rączki
- Szedł do niej z matki zadumanej łona;
- I ku rubinom podawał się cały
- Jako różyczka z liści wychylona,
- I wołał: caca! i na brylant biały
- Różanych ustek perełkami świecił.
KIRKOR
- O biedny kwiatku! na cóż ty się kwiecił,
- By cię na krzyżu ćwiekami przybito?
- Czemuż nie było mnie tam na Golgocie,
- Na czarnym koniu, z uzbrojoną świtą!
- Zbawiłbym Zbawcę – lub wyrąbał krocie
- Zbójców na zemstę umarłemu.
PUSTELNIK
- Synu!
- Bóg weźmie twoją pochopność do czynu
- Za czyn spełniony. Wróćmy w nasze czasy.
- Gdy mię brat wygnał, uniosłem w te lasy
- Świętą koronę...
KIRKOR
- Wróci ona! wróci!
- Przysięgam tobie...Lecz...
PUSTELNIK
- Co chcesz powiadać?
KIRKOR
- Nim Kirkor w przepaść okropną się rzuci
- Szukając zemsty – chcę – chciałbym cię badać,
- Na jakim pieńku zaszczepić rodowe
- Drzewo Kirkorów, aby kiedyś nowe
- Plemię rycerzy tronu twego strzegło?
- Kogo wprowadzić w podwoje zamkowe
- Z żony imieniem?
PUSTELNIK
- Tylu ludzi biegło
- Z pierścionkiem ślubnym za marą wielkości,
- A prawie wszyscy wzięli kość niezgody
- Zamiast straconej z żebra swego kości.
- Postąp inaczej – ty szlachetny, młody;
- Niechaj ci pierwsza jaskółka pokaże,
- Pod jaką belką gniazdo ulepiła;
- Gdzie okienkami błysną dziewic twarze,
- A dach słomiany, tam jest twoja miła.
- Ani się wahaj, weź pannę ubogą,
- Żeń się z prostotą, i niechaj ci błogo
- I lepiej będzie, niżbyś miał z królewną...
KIRKOR
- Tak radzisz, starcze?
PUSTELNIK
- Idź, synu, na pewno
- Do biednej chaty – niechaj żona karna,
- Miła, niewinna...
KIRKOR
- Jaskółeczko czarna!
- Ptaszyno moja, gdzie mię zaprowadzisz?
PUSTELNIK
- Słuchaj mię, synu...
KIRKOR
- Starcze, dobrze radzisz...
- Prowadź, jaskółko!
Odchodzi Kirkor.
PUSTELNIK
sam
- O! ci młodzi ludzie,
- Odchodzą od nas i wołają głośno:
- Idziemy szukać szczęścia. Więc my, starce,
- Cośmy przebiegli po tej biednej ziemi,
- A nigdy szczęścia w życiu nie spotkali –
- Możeśmy tylko szukć nie umieli...
- Idź! idź! idź, starcze, do pustelnej celi...
Chce wchodzić do celi – i zatrzymuje się na progu. Wchodzi Filon, pasterz.
Zamyślony – fantastycznie we wstążki i kwiaty ubrany.
FILON
z egzaltacją
- O! złote słońce! drzewa ukochane!
- O! ty strumieniu, który po kamykach
- Z płaczącym szumem toczysz fale śklane!
- Rozmiłowane w jęczących słowikach
- Róże wiosenne! z wami Filon skona!
- Bo Filon marzył los Endymijona,
- Marzył, że kiedyś po blasku miesiąca
- Biała bogini, różami wieńczona,
- Z niebios błękitnych przypłynie, i drżąca
- Czoło pochyli, a koralowemi
- Ustami usta moje rozpłomieni.
- Ach! tak marzyłem! Ale na tej ziemi
- Nie ma Dyjanny. Samotny uwiędnę
- Jako fijołek – albo kwiat jesieni.
PUSTELNIK
- Co znaczą owe narzekania zrzędne?
- Młody szaleńcze, gdzie zimny rozsądek?
- Wywracasz świata boskiego porządek,
- A że ty chciwy Akteona wanien,
- Czekasz na ziemi anielskiego bóstwa:
- Dlatego tyle zestarzałych panien
- Dotąd się mężów swych nie doczekały;
- Szukaj kochanki na ziemi.
FILON
- Świat cały
- Na próżno zbiegłem przeglądając mnóstwa
- Dziewic śmiertelnych. Nieraz wzrok łakomy
- Śledził spod złotej kapelusza słomy
- Żniwiarek twarze, podobne czerwienią
- Makom zbożowym. Nieraz poglądałem
- Na białe płótna, łąk jasną zielenią
- Słońcu podane; rojąc serca szałem,
- Że z bieli płócien jako z morskiej piany
- Alabastrowa miłości bogini
- Wyjdzie na słońce. Ach! tak oobłąkany,
- Żyłem na świecie jako na pustyni;
- Nienasycony, dumający, rzewny.
- Byłem na dworach, widziałem królewny
- Podobne gwiaździe Wenus, co wynika
- Wieczorem z nieba różowego zorzą,
- Zaczerwieniona, ale bez promyka.
- Serca nie mają, a sercem się drożą
- Więcej niż koron brylantami.
PUSTELNIK
- Głupcze!
- Niedoścignionych gwiazd szalony kupcze!
- Ty, co na dworach szukałeś kochanki:
- Precz! precz ode mnie, kwiecie beznasienny,
- Studniom niezdatny jak stłuczone dzbanki,
- Światowi jako słońca blask jesienny
- Bezużyteczny. Skoro na tron wrócę,
- Zamknę cię w szpitalu szalonych lub rzucę
- Na bakalarską ławę między dzieci.
FILON
- Mój dobry ojcze! niechaj ci Bóg świeci!
- Musisz być chory, gadasz nieprzytomnie.
PUSTELNIK
- Wszyscy szaleńcy zlatują się do mnie,
- A wszyscy marzą o królewskich dworach;
- Myślą o królach, a kryją się w borach,
- I jęczą, jęczą jak oślepłe sowy.
FILON
- Wsadź, starcze, głowę w strumień kryształowy,
- Może ochłonie.
PUSTELNIK
- Woda nie obmyje
- Na moim czole czerwonego pasu.
- Widzisz! czy widzisz, jak korona ryje?
- Dwudziestoletnie życie w głębi lasu
- Nie zagoiło rany. Pas na czole,
- A drugi taki pas me serce płata;
- Ten od korony,
pokazując na serce
- ten od mieczów kata.
- O! moje dzieci! o! sieroctwa bole!
- O! moja przeszłość!
FILON
- Nudzi mię ten stary,
- W głowie ma jakieś bezcielesne mary,
- Pewnie oszalał samotnością, postem.
PUSTELNIK
- Cierpienie myśli jest kolącym ostem,
- Lecz rzeczywistość... o! ta jak żelazo
- Rani, zabija...
FILON
- O tym inną razą
- Mówić będzemy, a przekonam ciebie,
- Że smutek serca...
PUSTELNIK
- Niechaj cię pogrzebie,
- Mdława istoto. Nic niech nic zabije;
- A twój grobowiec zamknie nic.
FILON
- O luba!
- Nie znaleziony twój obraz
pokazując na serce
- tu żyje!
- Nieznalezienie gorsze niźli zguba;
- Jam cię nie znalazł, a widzę przed sobą!
- Idę do lasu, gdzie będę sam...z tobą...
- Błogosławiony wyobraźni cudzie,
- Ty mnie ocalasz!
Odchodzi w las.
PUSTELNIK
- Jak szaleją ludzie!
Wchodzi do celi.
Scena II
Inna część lasu – widać jezioro Gopło.
Skierka i Chochlik wchodzą.
SKIERKA
- Gdzie jest Goplana, nasza królowa?
CHOCHLIK
- Śpi jeszcze w Gople.
SKIERKA
- I woń sosnowa,
- I woń wiosenna nie obudziła
- Królowej naszej! woń taka miła!
- Czyliż nie słyszy, jak skrzydełkami
- Czarne jaskółki biją w jezioro
- Tak, że się całe zwierciadło plami
- W tysiące krążków?
CHOCHLIK
- Zanadto skoro
- Zbudzi się jędza i będzie
- Do pracy nas zaprzęgać. To w puste żołędzie
- Wkładać jaja motylic – to pomagać mrówkom
- Budującym stolicę i drogi umiatać
- Do mrównika wiodące...to majowym krówkom
- Rozwiązywać pancerze, aby mogły latać;
- To zwiedzać pszczele ule i z otwartej księgi
- Czytać prawa ulowe lub rotę przysięgi
- Na wierność matce pszczelnej od zrodzonej pszczółki;
- To na trzcinę jeziora zwoływać jaskółki
- I uczyć budownictwa pierworoczne matki.
- Już zamykać stawiane na ptaszęta klatki,
- Nim jaki biedny ptaszek uwięźnie w zapadni,
- Na przekor ptasznikowi; już to pani sroce
- Ciągle trąbić do ucha naukę: nie kradnij;
- Albo wróblowi wmawiać, że pięknie świergoce,
- Aby ciągle świergotał nad wieśniaczą chatą...
- Pracuj jak koń pogański, pracuj całe lato,
- A zimą śpij u chłopa za brudnym przypieckiem,
- Między garnkami, babą szczerbatą i dzieckiem.
SKIERKA
- Bo też ty jesteś leniwy, Chochliku!
Patrzy na jezioro.
- Ach, patrz! na słońca promyku
- Wytryska z wody Goplana;
- Jak powiewny liść ajeru,
- Lekko wiatrem kołysana;
- Jak łabędż, kiedy rozwinie
- Uśnieżony żagiel steru,
- Kołysze się – waha – płynie.
- I patrz! patrz! lekka i gibka,
- Skoczyła z wody jak rybka,
- Na nezabudek warkoczu
- Wiesza się za białe rączki,
- A stopą po fal przezroczu
- Brylantowe iskry skrzesza.
- Ach, czarowna! któż odgadnie,
- Czy się trzyma z fal obrączki?
- Czy się na powietrzu kładnie?
- Czy dłonią na kwiatach się wiesza?
CHOCHLIK
- Ona ma wianek na głowie...
- Czy to kwiaty? czy sitowie?
SKIERKA
- O nie... to na włosach wróżki
- Uśpione leżą jaskółki.
- Tak powiązane za nóżki
- Kiedyś, w jesienny poranek,
- Upadły na dno rzeczułki:
- Rzeczułka rzuciła wianek,
- Wianek czarny jak hebany
- Na złote włosy Gpolany.
CHOCHLIK
- Radzę ci, uciekajmy, mój Skierko kochany,
- Wiedźma gotowa zaraz nową pracę zadać.
- Albo obracać młyny, skąd woda uciekła
- Biednemu młynarzowi, lub każe spowiadać
- Leniwego szerszenia, nim pójdzie do piekła
- Za kradzież słodkich miodów... lub malować pawie.
SKIERKA
- Więc uciekaj... ja się bawię...
- Promienie słońca przenikły
- Jaskółeczek mokre piórka...
- Ożyły – pierżchły – i znikły
- Jak spłoszonych wróbli chmurka.
- Królowa nasza bez ducha,
- Zadziwiona stoi, słucha;
- Nie śmie wiązać i zaplatać
- Kos rozwianych, nie wie, czemu
- Wianeczkowi uwiędłemu
- Przyszło ożyć? skąd mu latać?
- Goplano! Goplano! Goplano!
Wchodzi Goplana.
GOPLANA
- Narwij mi róż, Chochliku! poleciał mój wianek.
CHOCHLIK
- Już się zaczyna praca.
Chochlik odchodzi mrucząc.
GOPLANA
- Czy to jeszcze rano?
SKIERKA
- Pierwsza wiosny godzina.
GOPLANA
- Ach! gdzież mój kochanek?
SKIERKA
- Co mi rozkażesz, królowo?
- Zadaj piękną jaką pracę.
- Winąć tęczę kolorową,
- Albo budować pałace,
- Powojami wiązać dachy,
- I opierać kwiatów gmachy
- Na kolumnach malw i dzwonków
- Lazurowych.
GOPLANA
zamyślona
- Nie!
SKIERKA
- Chcesz tronów
- Z wypłakanych nieba chmurek?
- Czy ci przynieść pereł sznurek?
- Z owych pereł, które dają
- Lep na ptaszki; ale mają
- Takie blaski, takie wody,
- Jak kałakuckie jagody.
- Chcesz? lecę na trzęsawicę,
- Dojrzę – dogonię – pochwycę –
- Błędnego moczar ognika;
- I zaraz w lilijkę białą
- Oprawię jak do świecznika,
- I nakryję białym dzwonkiem,
- By ci świecił...Czy to mało?
- Rozkaż, pani! Co pod słonkiem,
- Co na ziemi, wszystko zniosę:
- Drzewa, kwiaty, światło, rosę.
- Co nad ziemią, w ziemi łonie:
- Dźwięki, echa, barwy, wonie,
- Wszystko, o czym kiedy śniły
- Myśli twoje w jezior burzy
- Kołysane.
GOPLANA
- Skierko miły,
- Ja się kocham.
SKIERKA
- W czym? czy w róży
- Bezcierniowej? czy w kalinie?
- W czterolistnej koniczynie?
- Może w kwiatku: "niech Bóg świeci",
- Który posadzi macocha
- Na grobie mężowskich dzieci?
- Może w Magdaleny nitce,
- Co bez wiatru leci płocha?
- Może w białej margieritce,
- Co piątym listkiem: "nie kocha"
- Zabiła młodą pasterkę?
- W czym się kochasz? poszlij Skierkę,
- A przyniesie ci kochanka,
- I wplecie do twego wianka,
- I będziesz go wiecznie miała,
- Pieściła i całowała
- Do przyszłej wiosny poranka,
- Do drugiego kwiatów wieku.
GOPLANA
- Ach! ja się kocham, kocham się w człowieku!
SKIERKA
- To ludzkie czary.
GOPLANA
- Tej zimy, gdym usnęła
- Na skrysztalonym łożu. Światło mię jakieś
- Z głuchego snu gwałtownie ocuciło.
- Otwieram oczy – patrzę... płomień czerwony
- Jako pożaru łuna bije przez lody
- I słychać głuchy huk. Rybacy to rąbali
- Przełomkę biednym rybkom zdradliwą... Nagle
- Okropny krzyk – w przełomkę człowiek pada
- Na moje upadł łoże; a czy to światło
- Podobne barwie róż, które świeciło
- W moim pałacu szklistym? Czy też prawdziwe
- Róże na jego licach śmiercią mdlejące;
- Ale się piękny wydał – ach! piękny tak, że chciałam
- Zatrzymać go na wieki w zimnych pałacach,
- I nie rozwiązać z wieńca ramion, i przykuć
- Łańcuchem pocałunków. Wtem zaczął konać...
- Musiałam wtenczas, ach! musiałam go wypuścić!
- Gdybym przynajmniej mogła była go wynieść
- Z wody na rękach moich, usta z ustami
- Spoić i życie wlać w ostygłe jego piersi;
- Ale ty wiesz, co to za męka dla nas,
- Kiedy podobne kwiatom, musiemy składać
- Rumieniec nasz i piękne barwy wiosny.
- I do kamieni białych podobne leżeć
- W głębiach jeziora. Taką ja wtenczas byłam.
- Musiałam leżeć na dnie, ani się płocho
- Na światło dnia wyrywać. Na pół martwego
- Wyniosłam drżącą ręką i przez otwory
- W lodzie wybite rzucam: sama boleśnie
- Wracam na puste łoże, na zimne łoże;
- A serce moje rozdarł okrzyk rybaków,
- Którzy witali wtenczas, gdy ja żegnałam.
- Jakżem czekała wiosny, przyszła nareszcie!
- Z miłością w moim sercu budzę się... kwiaty
- To nic przy jego licach – gwiazdy gasną
- Przy jego jasnych oczach... Ach! kocham! kocham!
SKIERKA
- Ktoś idzie tutaj lasem.
GOPLANA
- To on! to on! mój miły.
- Bądź niewidomym, Skierko.
Skierka odchodzi.
Wchodzi na scenę Grabiec - rumiany – w ubiorze wieśniaka.
GRABIEC
- Ach, cóż to za panna?
- Ma twarz, nogi, żołądek – lecz coś niby szklana.
- Co za dziwne stworzenie z mgły i galarety!
- Są ludzie, co smak czują do takiej kobiety;
- Ja widzę coś rybiego w tej dziwnej osobie.
GOPLANA
- Jak się nazywasz, piękny młodzieńcze?
GRABIEC
- Nic sobie...
GOPLANA
- Miły nic sobie!
GRABIEC
- Jakżeś głupia, mościa pani –
- Nic sobie, to się znaczy, że nic nie przygani
- Mojej piękności... to jest, żem piękny. A zwę się
- Grabiec.
GOPLANA
- Cóż cię za anioł obłąkał w tym lesie?
GRABIEC
- Proszę, co za ciekawość w tym wywiędłym schabku!
GOPLANA
- Proszę cię, panie Grabiec!
GRABIEC
- Wolno mówić: Grabku!
- Panie Grabku!
GOPLANA
- Któż jesteś?
GRABIEC
- Aśćki panny sługa...
- A pytasz, kto ja jestem?... to historia długa;
- W naszym kościółku stały ogromne organy,
- Mój tata grał na dudach; pięknie grywał pijany,
- Ale kiedy na trzeźwo, okropnie rzępolił;
- Do tego był balwierzem i wieś całą golił,
- Golił i grał na dudach, bo golił w sobotę,
- Na dudach grał w niedzielę; a miał taką cnotę,
- Że nie pił, kiedy golił, a pił, kiedy grywał,
- I wszystko szło jak z płatka. Wtem kogut zaśpiewał
- I mój ojciec małżeństwem z żoną los zespolił.
- Panna młoda wąs miała, ojciec wąs ogolił
- I wszystko szło jak z płatka. Lecz tu nowe cuda!
- Żona grała na dudach, a tatuś był duda;
- Grała więc po tatusiu i dopóty grała,
- Aż go na cmentarzyku wiejskim pogrzebała.
- Ja zaś, pośmiertne dzieło pana organisty,
- Jestem, jak mówią, ojca wizerunek czysty,
- Bo lubię stary miodek i kocham gorzonnę,
- I uciekam od matki...
GOPLANA
- Słowa jego wonne
- Przynosi wiatr wiosenny do mojego ucha...
- O luby! ja cię kocham...
GRABIEC
- Cóż to za dziewucha?
- Obcesowo zaczyna. Wprawdzie to nie dziwy.
- Ilekroć przez wieś idę, to serca jak śliwy
- Lecą pod moje nogi... wołają dziewczęta:
- Panie Grabku! Grabiątko, niech Grabiec pamięta,
- Że jutro grabim siano – pomóż, Grabku, grabić.
- A to znaczy, że za mnie dałyby się zabić,
- I to, że się na sianie dadzą pocałować.
GOPLANA
- Czy mię kochasz, mój miły?
GRABIEC
- Ha?... trzeba skosztować...
- Na przykład... daj całusa...
GOPLANA
- Stój!... pocałowanie
- To ślub dla czystych dziewic. Na dziewiczym wianie
- Za każdym pocałunkiem jeden listek spada.
- Nieraz dziewica czysta i smutkami blada
- Dlatego, że spadł jeden liść u serca kwiatu,
- Nie śmie kochać i daje pożegnanie światu,
- I do mogiły idzie nigdy nie kochana.
GRABIEC
- Coś waćpanna jak mniszka.
GOPLANA
- Raz pocałowana,
- Będę twoją na wieki – i ty mój na wieki...
GRABIEC
- Ha, pocałunek bliski, a ten "mój" daleki.
Całuje.
GOPLANA
- O mój luby!...
GRABIEC
- Dalibóg... pfu! pocałowałem
- Niby w pachnącą różę... pfu... róża jest ciałem,
- Ciało jest niby różą...niesmaczno!...
GOPLANA
- Mój drogi!
- Więc teraz co wieczora na leśne rozłogi
- Musisz do mnie przychodzić. Będziemy błądzili,
- Kiedy księżyc przyświeca, kiedy słowik kwili,
- Nad falą szklistych jezior, pod wielkim modrzewiem
- Będziemy razem marzyć przy księżycu...
GRABIEC
do siebie
- Nie wiem,
- Co powiedzieć babie...
GOPLANA
- Ty smutny? Ty niemy?
- O! my z tobą będziemy szczęśliwi!
GRABIEC
- Będziemy,
- Lecz nie wieczorem – i nie przy jeziorze...
GOPLANA
- Czemu?
GRABIEC
- Bo ja nie lubię wody jak wściekły.
GOPLANA
- Mojemu
- Kochankowi rwać będę poziomki, maliny.
GRABIEC
- Lecz ja nie lubię malin... a kiedy dziewczyny
- Niosą dzbanek na głowie, nieraz zrzucam dzbanek,
- Ale to nie dla malin.
GOPLANA
- Lecz ty mój kochanek,
- Ty musisz lubić kwiaty. Więc przyjdź co wieczora...
GRABIEC
- A to już tego nadto!... co za nudna zmora!
- Nie przyjdę w żaden wieczór...
GOPLANA
- Dlaczego?
GRABIEC
- Za borem
- Pewna dziewczyna czeka na Grabka wieczorem.
GOPLANA
- Dziewczyna?
GRABIEC
- Tak... dziewczyna...
GOPLANA
- Czy piękna dziewczyna?
GRABIEC
- Ha?... co pannie do tego?... zwie się Balladyna.
GOPLANA
- Siostra Aliny?... córka wdowy?... ale ona
- Złe ma serce.
GRABIEC
- Waćpanna, widzę, coś szalona...
- Nie wierzę w babskie dziwy, sądy i przestróżki.
- Wszystkie dziewczęta, które mają małe nóżki,
- To mają piękne usta i serca – a właśnie
- Ona piękną ma nóżkę...
GOPLANA
zapalając się
- Niech słońce zagaśnie,
- Jeśli mi cię kto wydrze, kochanku.
- Ty jesteś moim! moim! moim wiecznie!
- Choćbyś miał księżyc za ślubny pirścionek,
- Choćbyś miał księżyc, to ja go rozłamię,
- Zagaszę księżyc, który cię prowadzi
- Do pocałunków, do kochanki domu.
- Ach, bądź mi wiernym! błagam cię! zaklinam!
- Na twoje własne szczęście. Ach! zaklinam!
- Bo zginiesz, luby... nie... razem zginiemy,
- Ale ty zginiesz także, gdy ja zginę...
- Więc nie chcę zginąć, abyś ty nie zginął.
- Przynajmniej dzisiaj nie chodź tam wieczorem,
- Przynajmniej dzisiaj nie chodź tam... ja każę...
GRABIEC
- A któż ty jesteś, co każesz?
GOPLANA
- Królowa!
- Królowa fali, Goplana.
GRABIEC
- Ej!... w nogi!
- Jezus Maryja! a tom popadł w biedę,
- Szatana żona chce być moją żoną.
Grabiec ucieka.
GOPLANA
sama
- Niech słońce gaśnie! Niechaj gwiazdy toną
- W bezdrożne niebo! Niechaj róże więdną!
- Co mi po słońcu, po gwiazdach, po kwiatach.
- Wolę je stracić niż kochanka stracić.
- Co mam potęgi, co nadprzyrodzonej
- Siły nad światem, to obrócę na to,
- Aby to serce podbić i mieć moim...
- Skierko! Chochliku!
Skierka przybiega.
- Czy słyszałeś, Skierko,
- Moją rozmowę z kochankiem? aniołem?
SKIERKA
- Nie karz... ciekawość... szczera moja skrucha,
- Biały powoju kwiatek uszczknąłem
- I końcem różka włożywszy do ucha,
- Słyszałem... przez kwiat...
GOPLANA
- Gdzie Chochlik?
SKIERKA
- Leniwy
- Ciągnie się z wiankiem.
Wchodzi Chochlik z wiankiem.
GOPLANA
- A wstydź się Chochliku!
- Patrz, coś ty narwał chwastu i pokrzywy,
- Brzydkich piołunów, koniczyn, trawniku.
SKIERKA
- Pozwól mi, pani, niech, ja go wysiekę
- Za taki wianek...
CHOCHLIK
- Ej!... ja cię urzekę...
GOPLANA
- Słuchajcie mię cicho, diabliki...
- Oto, Chochło, polecisz za moim kochankiem;
- Idź przy nim, przed nim, za nim, jak skoczne ogniki,
- I błąkaj po murawach tak, by przed porankiem
- Nie trafił do mięszkania, ani do tej chaty,
- Gdzie mięszkają dwie piękne dziewczęta – dwa kwiaty,
- Córki wdowy... rozumiesz... a o wschodzie słońca
- Tu miłego przyprowadź.
CHOCHLIK
- Będę go bez końca
- Błąkał i sadzał w błocie... cha! cha! cha! cha! cha! cha!
Odchodzi Chochlik.
GOPLANA
- A ty, mój Skierko, leć na mały mostek,
- Gdzie jest mogiła samobójcy stracha.
- Ukryj się w łozy zarostek.
- Za godzinę przez ten mostek
- Będzie jechał pan bogaty,
- Ustrojony w złote szaty,
- Jak do ślubu – bez oręży,
- I kareta złotem błyska,
- I pięć rumaków w zaprzęży;
- Cztery karych i klacz biała
- Przodem lecąc iskry ciska.
- A na mostku wypróchniała
- Leży belka drżąca, śliska.
- Czy rozumiesz?
SKIERKA
- Wywrócić?
GOPLANA
skłaniając głowę
- Lecz nie szkodzić żywym,
- Ani ludziom, ni koniom.
SKIERKA
- A potem?
GOPLANA
- Tego pana w płaszczu złotym
- Hymnem wiatru czułym, tkliwym
- Zaprowadzić aż do chaty,
- Gdzie mieszka uboga wdowa
- I dwie młode córki chowa.
- Uczyń tak, by pan bogaty
- Wziął tam żonę i we dwoje
- Odjechał złotą karetą.
- Luby Skierko! dziecię moje!
SKIERKA
- Dziewczyna będzie kobietą,
- Nim dwa razy słońce zaśnie,
- Nim dwa razy księżyc zgaśnie.
Odlatuje.
GOPLANA
sama
- Więc rozesłałam sylfy; niechaj pracują
- Na moje szczęście. Teraz nie idzie o to,
- Aby wojskami kwiatów zdobywać niwy;
- Nie kwiatów strzec mi teraz, nie tęczę winąć,
- Ani słowiki uczyć piosenek, ani
- Budzić jaskółki wodne... kocham!... ginę!...
- A jeśli on mię kochać nie będzie? cała
- W mgłę się rozpłynę białą, i spadnę łzami
- Na jaki polny kwiat, i z nim uwiędnę.
Rozpływa się w powietrzu.
Scena III
Chata Wdowy.
Wdowa i córki jej Balladyna i Alina wchodzą z sierpami.
WDOWA
- Zakończony dzień pracy. Moja Balladyno,
- Twoje rączki od słońca całe się rozpłyną
- Jak lodu krysztaliki. Już my jutro rano
- Z Alinką na poletku dożniemy ostatka;
- A ty, moje dzieciątko, siedź sobie za ścianą...
ALINA
- Nie! nie, nie, jutro odpoczywa matka,
- A my z siostrzycą idziemy na żniwo.
- Słoneczko lubi twoję główkę siwą
- I leci na nią by natrętna osa
- Do białych kwiatów, ani go od włosa
- Liściem odpędzić; że też nigdy chmurki
- Bóg nie nadwieje, aby cię zakryła.
- O! biedna matko!
WDOWA
- Dobre moje córki,
- Z wami to nawet ubożyzna miła;
- A kto posieje dla Boga, nie straci.
- Zawsze ja myślę, że wam Bóg zapłaci
- Bogatym mężem... a kto wie? A może
- Już o was słychać na królewskim dworze?
- A my tu żniemy, aż tu nagle z boru
- Jaki królewic - niech i kuchta dworu,
- Albo koniuszy - zajeżdża karetą...
- I mówi do mnie: podściwa kobieto,
- Daj mi za żonę jedną z córek. - Panie!
- Weź Balladynę, piękna jak dziewanna. -
- Tobie się także, Alino, dostanie
- Rycerz za męża - ale starsza panna
- Powinna prędzej zostać panną młodą.
- W rzeczułkach woda goni się za wodą.
- Mój królewicu, żeń się z Balladyną.
BALLADYNA
- Gdzie ty mój grzebień podziałaś, Alino?
- Co ty tam słuchasz, jak się matce marzy.
ALINA
- Wiesz, Balladyno, że to jej do twarzy,
- Kiedy śni głośno, kiedy się uśmiecha.
WDOWA
do Balladyny
- Dobrze ty mówisz! Chata taka licha,
- A mnie się marzy Bóg wie co... Ale
- Bogu się także w wiekuistej chwale
- Musi coś marzyć... a gdyby też Bogu
- Chciało się matce dać złotego zięcia...
BALLADYNA
- Ach! słychać jakiś tarkot na rozłogu,
- Jedzie gościńcem dwór jakiegoś księcia.
- Pięć koni... złota kareta... ach, kto to?
- Jedzie aleją... jak to pięknie złoto
- Między drzewami błyska!... Ach! mój Boże,
- Co im się stało?... śród naszego mostu
- Powóz prrr... stanął... i ruszyć nie może...
WDOWA
- Pewnie chcą konie napoić...
BALLADYNA
- Ot właśnie!
- Pan poi konie na drodze po prostu...
WDOWA
- Ha! jeśli pić chcą...
ALINA
- Już słoneczko gaśnie,
- Trzeba zapalić sosnowe łuczywo...
BALLADYNA
biegnąc od okna
- Ach, lampę zaświeć... ach, lampę... co żywo...
- O! gdzie mój grzebień?
Słychać pukanie do drzwi.
WDOWA
- Cóż to? co?... ktoś puka...
- Otwórz, Balladyno.
BALLADYNA
- Niech siostra otworzy...
WDOWA
- Prędzej otwórzcie... ktoś do chaty stuka.
ALINA
- Ach, ja się boję...
WDOWA
- Niech wszelki duch boży
- Boga wychwala... ja odemknę chatę.
Patrzy przez dziurkę od klucza.
- O, jakie stroje złocisto-bogate!
Otwiera.
- Czy w imię Boga?...
Kirkor wchodzi.
KIRKOR
- Tak, z Boga imieniem.
- Proszę wybaczyć, ale nad strumieniem
- Mostek pod moim załamał się kołem,
- Szukam schronienia...
WDOWA
- Proszę poza stołem,
- Mój królewicu, siadać - proszę siadać.
- Chata uboga - raczyłeś powiadać,
- Że powóz... O! to nieszczęście! - Dziewczęta!
- To moje córki, jasny królewicu -
- A to już dawno człowiek nie pamięta
- Takich przypadków, chyba przy księżycu
- Młynarz, co jechał przeszłej wiosny.
BALLADYNA
- Matko,
- Dosyć - daj panu mówić.
Wchodzi Skierka niewidzialny dla aktorów.
KIRKOR
- Przed tą chatką
- Słyszałem dźwięki luteń...czy to córki
- Wasze grywają na lutni?
WDOWA
- Przepraszam -
- Nie... królewicu...
SKIERKA
- Z niewidzialnej chmurki
- Sympatycznymi kwiaty poukraszam
- Obie dziewice, bo moja królowa
- Nie powiedziała, do której nakłonić
- Serce Kirkora... Muzyka echowa
- Zacznie hymnami powietrznymi dzwonić:
- A wieniec kwiatów taką woń rozleje,
- Że serce tego człowieka omdleje,
- Że jednym sercem dwa serca pokocha.
Wkłada wieńce kwiatów na głowy dziewicom - słychać muzykę.
WDOWA
- Może królewic chce odpocząć trocha?...
KIRKOR
z zadziwieniem i niespokojnością
- Odpocząć, kiedy dźwięki takie cudne
- Słyszę... Dziewice, wasze są to pieśni?...
- Słyszę śpiewanie...
ALINA
- Czy się panu nie śni?
- Tu w chacie... cicho...
KIRKOR
- Ach! jakże mi nudne
- Wspomnienie zamku pustego!...
SKIERKA
na stronie
- Czar działa...
KIRKOR
- Z jakich kadzideł ta woń się rozlała?...
- To z pewna wasze wieńce, uroszone
- Łzami wieczora, dają takie wonie?
BALLADYNA
- Lecz my nie mamy wieńców.
Wchodzi Sługa Kirkora bogato ubrany.
SŁUGA
- Naprawione
- Koło w powozie...
KIRKOR
- Wyprząc z dyszla konie,
- Ja tu zostanę...
Sługa odchodzi.
WDOWA
- Cóż to za zjawienie?
- Królewic w chacie! Na jakim on sienie
- Spać będzie?... Jemu listki róży cisną...
KIRKOR
do siebie
- Prawdę wróżyłeś, pustelniku stary:
- Gdzie okienkami dwie różyczki błysną,
- Gdzie dach słomiany...
SKIERKA
do siebie
- Zakończone czary...
KIRKOR
do Wdowy
- Słuchajcie, matko! na świat wyjechałem
- Szukać ubogiej i cnotliwej żony;
- Dalej nie jadę, bo tu napotkałem
- Cudowne bóstwa!...O! gdybym dwa trony -
- Ach! powiem raczej, gdybym miał dwa serca!
- Lecz zdaje mi się, że dwa serca noszę...
- Ale Bóg jedną tylko wziąć pozwala
- I do ślubnego prowadzić kobierca;
- Więc trzeba wybrać... Czemuż losu fala
- Rozbiła serce moje o dwie skały?
- Ach! czemuż oczy pierwej nie wybrały
- I nie powiodły czucia? Dziś nie umiem
- Wybrać...
WDOWA
- Ja ciebie, panie, nie rozumiem...
KIRKOR
- Proszę o rękę jednej z córek... może
- Słyszałaś kiedy o hrabi Kirkorze,
- Co ma ogromny zamek, cztery wieże,
- Złocisty powóz, konie i rycerze
- Na swych usługach?... Otóż Kirkor... to ja...
- Proszę o jedną z córek...
WDOWA
- Córka moja?...
- Ja dwie mam córki - ale Balladyna...
KIRKOR
- Czy starsza?
WDOWA
- Tak jest... a młodsza Alina
- Także jest jak anioł...
KIRKOR
do siebie
- Jaki wybór trudny!
- Starsza jak śniegi - u tej warkocz cudny,
- Niby listkami brzoza przyodziana;
- Ta z alabastrów - a ta zaś różana -
- Ta ma pod rzęsą węgle - ta fijołki -
- Ta jako złote na zorzy aniołki,
- A ta zaś jako noc biała nad rankiem.
- Więc jednej mężem - drugiej być kochankiem;
- Więc obie kochać, a jedną zaślubić?
- Lecz którą kochać? którą tylko lubić?...
- Niech się przynajmniej z ust różanych dowiem,
- Która mnie kocha?...
do dziewic
- Moje smugłe łanie,
- Czy mnie kochacie?
BALLADYNA
- Ach! ja ci nie powiem:
- Nie... ale nie śmiem wymówić: tak, panie -
- Może ty zgadniesz, choć będę milczała;
- Zgadnij, rycerzu.
KIRKOR
do Aliny
- A ty, różo biała?
ALINA
rzucając się na łono matki
- Kocham...
KIRKOR
- Obiedwie kochają.
WDOWA
- Zapewne,
- Że muszą kochać!... toż by to dopiero,
- Gdyby nie kochać rycerza, co szczerą
- Mógłby za żonę wziąć sobie królewnę,
- Piękny i śmiały.
KIRKOR
- Któraż z was, dziewice,
- Będzie mię więcej kochała po ślubie?
- Jak będzie kochać? lubić, co ja lubię?
- Jak mi rozchmurzać gniewu nawałnice?
BALLADYNA
- O panie! jeśli w zamku są czeluście,
- Z czeluści ogień bucha, a ty każesz
- Wskoczyć - to wskoczę. Jeśli na odpuście
- Ksiądz nie rozgrzeszy, to wezmę na siebie
- Śmiertelne grzechy, którymi się zmażesz.
- Jeżeli dzida będzie mierzyć w ciebie,
- Stanę przed tobą i za ciebie zginę...
- Czegóż chcesz więcej?...
WDOWA
- Weź! weź Balladynę.
- Szczera jak złoto.
KIRKOR
do Aliny
- A ty, młodsza dziewo,
- Co mi przyrzekasz?
ALINA
- Kochać i być wierną.
KIRKOR
- Ach, nie wiem, której oddać rękę lewą
- Jako szwagierce - a której z pierścionkiem.
- O! gdybym ujrzał tę gwiazdę przedsterną,
- Co wiodła króle do Dzieciątka żłobu!
- Serce mam jedno, a ciągnie do obu.
- Którą odrzucić? której być małżonkiem?
- Obie kochają, więc niesprawiedliwość
- Poniesie jedna, jeśli wezmę drugą.
- W obojgu jedna prostota i tkliwość,
- W obojgu miłość jednaką zasługą...
- Którą tu wybrać?...
ALINA
- Jeśli mnie wybierzesz,
- Szlachetny panie, to musisz obiecać,
- Że mię do zamku twojego zabierzesz
- Z matką i siostrą... Bo któż będzie matce
- Gotować garnek? kto ogień rozniecać?
- Ona nie może zostać w biednej chatce,
- Kiedy ja będę w pałacach mieszkała.
- Patrz, ona siwa jak różyczka biała.
- O! widzisz, panie...musisz także ze mną
- I matkę zabrać...
KIRKOR
- O! jakąż tajemną
- Rozkoszą serce napełnia...o! miła...
WDOWA
- Lecz Balladyna to samo mówiła
- W sercu i w myśli... Wierzaj mi, rycerzu,
- I Balladyna kocha matkę starą.
KIRKOR
- Jużem bym wybrał i znów mi w puklerzu
- Dwa serca biją...
BALLADYNA
- Byłabym poczwarą
- Niegodną twojej ręki, ale piekła,
- Żebym się matki kochanej wyrzekła.
- Prócz matki, siostry, wszystko ci poświęcę.
KIRKOR
- Oślepionego chyba losu ręce
- Wskażą mi żonę...
SKIERKA
śpiewa do ucha Wdowy
- Matko, w lesie są maliny,
- Niechaj idą w las dziewczyny,
- Która więcej malin zbierze,
- Tę za żonę pan wybierze.
WDOWA
- Coś matce staruszce
- Przyszło do głowy... Mój ty królewicu,
- Jeśli pozwolisz twej pokornej służce,
- To ci poradzi, piękny krasnolicu.
- Oto niech rankiem idą w las dziewczyny,
- A każda weźmie dzbanek z czarnej gliny;
- I niechaj malin szukają po lesie,
- A która pierwsza dzban pełny przyniesie
- Świeżych malinek, tę weźmiesz za żonę.
KIRKOR
- Wyborna rada... O! złota prostoto!
- Ty mi dasz szczęście niczym nie skłócone,
- Dnie rozkoszami przeplatane z cnotą.
- Tak, moja matko... niech o słońca wschodzie
- W las idą córki z dzbankami na głowie.
- A my w lipcowym usiądziemy chłodzie;
- Która powróci pierwsza, ta się zowie
- Hrabini Kirkor... Sądź sam, wielki Boże!
WDOWA
- Królewic znajdziesz w tej chateczce łoże,
- Pachnące siano zakryte bielizną.
- Wierzaj mi, panie, żabki się nie wślizną
- Do twego sianka... proszę do alkowy.
KIRKOR
klaszcze, wchodzi Sługa
- Przynieś z powozu puchar kryształowy,
- Wino i zimne żubrowe pieczywo...
Sługa odchodzi.
- Bądźcie mi zdrowe, piękne narzeczone...
Odchodzi do alkowy poprzedzany przez Wdowę.
ALINA
- Siostrzyco moja... o! jakież to dziwo,
- O! jakie szczęście!
BALLADYNA
- Jeszcze nie złowione,
- To szczęście, siostro, może nie dla ciebie...
ALINA
- O! moja siostro... wszakże to na niebie
- Jeśli nie słońce, to gwiazdy nad głową;
- Jeśli nie będę panią Kirkorową,
- To będę pani Kirkorowej siostrą.
- A tobie jutro trzeba wziąć się ostro
- Do tych malinek, bo wiesz, że ja zawsze
- Uprzedzam ciebie i mam pełny dzbanek.
- Nie wiem, czy na mnie jagody łaskawsze
- Same się tłoczą... czy tam.. twój kochanek...
BALLADYNA
- Milcz!...
ALINA
- Ha, siostrzyczko? A ja wiem dlaczego
- Malin nie zbierasz...
BALLADYNA
- Co tobie do tego?
ALINA
- Nic... tylko mówię, że ja bym nie chciała
- Rzucić kochanka ani dla rycerza,
- Ani dla króla...a gdybym kochała,
- Wzajem kochana, rolnika, pasterza,
- To już by żaden Kirkor...
BALLADYNA
- Nie chcę rady
- Od głupiej siostry...
Słychać klaskanie za chatą. - Balladyna zapala świeczkę
I ukrywszy ją w dłoni wychodzi.
ALINA
- Ha! zaklaskał w borze -
- Wyszła ze świeczką... O, mój wielki Boże!
- Co tam pan Grabek powie na te zdrady?
- Bo też ta siostra chce iść za Kirkora,
- A jam widziała na kwiatkach ugora,
- Ba! I pod naszą osiną słyszałam
- Sto pocałunków... przebacz mi, o Chryste,
- Że sądzę miłość, której ach! nie zaznałam...
Klęka
- Widzisz, mój Boże! ja mam serce czyste,
- A przysięgając nie złamię przysięgi...
- Boże! ptaszęta u twojej potęgi
- Mogą uprosić o wiszeńkę czarną,
- Jaskółkom w dziobek dajesz muszkę marną.
- Jeśli ty zechcesz, Boże mój jedyny,
- Gdzie stąpię... wszędzie czerwone maliny...
Siada na ławie i usypia.
SKIERKA
śpiewa
- Niech sen szczęścia pozłacany
- Zamyka oczy dziewczyny...
- A ja polecę do Goplany...
Odchodzi.
ALINA
przez sen
- Wszędzie maliny! maliny! maliny...
Koniec aktu pierwszego
BALLADYNA - AKT II
Scena I - Scena II
Scena I
Las przy jeziorze Gople. - Wschód słońca. - Chochlik i Grabiec w czerwone błoto trzęsawic uwalany - i dobrze podpity.
GRABIEC
- Nie pójdę krokiem dalej.
CHOCHLIK
- Ale tu już blisko
- Do twojego domostwa.
GRABIEC
- Moje czarne psisko,
- Nie wierzę tobie... bo mię błąkasz - sadzasz w błocie
- I wykręcasz ogonem... Nie... mój czarny kocie,
- Chciałem ciebie pogłaskać, a ogień wytrysnął...
- Spać chcę.
CHOCHLIK
- Zażyj tabaki...
GRABIEC
trzymając się dębu
- Patrz, dąb mię uścisnął,
- I nie dziw, dąb przyjaciel grabiny... Mój dębie,
- Wierz mi, że cię szacuję; co w sercu to w gębie.
CHOCHLIK
- Chodźmy dalej...
GRABIEC
- Znalazłem dęba przyjaciela;
- Choćbyś mi raj pokazał, gdzie Bóg wróble strzela,
- To nie porzucę dębu, co się cały chwieje
- I potrzebuje wsparcia. - Patrz, biedaczek mdleje.
- Tu, psie! tutaj z latarnią! zgubiłem dębinę!
- Ha! dąb uciekł.. nie poznał mnie... obrosłem w trzcinę
- Siedząc w błotach noc całą...
CHOCHLIK
- Chodź do karczmy.
GRABIEC
- Na to
- Masz ze mnie przyjaciela - na to jak na lato..
- Nie... to nie przystoi... jeśli karczma dama
- Kocha mię, jak ja kocham... to nadejdzie sama...
- Głupstwo chodzić do dziewcząt... Skąd ty masz tabakę?
CHOCHLIK
- Od pana Lucyfera.
GRABIEC
- Ty mi świecisz bakę.
- Psie mój miły, poszukaj zająca - a strzelę.
CHOCHLIK
- Czym?...
GRABIEC
- Gromem... Cośmy z tobą dobrzy przyjaciele,
- Przepraszam ciebie bardzo, żem cię zawiódł w błota,
- Siedzieliśmy w kałuży po uszy jak cnota,
- I kichali - kichali... mój nos w nos waćpana.
CHOCHLIK
- Pamiętasz, co nam trzcina mówiła?
GRABIEC
- Kochana!
- Przyszła na pomoc...
CHOCHLIK
- Trzcina ratowała dudę...
GRABIEC
- Ja zawsze obwiniałem trzciny o obłudę...
Kładzie się.
CHOCHLIK
- Chodź dalej...
GRABIEC
- Spać chcę...
CHOCHLIK
- Lepiej wleź na dąb...
GRABIEC
śpiewa
- Na dębie
- Siedzą gołębie.
- Na stawku pływają kaczki...
- Jeśliś przyjacielem, to zanieś do praczki
- Moje spodnie...
CHOCHLIK
- Co? jak to? chcesz spać bez szlafmycy?
GRABIEC
- Nie chcesz?... to idź do diabła, kocie czarownicy.
CHOCHLIK
- Dobrej nocy...
GRABIEC
- Dobranoc... dobranoc, psie miły.
- Szedłbym jeszcze do karczmy, ale nie mam siły
- Dobranoc...
Zasypia.
CHOCHLIK
- Co za głupie stworzenia ci ludzie!
- Spił się, cały w czerwonej umazgał się rudzie
- I śpi; niech sobie teraz nadchodzi Goplana.
Goplana wchodzi ze Skierką.
GOPLANA
- Gdzie on? ach, zasnął... Niech zorza różana
- Pierwsze mu blaski na oblicze rzuci;
- Lecz niech się zorza na poły zasmuci
- I płaczem rosy słońce tak przesłoni,
- Aby łagodne powiek nie raziło...
- A ty, chochliku, weźmij z hojnej dłoni
- Twoją nagrodę...
CHOCHLIK
biorąc dar
- Orzech świstun, zgniłą
- Pełny tabaką... dzięki ci, królowo,
- Przez dwa dni będę częstował hiszpanką
- Chłopstwo pijane...
GOPLANA
do Skierki
- Któraż jest kochanką
- Kirkora?...
SKIERKA
- Obie...
GOPLANA
- O! szalona głowo!
SKIERKA
- Przyjdą do lasu szukać malin obie,
- Jak ci mówiłem...
GOPLANA
- Poradź mi, co zrobię?
SKIERKA
- Spuść się na czarne Balladyny serce;
- Zazdrość widziałem w maleńkiej iskierce,
- Więcej niż zazdrość...
GOPLANA
- Cóż robiły w nocy?
SKIERKA
- Alina boskiej wzywając pomocy
- Usnęła cicho, marząc o malinach;
- A Balladyna zapaliła świecę
- I wyszła, bo ktoś zaklaskał w osinach.
- Leciałem za nią śledzić tajemnicę
- Nocnej przechadzki... Jako mgliste mary
- Szła po murawach i drżąca, i cicha:
- A płomyk świecy przez różowe szpary
- Białych paluszków, jak z róży kielicha,
- Błyskał i gasnął, to błyskał, to gasnął.
- Zbudził się ptaszek w osinach i zasnął,
- Tak cicho przeszła wietrznymi poloty,
- Tak cicho przeszła... Ćmy wianeczek złoty
- Zwinął się, leciał nad dziewicy głową.
- Stanęła... słucham... ona ciche słowo
- Wmięszała w szmery listeczków osiny...
- Ktoś odpowiedział...
GOPLANA
- Może Balladyny
- Drużka?...
SKIERKA
- Nie, pani.
GOPLANA
- Kto?
SKIERKA
- Mamże powiedzieć?
GOPLANA
pokazując na śpiącego Grabka
- On?
SKIERKA
- Tak...
GOPLANA
do Chochlika
- Chochliku!...kazałam ci śledzić,
- Przeszkodzić.
CHOCHLIK
- Diabeł kochankom przeszkodzi.
GOPLANA
- Zamknij Chochlika, Skierko, w muszli żabiej
- I na jezioro puść, by kota w łodzi.
CHOCHLIK
- O pani! pani! lepiej ty mię zabij...
GOPLANA
- Zabić nie mogę, lecz mogę ukarać...
SKIERKA
- Pójdź, panie Chochło, o łódkę się starać.
Chochlik, przekrzywiając się jak krnąbrne dziecko, odchodzi ze Skierką.
GOPLANA
sama
- Więc on ją widział... on ją widział nocą;
- Przekleństwo! wczoraj widział ją w osinie.
- Niechaj te gwiazdy nigdy się nie złocą,
- Co im świeciły! Niech ten miesiąc ginie!
- Niechaj anielskiej drogi mleczne stopnie
- W proch się rozsypią!... On był tam? - okropnie.
- Żeby ta dziewa jedno mi spojrzenie
- Przedała dzisiaj za brylanty światów...
- Jak go ukarać?... ach, ja się zamienię
- W błękitny powój i węzłami kwiatów
- Na śmierć uścisnę... O nie... z tego wianka
- Kochanek żywy wyjdzie, a kochanka
- Rozpłomieniona miłością omdleje.
- Jak go ukarać?... Niechaj wrośnie wszystek
- W płaczącą wierzbę, korą się odzieje,
- Niech się na drzewie skłoni każdy listek,
- Jakoby smutny przewinieniem spadał
- I płakał... Luby, gdy cię tak zobaczę,
- Że będziesz płaczem na płacz odpowiadał,
- To będę płakać ach! że wierzba płacze.
Skierka wraca.
SKIERKA
- Zamknięty w muszli po strumykach skacze
- I na jezioro wyjeżdża w powozie
- Nieboszczki żaby.
GOPLANA
- Wytnij rózgę w łozie.
Skierka podaje Goplanie pręcik.
- Obudź się teraz! obudź się, kochany!
- Powiedz, dlaczego?...
GRABIEC
senny
- Śpię... bo jestem pijany.
GOPLANA
- Powiedz, dlaczego? jak miłośny słowik
- Piosnką wieczora?...
GRABIEC
śniąc na pół
- Podaj mi borowik
- I włóż pod głowę za poduszkę... a nie?
- To idź do stawu, rybo, koczkodanie.
GOPLANA
- Więc poznaj władzę Goplany!
- Wrośnij w ziemię i z tej ziemi
- Wyrośnij korą odziany
- I liściami płaczącemi.
Grabiec tonie w ziemię, wierzba na tym miejscu wyrasta.
- Rośnij, wierzbo płacząca;
- Skarż się, gdy ptaszek trąca,
- Gdy cię strumyk podrywa,
- Kiedy wietrzyk rozniesie
- Twoje listki po lesie.
- Skierko! przyszlij słowika, niech tej wierzbie śpiewa
- Słowa miłośne i niech ją nauczy
- Kochać i płakać;
- Ale niech żaden dziób kruczy
- Nie śmie nad nią smutnie krakać
- Pieśni pogrzebu,
- Bo ta wierzba nie umarła.
SKIERKA
- O! jakże pięknie listki rozpostarła!
- Jak się kłania kwiatom, niebu
- Wierzba wyrosła z człowieka
- I piękniejsza, niż był człowiek.
GOPLANA
- Niechaj teraz kochanek Balladyny czeka,
- Niechaj sękowym okiem spod korzanych powiek
- Upatruje dziewicy...
SKIERKA
- Widzę dwie dziewczyny.
- Niosą na głowach czarne dzbanki z gliny,
- Szukają malin.
GOPLANA
- Skryjmy się w gęstwiny.
Goplana i Skierka kryją się. - Alina wchodzi z dzbankiem na głowie.
ALINA
- Ach, pełno malin - a jakie różowe!
- A na nich perły rosy kryształowe.
- Usta Kirkora takie koralowe
- Jak te maliny... Fijołeczki świeże,
- Wzdychajcie próżno, bo ja nie mam czasu
- Zrywać fijołków - bo siostrzyczka zbierze
- Dzban pełny malin i powróci z lasu,
- I weźmie męża; a ja z fijołkami
- Zostanę panną... Choćbyście wy były,
- Fijołki moje, złotymi różami,
- Wolę maliny.
Śpiewa szukając malin.
- Mój miły! mój miły!
- Złoty wielki pan.
- Mojemu miłemu
- Niosę malin dzban,
- Bo on woli, mój kochanek,
- Taki pełny malin dzbanek,
- Niż zbożowy łan. Oh!
- Niż zbożowy łan.
Odchodzi w prawo.
Wchodzi Balladyna z dzbankiem na głowie.
BALLADYNA
- Jak mało malin! a jakie czerwone
- By krew. - Jak mało - w którą pójdę stronę?
- Nie wiem... A niebo jakie zapalone
- Jak krew... Czemu ty, słońce, wschodzisz krwawo?
- Noc wolę ciemną, niż taki poranek...
- Gdzie moja siostra? musiała na prawo
- Pójść i napełnić malinami dzbanek;
- A ja śród jagód chodzę obłąkana
- Jakąś rozpaczą i łzy gubię w rosie.
ALINA
z głębi lasu
- Siostrzyczko moja! siostrzyczko kochana!
- A gdzie ty?...
BALLADYNA
- Jaki śmiech w Aliny głosie!
- Musi mieć pełny dzbanek...
Alina wchodzi.
ALINA
- Cóż siostrzyczko?
BALLADYNA
- Co?...
ALINA
- Czy masz pełny dzbanek?
BALLADYNA
- Nie...
ALINA
- Balladyno,
- Cóż ty robiłaś?
BALLADYNA
- Nic...
ALINA
- To źle, różyczko...
- Ja mam dzban pełny, mniej jedną maliną.
BALLADYNA
- Weź tę malinę z mego dzbanka.
ALINA
- Miła!...
- Siostrzyczko moja, powiedz, gdzieżeś była?
- Wyszłyśmy razem, miałaś dosyć czasu;
- Wszak ja ci, siostro, nie ukradłam lasu.
- Dlaczegóż teraz z taką białą twarzą
- I z przyciętymi ustami?...
BALLADYNA
- Wyłażą
- Z twojego dzbanka maliny jak węże,
- Aby mię kąsać żądłami wymówek.
- Idź i bądź panią! siostra się zaprzęże
- Jak wół do pługa, będzie tłoczyć olej
- Z kolących siemion i z brzydkich makówek.
ALINA
- A wstydź się, siostro... proszę cię, nie bolej
- Nad moim szczęściem.
BALLADYNA
- Cha! cha! cha!
ALINA
- Co znaczy
- Ten śmiech okropny? siostro! czy ty chora?
- Jeżeli wielkiej doznajesz rozpaczy,
- To powiedz... Ale ty kochasz Kirkora?
- Ty bardzo kochasz? Siostro! powiedz szczerze!
- Bo widzisz, rybko, są inni rycerze,
- Jak będę panią, to ci znajdę męża...
BALLADYNA
- Ty będziesz panią? ty! ty!
Dobywa noża.
ALINA
- Balladyna!...
- Cóż ten nóż znaczy?...
BALLADYNA
- Ten nóż?... to na węża
- W malinach...
ALINA
- Siostro, jesteś blada, sina.
- Kalinko moja! co tobie? co tobie?
- Czemu ty blada? ach! jak to okropnie!
- Przemów choć słówko! Usiądźmy tu obie
- I mówmy ze sobą otwarcie, roztropnie,
- Jak dwie siostrzyczki.
Siadają na murawie.
- Ja kocham Kirkora.
- Ach, nie dlatego, że Kirkor bogaty,
- Że wielki rycerz, pan możnego dwora,
- Że ma karetę złotą, złote szaty;
- A jednak miło mi, że chodzi w złocie,
- Że miecz ma jasny, służebników krocie:
- Bo to jak rycerz w bajce, co się rodzi
- Z wielkiego króla i w lesie znachodzi
- Jakąś zaklętą królewnę.
BALLADYNA
wstaje z pomięszaniem
- Och!...
ALINA
wstając
- Miła!...
- Co tobie?
BALLADYNA
ze wzrastającym pomięszaniem
- Gdybym cię, siostro, zabiła?...
ALINA
- Co też ty mówisz?...
BALLADYNA
- Daj mi te maliny!...
ALINA
- A kto wie, siostro? gdybyś poprosiła,
- Pocałowała usteczka Aliny,
- Może bym dała?... spróbuj, Balladynko...
BALLADYNA
- Prosić?...
ALINA
- Inaczej żegnaj się z malinką.
BALLADYNA
przystępując
- Co?...
ALINA
- Bo też widzisz, siostro, że ten dzbanek
- To moje szczęście, mój mąż, mój kochanek,
- Moje sny złote i mój ślubny wianek,
- I wszystko moje...
BALLADYNA
z wściekłością natrętną
- Oddaj mi ten dzbanek.
ALINA
- Siostro?...
BALLADYNA
- Oddaj mi... bo!...
ALINA
z dziecinnym naigrywaniem się
- Bo!... i cóż będzie?...
- Bo?... Nie masz malin, więc suche żołędzie
- Uzbierasz w dzbanek - czy wierzbowe liście?...
- I tak... ja prędzej biegam i przez miedzę
- Ubiegnę ciebie...
BALLADYNA
- Ty?...
ALINA
- A oczywiście,
- Że ciebie w locie, siostrzyczko, wyprzedzę...
BALLADYNA
- Ty!
ALINA
- O! nie zbliżaj się do mnie z takiemi
- Oczyma... Nie wiem... ja się ciebie boję.
BALLADYNA
zbliża się i bierze ją za rękę
- I ja się boję...połóż się na ziemi...
- Połóż! ha!
Zabija.
ALINA
- Puszczaj!... oh!... konam...
Pada.
BALLADYNA
- Co moje
- Ręce zrobiły?... O!...
GŁOS Z WIERZBY
- Jezus Maryja...
BALLADYNA
przerażona
- Kto to?... zawołał ktoś?... czy to ja sama
- Za siebie samą modliłam się?... Żmija,
- Kobieta, siostra - nie siostra. Krwi plama
- Tu - i tu - i tu -
Pokazując na czoło plami je palcem.
- I tu. - Ktoż zabija
- Za malin dzbanek siostrę?... Jeśli z bora
- Kto tak zapyta? Powiem - ja. - Nie mogę
- Skłamać i powiem: ja! - Jak to ja?... Wczora
- Mogłabym przysiąc, że nie... W las!... w las!... w drogę,
- Wczorajsze serce niechaj się za ciebie
- Modli. - Ach, jam się wczoraj nie modliła.
- To źle! źle! - dzisiaj już nie czas... Na niebie
- Jest Bóg... zapomnę, że jest, będę żyła,
- Jakby nie było Boga.
Odbiega w las.
Goplana i Skierka wchodzą. - Alina leży zabita.
GOPLANA
- Ach, okropność,
- Ludzie tak siebie zarzynają nożem.
- Nie wiem, jak ludzka poczyna roztropność
- W takim zdarzeniu?... My duchy nie możem
- Znać owych ziółek, które rany leczą;
- A ona ciepła, może jeszcze żywa?
- Pustelnik nieraz ziółka w lesie zrywa,
- Więc może, gdyby miał koło niej pieczą,
- Dożycia wróci... Ach, Skierko mój drogi,
- Sprowadź tu pustelnika.
Skierka odbiega.
- Wy ciernie i głogi,
- Jeżeli zabójczyni padnie na kolana
- Bądźcie pod jej kolanami.
- Niech leci wiatrem ścigana,
- Przerażona strumyka mruczącego łzami
- Jak siostry płaczem...
patrząc w las
- Widzę tego pasterza, co się zwie tułaczem,
- Wygnanym z kraju szczęścia, i po całym świecie
- Szukał próżno kochanki... dziś kocha się w kwiecie,
- W słońcu, w gwiazdach... w jutrzeńce... niech ujrzy to ciało.
Odchodzi w las. - Wchodzi Filon patrząc w niebo.
FILON
z emfazą
- Po co mi świecisz, małżonko Tytana,
- Twarzą, co przeszła z różowej na białą?...
- Po co mi świecisz, Febie? Tyś do rana
- Miłością konał na Tetydy łonie;
- A teraz puszczasz rozhukane konie,
- I z szat wilgotnych srebrną trzęsiesz rosę,
- Szczęśliwy Febie!... Tam blada Dyjanna,
- Patrząc na twoje czoło złotowłose,
- Przed Endymionem kryje się w błękicie,
- Do głębi serca promieniami ranna...
- Miłość - to światło, to niebo, to życie!
- A jam nie kochał! o biada mi! biada!
Spostrzega ciało Aliny.
- Cóż to za bóstwo?... Jak marmury blada!
- Nieżywa?... Boże! a taka podobna
- Do nieśmiertelnych bogiń - i nieżywa -
- Jak nad nią płacze ta wierzba żałobna!
- A moja dusza na marzenia tkliwa
- Łez dla niej nie ma?... Samotność popsuła
- Źródło łez moich!... Jaka postać cudna!...
- Jak ona wczoraj musiała być czuła!
- Jak do niej wianek przypadał weselny!
- Jak mogła kochać!... A dziś!.. śmierć obłudna
- Życie wydarła, a wdzięk pośmiertelny
- Na moją zgubę nieżywej nadała...
- O! mój aniele! ty śmierci kochanka!
- O! jak miłośnie twoja ręka biała
- Ujęła czarny dzbanek... z tego dzbanka
- Płyną maliny, a z alabastrowej
- Piersi wytryska drugi taki strumień,
- Piękniejszy barwą od krwi malinowej.
- Ach! twój zabójca od dwu będzie sumień
- Ścigany za te dwa strumienie krwawe...
- Nie... to zwierz leśny musiał zabić ciebie,
- Człowiek by nie mógł! - Boże!... oto rdzawe
- Leży żelazo - to człowiek!... Ach, w niebie
- Szukać schronienia przed tłumem tych ludzi!
- Śpij, moja luba! ciebie nie obudzi
- Ten pocałunek... a mnie niech zabije...
Całuje usta umarłej i podnosi nóż. Pustelnik nadbiega.
PUSTELNIK
- Stój, stój, zabójco. - On żelazo kryje
- Do swoich piersi...
FILON
- Ojcze, patrzaj na nią!
- Znalazłem przecie kochankę... nieżywą.
PUSTELNIK
- Czyjeż to miecze takie kwiaty ranią?
- Któż te pustynie krwią czerwieni żywą?
- Czy tu król Popiel zawitał i plami
- Białe lilije naszych lasów?...
FILON
- Łzami
- Krew tę obmyję...
PUSTELNIK
- Wstydź się łez...
FILON
- Ach, ona
- Umarła... patrzaj... tu! tu! tu... niebieski
- Kwiatek - znak śmierci śród białego łona...
- Gwiazdeczka śmierci...
PUSTELNIK
- Ty młody i rześki,
- Podnieś umarłą i weź na ramiona;
- Ja ci pomogę dźwigać lekkie ciało.
- W celi mam ziółka...
FILON
- Ty duszę omdlałą
- Krzepisz nadzieją; ty podajesz ramię
- Duszy nieszczęsnej, która się już kładła
- W mogiłę żalu... pozwól, że ułamię
- Gałązkę z wierzby, pod którą upadła
- Kochanka moja, okropnie zabita...
- Tum ją zobaczył - tu pokochał - stracił
- Wprzód, nim pokochał... Ach, w przeszłości świta
- Szczęście stracone; jam się nie zbogacił,
- A skarb znalazłem...
- Urywa gałązkę z wierzby.
GŁOS Z WIERZBY
- Nie trącaj, bom pijany...
FILON
- Ta wierzba bada...
PUSTELNIK
- W lesie są szatany.
- Ja znam się z nimi; nieraz mi do celi
- W okna stukają...
FILON
- W lesie są anieli,
- Ale umarli...
PUSTELNIK
- Chodź z twoim aniołem...
Filon bierze na ramiona ciało Aliny i odchodzi z Pustelnikem.
Goplana i Skierka wychodzą z gęstwin.
GOPLANA
wskazując na wierzbę
- Przeklęci ludzie! jakim oni czołem
- Śmieli ułamać gałąź z tego drzewa?
- On musi cierpieć...
SKIERKA
- Ach! coś się wylewa
- Gorżkiego z rany... to zapewne woda
- Z ziarnek pszenicy ogniem wymęczona,
- Którą ci ludzie piją...
GOPLANA
- Łza stracona...
- Ach, każdej łezki brylantowej szkoda,
- Kiedy nie dla mnie płynie ze źrenicy.
- Jutro ty będziesz wolny, mój kochanku;
- Jutro wymawiać będziesz okrutnicy,
- Że cię dręczyła z ranka do poranku...
- Ukryj się Skierko - patrzaj! Balladyna
- Zbłąkana w lesie tu nadchodzi, sina,
- Okropnie blada, z rozpuszczonym włosem.
- Ja twarz zakryję i pod wierzbą siędę;
- Będę mówiła do niej siostry głosem
- I obłąkaną gryźć będę... gryźć będę...
Skierka odchodzi.
BALLADYNA
wbiega na scenę, obłąkana
- Wiatr goni za mną i o siostrę pyta,
- Krzyczę... zabita - zabita - zabita!
- Drzewa wołają... gdzie jest siostra twoja?...
- Chciałam krew obmyć... z błękitnego zdroja
- Patrzała twarz jej blada i milcząca...
- O... gdzie ja przyszła?... to wierzba płacząca...
- Ta sama... gdzie ja... - Siostra moja!... żywa!...
GOPLANA
- Siostro...
BALLADYNA
- Okropnym wołasz mię imieniem!
- Trup... trup... trup na mnie białą dłonią kiwa...
- I ciągną nazad, wstając z głowy. - Ale
- Nogi przykute...
GOPLANA
- Czy ci smutne żale
- Nie mówią, siostro, żeś ty źle zrobiła?
- I gdyby siostra twoja żyła?...
BALLADYNA
- Żyła?
GOPLANA
- Mogłażbyś ty ją zabić po raz drugi?
BALLADYNA
szukając koło siebie
- Zgubiłam mój nóż.
GOPLANA
- Ach, nie dosyć długi
- Nóż twój był, siostro...
BALLADYNA
- To nie moja wina.
GOPLANA
- Siostro! lecz jeśli przebaczy Alina?...
- Jeśli zapomni... i powie... siostrzyczko,
- Miałam sen taki - do chaty wieczorem
- Nim wyszłaś w ciemne osiny ze świeczką,
- Przyjechał rycerz; rycerz był upiorem,
- Upiór dwie siostry pokochał szalenie
- I obie wysłał na maliny;...śniłam,
- Że gdyśmy zaszły w głuche lasu cienie,
- Siostra mnie nożem... Wtem się obudziłam...
- Chodźmy do wróżki, niech sen wytłumaczy...
BALLADYNA
zamyślona
- To sen... ach, prawda... i mnie się wydaje,
- Że to sen, siostro...
GOPLANA
- Ten sen nic nie znaczy...
BALLADYNA
- To sen...
GOPLANA
- I tylko matka nas połaje,
- Żeśmy się długo zabawiły w borze.
BALLADYNA
- A rycerz...
GOPLANA
- Zniknął... to sen...
BALLADYNA
- Być nie może...
- Co? ha! okropnie, rycerz jak sen zniknął?
GOPLANA
- Ale ja żyję...
BALLADYNA
- Bogdajbyś umarła!
- To sen... to sen - ha?...rozum już przywyknął
- Do twojej śmierci. Skorobym otarła
- Krew z mojej ręki... byłabym szczęśliwa.
GOPLANA
odkrywa twarz
- Bądź nią, szatanie! twa siostra nieżywa.
BALLADYNA
- O wielki Boże! a ty co za widmo?...
GOPLANA
- Bańka z kryształu, którą wichry wydmą
- Z błękitu fali... i barwami kwiatu
- Malują zorze. - Ale bądź spokojną,
- Ja nie wyjawię tajemnicy światu,
- Zostawię ciebie przeznaczeniem spojną
- Z ręką rycerza i ze zbrodni ręką;
- A ręka zbrodni dalej zaprowadzi.
- Usychaj wiecznie tajemnicy męką!
- Każda malina może ciebie zdradzi,
- Ta wierzba ciebie widziała,
- Korą wyśpiewa...
- Lękaj się drzewa!
- Lękaj się kwiatu!
- Każda lilija albo róża biała
- I na ślubie, i po ślubie
- Będzie plamami szkarłatu
- Na wszystkich liściach czerwona.
- Idź... weź ten dzbanek... ja ciebie nie zgubię.
- Ale natura zbrodnią pogwałcona
- Mścić się będzie - idź do chaty!
Balladyna bierze z rąk Goplany dzbanek Aliny i odchodzi milcząca.
- Odeszła i splamione krwią obmyje szaty.
- Ale na czole plama zostanie czerwona;
- Nie ostrzegłam jej, próżno byłoby ostrzegać,
- Ta plama nie zejdzie z czoła. -
- Ja zaś idę po fali kryształowej biegać,
- Rzucę ten ciemny obraz zbrodni w jasne koła
- Zwierciadlanego Gopła... O blasku miesiąca
- Wrócę słuchać, jak szumi ta wierzba płacząca.
Odchodzi.
Scena II
Ganek przed chatą Wdowy ocieniony lipą. Wdowa i Kirkor siedzą na ławie.
KIRKOR
- Nie widać córek...
WDOWA
- Wrócą, panie! wrócą
- Jedna za drugą jak dwie gąski białe,
- Jedna za drugą. Ach, łzy mi się rzucą
- Ze starych oczu, na Chrystusa chwałę,
- Gdy je zobaczę...
KIRKOR
- Któraż pierwszą będzie?
- Czy Balladyna?
WDOWA
- Pewnie Balladyna.
- Wszak ona pierwsza w kościele i wszędzie
- Pierwsza... z organem piosenkę zaczyna.
- Alina także pierwsza.
KIRKOR
- Więc Alina
- Może powróci?
WDOWA
- Ha! może Alina;
- Bogu to wiedzieć...
KIRKOR
- Czy wiesz, moja stara,
- Żem niespokojny o twoje dziewczęta...
WDOWA
- To i ja właśnie... jakaś niby mara
- W głowę mi wlazła. Choć nikt nie pamięta,
- Aby na wiosnę kiedy być nie było
- Malin... a gdyby się też przytrafiło,
- Że nie ma malin... tak marzyłam wczora,
- Nim sen przyleciał... gdyby też śród bora
- Nie było malin? - potem sama sobie
- Mówiłam: głupiaś... wszakże koń przy żłobie,
- Gdy nie ma owsa, to zjada siano;
- Jeśli dziewczęta malin nie dostaną,
- To nazbierają poziomek. - Wy, króle!
- Może wam w zamkach nie znać się, co ziomka,
- A co malina, co siano a słomka,
- A co są dziuple, a co pszczelne ule.
- Wam tylko złoto, złoto, zawsze złoto...
KIRKOR
- Ach! nie wierz temu... nieraz my zgyzotą
- Trapieni w zamkach dni pędzimy liche.
- Po stokroć, matko, wolę twoje ciche
- I wiejskie życie... Miło na tym ganku
- Czekać wieśniaczej małżonki, jak lubo
- Kołysze sercem ten powiew poranku;
- Ty taka dobra, choć masz szatę grubą.
WDOWA
- To mój świąteczny przecie ubiór - proszę!
- Cycowa suknia!... tylko w święto noszę
- Takie ornaty... Wraca Balladyna...
KIRKOR
- Gdzie?
WDOWA
- O! nie widać... lecz matce wiadomo.
- Patrz, panie! oto jaskółeczka sina
- Zamiast wylecić, kryje się pod słomą,
- I cicho siedzi... Gdyby zaś Alina
- Wracała z gaju, tobyś to, mój panie,
- Usłyszał w belkach szum i świergotanie,
- Jedna za drugą pyrr... pyrr... lecą z gnizdek
- Do tej dziewczynki i nad nią się kręcą
- Niby chmureczka małych, czarnych gwiazdek
- Nad białą gwiazdką...
KIRKOR
- Dlaczegóż się nęcą
- Ptaszki do młodszej córki?...
WDOWA
- Któż to zgadnie?...
- Idzie Balladyna, widzisz?...
KIRKOR
- Jak jej ładnie
- Z tym czarnym dzbankiem na głowie.
Balladyna wchodzi ze spuszczoną głową.
- Dziewico!
- Oddaj mi dzbanek, ja ci zaś nawzajem
- Daję pierścionek...
Bierze dzbanek. Balladyna odwraca głowę.
- Kirkor kładzie na jej palec pierścionek.
WDOWA
- Brylanciki świecą...
KIRKOR
- Oby nam życie było słodkim rajem.
- Idź do komnaty, starym obyczajem
- Niechaj ci warkocz zaplatają swatki,
- Niechaj świeżymi przetykają kwiatki,
- A za godzinę, drżącą, uwieńczoną,
- Wezmę z rąk matki, i będziesz mi żoną.
- Kareta czeka, po księdza pojadę.
Odchodzi Kirkor
BALLADYNA
- Och!
WDOWA
- Czegóż wzdychasz? I coś niby blade
- Usteczka ściskasz?...
BALLADYNA
- Matko moja droga,
- Nie wiem, jak wyznać?
WDOWA
- Cóż, córeczko miła?
- Czy ty już drżąca od łożnicy proga
- Chciałabyś uciec jak sarneczka?...
BALLADYNA
- Siła
- Złego mam donieść...
WDOWA
- Co?
BALLADYNA
- Ach! nie dasz wiary.
- Ale Alina - Ach... ta siostra młoda
- I tak kochana... Ach, jaka jej szkoda!
WDOWA
- Co, córko?
BALLADYNA
- Bo też psułaś ją bez miary.
- Twoja to wina, że dziś...
WDOWA
- Mów, bo skonam.
BALLADYNA
- Lękam się mówić, może nie przekonam
- Ślepej miłości, matki przywiązania.
- Lecz któż by myślał, że ta młoda łania
- Ucieknie...
WDOWA
- Córko... Alina?
BALLADYNA
- Uciekła...
WDOWA
- Gdzie... jak? z kim? - Boże! Matki się wyrzekła.
BALLADYNA
- Ach, przewidziałam dawno, że tak będzie,
- Jakiś obdarty młokos chodził wszędzie
- Za tą dziewczyną, szeptał jej do ucha.
- Napomniałam. - Wiesz, jak ona słucha
- Kazań od siostry? I dziś... z nim uciekła...
WDOWA
- Wyrodne dziecko!... Więc idź aż do piekła!
- Nie pomyślałaś na te stare oczy,
- Że będą płakać... dobrze, bo nie będą
- Płakać po tobie. - Bo matka ma smoczy
- Płód zamiast serca, można serce krajać,
- To się kawałki węża znowu sprzędą
- Jak płótna kawał... Chciałabym ją łajać...
- Przeklinać... dręczyć. - Ot, wiesz... że te oczy
- Jak noże, ot tak... wlepiłabym w łono
- Jak noże... tylko bez tej łzy, co mroczy.
- Może byś ty mnie widziała szaloną,
- Ale co płakać... Nie! nie! nie!
Płacze łkając.
BALLADYNA
- Mój Boże!
- I tak zasmucić!...
WDOWA
- O! i tak zasmucić!
BALLADYNA
- Zasmucić matkę starą?...
WDOWA
- O! mój Boże!
- Tak starą... Ale ona może wrócić.
- Kto wie!...Nieprawdaż, ona wrócić może?
- Jak sama kiedy siądzie przy oświatce
- Nocą...pomyśli: gdzie matka? A już by
- Serca nie miała, żeby też o matce
- Nie pomyślała nigdy...
BALLADYNA
- Idą drużby...
- Słychać weselną muzykę.
WDOWA
- Jak oni grają smutnie i wesoło...
- Ty teraz skarbem moim... daj mi czoło,
- Niech pocałuję... Cóż to! jakaś plama,
- Jak krew czerwona?
BALLADYNA
z przerażeniem
- Krew?...
WDOWA
- To od maliny
- Może... daj... zetrę...
BALLADYNA
ścierając
- Matko... zetrę sama.
WDOWA
- Jeszcze jest...
BALLADYNA
trąc czoło
- Teraz?...
WDOWA
- Jeszcze - jak rubiny
- W twoim pierścionku pięknie sobie świeci.
BALLADYNA
na nowo usiłując zetrzeć
- A teraz?...
WDOWA
- Jeszcze jest... by na osieci
- Listek czerwony...
BALLADYNA
- O! o! to okropnie!
WDOWA
- Daj mi tu czoło, a zetrę roztropnie.
- Może to ranka...
Wspina się na palcach.
BALLADYNA
- Matko, nie dotykaj
- Tej plamy...
WDOWA
- Czy cię boli?...
BALLADYNA
- Nie - nie boli...
WDOWA
- Przyniosę wody spod owej topoli,
- Gdzie piją wróble...
Wdowa odchodzi.
BALLADYNA
- Plamo krwawa, znikaj!...
Wchodzą Swaty i Drużki, ustrojeni, z muzyką; zbliżają się do Balladyny:
ta odwraca twarz.
SWATY
śpiew
- Nie odwracaj czoła,
- Wstydliwa dziewczyno;
- Mąż na ciebie woła,
- Młodziutka kalino.
- Nie odwracaj czoła...
DZIEWICE
śpiewając
- Chcą nam ciebie wydrzeć swaty;
- Niech cię bronią białe kwiaty
- Twego wianka...
SWATY
śpiew
- Kwiaty ciebie nie obronią
- Ni białością, ani wonią,
- Od kochanka...
Dziewice podają Balladynie kosze z kwiatami.
BALLADYNA
- Precz! precz. - Odkąd zaczęły kwitnąć białe róże
- Z czerwonymi plamami?... Wynieście te kosze...
Balladyna ucieka do chaty.
JEDNA Z DZIEWIC
- Pogardziła kwiatami, które ja przynoszę,
- Ja, dawna przyjaciółka.
JEDEN Z MŁODZIEŃCÓW
- Patrzcie, w pyłu chmurze
- Błyska złota kareta, jedzie Kirkor z księdzem.
DRUGI Z MŁODZIEŃCÓW
- Przy tej karecie słońce zdaje się mosiądzem.
Koniec aktu drugiego
BALLADYNA - AKT III
Scena I
Dom Wdowy dopalający się - przed pogorzeliskiem garstka wieśniaczego ludu.
PIERWSZA KOBIETA
- Oj, widzicie, jak diabły ludziom szczęście noszą,
- Ta, nędzarka, ta wdowa ze swoją kokoszą,
- W złotej karecie błotem nas biednych bryzga.
DRUGA KOBIETA
- Oj prawda, że to gorzko, nam się to wyślizga,
- Co się drugim dostało.
STARZEC
- A ja wam powiadam,
- Że staruszka podczciwa, sam nasz ojciec Adam
- Mógłby ją wziąć za żonę, lepiej mu przypadła
- Niż Ewa...
PIERWSZA KOBIETA
- Bo bez zębów, jabłek by nie jadła.
STARZEC
- Pamiętajcie, że ona ubogie leczyła,
- Ty sama, co tu wrzeszczysz, moja pani miła,
- Już by cię dawno szatan pojął do swej chwały,
- Gdyby nie ta struszka.
DRUGA KOBIETA
- I mój Stasiek mały
- Także jej winien życie, więc jej nie zazdroszczę,
- Dalibóg nie zazdroszczę; wóz sianem wymoszczę
- I pojadę w zamczysku odwiedzić struszkę...
DZIEWCZYNA
- I Balladynie miło będzie widzieć drużkę.
- Pojadę z tobą, matko.
DRUGA KOBIETA
- Jak chcesz, moje dziecię,
- To narwijże róż polnych i bławatków w życie,
- Na wianek dla tej pani.
STARZEC
- Oj, nie jedź, kobieto!
- Widzisz ten pożar?
DRUGA KOBIETA
- Cóż stąd - że słomą podbitą
- Chatę spalili? - cóż stąd?
STARZEC
- Widać, że się wstydzą
- Chaty, słomy, bławatków i nas...
PIERWSZA KOBIETA
- Na to zgoda,
- A mówiłam, że oni z biednych chłopków szydzą.
STARZEC
- Dajcie mi święty pokój.
DZIEWCZYNA
- A ta panna młoda
- To zadzierała nosa!... Widzieliście wczora.
- Wstążkę czarną na czole miała zamiast wianka,
- Wszystko, by się odróżnić... a w kosach równianka
- Nie z białych róż, ze złotych... Twarz niby upiora
- Blada... a uśmiech hardy; a kiedy się śmieje,
- To ząbków ani widać.
DRUGA KOBIETA
- Nim słońce dogrzeje.
- Jedźmy, dziewczyno, wozem do zamku Kirkora...
DRUGA DZIEWCZYNA
- Nie jedź! nie jedź!...
DZIEWCZYNA
- Nie jadę.
DRUGA KOBIETA
- Stara wóz wymości
- I pojedzie... Jak do nich mówić po godności?
STARZEC
- Grzecznie mówić.
DRUGA KOBIETA
- Pojadę.
DZIEWCZYNA
- Tego mi i trzeba;
- Każą ci na dziedziniec wynieść kawał chleba,
- A ty się kłaniasz nisko jak wieko u skrzyni;
- A pani z okna plunie. - Ha! mościa grabini,
- Przyniosłam ci kosz jajek. - Wiecie wy, że ona
- Była już na grabinię z dawna przeznaczona,
- Bo miała wziąć za męża Grabka pijanicę.
- Wiecie o tym? na Boga... to nie tajemnice,
- Zwąchali się z Grabiczem - to dziw, gdzie on siedział?
- Nie było go na ślubie.
PIERWSZA KOBIETA
- Może się dowiedział...
- I poszedł do jeziora z rozpaczy.
DZIEWCZYNA
- Nie łatwo
- Wisusowi utonąć...
PIERWSZA KOBIETA
- Otóż Grabiec pędzi
- Z lasu, jak zwykle wiejską otoczony dziatwą,
- Niby kania od wróblów...
Grabiec wpada na scenę, za nim tłum dzieci.
DZIEWCZYNA
- Niech z wami gawędzi,
- Jeśli dotąd nic nie wie, nie mówcie o niczem;
- Narwę grochu na wianek.
Odchodzi.
DZIECI
- Z Grabiczem! Z Grabiczem!
- Tańcujmy! tańcuj, Grabku!
GRABIEC
- Precz, bachury!
STARZEC
- Gdzieżeś to bywał? czemu tak ponury?
GRABIEC
- Co? gdziem ja bywał?
DZIEWCZĘTA
- I coś robił?
GRABIEC
- Rosłem.
DZIEWCZĘTA
- Co ty powiadasz?
GRABIEC
- Rosłem.
DZIECI
- On był osłem!
- Grabiec był osłem...
GRABIEC
- Milcz, przeklęty tłumie,
- Bo mi się zdaje, że liściami szumię.
- Gdybym przynajmniej miał tyle gałązek,
- Co miałem wczora, nie szczędziłbym wiązek
- Na wasze plecy.
DZIECI
- Co pan Grabek plecie?
GRABIEC
do Starca
- Powiedz mi, starcze! czy to można w lecie?...
- Czy można to być? - dotąd korą świerzbię! -
- Być wierzbą?...
STARZEC
- Wierzbą można zostać wierzbie,
- Ale grabinie to nie...
GRABIEC
- A ja byłem
- Wierzbą...
STARZEC
- Co mówisz?...
GRABIEC
- Mówię, co mówiłem.
- Bogdaj was diabeł pozamieniał w łozy,
- Córki tej wierzby, i piekielne kozy
- Wypuścił na was... Ale ja w rozpaczy;
- Ja byłem wierzbą.
STARZEC
- Jednak to coś znaczy...
- A byłeś w karczmie?
GRABIEC
- Wprzód nim wierzbą byłem,
- To byłem w karczmie.
STARZEC
- I piłeś?...
GRABIEC
- A piłem...
STARZEC
śmiejąc się
- Więc to sen, panie Grabku, wierzba owa!...
GRABIEC
pokazując na pogorzelisko
- A gdzie ta chata?
DZIEWCZYNA
- Jaka?
GRABIEC
- Ta, gdzie wdowa
- Żyła z córkami?...
DZIEWCZYNA
- A toż chata stoi...
GRABIEC
- Gdzie?
DZIEWCZYNA
- Ty pijany!...
GRABIEC
- Gdzie?
DZIEWCZYNA
- Tu!...
GRABIEC
- Niech was poi
- Rosą diablica, jak mnie napoiła,
- Jeśli tu chata...
DZIEWCZYNA
- Chata się zmieniła
- W twój nos czerwony, kiedyś ty się zmienił
- W płaczącą wierzbę.
GRABIEC
- Bogdaj cię ożenił
- Sztokfisz w habicie z diabłem - a gdzie ona?...
DZIEWCZYNA
- Kto?
GRABIEC
- Balladyna?
DRUGA DZIEWCZYNA
wchodzi z grochowym wiankiem
- Także przemieniona
- W ten grochowy wianuszek, w grochowy wianuszek.
Rzuca na głowę Grabkowi wianek.
DZIECI
- Cha! cha! cha! groch na wierzbie rośnie zamiast gruszek!
- Cha! cha! cha! panie Grabku! Grabku, gdzieś ty bywał?
- A tu słowik kochance mężulka wyśpiewał...
DZIEWCZYNY
- A pan Grabek był wierzbą!
DZIECI
- Grabek rosnął w lesie!
DZIEWCZYNY
- A żoneczka w złocistej smyknęła kolesie.
- Cha! cha! cha!
DZIECI
- Żeń się, Grabku, z miotłą czarownicy!
- Cha! cha! cha!
STARZEC
bierze Grabka za rękę
- Chodź do karczmy, przy miodu szklanicy
- Ja ci wszystko opowiem.
Wyprowadza Grabka.
DZIECI
lecąc za Grabkiem
- Gil, wróbel i dzierzba
- Śpiewały na grabinie - a on rzekł: jam wierzba,
- Nuż z niego kręcić dudy... Smyknęła dziewczyna!
- Cha! cha! cha! wierzba, wierzbić, wierzbiątko, wierzbina.
Dzieci i cały tłum wychodzą za Grabkiem.
Scena II
Sala pyszna w zamku Kirkora. Balladyna wchodzi zamyślona w bogatej szacie - z wstążką czarną na czole.
BALLADYNA
sama
- Więc mam już wszystko... wszystko... teraz trzeba
- Używać... pańskich uczyć się uśmiechów,
- I być jak ludzie, którym spadło z nieba
- Ogromne szczęście... Wszakże tylu ludzi
- Większych się nad mój dopuścili grzechów
- I żyją. - Rankiem głos sumienia nudzi,
- Nad wieczorami dręczy i przeraża,
- A nocą ze snu okropnego budzi...
- O! gdyby nie to!... Cicho. - Mur powtarza:
- "O! gdyby nie to..."
Wchodzi Kirkor zbrojny z rycerstwem.
KIRKOR
- Moja młoda żono!
- Jakże ci w moim zamczysku?...
BALLADYNA
- Spokojnie.
Wchodzi Fon Kostryn.
KOSTRYN
- Rycerze zbrojni czekają przed broną.
BALLADYNA
- Grabio! dlaczego tak rano i zbrojnie?
KIRKOR
- Kochanie moje, odjeżdżam...
BALLADYNA
- Gdzie?
KIRKOR
- Droga!
- Przysięgłem święcie taić cel wyprawy.
BALLADYNA
- Odjeżdżasz! ach, ja nieszczęsna!
'
KIRKOR
- Na Boga!
- Nie płacz, najmilsza... bo ci będzie łzawy
- Głos odpowiadał nierycerskim echem...
- Ani mię trzymaj przymileń uśmiechem,
- Bo moje oczy olśnione po słońcu
- Drogi nie znajdą... Niech pierś uniesiona
- Ciężkim westchnieniem z krągłego robrońcu
- Czarów nie rzuca, niech twoje ramiona
- Wiszą ku ziemi jak uwiędłe bluszcze.
BALLADYNA
rzucając się na szyję
- Gdzie jedziesz? Mężu... ja ciebie nie puszczę!
- Dlaczego jedziesz? czyś poprzysiągł komu?
KIRKOR
- Sobie przysiągłem.
BALLADYNA
- Bogdaj ogień gromu
- Bóg rzucał tobie przed konia podkową;
- Może piorunem twój koń przerażony,
- Piorunem w bramę powróci zamkową.
- Więc ty na długo chcesz zaniechać żony?
KIRKOR
- Za trzy dni wrócę...
BALLADYNA
- Czyś ty kiedy liczył,
- Ile w dniu godzin? ile chwil w godzinach?
KIRKOR
- Niechaj wie człowiek, że mu Bóg pożyczył
- Życia na krótko, niechaj odda w czynach,
- Co winien Bogu.
BALLADYNA
- Lecz ty winien żonie
- Pozostać z żoną...
KIRKOR
- Nic mię nie zatrzyma,
- Muszę odjechać - daj mi białe skronie!
Całuje w czoło.
- Przed ludzi okiem ty wiesz, że prawdziwe
- Pocałowania dają się oczyma,
- A biedne usta, tak jako pierzchliwe
- Jaskółki, muszą w lot z białego kwiatka
- Chwytać miodową pocałunku muszkę: -
- Bądź zdrowa, żono... Gdzie jest nasza matka?
- Może śpi jeszcze, pożegnaj staruszkę:
- Nie mogę czekać.
odprowadzając na stronę
- W skarbcu masz pieniążki,
- Szafuj... i baw się... - daj mi czoło białe,
- Jeszcze raz... - żono! nie lubię tej wstążki,
- Czoło należy do mnie, czoło całe,
- Rozwiąż tę wstążkę...
BALLADYNA
- Mężu, uczyniłam
- Ślub.
KIRKOR
- Ślub po siostrze... tak... lecz gdy powrócę,
- To wiedz się z Bogiem, ale mi się wyłam
- Z takiego ślubu...
BALLADYNA
- Tak...
KIRKOR
- Bo się pokłócę
- Z tobą, kochanko... i to nie na żarty. -
- Bądź zdrowa. - Chamy na koń! - niechaj warty
- Czuwają w zamku...
do Balladyny
- Wspominaj mnie...
Odchodzi Kirkor i wszyscy prócz Balladyny.
BALLADYNA
sama
- Mężu!
- Odjechał... po co? Gdzie? - Sumnienia wężu,
- Ty mi powiadasz: oto mąż odjechał
- Szukać Aliny... ona w grobie - w grobie?
- Lecz jeśli znajdzie grób? - Tak się uśmiechał,
- Jakby chciał mówić: przywiozę ją tobie,
- A zdejmiesz wstążkę, jak przywiozę.
Fon Kostryn wchodzi.
KOSTRYN
- Pani!...
- Hrabia zaklina, abyś mu przez okno
- Posłała uśmiech...
Balladyna staje w oknie i uśmiecha się. Kostryn na stronie.
- Mężowie, żegnani
- Żon uśmiechami, sami we łzach mokną.
BALLADYNA
odchodząc od okna
- Pojechał...
do Kostryna
- Ktoś ty, rycerzu?...
KOSTRYN
- Dowodźca
- Warty zamkowej. -
BALLADYNA
- Nagrodzę ci hojnie
- Czujność i wierność...
KOSTRYN
- Nie potrzeba bodźca
- Temu, kto służy rycersko i zbrojnie
- Tobie, grafini... Otośmy dostali
- Zamkowi temu obronę tajemną;
- Ach! my oboje będziemy czuwali,
- Ja nad aniołem - ty, anioł, nade mną.
BALLADYNA
- Jak się nazywasz?
KOSTRYN
- Fon Kostryn...
BALLADYNA
- Nie z Lachów?
KOSTRYN
- Z niemieckich książąt rodzę się.
BALLADYNA
- Wygnany?
KOSTRYN
- Jak biedny ptaszek spod płonących dachów
- W lot się puściłem... dziś obcy... nieznany
- Własnej ojczyźnie, sługa w obcym kraju;
- Niech to nie będzie moim potępieniem!
- Ty także obca...
BALLADYNA
- Co?
KOSTRYN
- Ty jesteś z raju.
Odchodzi.
BALLADYNA
sama
- Jak ja się prędko poznałam spojrzeniem
- Z tym cudzoziemcem. - Ja mu nic nie winna -
- Szukałam okiem przerażonym w tłumie
- Kogoś. - Wierzyłam, że tu być powinna
- Bratnia mi dusza... dusza moja... z moją...
- Zacząć - jak? spojrzeć - jeżeli zrozumie,
- Przemówić. - Dziwnie, że się ludzie boją
- Ludzi jak Boga i więcej niż Boga. -
- Będę odważną z ludźmi...
Wchodzi Wdowa ubrana jak w drugim akcie, w świątecznym ubiorze.
WDOWA
- Córko droga!
- Co to się stało? Królewic odjechał?
BALLADYNA
- Cóż stąd?
WDOWA
- Nazajutrz po ślubie zaniechał
- Żoneczki młodej... czyś go zagniewała?
- To by źle było! Jakże ty dziś spała,
- Gołąbko moja? wszak mówią, że trzeba
- Pamiętać zawsze sen na nowym łożu.
- Otóż ja śniłam, że do mnie aż z nieba
- Przyszła Alina, ot tak niby w morzu
- Płynąc w obłoczkach... i rzekła...
BALLADYNA
- Różaniec
- Mów lepiej, matko.
WDOWA
- Czy ty chcesz kaganiec
- Włożyć na usta matce?
BALLADYNA
- Matko stara,
- Zamek nie chata, tu zatrudnień chmara,
- Tu nie snów słuchać...
Wchodzi Sługa.
SŁUGA
- Jakaś tam hołota
- Stoi przed bramą i wykrzyka hardo,
- Aby ją puścić przez zamkowe wrota.
- A straż złożoną na krzyż halabardą
- Zamknęła bramy... Ta chłopianka stara
- Z drabiniastego woza bez ustanku
- Krzyczy żołnierzom: "Powiedz, mój kochanku,
- Matce Kirkora żony, że Barbara,
- Jej przyjaciółka, zjeżdża w odwiedziny".
WDOWA
- To moja kuma... jakie tam nowiny?...
BALLADYNA
- Odprawić ten wóz.
WDOWA
- Balladyno?
BALLADYNA
- Matko!
- Czy ci się sprzykrzył zamek?... dobra droga,
- Możesz odjechać z tą starą...
WDOWA
- Co?... klatką?
- Tym drabiniastym wozem? - A, na Boga!
- Córko, co mówisz?
BALLADYNA
- O! to żarty...żarty...
- Każ, matko, wóz ten wyprawić...
WDOWA
z westchnieniem
- Wyprawcie. -
- Powiedzcie, że śpię.
BALLADYNA
do sługi
- A jeśli uparty
- Wóz nie odjedzie, rozumiecie - warty
- Czuwają w zamku...
WDOWA
do sługi
- Tylko nie nabawcie
- Biedy... to stara.
Sługa odchodzi.
- Prawda, córko moja,
- Gdyby przyjmować, toby tu jak z roja
- Sypało chłopstwo. - Niechaj nas kochają
- Z daleka - prawda? Córki rozum mają,
- Ty nie głupiutka; kiedy zaczniesz prawić,
- To księdza nawet nie zrozumie głowa.
- Moja córuniu! Każ ty przecie sprawić
- Sukienkę matce, bo już ta cycowa
- Ma blade kwiatki, a jak tu kobiecie
- W szarak się ubrać? Córko! moje życie!
BALLADYNA
- To jutro, matko, przypomnij. - A tobie
- Starej kobiecie, lepiej nie wychodzić
- Z ciepłej komnaty...
WDOWA
- Ach, nudno jak w grobie
- Tak samej siedzieć... Czy ty chcesz zagrodzić
- Zamek matuli?...
BALLADYNA
- Nie - nie...
WDOWA
- Kocha mię?... prawda, córko? A malina
- Na twoim czole? Ta plama... o! pokaż...
- Czy boli ciebie? Ty nigdy nie kwokasz,
- Kurko, choć boli... a to może boli?...
BALLADYNA
- Dosyć już, matko...
WDOWA
- Woda spod topoli
- Obmyć nie mogła... o! córko kochana...
- To jakaś dziwna i okropna rana,
- Bladniesz, by o niej wspomnieć...
BALLADYNA
- Więc dlaczego
- Wspominasz, matko?...
WDOWA
- To z serca dobrego...
- Z dobrego serca...
BALLADYNA
- Wierzę! wierzę! wierzę!
- Matko, idź teraz do siebie na wieżę.
WDOWA
- Do mojej ciupy?...
BALLADYNA
- Tam ci jeść przyniosą...
- I pić przyniosą...
WDOWA
- I pić jak ptaszkowi?...
BALLADYNA
- Idź, matko!
WDOWA
- To już z moją siwą kosą
- Będę się bawić... Tylko służalcowi
- Każ mi jeść przynieść... nie zapomnij...
Odchodzi.
BALLADYNA
sama
- Piekło!
- Mieszam się - bladnę... Ja się kiedyś zdradzę
- Przed matką, mężem... Wszystko się urzekło
- Na moją zgubę. Ludzie jako szpaki
- Uczone mowy, przez okropną władzę
- Sprawiedliwości, nie myśląc o mowie
- Tak mówią, jakoby tajnymi szlaki
- Dążyli ciągle w głąb serca. Surowie
- Kładą sędziego pytanie: czyś winna?
- Krętymi słowy... Matka, mąż, oboje,
- I mąż, i matka - ta kobieta gminna.
- Trzeba ją kochać, to matka.
Kostryn wchodzi na scenę.
KOSTRYN
- Pokoje
- Kazałem suto osnuć w złotogłowy.
- Dziś dzień poślubny... dziś na dwór zamkowy
- Zjadą się liczne pany i rycerze,
- Wasale twoi...
BALLADYNA
- Trzeba zamknąć wieżę,
- Gdzie mieszka moja - mamka; - ona chora,
- Snu potrzebuje.
KOSTRYN
- Jak to - ta potwora
- Mlekiem poiła twoje usta śliczne?
- Ach nie!... Ta chyba bogini niebieska,
- Co ma błękity lała drogi mleczne
- Tak, że się każda białych piersi łezka
- W gwiazdę mieniła i dziś ludziom płonie;
- Ta sama chyba na śnieżystym łonie
- Ukołysała ciebie...
BALLADYNA
- Mój rycerzu,
- Złote masz usta...
KOSTRYN
- Ty dyjamentowe
- Serce. - Kazałem na Gopła pobrzeżu
- Zapalić smolne beczki i ogniowe
- Słupy; do ognia weselnego lecą
- Weseli goście. Czy pochwalasz pani?
BALLADYNA
- Czyń, jak przystoi.
KOSTRYN
- Wieże się oświecą
- Jasnym kagańcem, i tylko wybrani
- Goście do zamku mają być przyjęci.
- Właśnie dziś jakiś prostak bez pamięci
- Wdzierał się tutaj, kazałem go psami
- Poszczwać za wrota. Śmiałek nad śmiałkami,
- Psom odszczekiwał ciągle, że znał ciebie,
- A w takich ustach to bluźnierstwo srogie.
BALLADYNA
- Któż by to mógł być?
KOSTRYN
- Ktoś z tych, co po chlebie
- Pańskim się włóczą, i szaty ubogie
- Łatają nitką wyskubaną z płaszcza
- Panów, gdy nadto blisko przypuszczają
- Taką hołotę... wyszczekana paszcza.
- O! ty go nie znasz... twe usta nie mają
- Zgłosek na takie imię - jakiś gbura -
- Grabiec...
BALLADYNA
- Co? Grabiec? Tego chłopstwa chmura
- To jak szarańcza.
KOSTRYN
- Przebacz mi, grabini,
- Królowa kwiatów na próżno obwini
- Chłopianki ulów, że koło niej brzęczą.
- Albo się owiń niewidzialną tęczą
- Przed ludzi okiem; albo znoś cierpliwie
- Nasze wejrzenia...
BALLADYNA
- O! ty, syn książęcy,
- Mięszasz się próżno z tymi, co na niwie
- Wiejskiej wyrośli... z tysiąca tysięcy
- Możesz być pierwszym, byłeś tajemnicy
- Umiał dochować.
Kostryn przyklęka i całuje kraj szaty.
- Chodźmy do skarbnicy
- Zaczerpnąć nieco złota, aby godnie
- Gości przyjmować...
KOSTRYN
- Poniosę pochodnie.
Kostryn poprzedza z pochodniami Balladynę - wychodzą.
Scena III
Las przed chatą Pustelnika. Kirkor zbrojny. - Pustelnik z koroną w ręku.
PUSTELNIK
- Kirkorze, oto złocista korona.
- Więc może kiedyś za twoją pomocą
- Wróci na Gnezno i nie zakrwawiona
- Błyśnie ludowi.
KIRKOR
- Widzisz, jak ją złocą
- Promienie słońca; dobra wróżba.
PUSTELNIK
- Boże,
- Świeć naszej sprawie... Dam ci jedną radę.
- Młodziutką żonę pojąłeś, Kirkorze?
KIRKOR
- Pełna prostoty, spokojny odjadę.
PUSTELNIK
- Wtenczas w kobiecie całą ufność kładę,
- Jeżeli wolna od wad matki Ewy.
- Doświadcz ją. Poszlij zapieczętowaną
- Skrzynię małżonce i srogimi gniewy
- Zagroź, jeżeli znajdziesz rozłamaną
- Pieczęć małżeńską.
Wynosi żelazną skrzynkę.
KIRKOR
- Dobrze, niech tak będzie.
- To moja pieczęć, dwie złote żołędzie
- W paszczy dzikowej. Pójdź sam, wierny sługo.
Wchodzi Sługa.
- Zanieś to żonie, a jakkolwiek długo
- Będę się bawił, niechaj nie otwiera,
- Bo ja tak każę.
Sługa odchodzi.
- Ona taka szczera!
- Ach, ty mi szczęścia pokazałeś drogę,
- Czynami tylko zawdzięczyć ci mogę.
- Żegnaj mi, starcze... Królem cię powitam.
PUSTELNIK
- Na twoim czole już zwycięstwo czytam.
KIRKOR
- Na, koń, rycerze!
Odchodzi Kirkor. - Słychać tętent oddalających się koni.
PUSTELNIK
- Czemu się ten rycerz
- Dwudziestą laty pierwej nie urodził?...
- Byłem na tronie, to kraj cały płodził
- Same poczwary; Jak niezdatny snycerz,
- Który w kamieniach szuka ludzkiej twarzy
- I czyni ludziom podobne kamienie,
- Ale bez duszy... Czyliż przyrodzenie,
- Nim stworzy, długo o stworzeniu marzy,
- Długo próbuje, naprzód tworząc karcze,
- A potem ludzi jak Kirkor.
Wchodzi Filon - fantastycznie ubrany.
FILON
- O! starcze!
- Gdzie jest kochanka moja?
PUSTELNIK
- Nie ożyła.
FILON
- Ach, to mi pokaż, gdzie leży mogiła
- Serca mojego?... Niechaj widzę, jakie
- Kwiaty wyrosły z posianej nadziei.
- Blade być muszą...
PUSTELNIK
- O! wieczna płacznico!
- Czemu bezczynny błądzisz w leśnej kniei?
- Biegnij z Kirkorem, twoje złote włosy
- Odziej żelazną rycerza przyłbicą;
- I na tę szalę, która ludzkie losy
- Waży na ziemi, rzuć ziarnko makowe
- Twojego życia... może los przeważy.
FILON
- Gdzie jej mogiła?... gdzie?
PUSTELNIK
- Gliny surowe
- Pierś już wyjadły, a po białej twarzy
- Robactwo łazi...
FILON
- O nie! ona w ziemi
- Jako rzek nimfa, na glinianym dzbanku
- Dłonią oparta, dzban malinowemi
- Leje gwiazdami i w różowym wianku
- Trzyma zaklętą na malin ruczajek
- Białą jej postać... zbudzić się nie może;
- Oczki, aż listkiem niezapominajek
- Z grobu wyrosną w rubinowe zorze
- Mogiły patrzą gwiazdami błękitu.
- W grobie się błyszczy.
PUSTELNIK
- W grobie tyle świtu,
- Co nad kołyską marzeń.
FILON
- A cień blady
- Nieraz tam błądzi, gdzie zwieszone smutnie
- Nad grobowcami brzozy, jako lutnie
- Od słowikowej trącane gromady,
- Płaczą i szumią listkowymi struny.
- Nieraz ją srebrne uplączą piołuny,
- Nieraz rozkwitły zatrzyma bławatek;
- Nieraz jak dziecko staje - i westchnieniem
- Zdmucha cykorii opuszczony kwiatek.
- Ciało jej leży pod zimnym kamieniem;
- Duch na promykach księżycowych pływa
- I nieraz płocho te kwiatki obrywa,
- Co każdym listkiem liczą szczęścia chwile.
- Ach, powiedz, starcze... więc ludzie w mogile
- Marzą o szczęściu?...
PUSTELNIK
- Umrzyj, to się dowiesz.
- A jeśli wrócisz z grobu, to opowiesz
- O tych marzeniach sumnieniom zbrodniarzy;
- A może będą spali cicho w łożu...
FILON
- Pójdę... i stanę na leśnym rozdrożu.
- Jeżeli jaka jaszczurka zielona
- Pobiegnie w prawo, to w grobie się marzy...
- Jeśli na lewo... to człowiek - nic - kona
- I nie śni...
Odchodzi Filon.
PUSTELNIK
- Ileż rodzajów nędzarzy
- Na biednym świecie - ziemia to szalona
- Matka szalonych - któż to znowu?
Balladyna wbiega prędko.
- Kto ty?...
BALLADYNA
- Pani z bliskiego zamku.
PUSTELNIK
- Czego żądasz?
BALLADYNA
- Wiem, że znasz ziółek lekarskie przymioty,
- Że leczysz rany.
PUSTELNIK
- Zdrowo mi wyglądasz.
- Pokaż zranione miejsce.
BALLADYNA
- Starcze!
PUSTELNIK
- Lekarz
- Powinien widzieć...
BALLADYNA
- Czy ty mi przyrzekasz
- Wyleczyć?
PUSTELNIK
- Pokaż tę ranę!
BALLADYNA
- Na czole.
- Patrz! ha... co?
PUSTELNIK
- Niby miesiąc w mglistym kole
- Krwi... twoja rana... czerwona i sina.
- Powiedz mi, jaka, jaka straszna wina
- Przyczyną?
BALLADYNA
- Żadna.
PUSTELNIK
- Lekarz musi wiedzieć
- Wprzód, nim wyleczy.
BALLADYNA
- Czerwona malina
- Splamiła czoło.
PUSTELNIK
- Musisz mi powiedzieć,
- Kiedy to było?
BALLADYNA
- Wczora.
PUSTELNIK
- Wczora rano?
BALLADYNA
- Tak.
PUSTELNIK
- Daj mi ręką posłuchać uderzeń
- Twojego serca. - Czy pod zapłakaną
- Wierzbą nie rosły maliny? Mów śmiało;
- Żądam od ciebie spowiedniczych zwierzeń.
- Czy ta malina była kiedyś białą?
- A tyś ją może sama z czerwieniła?
- Przyłóż do serca tę, co cię zraniła,
- Malinę...
Odpycha ją gwałtownie.
- Biada tobie! serce twoje
- Wydało...
BALLADYNA
- Starcze!
PUSTELNIK
- Tyś siostrę zabiła!
BALLADYNA
- Nie - nie - masz złoto - jeszcze tyle troje
- Przyniosę...
PUSTELNIK
- Słuchaj! za co płacisz?
BALLADYNA
- Nie wiem...
PUSTELNIK
- Ta rana ciebie piekielnym zarzewiem
- Pali... ha?...
BALLADYNA
- Pali...
PUSTELNIK
- I spałaś dziś?
BALLADYNA
- Spałam.
PUSTELNIK
- Z tą raną?...
BALLADYNA
- Starcze, ja nic nie wyznałam.
PUSTELNIK
- Nic! o przeklęta! a za coś płaciła?
BALLADYNA
- Za twoje leki.
PUSTELNIK
- Bogdaj rana gniła,
- Aż cienie śmierci na całą twarz padną;
- A moje zioła nie ukradną
- Żadnego bólu...
BALLADYNA
- Starcze, biada tobie!
PUSTELNIK
z ironią
- Co? ty mi grozisz, kiedy ja chorobie
- Obmyślam leki? Czary piekieł trudzę,
- Aby tę ranę zmazać z twojego czoła.
- Chcesz? siostrę twoją umarłą obudzę.
BALLADYNA
- Obudzisz?
PUSTELNIK
- Siostra niech siostry zawoła!
- Umarła wstanie i tę ranę zmaże.
- Chcesz?
BALLADYNA
- Gdybym miała trzy wybladłe twarze,
- Na każdej twarzy trzy straszniejsze plamy,
- Wolę je nosić aż do Boga sądu,
- Niż...
PUSTELNIK
- Milcz, zbrodniarko! teraz my się znamy
- Do głębi serca... Niechaj z tego trądu
- Lęgną się w mózgu gryzące robaki,
- W sumnieniu węże; niech kąsają wiecznie,
- Aż umrzesz wewnątrz, a zgniłymi znaki
- Okryta, chodzić będziesz jako żywe
- Trupy... precz! precz! precz! ty musisz koniecznie
- Czekać, co Boga sądy sprawiedliwe
- Uczynią z tobą... A coś okropnego
- Bóg już przeznaczył, może jutro spełni.
- Może odmówi chleba powszedniego,
- Może ci włosy kołtunami zwełni,
- Potem zabije niewyspowiadaną
- Ogniem niebieskim... Biada! Jutro rano
- Na murach zamku ujrzysz Boga palec.
- Ty jesteś jako zdradliwy padalec,
- A jeszcze gorszą plamę masz wyrytą
- Na twoim sercu niż na twoim czole.
- Co... czyś ty martwa?... Obudź się, kobieto...
- Obudź się, słuchaj.
BALLADYNA
jak ze snu
- Co to? ha! wyrzekłeś,
- Że siostra moja zbudzi się?... ja wolę
- Umrzeć. - Dlaczego ty się, starcze, wściekłeś?
- Biada ci! Biada!
Ucieka.
PUSTELNIK
sam
- W smutnej lasów ciszy
- Zbrodnia jak dzięcioł w drzewa bije suche;
- A cięcie noża daje takie głuche
- Echo jak topór kata, kiedy rąbie
- Głowy na pniaku. Bóg to wszystko słyszy,
- Wszystko zamyka w tej okropnej trąbie,
- Co kiedyś będzie na sąd wołać ludzi.
Słychać śmiech w lesie.
- Wszelki duch! W lesie śmieją się szatani!
- Wiedźma goplańska z diablików orszakiem
- Śmieszy ponure dęby, a z płaczących
- Brzóz się naigrywa.
Słychać odgłos łowów i psów łajanie.
- To łowiec umarły
- Mglistymi psami mgliste pędzi tury
- Błyskawicowym wichrem oślepione.
- Pójdę... i łowy przeżegnam, niech giną
- Na wieki wieków...
- Lecz to nie rozsądek
- Sąsiedztwo diabłów mienić w nieprzyjaciół.
Słychać dzwony podziemne.
- Cóż to? zalane przed wiekami miasta
- Wołają z Gopła do Boga o litość
- Płaczem wieżowym... Może jaki krzyżyk
- Wieży sodomskiej między lilijami
- Widać na fali?... pójdę - nie wytrzymam -
- Pójdę przeżegnać miasto potępione;
- Może spokojnie pod modlitwą starca
- Snem cichym zaśnie w pogrobowej fali;
- Jak potępiony człowiek, za którego
- Dziecię się modli.
Scena IV
Las jak poprzednio. - Skierka i Chochlik.
CHOCHLIK
- Poleciał... głupi jak wrona.
SKIERKA
bierze porzuconą na kamieniu koronę
- Patrz, oto starca korona.
- Niechaj na włosach Gpolany
- Od księżycowych promyków
- Błyska jak wianek ogników
- Związany włosem i wlany
- W gniazdeczko złotych warkoczy.
CHOCHLIK
- Patrz, nasza pani tu kroczy.
Grabiec i Goplana wchodzą na scenę.
GRABIEC
- Moja najmilsza wiedźmo, deszczowa panienko,
- Tobie jezioro łożem, a chmurka sukienką;
- Gdy po lesie przechodzisz, każdy kwiat i drzewo
- Wołać by cię powinien; chodź panno ulewo!
- Oraczowi by cię mieć nad suchą niwą.
- A gdybym ja był kwiatkiem, gorczycą, pokrzywą,
- Albo rumiankiem, wtenczas wieczną tobie miłość
- Przysiągłbym i w małżeńską wstąpiłbym zażyłość.
- Ale ja na nieszczęście nie kwiat ni ziele;
- Człowiek mięsny panienko; a moje piszczele
- Skórę wychudłą podrą jak ostre nożyce,
- Jeśli je mgłą napoję, gwiazdami nasycę.
- Więc kłaniam uniżenie.
GOPLANA
- O! biada mi, biada!
- Dziś moja róża na pieńku opada,
- Dziś jakiś rybak otruł złotą stynkę,
- Pieszczotę moją; dziś miłą ptaszynkę,
- Co mi śpiewała nocą nad jeziorem,
- Na srebrnej brzozie, chłop zabił toporem
- I drzewo zrąbał...
GRABIEC
- Dzisiaj mnie sowito
- Wierzbami pod zamczyskiem Kirkora obito;
- To prawdziwe nieszczęście, plecy świerzbią. - Ale
- Skoro w tym zamku biją, a karmią wspaniale,
- Gdy z odkręconych dziobków u rynien w rynsztoki
- Płynie jasna gorzałka; więc każą wyroki,
- Abym przystał na służbę do kuchni Kirkora.
GOPLANA
- Co? zawsze do niej! do niej!... Jeszcze wczora
- Widziałeś serce tej kobiety. Miły,
- Czego żądasz? Władzy, bogactw, siły,
- Zmienionej twarzy; chociażby kamyka,
- Co sprawia cudem, że przed ludźmi znika
- Człowiek, jak widmo rozpłynione we śnie;
- Wszystko mieć będziesz. Jakże mi boleśnie
- Czarami twoje zakupować serce! -
- Chcesz-li mieć owe skrzydlate kobierce,
- Co noszą ludzi, gdzie myślą zażądać?
- O! miły, powiedz!...Czy pragniesz wyglądać
- Jako ów rycerz zjawiony na chmurze
- Szykom Lechitów? W złocie i lazurze
- Od stóp do głowy.
GRABIEC
- Więc od stóp do głowy
- Miło by mi wyglądać jako król dzwonkowy,
- W koronie, z jabłkiem w lewej, z berłem na prawicy.
na stronie
- Jak się teraz wywikła wiedźma z obietnicy?
głośno
- Niech mam berło, koronę, płaszcz, złote trzewiki,
- Od stopy aż do głowy, jak pan król...
GOPLANA
- Diabliki!
- Lećcie u zorzy
- Prosić purpury,
- Pereł u róży,
- Szafiru u chmury,
- U nieba błękitu,
- A złota u świtu;
- A może gdzie zawieszona
- Na niebie tęczowa nić,
- To tęczę wziąć na wrzeciona,
- I wić, i wić, i wić!
Odbiegają Skierka i Chochlik. - Do Grabka
- O jakiej zamarzysz postaci,
- Zakreślony w czarów kole,
- Taką moc Goplany da ci
- Postać, szaty, rysy, dolę...
GRABIEC
- W mojej myśli dzwonkowe szastają się króle.
GOPLANA
zakreśla koło
- Stój cicho, nie wychodź z koła.
- Słyszysz, jak szumi puszcza wesoła,
- Jak po gałązkach sosen, leszczyny,
- Zlatują na dół śpiewne ptaszyny,
- Złociste wilgi, gile, słowiki.
- Z nimi ciekawe słońca promyki
- Spływają do nas przez listki drżące.
- Ale się wkrótce niebo zachmurzy,
- We mgle przelecą złote miesiące
- I gwiazdy blade, jak tuman burzy
- Z błyskawicami.
Skierka i Chochlik niosą szaty i koronę.
SKIERKA
- Wszystko gotowe.
GRABIEC
poziewa
- A! a! spać chcę...
GOPLANA
- Pochyl głowę,
- Zaśnij - obudzisz się skoro.
- We śnie cię duchy ubiorą
- Na marę twego marzenia.
GRABIEC
kładąc się
- Cudy... Dobranoc, panie Grabku... do widzenia
- Na tronie... dobrej nocy, synu organisty,
- Polecam się pamięci i afekt strzelisty
- Łączę...
Poziewa.
- A! a! a! cudy...
Zasypia.
GOPLANA
- Czuwajcie nad sennym,
- Ja czary piekieł zamówię.
Ściemnia się - czerwone chmury przechodzą i widma otaczają Goplanę odwróconą.
SKIERKA
- Okryj go płaszczem promiennym,
- Wdziej mu złociste obuwie.
Ściemnia się zupełnie. - Na głowie Goplany pokazuje się półksiężyc.
- Perła rosy z płaszcza kapie;
- Zbierz te perełki po trawie
- I znów przyszyj na rękawie.
CHOCHLIK
- Król dobrodziej w dobre chrapie,
- Na drugi bok się przewraca.
SKIERKA
- Gpolano, niech światło wraca,
- Już się twój miły przetwarzył.
Goplana daje znak - księżyc z jej czoła znika - i światło wraca.
GOPLANA
patrząc na śpiącego
- Jaką on sobie dziwną postać wymarzył.
Grabiec wstaje z ziemi jak król dzwonkowy.
GRABIEC
poziewając
- A-a-a-a-dobry dzień... a-piękna pogoda,
- Co to? włosy na brodzie? - Diabła! - siwa broda,
- Co to znaczy? W co znowu przewierzgnęły biesy?
- Jaki płaszcz! - jakie dziwne na piersiach floresy!
- Śniło mi się... Dalibóg, nie wiem, co się śniło,
- Karczma podobno, piwo z beczek się toczyło,
- I był potop, w potopie pływałem jak ryba.
- Sztuczka diabła! zrobili ze mnie wieloryba,
- Lewiatana w złocistym płaszczu, z brodą siwą.
- Ha! chodź tu, moja wiedźmo, moje szklane dziwo,
- Powiedz, kto mnie tak złotem i brodą ozdobił?
- Powiedz, co się zrobiło ze mnie?
GOPLANA
- Król się zrobił.
GRABIEC
sięga do głowy i znajduje koronę
- Więc niech się nie odrabia to, co już zrobione.
- Sięgnęła ręka do głowy, znalazła koronę.
- Cudy...
GOPLANA
- Nosisz prawdziwą koronę Popielów...
GRABIEC
- Widzę, że służy ludziom do tych samych celów,
- Co czapka: kryje uszy. A to?
Pokazuje berło drewniane.
GOPLANA
- Berło twoje.
GRABIEC
- Jak chcesz, miły węgorzu, ja sobie uroję,
- Że to berło; niech oko rozumowi sprzyja
- I powie, że to berło... Skąd wy tego kija
- Wzięli, diabliki moje?
CHOCHLIK
- Gdy cię Grabkiem zwano...
GRABIEC
ze wzgardą
- Nie mów mi o tym Grabku.
CHOCHLIK
- Gdyś był wczora rano
- Obywatelem lasu, wierzbą: z królo-drzewa
- Filon ułamał gałąź.
GRABIEC
- I ta ręka lewa
- Nosi tę samą korę, którąm ja porastał,
- I ta kora jest berłem... Ha! to będę szastał
- Tym berłem po grzbiecinach. - Ach! wielka mi szkoda,
- Że się do nieba dostał ojciec golibroda,
- Wraz by oszastał długie kędziory na brodzie.
- Moja wiedźmo, co chodzisz jak święta po wodzie,
- Nie możesz ty mię z łaski swojej brody zbawić?
- Nie?... basta... jaki balwierz potrafi się wsławić
- Na tej królweskiej brodzie. - Ha... a jeszcze warto
- Dać mi jabłko do ręki, a z dzwonkową kartą
- Będę chodził po świecie jako ze zwierciadłem.
SKIERKA
- Na jabłko królewskie skradłem
- Chłopakom z bliskiego sioła
- Bańkę z mydła; a dokoła
- Tak piekło słońce, że z głową
- I z nogami w kryształową
- Siadłem kulkę. - Lecę, lecę...
- Wtem banieczka moja złota
- Na błękitnej siadła rzece;
- I konik polny - niecnota!
- Kiedy pod tęczowym szkiełkiem
- Usnąłem spokojnie w łódce:
- Zbił ją gazowym skrzydełkiem
- I uciekł... a ja rozespan,
- Na niebieskiej nezabudce
- Ocknąłem się...
GRABIEC
- Diabliku, to znaczy, że jespan
- Głupi jak but... bo jabłko, choć jabłko królewskie,
- To jabłko, nie zaś żadne migdały niebieskie.
Chochlik daje mu jabłko.
- Dzięki składam waszeci - dobre... a czy winne?
Kosztuje
- Więc mam wszystko, co król ma. Ach! ach! A gdzie gminne
- Szołdry? Poddani moi, którym ja panuję?...
GOPLANA
- Wszystko, co na tej ziemi moją władzę czuje:
- Ptaszyny, drzewa, rosy, tęcze, każdy kwiatek
- Jest twoim...
GRABIEC
- Trzeba zaraz nałożyć podatek.
- Słuchajcie mnie... a kodeks niech będzie wykuty
- W spróchniałej jakiej wierzbie. Odtąd brać w rekruty
- I żubry, i zające, i dziki, i łosie.
- Kwiaty, jeżeli zechcą kąpać listki w rosie,
- Niech płacą, rosę puszczam w odkupy Żydowi;
- Niech mi wódką zapłaci. Każdemu szpakowi
- Kazać nie myśleć wtenczas, kiedy będzie gadał...
- Zabronić, aby sejmik jaskółczy usiadał
- Na trzcinach i o sprawie politycznej sądził.
- Wróblów sejmy rozpędzić; ja sam będę rządził
- I wieszał, i nagradzał... Jaskółkom na drogę
- Dawać paszporta, w takich opisywać nogę,
- Dziób, ogonek i skrzydła, i rodzime znaki.
- Odtąd nie będą dzieci swych posyłać ptaki
- Do niemieckich zakładów, gdzie uczą papugi;
- Wyjęte sroki, które oddają usługi
- Ważne mowie ojczystej. Z cudzych stron osoby
- Jak to: kanarki... śledzić. Na obce wyroby
- Nakładam cło... od łokcia tęczy wyrobionej
- W kraju słońca, księżyca, białej lub czerwonej
- Albo fijoletowej, byleby jedwabnej,
- Płacić po trzy złotniki... a od sztuki szwabnej
- Płótna z białych pajęczyn...
GOPLANA
- O czym gadasz, drogi?
GRABIEC
- Co? króluję... króluję - skarb łatam ubogi.
- Róża płaci od pączka, od kalin kalina,
- Od każdego orzecha zapłaci leszczyna,
- Czy to pusty, czy pełny... mak od ziarek maku,
- Nie od makówek. Głowa na mnie nie dla znaku...
GOPLANA
- Zostawiam ci Chochlika, Skierkę, - niechaj służą,
- Niechaj zrywają kwiaty, a strzęsioną różą
- Osypią, kiedy zaśniesz. Bądź zdrów, do wieczora.
- Będę ciebie czekała nad brzegiem jeziora,
- I płacząc, piosnką płaczu wabiła słowika.
Odchodzi Goplana.
GRABIEC
- Aż mi lżej, że ta rybia galareta znika.
- Hej, poddani!
do Chochlika
- Ty jesteś królewskim ministrem,
- Boś głupi.
do Skierki
- A ty, drugi diable z oczkiem bystrem,
- Błaznem; śmiesz mię, łajdaku, aż z radości pęknę.
- Ministrze, gdzie mój powóz?
CHOCHLIK
- Cztery konie piękne.
- Czarne - księżycowymi wierzgają podkowy;
- I wóz na ciebie czeka Mefistofelowy;
- Ale nie mów Goplanie...
GRABIEC
- Dlaczego?
CHOCHLIK
- Bo ona
- Nie chce pożyczać z piekła.
GRABIEC
- Szalona! szalona!
- Jeśli diabeł pożycza, bierz, bo takie wozy
- Oszczędzają ci butów...
do Skierki
- Ty będziesz wiózł z kozy.
- Minister za forysia... teraz jechać pora.
SKIERKA
- Gdzie król jedzie?
GRABIEC
- Na ucztę ślubną do Kirkora.
Odchodzą wszyscy.
Scena IV
Sala w zamku Kirkora - Kostryn.
KOSTRYN
sam
- Za pustelnika celą drzewami ukryty
- Słyszałem tajemniczą spowiedź tej kobiety.
- O! szczęście! - teraz panem złotej tajemnicy;
- Mógłbym ją z pałacowej rozkrzyczeć wieżycy,
- Albo mojemu panu wiernie opowiedzieć,
- Albo okropną powieść wyrazami cedzić,
- Jako piasek klepsydry, w pani trwożne ucho,
- Aż zobaczę skarbnicę tego zamku suchą
- Jak czoło Araratu... Wraca Balladyna.
- Mogę mieć ją i skarby. - Szczęśliwa godzina.
Staje na stronie.
BALLADYNA
wchodzi głęboko zamyślona
- O wszystkim wie ten człowiek stary... powie drzewom,
- Drzewa będą rozmawiać o tym w głuche noce,
- Aż straszna wieść urośnie. O! biedneż wy myśli,
- Jak dzieci nierozumne cieniów się lękacie.
- Ten starzec słowa moje łączy, składa, zbiera.
- I mówi: być nie może... ta kobieta młoda
- Nie zabiła. A jeśli wie? jeżeli pewny?
- A któż w taką rzecz może uwierzyć jak w pacierz?...
- Ale jeśli uwierzył - jeśli przechodniowi
- Zbłąkanemu opowie straszną zbrodnię pani -
- Nim wymówi nazwisko, zlęknie się jak prostak
- Zemsty możnego pana. - A może - jeżeli
- Dobre ma serce starzec, na końcu języka
- Znajdzie litośną radę: Na co ludziom szkodzić?
- A może już zapomniał, a ja nierozsądna
- Myślę, o czym ten starzec myśleć już poprzestał...
- Bo i czymże ja jestem, aby mną się ludzie
- Zajmowali, śledzili, chcieli gubić? - Piekło!
- Tysiącem słów nie mogę zabić tego słowa:
- On wie. - Na cóżem poszła do tego człowieka?
- Straciłam się; szatańska ręka mnie zawiodła.
- I pomyśleć, że gdyby nie te odwiedziny,
- Starzec byłby jak owe ludzi milijony,
- Których nigdy na świecie nie spotkałam. Myśleć,
- Że ta sama godzina trwożnych myśli pełna
- Byłaby jak wczorajsze godziny, i może
- Spokojniejsza; bo wszakże wiele by się strachu
- Przez jeden dzień zatarło tajemniczą ciszą.
- Teraz wszystko na nowo odradza się z twarzą
- Okropniejszą. - Zazdroszczę tej, co dziś rano
- Mną była.
Kostryn zbliża się.
KOSTRYN
- Pani! od grafa przysłany
- Z darami goniec - na rozkazy czeka...
BALLADYNA
- Dary od męża? zawołaj człowieka,
- Niech je tu złoży. Stój... czy tobie znany
- Ów żebrak, który mieszka w lesie, stary?
KOSTRYN
- Pustelnik?
BALLADYNA
- Nie wiem, czemu się nawinął
- Na myśl... gdzie goniec z przysłanymi dary?
- Zapewne drogie?
KOSTRYN
- Graf pan zawsze słynął
- Szczodrobliwością... i był na kształt słońca,
- Co wszędy żywne rozsypuje blaski...
BALLADYNA
- Ciekawa jestem nowej męża łaski.
- Zawołaj zaraz... zawołaj tu gońca.
Kostryn odchodzi.
- Gdyby te dary, gdy nie przerażona
- Myśl... Na co było pytać się Kostryna
- O tego starca?
Wchodzi Kostryn i Gralon.
GRALON
- Przeze mnie, Gralona,
- Kirkor pozdrawia...
BALLADYNA
- Zdrów?
GRALON
- Zdrów jak malina.
BALLADYNA
- Czy mąż ci kazał taką osłodzoną
- Przynieść odpowiedź?...
GRALON
- Graf dał polecenie,
- Abym tę skrzynię z pieczęcią czerwoną
- Przyniósł do zamku, i nakazał żenie,
- Tobie, grafini, abyś nie ruszała
- Pieczęci jego ni kłódek u wieka,
- Aż sam powróci.
BALLADYNA
- Bogdaj bym skonała,
- Jeśli rozumiem głos tego człowieka!
- Powtórz.
GRALON
- Graf Kirkor...
BALLADYNA
- Wiem. - Ale dlaczego
- Skrzynię okutą i przysłaną w darze
- Kazał mi chować aż do dni sądnego
- Zamkniętą?
GRALON
- Mówił pan: bo ja tak każę...
- Nic więcej...
BALLADYNA
- Głupcze! Twoją głowę ciasną
- Nosisz na karku w skorupie blaszanej,
- Aby w niej wróble, jak w dziurawym garku,
- Gniazda winęły. - Skrzyni okowanej
- Nie ruszać? Ha! ha! w Kirkora podarku
- Widzę nieufność, nie zaś wierną miłość.
- Ty podły chłopie,
do Gralona
- choć długa zażyłość
- Łączy cię z panem, nie miałbyś odwagi
- Ruszyć tej skrzyni? Bo ty chłosty, plagi
- Czujesz na grzbiecie... Ale ja! małżonka,
- Jeżeli zechcę... Gdyby mi szepnęła
- Mucha... ha! gdyby cichego skowronka
- Głosek podszepnął: otwórz, a od dzieła
- Szatan odpędzał ognistymi skrzydły,
- To wiesz ty, podły służalcze obrzydły,
- Że wola moja...?
KOSTRYN
- Grafini...
BALLADYNA
- Ty może
- Chcesz przypominać, że mój mąż ma prawo?
- Więc niech doświadcza! co mi tam... Mój Boże,
- Gdybym ja była jak inne ciekawą,
- To... Ale wy mnie nie znacie, przysięgam!
- Ja tak trwożliwa, że nawet w ogrodzie
- Po jabłko z drzewa upadłe nie sięgam.
- Jeśli mąż zechce, o chlebie i wodzie
- Żyć będę, zawsze wesoła, jak wrona
- Na cudzym płocie. Anim teraz w złości.
- Masz, stary,
do Gralona
- oto złotówka czerwona,
- Weź ją i przepij albo przegraj w kości,
- I goń za panem; powiedz, że go czekam
- Z niecierpliwością, że łzy po nim ronię;
- Że jedwabiami złotymi wywlekam
- Szarfę dla niego. Gdzieżeś ty, Gralonie,
- Odjechał pana?
GRALON
- W nadgoplańskim borze.
BALLADYNA
- Nie zatrzymywał się nigdzie po drodze?
GRALON
- U pustelnika stanął w celi.
BALLADYNA
- Boże!
- U pustelnika... Mów - ja ci nagrodzę
- Za każde słowo garścią złota - ale
- Chcę wiedzieć wszystko... rozumiesz? Wspaniale
- Nagrodzę ciebie, ale mów otwarcie.
- Choćby co było okropnego - powiedz...
GRALON
- W borze przez głucho zarosły manowiec
- Pan jechał przodem na koniu lamparcie,
- A my gęsiora jechali za panem...
- Wtem nagle pański koń dał w górę słupa,
- Jakby się spotkał z ognistym szatanem.
- A pan graf z konia rzekł: "Czuć w lesie trupa..."
BALLADYNA
z przerażeniem
- I z konia zsiadł... i...
GRALON
- Krzyknął: "Za mną służba!"
- I pieszo z mieczem pod wierzbę poskoczył.
- Na mchu trup leżał - a piersi mu toczył
- Wianek żelaznych gadzin...
BALLADYNA
- O!!!
GRALON
- "To wróżba
- Naszej wyprawy - rzekł graf. - Oto leży
- Przed nami ścierwo zabitego tura".
BALLADYNA
oddychając
- Ach!
GRALON
- "Dobra wróżba dla mężnych rycerzy" -
- Mówił graf Kirkor... my krzyknęli: "hurra!"
- I znowu na koń...
KOSTRYN
- Mówiłeś, Gralonie,
- Że trup pod wierzbą? A na białym łonie
- Trupa żelazne leżały gadziny?
GRALON
- Na ścierwie tura.
KOSTRYN
- Nieszczęśliwa łania!
GRALON
- To był tur samiec.
KOSTRYN
- Gdzie wierzba się kłania?
- Ponad strumieniem? gdzie rosną maliny?
- Wszak tak?...
GRALON
- Tak, panie.
KOSTRYN
- Blisko starca chaty?
GRALON
- Tak...
KOSTRYN
- I ty mówisz, że tur rosochaty
- Leżał pod wierzbą?
GRALON
- Tak.
KOSTRYN
- Przysiąż!
GRALON
- Dlaczego?
KOSTRYN
- Bo ja przysięgnę na szatana złego,
- Że nie tur... ale... Broń kłamstwa żelazem!
do Balladyny, dobywając miecza
- Tego człowieka trzeba zabić.
BALLADYNA
z pomięszaniem
- ;
- Trzeba.
KOSTRYN
napadając
- Broń się -
GRALON
broniąc się
- Co znaczy?
Biją się - Balladyna zdejmuje miecz ze ściany i, zachodząc z tyłu, zabija Gralona.
BALLADYNA
- Masz!
GRALON
- O jasne nieba!...
- Zbrodnia!!!
Kona.
KOSTRYN
- Grafini, napadliśmy razem
- Na tego starca: czy wiesz, co to znaczy?
BALLADYNA
- Wiem! o mój Boże!
KOSTRYN
- Ja biorę połowę
- Twojego strachu, tajemnic, rozpaczy.
BALLADYNA
- Co teraz robić, Kostrynie?
KOSTRYN
- Mieć głowę...
Koniec aktu trzeciego
BALLADYNA - AKT IV
Scena I - Scena II - Scena III - Scena IV - Scena V
Scena I
Sala w zamku Kirkora - Uczta - Przez okna widać błyskawice.
Grabiec ubrany jak król siedzi na pierwszym miejscu - Balladyna, Kostryn, Szlachta, Służba zamkowa.
Chochlik i Skierka stoją za krzesłem Grabka.
JEDEN ZE SZLACHTY
- Zdrowie jasnego króla!
GRABIEC
do Chochlika
- Podziękuj, ministrze.
CHOCHLIK
ze śmiesznym gestem
- Król dziękuje.
GRABIEC
- Mój błaźnie, każ, niech pieczomistrze
- Przyniosą nowe danie...
SKIERKA
- Już kuchta zamkowy
- Nie ma nic na półmisek prócz cielęcej głowy,
- Lecz ta niedopieczona na królewskim karku.
GRABIEC
- Widziałem dwa chodzące pawie na folwarku,
- Upiec je i dać na stół, ja poczekam na nie.
KOSTRYN
- Służba! Przed jasnym królem, na ostatnie danie
- Postawcie złotnikami napełnioną tacę.
GRABIEC
biorąc z tacy złotniki, rozdaje Chochlikowi, Skierce -
a potem sam napełnia kieszenie.
- Ministrze, za rok usług z góry ci zapłacę,
- A nie drzyj tak poddanych; tobie, miły błaźnie,
- Za tysiąc żartów, złotnik: spraw nam śmiechu łaźnię!
- Sobie także za ciężkie płacę panowanie.
- A to - to mi schowajcie jutro na śniadanie...
BALLADYNA
- Honor to dla mnie, że gość tak dostojny
- Raczył nawiedzić mój zamek i stoły.
- Pijcie panowie!
- Do Kostryna, który ją za rękę ściska, mówi cicho
- Chłopcze! siedź spokojny,
- Na Boga! patrzą - odgadną - zginiemy.
do innych
- Pijcie, panowie! Panie Chrząszcz z Jemioły,
- Pij waść. - Dlaczego pan Gryf siedzi niemy?
- Proszę wynaleźć wesołą rozmowę.
PIERWSZY ZE SZLACHTY
- Mówimy o herbach.
GRABIEC
- Ja mam w herbie króla
- Złote trzewiki, koronę i głowę.
PIERWSZY ZE SZLACHTY
- Ja mam dwie trzaski.
DRUGI ZE SZLACHTY
- A ja mam pół ula.
PIERWSZY ZE SZLACHTY
- A ty, grafini?
BALLADYNA
- Ja?...
KOSTRYN
- Pani! wszak byłaś
- Księżniczką możnej Trebizonty.
GRABIEC
- Proszę!!!
- Najświętsza Panno! co ty narobiłaś
- Książąt na ziemi! Miałaś aśćka grosze?
BALLADYNA
- Ja? - o! wspomnienie! Wuj nielitościwy
- Wygnał mię z państwa, zagrabił dzielnicę;
- Przez niego bracia moi królewice
- Zamordowani.
GRABIEC
- Proszę! co za dziwy!
- Kto by uwierzył?...
BALLADYNA
- I mnież odmówicie
- Wiary? - nie proszę o pożałowanie.
- Ach, ja szczęśliwa, ja uniosłam życie;
- Lecz matka moja! - Matkę moją, panie,
- Zamurowano w pałacu framudze.
GRABIEC
- Biedna starzyna!
BALLADYNA
- Ale ja was nudzę
- Opowiadaniem tego, co mię boli.
- Proszę pić! proszę! Gdzie krajczy? podstoli?
- Niech daje wina... Wy czar dolewajcie,
- Bądźcie weseli...
GŁOS SŁUGI
za kulisą
- Stój, matko!
GŁOS WDOWY
za kulisą
- Puszczajcie!
BALLADYNA
- Gdzie ja się skryję?
WDOWA
wpada przebijając się przez służbę i staje śród sali -
dygając pomięszana
- Kłaniam pięknie, moi
- Rycerze. - Córko! ha! to się nie godzi
- Zapomnieć o mnie.
BALLADYNA
- Co się babie roi?
- Co to za stara kobieta?
WDOWA
- Wy młodzi
- Hulacie? dobrze. - Ale tez o matce
- Warto pomyśleć. - A to mnie jak w klatce
- Zamknięto - stara czeka, czeka, czeka -
- Ani przysłała kawałeczka chleba.
- A to głód, córko! A przynajmniej mleka
- Kropelkę dajcie, wszak tu manna z nieba
- Padać nie będzie dla biednej staruszki.
BALLADYNA
- Co to się znaczy? to jakaś szalona.
WDOWA
- A daj mi, córko, te złote dzbanuszki,
- Matce się pić chce.
BALLADYNA
- Czemu tu wpuszczona
- Ta stara?...
KOSTRYN
- Wziąć ją! idź z Bogiem. - Mój królu,
- To obłąkana.
WDOWA
do Balladyny
- A powiedz: matulu
- Do twojej matki, nie nazywaj: stara -
- Stara, ta stara -
BALLADYNA
- Wziąć ją! wyprowadzić!
GRABIEC
- Cha! cha! cha! - jaka to chłopska maszkara,
- Dajcie jej pokój: trzeba ja posadzić
- Z nami do stołu.
WDOWA
- To mi to pan dobry!...
- Widzicie! dajcie ławkę, niech usiędę.
- Tak, tak, tak trzeba, mój rycerzu chrobry,
Czcić starą matkę. Czy to ja uprzędę
- Piękniejszą sobie suknię z pajęczyny?
- To wina mojej kwoczki Balladyny,
- Że ja w łachmanach, rada, cz nie rada.
- Niech się nie dziwi żaden z was acanów,
- Że ot
pokazując na suknię
- nie złoto, lecz kilka łachmanów
- Ze starych kości na proszek opada;
- Proszę wybaczyć córce mojej...
BALLADYNA
- Piekło!
- Jak tu wpuszczono tę żebraczkę wściekłą?
- Powiedz, jak weszłaś do złotych pokoi?
- Ja ciebie nie znam...
WDOWA
- O! święci anieli!
- Nie znasz?... ty matki nie znasz? matki twojej?
GRABIEC
- Cha! cha! cha! - uszy królewskie weseli
- Taki rozhowor...
WDOWA
- Powtórz, córko, śmielej,
- Ty matki nie znasz? twojej własnej matki?
BALLADYNA
- Czy wy ją znacie, panowie, powiedzcie,
- Co to za wiedźma?
WDOWA
- Świećcie mi! ach świećcie,
- Niebieskie gwiazdy! - Wy mi bądźcie świadki,
- Jeśli z was który ojcem!... O ty jędzo!
- Ach! okropnico córko! to ja ciebie
- Nie znam.
BALLADYNA
do Kostryna
- Każ, niech ja za wrota przepędzą,
- Szczeka za głośno.
WDOWA
- Urodziłam z siebie
- Trumnę dla siebie - o Boże! mój Boże!...
- Służalce na znak dany przez Kostryna chwytają za ręce Wdowę.
- Puszczajcie! córko! niech pomyśli - córko!...
- O córko! pomyśl - ale tam na dworze
- Ciemno, deszcz pada, a piorun pod chmurką
- Czeka na siwy mój włos, by uderzył.
- Patrzaj przez okno - grom nie będzie wierzył,
- Jak mię zobaczy samą w taką burzę,
- Że ja nie jestem jaką zabójczynią,
- Co się po nocy błąka...
- Ciągną ją na znak gniewliwy Balladyny.
- Powiem chmurze,
- Niech bije w zamek gromem! nie targajcie,
- Ja pójdę sama. - Świat teraz pustynią
- Dla starej matki...
BALLADYNA
- Chleba kawał dajcie.
WDOWA
- Bodaj cię chleb ten zadławił! zadławił!
- O! nie targajcie; bo i tak podarta
- Sukienka moja - wiatr się będzie bawił
- Z łachmanem starej matki. O! to czarta
- Córka; nie moja! nie moja! nie moja!
- Wychodzi - wyprowadzona przez służbę.
BALLADYNA
po długim milczeniu
- Czemuście smutni? Wszak pod uczty koniec
- Ludzie szczebiocą, co język przyniesie.
- A wy milczycie jak w zamczysku zbója?
Słychać tętent.
- Co to za tętent?
SŁUGA
- Przybył grafa goniec.
BALLADYNA
- Niech wejdzie...
Goniec wchodzi.
- Jakie od męża nowiny?
GONIEC
- Pan graf pozdrawia...
BALLADYNA
- A kiedy z powrotem?
GONIEC
- Burza go w bliskim zaskoczyła lesie.
- Konie ognistym przerażone grzmotem
- Grzęzły po bagnach; sosny się jak trzciny
- Gięły z okropnym hukiem i łoskotem.
- Nie można było dotrzeć do zamczyska,
- I pan graf czeka w pustelnika celi,
- Aż się ta burza wygrzmi i wybłyska.
BALLADYNA
- Cóżeście z panem nowego widzieli?
GONIEC
- Pan graf pomyślnej dokonał wyprawy.
- Zaledwieśmy wjechali w gnezneńskie ulice,
- Koło czerwonej bramy spotkaliśmy orszak
- Rycerzy uzbrojonych; na ich czele Popiel
- Jechał konno. Koń jego dumny piął się nieraz
- I zawieszał w powietrzu żelazne kopyta
- Nad głowami pokornie klęczącego ludu.
- Wtem Kirkor - któż by myślał? Kirkor samotrzeci
- Chwyta dłonią koniowi królewskiemu cugle
- Krzycząc: “Srogi tyranie! trzema zabójstwami
- Doszedłeś aż do tronu: idź w piekło!” To mówiąc
- Mieczem rozciął przyłbicę ukoronowaną
- I za szaty chwyciwszy podniósł, wstrząsnął trupa
- I ludowi pokazał. Lud zrazu oniemiał;
- Potem w niebo ogromnym uderzył okrzykiem,
- Nie można było wiedzieć: pochwalał czy ganił.
- Nagle się cały ku nam rzucił szumną falą,
- Chwila - a już nas jako trzy maleńkie mrówki
- Zalał, strzaskał, zdruzgotał. Kirkor jedną ręką
- Trzymał trupa, a drugą swój miecz zakrwawiony.
- My zaś, jego rycerze, pełniąc rozkazanie,
- Mieczów nie dobywali. Wtem tłok ludu, jako
- Bałwan rzucony wiatrem, zniżył się kolanem
- Przed olbrzymią postawą Kirkora i wołał:
- "Niech żyje ludu mściciel! Kirkor król niech żyje!"
BALLADYNA
- Co mówisz? Kirkor królem?
GONIEC
- Racz końca wysłuchać.
- Gdy lud głosił go panem, Kirkor miecz błękitny
- W trupiej ocierał szacie; widać, że głęboko
- Dumał, jakimi słowy myśl wyrazić zdoła.
- Na koniec rzekł: "O! Lachy, ja nieznany rycerz
- Nie mogę przesławnemu władać narodowi;
- Com uczynił, czyniłem nie dla wyniesienia
- Głowy mojej, czyniłem to dla szczęścia ludu.
- Jam stworzony do ciszy wiejskiej i prostoty,
- Dla mnie za ciężką była nawet godność grafa
- I zniżyłem ją szczeblem, pojąwszy w małżeństwo
- Zamiast jakiej królewnej ubogą chłopiankę;
- Ona zamiast herbowych znaków połączyła
- Z herby moimi dzbanek pełen malin; ona
- Niepodobna królowej; ani państwa pany
- Zechcą chłopianki dzieciom na przyszłość podlegać".
BALLADYNA
- Niegodne kłamstwo! kłamstwo! to kłamstwo!
GONIEC
- I dalej
- Kirkor tak rzecz prowadził: "Ogłoście po kraju
- Bezkrólewie! a kto się na zamku pokaże
- Uwieńczony prawdziwą koroną Popielów,
- Koroną, w której znany brylant "żmije-oko"
- Między dwóma rubiny na trzech perłach leży,
- Tego królem obierzcie". - Lud zgodnym okrzykiem
- Przyzwolił na tę mowę, i osierocony
- Czeka, aż się ukaże król, dziedzic korony.
GRABIEC
na którego wszyscy patrzą
- Czemu ci ludzie patrzą na mnie jak gawrony?
SZLACHTA
- Klękajmy wszyscy przed tym ukoronowanym,
- On królem...
GRABIEC
- Co? ja królem? gdybym nie był pijanym,
- Upiłbym się z radości. Los głupi jak rura!
- Wyskoczyłbym ze skóry, gdyby moja skóra
- Nie była teraz skórą królewską.
SZLACHTA
- Żyj długo...
GRABIEC
- Sto lat! Sto lat żyć będę; wziąłem skórę drugą
- Jak wąż - jak wąż, panowie, mam oko z brylanta.
- Puściłbym się po sali z grafinią kuranta,
- Gdyby nie godność, prawda? która siedzieć każe.
- Tak się w mój tron złocisty królowaniem wrażę,
- Że nie oderwą ludzie od tronu człowieka.
- Proszę! co za dziw!
BALLADYNA
do Kostryna
- Słyszysz, jak burza się wścieka?
- Dzwonią deszczowe rynny. W tej okropnej burzy
- Słyszę głosy płaczące...
KOSTRYN
- To krzyk nocnych stróży.
BALLADYNA
- Nie, to są jakieś głosy inne, jęk ze świata
- Umarłych. - Lej mi wina. Wszystko tak się splata,
- Że chyba się powiesić.
GRABIEC
- Teraz po obiedzie
- Trzeba wymyślić wesołą zabawę.
- Każcie tu wpuścić kuchenne niedźwiedzie,
- Co kręcą rożnem; niech tańczą.
PIERWSZY ZE SŁUG
- Kulawe,
- Pan graf podstrzelił je...
GRABIEC
do Chochlika
- Więc ty, ministrze,
- Weź moje berło wierzbowe i na nim
- Graj jak na dudzie - a zatykaj bystrze
- Dziurki palcami, jeśli pomysł nowy,
- Dążący prosto ku uszczęśliwieniu
- Przyszłych poddanych, wypsnie ci się z głowy
- Przez głupie wrota. Słuchajcie w milczeniu...
- Graj!
CHOCHLIK
- Co grać, panie?
GRABIEC
- Kładź palce na dziury,
- To berło z mojej wykręcone skóry
- Wie, co ja lubię.
SKIERKA
- Graj! ja do wtoru
- Zawołam echa ciemnego boru,
- Co rzecz widziały.
Chochlik gra na flecie smutną pieśń wiejską, a zmięszane głosy w powietrzu poczynają śpiewać.
ŚPIEW
- Obie kocha pan;
- Obie wzięły dzban;
- Która więcej malin zbierze,
- Tę za żonę pan wybierze.
- Cha!... cha!...
Pieśń niknie jak echo.
BALLADYNA
- Co to się znaczy? kto śpiewał i taką
- Pieśń skończył śmiechem?
KOSTRYN
- Cyt... to przywidzenie!
BALLADYNA
- Ktoś śpiewał...
do Chochlika
- Proszę, graj -
do Kostryna na stronie
- A ty, Kostrynie,
- Patrz w twarze ludzi, a jeśli dostrzeżesz,
- Z ust których wyjdzie pieśń, powiedz; - obmyślę,
- Co z tym człowiekiem stanie się...
do Chochlika
- Dudarzu,
- Zagraj mi jeszcze wieśniaczą balladę
- I obudź echa wiszące nade mną
- W kopule sali. - Objaśnić pochodnie.
Chochlik gra.
ŚPIEW DUCHÓW
- Tobie szatan stróż
- Włożył w rękę nóż;
- Siostra twoja rwie maliny.
- A ty? a ty? Nóż twój siny
- Poczerwieniał krwią...O!...
- Pieśń kończy się echowymi jękami.
KOSTRYN
- Przestań, grafini mdleje.
BALLADYNA
- Nie.. ja żywa...
- Śpiewajcie... jeszcze. - Objaśnić pochodnie...
Chochlik gra.
ŚPIEW DUCHÓW
- Na twej czarnej brwi,
- Niby kropla krwi.
- Kto wie, z jakiej to przyczyny?
- Od maliny? lub kaliny?
- Może... cha!...
Pieśń kończy się echem.
BALLADYNA
daje znak ręką
- Dalej...
JEDEN Z PANÓW
- Co znaczy takie obłąkanie
- W oczach grafini? Czy prosta piosenka,
- Którą wieśniacy przy grabionym sianie
- Nucą na fletniach, tak ją biedną nęka?
BALLADYNA
- Dalej!...
JEDEN Z PANÓW
- Obudźcie tę kobietę bladą.
- Ona zasnęła i śpi z otwartymi
- Oczyma...
KOSTRYN
do nieruchomej Balladyny
- Pani!...
JEDEN Z PANÓW
- Rozkaż, niech ją kładą
- W gorące łoże, skościała jak drewno...
Grom bije głośny... Balladyna budzi się.
BALLADYNA
- Co ze mną było?... Jak ja okropnymi
- Sny przerażona.
do Kostryna
- Słuchaj, ty... ja na pewno
- Gadałam we śnie. Czy we śnie gadałam?
KOSTRYN
- Nie...
BALLADYNA
- Bogu dzięki. Ale gdy ja spałam,
- Wyście musieli rozpowiadać głośno
- O czym okropnym?
do gości
- Proszę, pijcie! - widzę,
- Że lepiej zrobię usiadłszy za krośno
- Niż przy pucharach.
GRABIEC
budząc się
- Przepraszam, panowie.
BIESIADNICY
- Za co?
GRABIEC
- Przepraszam i bardzo się wstydzę,
- Że byłem zasnął.
Pije.
- Zamku pana zdrowie!
BIESIADNICY
- Zdrowie Kirkora!
GRABIEC
- Podściwy! podściwy!
- Zamiast panować woli jeść maliny.
- Każcie, niech jaki leśnik lub myśliwy
- Pójdzie do boru i malin przyniesie.
BALLADYNA
- Straszne zachcenie...
GRABIEC
- W podzamkowym lesie
- Muszą być słodkie maliny i duże,
- I smakowite, skoro Kirkor woli
- Dzban takich malin, niż meszty papuże
- I płaszcz królewski. - Każ, niech nam podstoli
- Malin dzban poda na pokosztowanie.
BALLADYNA
- Odwagi!... nic się gorszego nie stanie.
- Słyszałam echa grobowych rozwalin,
- Ujrzę, czy więcej prócz słów co wyrzucą
- Wzruszone groby. - Malin! dajcie malin!
Pokazuje się cień Aliny z dzbankiem malin na głowie.
- Czułam cię dawno w powietrzu - a teraz
- Widzę. - Jak błyszczą oczy twoje? Biała!
- Ja się nie lękam - widzisz - ale ty się
- Nie zbliżaj do mnie...
PIERWSZY ZE SZLACHTY
- O czym ona gada?
BALLADYNA
- Mów ze mną przez stół. - Niech mi jaki człowiek
- Da rękę - ja się boję -
PIERWSZY ZE SZLACHTY
- Czy słyszycie,
- Jak ząb jej dzwoni o ząb z przerażenia?
BALLADYNA
- Idź... potępiona - odnieś, skąd przyniosłaś
- Ten dzbanek pełny czegoś, co się rusza,
- Jak to, co w grobie. - Czy powieszonego
- Na zamku wieży przed latami trupa
- Cień padł do sali i stoi na nogach
- Nie oddychając? - O! precz... widmo białe
- Zarżniętej -
Cień znika.
PIERWSZY ZE SZLACHTY
- Jaka woń malin! czujecie?
DRUGI ZE SZLACHTY
- Powietrze pełne malin...
BALLADYNA
padając
- O! umieram!
KOSTRYN
- Wody!... hej wody! Ja szaty rozdzieram,
- Lejcie tu na pierś - niech służebne wnidą.
Wchodzą kobiety.
- Wynieście panią...
Wynoszą Balladynę.
- Raczcie wstać od stołu,
- Pochodnie gasną. Napełnia ohydą
- Ten stół splamiony, resztki chleba, wołu.
- Czy chcecie rzucać ogryzione koście
- Wzajem na siebie, jak czynią Duńczycy?...
- Proszę do komnat. - Wy stoły wynoście;
- Wy z pochodniami poprzedzajcie króla,
- Gdzie dlań usłano w pobocznej wieżycy
- Łoże puchowe. -Jutro się rozhula
- Zamek i będzie wesoły jak wczora.
- Lecz na dziś dosyć... Panowie, spać pora.
- Proszę porzucać puchary i ławy -
- Jak ciężko Lachy odpędzić od strawy
- I od napoju; wiszą by pijawki
- Na ustach dzbanka, przy muzyce czkawki.
Podczas tej mowy wynoszą stoły. - Grabiec wyprowadzony przez
służbę z pochodniami. - Za nim wszyscy biesiadnicy i Kostryn wychodzi ostatni.
Scena II
Las przed celą Pustelnika. Burza trwa, Pustelnik i Kirkor.
KIRKOR
- Chroń się, starcze, do celi, burza tobie z głowy
- Okradnie siwe włosy. Ludzie i zdarzenia
- Kradną... złodziej płaszcz zedrze, a nędza koszulę.
- Trzeba wszystkiemu zbrojną ręką się opierać...
- Lecz smucisz się za wcześnie - bo ja ci przysięgam,
- Że zginę lub skradzioną koronę odzyskam.
- Oto choć bliski domu, mógłbym za godzinę
- Z ust żony pocałunków tysiąc wziąć na drogę
- I napić się jak ptaszek w różanym kielichu,
- Dziobiąc rosy perełki: wolę tej rozkoszy
- Zaniechać, a do Gnezna zaleciawszy nocą,
- Lud zebrać - i obwieścić wszystkiemu gminowi,
- Jakoś ty, dziedzic prawy, bezecną kradzieżą
- Dobra twego postradał. Potem zaś trębaczom
- Każę głosić po kraju i mieście, że kto się
- O tron Lachów zgłaszając pojawi na zamek
- Uwieńczony prawdziwą koroną Popielów,
- Temu ja fałsz zarzucam; takiemu na czole
- Mieczem wypiszę słowo zasłużone: złodziej...
- Módl się więc za mnie, starcze, aby mi Bóg żywy
- Dał zwyciężyć na szrankach - i czekaj z powrotem.
PUSTELNIK
- Niech cię Bóg błogosławi.
KIRKOR
klaszcze, wchodzi Żołnierz
- Wsiadać na koń! lotem
- Trzeba spieszyć do Gnezna.
Rycerz wychodzi.
PUSTELNIK
- Słuchaj! ja ci radzę
- Wróć do zamku, odpocznij, po dalszej rozwadze
- Obaczysz co przedsięwziąć.
KIRKOR
- Ja, starcze, leniwy.
- Dzisiaj odrobić chcę całą pańszczyznę;
- A odrobiwszy całą, żyć szczęśliwy
- Z drogą małżonką. Całą ci ojczyznę
- Włożę na barki; a gdy będziesz dźwigał
- Rzeczy i ludzi, to ja się zakopię
- W zamku spokojny... Niechby mi dościgał
- Sad owocowy, niechbym małe chłopię,
- Dzieciątko moje, na rękach kołysał,
- O to się modlę... Ty mi zaś co roku
- Z tronu do chaty listy będziesz pisał.
- Niechaj raz na rok spadnie mi z obłoku
- Biały gołąbek i pod skrzydełkami
- Przyniesie powieść, pełną tych wielkości,
- Co budzą uśmiech i sen pod lipami
- Dają smaczniejszy... Król mi pozazdrości
- Żony i dziecka, i lipy, i chłodu,
- I snów pod lipą, i złotego miodu. -
- Żegnaj mi ! żegnaj! Nim słońce zaświeci,
- Będę w stolicy. Hop! hop! na koń, dzieci!
Kirkor wychodzi. Słychać tętent oddalających się.
PUSTELNIK
sam
- O Boże! Boże! Wolę, niech do Gnezna wraca,
- Niżby miał do tych piersi szlachetnych przycisnąć
- Krwawą swoją małżonkę. Bogdajbyś ty nigdy
- Nie znał, Kirkorze, z jakiej matki się urodzą
- Dzieci twoje. Bogdajby za pierwszą nagrodę
- Bóg uczynił cię wdowcem, nim ojcem uczyni.
Słychać głos Wdowy.
WDOWA
za sceną
- Biedna ja! biedna!
PUSTELNIK
- Co to za wołanie
- Tak pełne płaczu?
WDOWA
za sceną
- O biedna, ja biedna!
Wdowa wchodzi jak ślepa, szukając drogi ręką.
PUSTELNIK
- Jakaś kobieta, jak łachman w łachmanie,
- W noc tak okropną, ślepa, sama jedna!
do Wdowy
- Skąd, moja matko?
WDOWA
- Matko? O! na Boga,
- Tak nie nazywaj, córko niegodziwa!
- Matka? psia matka!
PUSTELNIK
- Skąd idziesz, uboga?
WDOWA
- Ja nie uboga. - Siwa, siwa, siwa,
- Jak gołąbeczek. - Nie wiesz, co się stało?!
- Grafini, moja córka, wielka pani,
- A ja na wietrze z głową taką białą.
- Mówię piorunom: bijcie! bijcie we mnie!
- I nie chcą słuchać... A w zamku zebrani
- Pijaki sobie winszują wzajemnie,
- Że córka moja pije, wielka pani. -
- Czy ty rozumiesz? - Ma zamek i wieże -
- Grafini -
PUSTELNIK
- Jak się córka twoja zowie?
WDOWA
- Zowie się córką. Ale ja nie wierzę,
- Ażeby ona miała oczy w głowie,
- Oczy, co płaczą. - W taką zawieruchę!
- W takie pioruny, na deszcz wygnać matkę.
- Co ją karmiła, co piersi ma suche,
- Starością suche - a włos taki biały,
- Jak co świętego.
PUSTELNIK
- Chodź pod moją chatkę,
- Ty drżysz od zimna! chodź!
WDOWA
- I zamek cały
- Do niej należy, wielki jak pół świata...
- Widzisz!... Grafini?!
PUSTELNIK
- Chodź!...
WDOWA
- Tu będę czekać;
- Czy moja córka wie, gdzie twoja chata?
- A kto wie? może, jak pies zacznie szczekać
- Na jaki łachman, wspomni o matce
- I każe szukać po świecie. - Być może!
- Wszak Bóg ma litość?
PUSTELNIK
- Chodź, przepłaczesz w chatce
- Tę noc burzliwą, a gdy błysną zorze,
- Ja cię powiodę do wielkiego króla;
- Do nóg się rzucisz błagając o litość
- I...
WDOWA
- Powiem - jemu:... "Ja biedna matula
- Do nóg się rzucam.
Klęka.
- Królu, złoty panie!
- Każ córce, która ma złota obfitość,
- Niechaj mnie kocha".
Wstaje.
- A król z tronu wstanie
- I zaprowadzi mnie do serca córki.
- O! o! o!
Płacze.
- Wiesz ty, za szkaplerza sznurki
- Wieszałam się na sośnie skrzypiącej, za gardło,
- Drzewo się ułamało...
- Głupia - ślepa, wybrałaś gałązkę umarłą,
- Gałązkę - córkę drzewa. - Żelazna gadzino,
- Nie zlitowałaś się ty matki wdowy?
- A ja by żyła chleba okruszyną
- W twoich pałacach! Niechby twoja ręka
- Sypiąc gołąbkom w trawę żer perłowy
- Nie odganiała od pszenic ziarenka
- Zgłodniałej matki. - Wygnać w las! na burze!
- Wypędzić matkę! upadłam w kałużę
- I grom czerwony wyjadł z powiek oczy,
- Wyjadł do szczętu...
PUSTELNIK
- Oślepłaś?...
WDOWA
- Mózg toczy
- Okropna ciemność. Miałam przed wieczorem
- Tyle światłości, że mogłam za borem
- Rozróżnić białe słońce od księżyca;
- A teraz...
Błyska.
PUSTELNIK
- Jak to? i ta błyskawica
- Nie świeci tobie?
WDOWA
- Wzrok ludzi nie strzeże
- Od Boga ręki - co mi dziś po wzroku.
- A wiesz ty? wiesz ty, że ja teraz wierzę,
- A nie wierzyłam dawniej - że co roku
- Ptaszki jaskółki nim pójdą za morze,
- Stare, zgrzybiałe, biedne matki - duszą.
- Tak, tak, tak... ludzie prawdę mówić muszą.
- Żebrząc po świecie, piosenkę ułożę;
- Groszową piosenkę o jaskółkach czarnych,
- Co duszą matki - proszę! w ptaszkach marnych
- Taka nielitość! Wygnać matkę starą,
- Głodną, na cztery wichry, targające
- Za siwe włosy.
PUSTELNIK
- Podściwych tysiące
- Padają na tym świecie złych ofiarą.
- Gdybym ja ciebie wziął za nieszczęść świadka?
WDOWA
- To i ty matka... i ty także matka?
- Nie pójdę z tobą, bo się będziem kłócić
- O piękność imion naszych córek - moja...
- Ach, gdybyś ty mię z grobu chciał occucić,
- Wołaj: Bladyna. - Pójdę szukać zdroja
- I pić jak wróble, zadzierając główkę
- Do Pana Boga - dzięki mu, dał wody.
Śpiewa mrucząc
- Stara miała jedną krówkę
- I chacinę, i ogrody,
- I dwie córki...
Odchodzi w las.
PUSTELNIK
- Po kraju całym szukać każę
- Tej matki - i okropny sąd wydam na dziecko.
Odchodzi do celi.
Scena III
Noc - błyska. - Sala bez światła w zamku Kirkora.
Skierka i Chochlik wychodzą z drzwi, którymi wyprowadzono po uczcie Grabka.
SKIERKA
- Nasz pan usnął tam na wieży
- I śpi głęboko; ja lecę,
- Nim się ta burza uśmierzy,
- Kąpać się w błyskawicach.
CHOCHLIK
- Ja wyprawiam hecę
- W stajni, gdzie nad wrotami nie przybito sroki.
- Czy wiesz, że na tej wieży puchacz jednooki
- Zaprosił mnie na ucztę? będzie patrzał krzywo,
- Jeśli pogardzę udem zadziobanej myszy.
SKIERKA
- Ja matkę bociana siwą
- Lecę nakarmić; nie słyszy
- Na prawe ucho i ślepa;
- Wczora od chłopskiego cepa
- Uratowałem niebogę...
- Polecę, czekać nie mogę.
- W taką burzę biedna stara
- Może z przestrachu umarła.
CHOCHLIK
- Co to za stuk?...
SKIERKA
- To burza drzwi zawarła.
CHOCHLIK
- Cyt... ktoś idzie...
SKIERKA
- Jakaś mara
- W bieli... przez okno wylecę...
- Wylatuje przez okno.
CHOCHLIK
- Za nim! na koniach w zamku wyprawować hecę.
Wylatuje.
Scena IV
Sala taż sama.
BALLADYNA
sama wchodzi w nocnym ubiorze z nożem w ręku
- Nie mogłam spać, nóż leżał przy mnie, wzięłam.
- W koszuli - wstyd! gdyby cię kto zobaczył
- W koszuli z nożem w ręku? - Jak tu ciemno!...
Idzie ku wieży.
- Cyt... jakiś szmer? - Wiatr mi zgasił świecę...
- To przywidzenie - nic nie słychać, zamek cały
- Głęboko śpi... Lecz jeśli śpi ten człowiek
- Z otwartą powieką?... to co? to co?
- Jeżeli dziś nie zrobię rzeczy, jutro
- Żałować będę, wiem, żałować będę.
- Wiatr zamknął za mną drzwi, a ja myślałam,
- Że jaki ciemny duch zamykał za mną;
- I dotąd nie spojrzałam w tamtą stronę,
- Jakbym się bała spotkać z czym okropnym.
Ogląda się.
- A widzisz, nie ma nic, nic nie ma. Ciemne
- Powietrze. Mgła; żadnych nie widać mar.
Błyska.
- Wszelki duch Boga chwali! Jaka to była
- Błyskawica czerwona! jak wszystkie ściany
- Widziałam białe. - Cyt. - Nie słychać nic -
- Spiesz się! - Lecz jeśli żar błyskawic lunie
- Na moją twarz, gdy będę z nożem stała
- Nad nim; to co? - Ogień pokaże tobie
- Miejsce, gdzie masz uderzyć. - O, błyskawice!
- Stwórzcie czerwony dzień na łonie nocy,
- Bądźcie mojego czynu słońcem. - idę.
Wychodzi na wieżę.
Scena V
Sala taż sama.
KOSTRYN
wchodzi zbrojno z dobytym mieczem
- Drzwi otworzone. Teraz mię, fortuno,
- Prowadź i pomóż ze złotego cielca
- Jak Jazonowi złote obciąć runo,
- A ja przysięgam, że choć syn wisielca,
- Będę na tronie jako syn książęcy;
- Dziś sługa gorszych, jutro pan tysięcy
- Lepszych ode mnie. - Cyt. - To puchacz huczy
- Na wieży zamku. - Idźmy na drabinę -
- Wszystko gotowe. Mam pęk cały kluczy
- Od bram zamkowych, płachtami obwinę
- Konia podkowy - i z ową koroną
- W pochmurnej nocy jak duch czarny zginę;
- A co nad wszystko: z cudzołożną żoną
- Rozbrat na wieki. O! szatanie prowadź!
Chce iść na wieżę i we drzwiach spotyka się z powracającą Balladyną.
- Kto to?
Cofa się z przestrachem.
BALLADYNA
- Ja.
KOSTRYN
- Sama - w ciemnościach - co znaczy?
- Słyszałem jakiś jęk, szedłem ratować.
BALLADYNA
- Przynieś mi światła; niech światło zobaczy,
- Jak ja okropnie muszę być czerwona.
- Skończyłam. - Kogo ty ratować chciałeś?
- Już zdaje mi się, że ta burza kona,
- Ustało błyskać. - To i ty słyszałeś
- Ten jęk okropny?... aż tu było słychać?!
- To dziwne! Kiedy przestawał oddychać,
- Raz westchnął. - Idź ty po światło, Kostrynie,
- Idź na dół.
Kostryn wychodzi.
- Dziwnie krew pachnie ode mnie...
- Stało się - stało; teraz nadaremnie
- Żałować rzeczy. Stało - się przeminie.
- Z nas wszystkich kiedyś będą takie trupy. -
- Świecy! - mój cały zamek za błysk świecy!
Kostryn wchodzi bez światła.
KOSTRYN
- Wszystko śpi w naszej ceglanej fortecy,
- Nawet zgasły latarniowe słupy
- Przy bramie zamku. Czy służbę rozbudzić?
BALLADYNA
- Nie budź nikogo; musiałam zabrudzić
- Ręce po łokieć. Dziwną pachnę wonią.
KOSTRYN
- Wzięłaś koronę?
BALLADYNA
- Nie... stój, pójdę po nią.
- Ja się nie lękam. Wiem gdzie stoi łoże.
Wychodzi Balladyna na wieżę.
KOSTRYN
- Straszna odwaga. Omal tobie, Boże,
- Nie podziękuję, że mi ona kradnie
- Czyn ten okropny... Chciałbym na jej czole
- Zobaczyć, jaką barwą lwica bladnie.
Balladyna wraca bez korony.
BALLADYNA
- Próżno w ciemnościach macałam po stole,
- Ten stół miał jakieś rysy zimnej twarzy.
- Może to nie był stół...
KOSTRYN
- Ty stój na straży,
- Ja pójdę szukać...
BALLADYNA
- Stój... Nie, idź - wszak ja się
- Nie lękam siebie. - Nawet nie żałuję...
Kostryn wychodzi na wieżę.
- Ja wiem, że zwykle Lachom żal po czasie
- Zawraca głowy i sen cichy truje.
- Może się teraz trup czerwony snuje
- Przed ludzi śpiących oczyma, a oni
- Przez sen żegnają krzyżem cichą marę. -
- Schodzi po wschodach; jak te szczeble stare
- Trzeszczą...
do Kostryna, który wchodzi z koroną
- Znalazłeś... ty coś trzymasz w dłoni?
KOSTRYN
ponuro
- Tak.
BALLADYNA
- Daj. Nie! nie! nie! nie zbliżaj się do mnie,
- Bo będę wołać ratunku od ludzi...
- Stój tam.
KOSTRYN
- Co znaczy? mówisz nieprzytomnie.
BALLADYNA
- Stój tam, bo krzyknę, zamek się obudzi,
- Stój tam z daleka, aż w tobie przeminie
- Ta myśl... W powietrzu ją czuć... o! Kostrynie,
- Chciałeś mię zabić, serce twoje biło
- Głośno, jak moje bije, gdy zarzynam.
KOSTRYN
- Jeślim to myślał, na wieki przeklinam
- Ów zakąt mózgu, gdzie się urodziło
- Szalone dziecko.
BALLADYNA
- Chodź tam, do komnaty...
- A namówimy się po cichu razem,
- Co jutro czynić...
Rozwidnia się trochę.
KOSTRYN
- Doniosły mi czaty,
- Że Kirkor wrócił do Gnezna, żelazem
- Grożąc takiemu, co by się z koroną
- O tron upomniał...
BALLADYNA
- To nic... będę miała
- Ludzi i miecze; a za moją stroną
- Będzie ta tłuszcza ludzi, omal cała
- Karmiona w zamku... Kirkor nie poskromi
- Złotego deszczu. - Cyt -
KOSTRYN
- Nic, to na dworze
- Wróble świegocą.
BALLADYNA
- Jak to? już dzień? Boże!
- Jak biała światłość... mdło mi! mdło mi! mdło mi!
KOSTRYN
- Idź, prześpij szarą godzinę poranku.
- Ja sam obudzę, gdy słońce zaświeci;
- Staniesz w rycerzy uzbrojonych wianku.
- Jakoś to będzie - wojsko nam się skleci.
- Daj klucz od skarbu, będę mierzył garcem
- Przekupne złoto.
BALLADYNA
- Skończ także ze starcem,
- Co mięszka w celi - a nas tylko dwoje
- Będzie wiedziało.
KOSTRYN
- Ty ciężarna; troje.
BALLADYNA
- Jak to? i dziecko noszone w żywocie
- Będzie wiedziało? - Idź! - W biednej istocie
- Nieurodzonej taka tajemnica.
- Ty się najgrywasz? Jeśliby tak było,
- Jak ty powiadasz, czy ja szalenica
- Porodzić żywe? Lecz nie - będzie żyło,
- Dziecko nic nie wie...
KOSTRYN
- Niechaj moja lwica
- Spać się położy - i zbudzi się świeża
- Do nowych czynów, w przyłbicy rycerza.
Wychodzą.
Koniec aktu czwartego
BALLADYNA - AKT V
Scena I
Poranek na leśnej łące - Skierka i Chochlik.
SKIERKA
- Jak po burzy ranek świeży!
- Byłem u matki bociana
- I nakarmiłem.
CHOCHLIK
- Ja na zamku wieży
- Ucztowałem u sowy. Gdzie pani Goplana?
SKIERKA
- Znów polecę po rozłogach,
- Polecę łąką i borem;
- Kwiatki postawię na nogach,
- Rozczeszę żyto na grzędzie,
- Zatrzymam się nad jeziorem,
- Zawołam: labu, labusie!
- I dwa Goplany łabędzie
- Po wód błękitnym obrusie
- Przypłyną do mnie z ajeru;
- Garsteczką złotego żeru
- Śnieżne ptaszęta przysypię;
- I znów lecę pod leszczynę,
- Gdzie łania Goplany szczypie
- Błyszczącą deszczem krzewinę;
- I tęczę nad nią zawieszę,
- I różę nad nią rozwinę;
- I znowu dalej pospieszę
- Na skrzydłach babki konika.
Przypływa tuman mgły rannej, oświecony tęczą; spod bramy kolorów wychodzi Goplana.
GOPLANA
- Chodźcie mnie uścisnąć, aniołki,
- Bo Goplana na wieki wam znika.
- O! zapłakane fijołki!
- Róże moje, bądźcie zdrowe.
SKIERKA
- Co ty śpiewasz?...
GOPLANA
- Niestety! Niestety!
- Piosenkę pożegnania.
SKIERKA
- Jeszcze oczerety
- Nie gną się od jaskółek, jeszcze dnie wiosnowe.
GOPLANA
- Polecę w okropną krainę,
- Gdzie sosny i śniegi sine,
- Gdzie słońce jak gasnący żar;
- Gdzie księżyc jak twarz tych mar,
- Co z grobu wychodzą na cmentarz.
- Anioł kar ze mną popłynie
- Krzycząc mi w duszy: “Pamiętasz
- O róż i malin krainie”.
- Bądźcie zdrowi! bądźcie zdrowi!
- Poplątałam ludzkie czyny
- Tak, że Bogu mścicielowi
- Trzeba wziąć grom i upuścić
- Na ludzkie dzieła i winy...
SKIERKA
- My cię nie chcemy opuścić,
- Goplano! Goplano! Goplano!
GOPLANA
- Puszczajcie biedną wygnaną,
- Kiedyś wam o mnie zaśpiewa
- Piosenkę obca ptaszyna
- Usiadłszy na gałązce płaczącego drzewa.
- Bądźcie zdrowi! moja wina,
- Że wygnana w północ lecę.
CHOCHLIK
- Jeszcze ci w drodze poświecę,
- Jak hajduk biegnąc z ognikiem.
GOPLANA
- Dziś długim związane szykiem
- Na północ lecą żurawie,
- Uczepię się tego wianka,
- I w powietrzu się przepławię,
- Jak biedna dziewic równianka
- W błękitne rzucona fale.
SKIERKA
- O biada! o biada! o biada!
GOPLANA
- Próżne żale! próżne żale!...
- Pokazuje w głąb lasu.
- Tam szarfa żurawi spada
- Na łąki błyszczące rosą;
- Gdy się żurawie podniosą,
- Uchwycę się szarfy końca
- I w błękit polecę blada,
- Blada jak miesiąc od słońca,
- Lekka jak liść, co opada.
- Lecz nad mury gnezneńskiemi
- Lecąc, zaśpiewam smutne pożegnanie ziemi.
Wychodzi - Skierka i Chochlik lecą za nią.
Scena II
Pod murami Gniezna wał.
Kirkor z dobytym mieczem, ze skrzydłami orlimi na barkach, wchodzi na czele wojska. - Chorągwie rozwinięte - trąby grają.
KIRKOR
do rycerzy
- Człowiek, co się o berło Lachów upomina,
- Nie chciał wystąpić w szranki, jak podła gadzina
- Kryje się, a zebrawszy, co mówię! ten podły -
- Obietnicami, złotem, zakupiwszy sobie
- Mnogich stronników... rycerz z nieznanymi godły,
- Walką chce tron owładać i na moim grobie
- Stanąć jako na pierwszym szczeblu królowania.
- Mnodzy rycerze nasi (niech nas Bóg ochrania
- Od takiego szaleństwa i takiej ślepoty!),
- Mnodzy nasi rycerze przeszli pod namioty
- Jasnego oszukańca, lecz Bóg patrzy z nieba
- W serca ludzkie; nam zdrajców przekupnych nie trzeba.
- Skoro przybędzie Popiel, po którego w lasy
- Posłałem trzech rycerzy, z orlimi hałasy
- Rzucimy się na złoty obóz samozwańca.
do rycerzy stojących na murach
- Wy zamykajcie bramy... Niech z każdego szańca
- Na pole walki patrzą mnogie samostrzały.
- Gdybym ja przegrał, zginął, to jeszcze te wały
- Długo bronić się mogą... Niech wam siwe głowy
- Przypomną chwile strachu, że mur południowy
- Najsłabszy, że tam trzeba postawić mur ludzi.
- Ale da Bóg, że miasto jutro się obudzi
- Wolne od zgrai łotrów.
RYCERZE
- Zwyciężysz, Kirkorze!
KIRKOR
- Jeśli Bóg da... ach! kiedyż ja przyłbicę złożę!
- Kiedyż wrócę do żony? kiedyż ujrzę koniec
- Krwawym sprawom królestwa i rozbojom?
JEDEN Z RYCERZY
- Goniec.
Wchodzi Goniec kurzawą okryty.
KIRKOR
- We trzech wysłani w bory, nie przyprowadzacie
- Pustelnika Popiela?
GONIEC
- Okropność!
KIRKOR
- Czy w chacie
- Nie znaleźliście starca? mów... walka nas czeka.
GONIEC
- W celi nie było starego człowieka;
- Lecz na skrzypiącej gałęzi przed chatą
- Trup jego wisiał na grubym powrozie.
- Z białymi włosy i z podartą szatą
- Wicher się bawił i trupa kołysał
- Jak stara mamka.
KIRKOR
- Trąbić po obozie
- Hasło do walki! - Los jemu dopisał,
- Do śmierci gonił nieszczęściem i zabił
- Nieznaną ręką. - Serceś mi osłabił
- Twoją powieścią, spraw się dobrze w boju -
- Mówisz, że wisiał?
GONIEC
- W pustelniczym stroju
- Wisiał przed chatą. Na nieszczęsnym drzewie
- Wrona krakała...
KIRKOR
- Idźmy! niech w powiewie
- Tańczą chorągwie... idźmy! ścisnąć szyki!
- Nadzieja w męstwie. - Niech zaczną łuczniki!...
Wychodzi z wojskiem.
Scena III
Namiot Balladyny.
Kostryn i Balladyna w zbrojach - z hełmami zapuszczonymi wchodzą na scenę.
KOSTRYN
- Zostań w namiocie, nie wychodź na pole,
- Bo, jak przeczuwam, wkrótce kirkorczycy
- Walkę rozpoczną. Obóz jego w dole,
- A nasz na górze jak gniazdo orlicy.
BALLADYNA
- Wiele dusz stanie za chwilę przed Bogiem.
KOSTRYN
- Gdzie młócą żyto tam plewy z omłotku
- Lecą pod niebo. Stój za gumna progiem
- I nie rozplątuj znów na kołowrotku
- Sczero-sumiennym - zaplątanych pasem
- Dziwnej przeszłości.
Wchodzi Żołnierz.
ŻOŁNIERZ
- Z okropnym hałasem
- Idą do boju szyki Kirkorowe.
KOSTRYN
- Królewiczątko moje, bądź mi zdrowe!
BALLADYNA
- Czy zwyciężymy?
KOSTRYN
- Siedź, pani, w namiocie.
- Niechaj cię próżność nie prowadzi w złocie
- Na oczy słońca i na łuków żądła.
- Bogdajbyś cicho śpiewała i prządła
- Szatę królewską lub śmierci koszulę;
- To albo drugie pewnie ci się przyda...
- Ha! ha! z proc lecą ołowiane kule,
- Patrz jak kolczate... hej, giermku, gdzie dzida?
- I tarcza moja.
Bierze tarczę i dzidę z rąk giermka i wychodzi.
BALLADYNA
sama
- Jeżeli zwycięży,
- Jak mu nagrodzę? w ziemi całej łonie
- Nie znajdę kruszcu na zalanie gardła
- Temu Niemcowi. Lecz jeżeli przegra?
- Jeżeli przegra, to się wszystko skończy
- Chwilą okropną, wszystko się rozwiąże
- Jak straszna bajka jakiej czarownicy:
- Przegrała, w piersi przebiła się nożem,
- A nóż zatruty był jadem gadziny.
- Gdzie ta kobieta? Obaczyłam w lesie
- Babę, podobną do roztrzaskanego
- Piorunem dębu... kazałam potworze
- Z krukami śmierci gonić za obozem
- I przynieść jadu czerpanego z węży.
Stara Kobieta w łachmanach wchodzi, podnosząc zasłonę namiotu.
- Jesteś?
STARA
- Przyniosłam rożek ludomoru.
BALLADYNA
- Daj... i uciekaj do ciemnego boru,
- Uciekaj, mówię, stara czarownico;
- A spróbowawszy na kim tego jadu,
- Zapłacę tobie... precz bo cię pochwycą
- Rycerze moi i na rzece spławią.
Ucieka stara kobieta.
- Okropna jędza... Włos by gniazdo gadu
- Wisi w postronkach, a oczy się krwawią
- Jak zęby wilcze obroczone w ścierwie.
- Nóż ten zatruty piersi mi rozerwie,
- Jeżeli w ręce męża wpadnę żywa,
- I serce moje bijące ukąsi
- Jak żądło osy. Już po jednej stronie
- Jadem zmazany okropnie poczerniał,
- I zarumienił się rdzą, pozieleniał;
- A druga strona jeszcze nie dotknięta
- Śliną wężową, czysta jak tasaki
- Świeżo na krętym brusie pociągnione.
Wchodzi Żołnierz.
- Co słychać?
ŻOŁNIERZ
- Panie! wszystko zawichrzone
- Na polu walki jak w burzliwej chmurze.
BALLADYNA
- Czy przegrywamy?
ŻOŁNIERZ
- Na szańcowej górze,
- Gdzie rosną brzozy nad źródłem, widziałem
- Grafa Kirkora; otoczony wałem
- Zabitych ludzi, trzyma się i siecze
- Jasną siekierą.
BALLADYNA
- Z czymżeś ty, człowiecze,
- Do mnie przysłany?
ŻOŁNIERZ
- Donoszę ci, książę,
- Że dwiestu ludzi przekupionych wczora
- Przeszło na polu z szeregów Kirkora
- Na stronę naszą. Jeśli się rozwiąże
- Na lewym skrzydle łuczników gromada
- Kupiona złotem, pole będzie nasze.
BALLADYNA
- Jeszcze nie przeszli! opieszała zdrada
- Gorsza niż wierność... Idź w bojową kaszę
- Z łyżką żelazną, jeżeli w nią wpadnie
- Głowa jakiego wodza, będziesz panem...
- Rozumiesz? Można spoza góry snadnie
- Podejść... zaskoczyć na plecy - czakanem
- Ciąć w łeb stalowy. - Idź - bić - zabijać.
Wchodzi drugi Goniec.
GONIEC
- Lewe się skrzydło zaczęło rozwijać
- I pierzchać w Gnezno... wkrótce walki koniec.
- Przy nas zwycięstwo...
BALLADYNA
- Dobrej wieści goniec
- Niech ma zapłatę...
daje pieniądze
- Czy wódz wrogów wzięty?
GONIEC
- Widziałem sztandar Kirkora zatknięty
- Na małym wzgórku, gdzie rosną trzy brzozy;
- A trupów szaniec urosł tak wysoko
- Około niego, że my pełni zgrozy,
- Ani wziąć wodza mogliśmy na oko,
- Ani przestąpić umarłego wału.
BALLADYNA
- Jeżeliś pełny męstwa i zapału,
- Jeśli chcesz kiesy po wierzch pełnej srebra -
- Idź na ten wzgórek, niech ci trupie żebra
- Będą drabiną, postronkami włosy.
- Idź i zabijaj...
Słychać okrzyki.
- Co to są za głosy?
Kostryn wchodzi zbrojny i krwią pomazany.
- A Kirkor?
KOSTRYN
- Zginął...
BALLADYNA
chowając nóż zatruty po jednej stronie
- Miałam nóż gotowy...
- Winnam ci życie. Naczelników głowy...
- Niech kat pościna - idź, wydaj rozkazy...
Kostryn wychodzi.
GŁOSY ZA NAMIOTEM
- Niech żyje wódz nasz, Fon Kostryn!
BALLADYNA
- Niech żyje
- Wódz wasz, Fon Kostryn... powtarzam wyrazy
- Jak głupia sroka... rzucę się na szyję
- Niemca i węzłem pocałunków zduszę.
Kostryn wprowadza poselstwo ze stolicy - jeden z obywateli niesie na tacy złotej chleb i sól.
KOSTRYN
- Oto poselstwo z poddanej stolicy.
BALLADYNA
- Kazałeś wieszać?
KOSTRYN
- Pierwsi buntownicy
- Już zgromadzeni pod maćkową gruszę;
- A ta się cieszy, że do siego roku
- Dwa razy będzie nosiła owoce.
BALLADYNA
do poselstwa miejskiego
- Czego wy chcecie?
Posłowie klękają.
POSEŁ MIEJSKI
- Aniele z obłoku!
- Do ciebie serca narodu sieroce
- Wznoszą się wszystkie, ty bądź kraju panem.
- Stolica całym zniżona kolanem
- Czeka na ciebie z otwartymi bramy.
- Witaj więc! witaj, miły hospodynie!
- Serca i skarby, i wszystko, co mamy,
- Pod nogi twoje strumieniem popłynie,
- Boś już zasłużył na wdzięczność narodu
- Skaraniem hersztów, którzy nas uwiedli.
- Ci nas mękami, karą miecza, głodu,
- W mieście trzymali; a nasze zaś serca
- Ciebie szukały. Obyśmy dowiedli,
- Że między nami żaden przeniewierca
- Na gniew twój, wielki panie, nie zasłużył,
- Obyś żył długo, obyś skarbów użył,
- Obyś nieszczęsną przyciśnionych dolą
- I tu przed tobą klęczących na prochu
- Przyjął łaskawie. Chlebem cię i solą
- Witamy, panie.
BALLADYNA
do Kostryna
- Czy z tego motłochu
- Żaden przeciwko mnie nie nosił broni?
KOSTRYN
- Dwóch językami walczyło po mieście,
- Lud namawiając do boju.
BALLADYNA
- Gdzie oni?
KOSTRYN
wskazując
- Pan burmistrz Kurier i Pismo.
BALLADYNA
- Powieście
- Obu rycerzy burmistrzów na dzwonie
- Wieży zamkowej.
PIERWSZY Z POSŁÓW
- Panie! w twoim łonie
- Kamienne serce.
BALLADYNA
- To wreszcie, to wreszcie
- Na wasze prośby ułaskawiam obu.
- Wybić im zęby i wyłamać szczęki,
- Niech nie walczą.
PIERWSZY Z POSŁÓW
- Więc nie ma sposobu
- Ubłagać ciebie przez łzy ani jęki,
- Żelazny panie nasz?
BALLADYNA
- Jestem kobietą.
- Widząc, że się cofają z przerażeniem
- Cóż to? cofnęli się jak od zarazy,
- I znów jak wiatrem kołysane żyto
- Biją głowami?
PIERWSZY Z POSŁÓW
- Na twoje rozkazy
- Czekamy, pani planuj z ludu wolą.
BALLADYNA
- Bez ludu woli... Dajcie mi chleb z solą.
- Posłowie, ufam drożdżom tego ciasta.
- Chodź tu, Kostrynie. Winnam ci tak wiele,
- Że ci półowa zdobytego miasta,
- Półowa kraju i chleba półowa
- Słusznie należy...
Wyjmuje nóż zatruty po jednej stronie i rozcina na dwoje chleb.
- Wszystkim się podzielę,
- A serce weźmiesz całe.
KOSTRYN
klękając
- O! królowa!
BALLADYNA
kosztując chleb, widzi, że Kostryn także je podaną sobie połowę
- Czyń, co ja czynię. Nie lękam się jadu
- W chlebie poddanych. Choćby miasto żyta
- Użyli łusek żelaznego gadu,
- Smaczną ci będzie żelazem zdobyta
- Bułka... jedz, proszę... trzeba ludziom wierzyć.
- A teraz każcie z triumfem uderzyć
- W trąby zwycięskie. Idźmy, wojownicy,
- Do otworzonej żelazem stolicy.
Wychodzi oparta na Kostrynie, za nią posłowie i lud.
Scena IV
Sala królewska w Gneźnie - tron w głębi - Kanclerz u stóp tronu.
Panowie państwa. Wawel dziejopis. - Paź. - Dwór. - Sędziowie.
KANCLERZ
- Wszystko gotowe na przyjęcie pana.
- Zasiądźcie teraz ławy po urzędzie:
- Przy samym tronie wodzowie i sędzie,
- Szafarze zboża, dolewacze dzbana,
- Niech wszystkich razem nowy król powita.
Wchodzi Goniec.
GONIEC
- Świetny urzędzie, wieść przynoszę ważną,
- Nasz król, pan nowy - kobieta.
KANCLERZ
- Kobieta!
WSZYSCY
- Królem kobieta!
KANCLERZ
- Niech będzie odważną,
- Jak była Wanda... niech tak dobrą będzie,
- Ale szczęśliwszą.
Goniec drugi wchodzi.
GONIEC
- Prześwietny urzędzie!
- Królowa weszła już do bram stolicy.
KANCLERZ
- Każcie, niech wszystkie serca na dzwonicy
- Biją dzień cały, tak jak serca ludu.
PIERWSZY Z PANÓW
- Wieszczbiarz nie może wytłumaczyć cudu,
- Co się ukazał dzisiaj narodowi.
- Lud niespokojny.
KANCLERZ
- Co za cud?
PIERWSZY Z PANÓW
- Nad opis.
- Jeżeli chcecie, to go wam opowie
- I w księgi wpisze szlachetny dziejopis
- Królów na Gneźnie.
KANCLERZ
- Przemądry Wawelu,
- Czy sam widziałeś?
WAWEL
- Co widziało wielu,
- Mogę poświadczyć jak świadek naoczny.
- Dnia tego ranek był po stronach mroczny,
- Lecz się wyjaśnił ku wschodowi słońca -
- Więc jak widziałem prawie sam... od końca
- Niebios, skąd błyszczy gwiazda Oryjona,
- Wyleciał, lecąc sznur żurawi biały,
- A na nim wisząc za śnieżne ramiona
- Mglista niewiasta.
KANCLERZ
- I wszystko widziały
- Twe własne oczy, przemądry Wawelu?
WAWEL
- Nie ja widziałem, lecz widziało wielu;
- Mogę przyświadczyć na rzecz z mego czasu.
PAŹ
- Ja sam widziałem z goplańskiego lasu
- Za żurawiami lecącą dziewczynę.
- Ta na ostatnią orszaku ptaszynę
- Padając, białe zawiązała rączki
- Za szyję ptaka; a głową do ziemi,
- Sypała włosów rozwite obrączki
- Jasne jak słońce, i tak na warkoczu,
- Gdy promieniami rozlał się złotemi,
- Leżała płynąc.
KANCLERZ
- Trzeba dziecka oczu,
- Aby na szmatach niebieskiego płótna
- Obraz widziały.
Ściemnia się jak przed burzą.
JEDEN Z PANÓW
- Co to? ciemność smutna
- Na tron nam upadła i nam na oblicza:
- Jak zaćmionego słońca tajemnicza
- Zieloność - bladzi staniemy przed panią.
KILKU
- Okropna ciemność.
Wchodzi Strażnik wieży.
STRAŻNIK
- Nad blaszaną banią
- Królewskich zamków, skąd w niebo wytryska
- Igła złocona, okropne chmurzyska
- Wokoło się czarnym owinęły wiankiem
- I coraz grubsze już wiszą nad gankiem,
- Gdzie ustawiona muzyka królewska.
- A cała nieba równina niebieska,
- Jakby się z jednej urągała chmury.
KANCLERZ
- Bijcie w dzwony.
STRAŻNIK
- Łono ma z purpury
- Ognistej...
KANCLERZ
- Deszczu potrzeba, niech pada.
STRAŻNIK
- Na czarnym wozie jakaś jędza blada,
- Stu żurawiami wywieziona z piekła,
- Wężami stado wędrujące siekła
- I kierowała nad zamek do chmury.
- Siedzi w mgle teraz, ale jęk ponury
- Piekielnych ptaków z mgły się wydobywa.
- Słyszycie?
Słychać jęk z wieży.
KANCLERZ
- Prawda, jakiś jęk nieznany!
PANOWIE
zrywając się z ław
- Okropność!...
KANCLERZ
- Niech się żaden z ław nie zrywa.
- A ty, strażniku, musiałeś być pijany,
- I sam stworzyłeś wieść o czarownicy.
STRAŻNIK
- Ja sam widziałem i lud z okolicy,
- I lud gnezneński...
OKRZYKI
za sceną
- Niech żyje królowa!
Balladyna wchodzi w królewskim ubiorze, w koronie. Kostryn w zbroi. - Lud.
KANCLERZ
- Pani! niech będzie poświęconą głowa,
- Co nam przynosi koronę Popielów.
- Witaj i panuj tak mądrze i szczodrze,
- Ażebyś z Bogiem do najświętszych celów
- Lud prowadziła. Przewiąż się na biodrze
- Szatą czystości, czoło wznieś do nieba.
- Daj łaskę winnym - daj łaknącym chleba.
- A wszystkim niechaj rządzi sprawiedliwość.
BALLADYNA
z tronu
- Cóż mam uczynić?
KANCLERZ
- Praw naszych gorliwość
- O dobro ludu stanowi od dawna,
- Że król, nim siądzie do pierwszego stołu,
- Nim da spoczynek strudzonemu czołu,
- Które uciska w dzień korona sławna:
- Wprzódy na ławie sądowniczej siada,
- I rozwiązuje kryminalne sprawy.
BALLADYNA
- Niech się tak stanie, jak wasze ustawy
- Każą...
Kostryn chwieje się i pada.
JEDEN Z PANÓW
- Co to jest? wódz blednie i pada?
BALLADYNA
przystępując do leżącego Kostryna
- Co to się znaczy... słabo ci?
KOSTRYN
- Umieram.
BALLADYNA
- Panie mój! drogi!
KOSTRYN
- Precz! jędzo trująca!
- Zrzućcie ją z tronu - ja pierwszy otwieram
- Grobowiec ciemny dla ludzi tysiąca,
- Co będą żyli pod nią...
BALLADYNA
- On w malignie...
- Wynieść go! wynieść!... ciało jego stygnie...
- Niech lekarz jaki uzdrowi go, za to
- Połową kraju zapłacę.
LEKARZ
- Już skonał.
Wynoszą ciało Kostryna, lekarz idzie za nim.
KANCLERZ
- Pani, okropną zasmucona stratą,
- Znoś ją cierpliwie. Bóg ciebie przekonał,
- Na samym wstępie u złotego tronu,
- Że przy tych szczeblach stoi widmo zgonu
- I czeka na nas.
BALLADYNA
do siebie
- Już przeszłość zamknięta
- W grobach... Ja sama panią tajemnicy.
głośno
- Każcie wojennym brańcom rozkuć pęta,
- Zastawić stoły na rynkach stolicy
- I dawać co dnia dla żebraków strawę.
KANCLERZ
- Wdzięczność i sława tobie.
BALLADYNA
- Ja o sławę
- Nie dbam, a wyższa teraz nad sąd ludu,
- Będę, czym dawno byłabym, zrodzona
- Pod inną gwiazdą. Życie pełne trudu
- Na dwie półowy przecięła korona.
- Przeszłość odpadła jak od płytkiej stali,
- Którą po stronie jednej ośliniła
- Żmija - półowa jabłka leci zgniła
- I czarna jadem. Wyście mnie nie znali
- Taką, jak byłam - niech więc lud nie śledzi
- Przeszłości mojej. Wiecie, com wyznała,
- A resztę wyznam księdzu na spowiedzi.
- Ha! jeszcze jedno - poszukajcie ciała
- Grafa Kirkora między gęste trupy.
- I na ten wzgórek, gdzie już tylko słupy
- Brzóz odrąbanych mieczami się biela,
- Zanieście mary z jedwabną pościelą,
- Na tej pościeli przynieście śpiące
- Zwłoki Kirkora... Niech ludu tysiące
- Płacze przy marach tego, co z orężem
- Poległ mym wrogiem... a był moim mężem -
- Zaprawdę mówię, ja - po grafie wdowa.
- Lecz niech nie roi bajek tłum gawiedzi;
- Co miała wyznać, wyznała królowa,
- A resztę powie księdzu na spowiedzi.
- Teraz, kanclerzu, wywołaj przede mnie
- Zbrodniów - na pierwszym siedzę trybunale.
- Jeśli fałsz wydam, niechaj będzie ze mnie
- Gniazdo robaków! niech się ogniem spalę!
- Ani mię ujmie dobroć, ani trwoga,
- Ani odwiodą ludzie, ani czarty.
- Przysięgam sobie samej, w oczach Boga,
- Być sprawiedliwą.
KANCLERZ
- Woźni!
WOŹNI
- Sąd otwarty.
KANCLERZ
- Oto jest księga praw. - Oto Zbawiciel
- Na suchym drewnie krzyża rozpostarty.
- Ucałuj księgę i krzyż!
WOŹNY
- Oskarżyciel.
Staje Lekarz zamkowy.
KANCLERZ
- Ktoś jest?...
LEKARZ
- Królewski lekarz.
KANCLERZ
- O co sprawa?
LEKARZ
- O jadotrucie.
KANCLERZ
- Na kim?
LEKARZ
- Na Kostrynie.
- Twój wodz, o pani można i łaskawa,
- Otruty skonał; wielki rycerz ginie
- Od jadu, co zowie się ludomorem.
- Na jego ciele żelaznym kolorem
- Wyszło tysiące plam; skonał otruty.
KANCLERZ
- Kogoż posądzasz?
LEKARZ
- Niech sąd szuka winnych.
BALLADYNA
- Zbrodniarz nieznany? odłożyć do innych
- Sądów tę sprawę. Niech ma czas pokuty.
KANCLERZ
- Zwyczajem kraju jest, mościa królowo,
- Wydawać wyrok choćby nad nieznanym,
- I zawieszony miecz trzymać nad głową
- Tajnego zbrodnia, aż będzie schwytanym
- I da nam gardło.
BALLADYNA
- Są jednak zbrodniarze
- Wyżsi nad wyrok, święci jak ołtarze,
- Niedosięgnieni...
KANCLERZ
- Takich Bóg ukarze.
- Do ciebie ziemski wyrok dać należy
- Szczero-sumienny.
BALLADYNA
- Cóż wyrzekły prawa?
KANCLERZ
- Jeżeli który z szlachty i z rycerzy
- Trucizną gorzką na życie nastawa
- Równego sobie i dopełni czynu,
- To kara miecza. Jeśli zaś kto z gminu
- Otrucie spełni...
BALLADYNA
- Dosyć!...
KANCLERZ
- Sądź, królowo.
- Niechaj u ciebie mniej waży praw słowo,
- Niż głos sumienia.
BALLADYNA
- Skończmy! Otrawiciel
- Winien jest śmierci.
KANCLERZ
- Na zamkowym progu
- Otrąbić wyrok. A jeżeli mściciel
- Kat nie wypełni, zostawiamy Bogu!
Słychać trąby.
- Niech teraz stanie drugi oskarżyciel.
Wchodzi Filon z nożem i z dzbankiem malin, ubrany w kwiaty.
- Ktoś jest?
FILON
- Cień tego, czym byłem! O! smutki!
- Wyście mi pamięć odjęły na wieki,
- Dręcząc pamięcią. Jako nezabudki,
- Trącane ciągle od płynącej rzeki,
- Znajdują radość w ciągłym kołysaniu
- Błękitnej fali: tak ja, bity falą
- Płynących smutków, we łzach i w niespaniu
- Ulgę znajduję.
KANCLERZ
- Prawodawczą szalą
- Nie można ważyć tego człeka mowy.
- Tłumacz się jaśniej.
FILON
- Oto malinowy
- Dzbanek, a oto nóż. A te maliny
- Były pod głową zabitej dziewczyny,
- Nóż był w jej piersiach. Niechaj z tego dzbanka
- Wypłynie nowy Eurotas płaczu,
- Niech zaprowadzi smutnego kochanka
- Falą przejrzystą do kochanki grobu,
- A ja mu powiem: "Strumyku tułaczu,
- Dzięki ci wieczne, w grobie dla nas obu
- Będzie spoczynek i cichości morze.
- Przebacz, Apollo! promienisty Boże!
- Że łzy przyszedłem przed ludźmi wylewać
- I smutek z nimi łamać jako chleby.
- Przychodzę ludziom smutną pieśń wyśpiewać,
- Przyszedłem jako Orfeusz w Ereby
- Prosić Plutona, by mi wrócił żonę"
- Słuchajcie! Ona żoną moją była,
- Żoną mej duszy; dziś jedna mogiła
- Zamyka białe ciało, zakrwawione
- Tym nożem... patrzcie! Oto na tym dzbanku
- Znalazłem martwą, o wiosny poranku,
- Zabitą nożem.
KANCLERZ
- W tej zawiłej skardze
- Czuć zbrodni zapach...
BALLADYNA
- Kanclerzu, ja gardze
- Szalonych ludzi zaskarżeniem.
KANCLERZ
- Pani!
- Sąd winien śledzić do ostatka, ani
- Pogardzać smutnym psa na kogo wyciem,
- Więcże, pasterzu, rozstała się z życiem
- Twoja małżonka? I znalazłeś ciało
- Nożem przebite. Kiedy to się stało?
FILON
- Trzy razy księżyc i gwiazdy pobladły
- Przed Apollinem.
KANCLERZ
- Mów, na kogo padły
- Twe podejrzenia o zabójstwo krwawe?
FILON
- Ach! Parki! Parki! Parki! niełaskawe
- Przecięły srebrną nitkę jej żywota;
- Może też z nieba jaka gwiazda złota
- Pozazdrościła mej kochance blasku
- W oczach, i oczom zawrzeć się kazała.
KANCLERZ
- Gdzież ją znalazłeś?
FILON
- W dumającym lasku,
- Pod cieniem wierzby rozpłakanej, spała
- Snem nieprzespanym.
KANCLERZ
- Zawikłana sprawa.
- Wydaj, królowo, wyrok na nieznanych,
- Radź się sumienia.
BALLADYNA
- A jak sądzą prawa?
KANCLERZ
- Za śmierć chcą śmierci.
BALLADYNA
- Z tych pozabijanych
- Nie będziem mieli prochu ani ćwierci.
KANCLERZ
- Wydaj sumienny sąd.
BALLADYNA
- Winna jest śmierci.
KANCLERZ
- Winna... Więc sądzisz, że zbrodniarz niewiasta?
BALLADYNA
- Sądzę, jak sądzę...
KANCLERZ
- Niech ludowi miasta
- Otrąbią wyrok na zamkowym progu.
- Katowi zemsta należy lub - Bogu.
trąby
- Niech teraz stanie oskarżyciel trzeci.
Wchodzi ślepa Wdowa, matka Balladyny.
- Ktoś ty jest?
WDOWA
- Wdowa.
KANCLERZ
- Na kogo?
WDOWA
- Na dzieci
- Skargę zanoszę... Mówią, że królowa
- Piękna jak anioł, niechaj ona sądzi...
- Miałam dwie córki, stara, biedna wdowa,
- Żywiłam obie. - Jak to często błądzi
- Człowiek na ziemi, czekając pociechy -
- Młodsza uciekła spod matczynej strzechy,
- Niedobre dziecko. Lecz druga... o Boże!
- Królowo moja, ty jak anioł biała,
- Sądźże ty sama! - Druga poszła w łoże
- Wielkiego grafa; bogdajbym skonała,
- Jeśli ja kłamię; graf ją wziął za żonę.
- Królowo moja, bogdaj ci koronę
- Bóg wiecznie trzymał na tej mądrej główce,
- Osądź!... W tej drugiej córce jak w makówce
- Było rozumu. Graf ją kochał bardzo,
- Ale ja matka kochałam jak matka!
- Aż tu w jej zamku już służalce gardzą
- Biedną staruszką - cierpię do ostatka
- Wzgardę służalców, grób był dla mnie blisko -
- Aż tu mnie jednej nocy te córczysko
- W obliczu ludzi zaprzało się głośno...
- A! córko, mówię, bądźże ty litośną
- Dla starej matki, co już bliska truny.
- Była noc straszna i deszcz, i pioruny,
- Pioruny i deszcz, i ciemno, i burza.
- Córka kazała wypędzić z podwórza
- Mnie, starą matkę, na wichry i deszcze,
- W noc i w pioruny, i w burzę, i jeszcze
- Głodną kazała. Niech jej Pan Bóg Stwórca
- Przebaczy! - Głodną wypędzić z podwórca,
- Do lasu... Wiatr mię poniósł za łachmany,
- Piorun wypalił oczy. O! różany
- Mój królu! złoty mój panie! litości!
KANCLERZ
- Pani, ty milczysz? Takiej nieprawości
- Mszczą się okropnie nasze mądre prawa.
BALLADYNA
- Przecież nie śmiercią?
KANCLERZ
- Lechitów ustawa
- Śmierć przepisuje na niewdzięczne dzieci.
- Niechaj cię księga naszych praw oświeci,
- Czytaj... i czytaj we własnym sumnieniu.
- A ty, staruszko, nazwij po imieniu
- Wyrodną córkę, a kat ją ukarze,
- Chociażby z pierwszym grafem państwa w parze
- Los ją powiązał... Powiedz grafa miano
- I córki imię, a prawa dostaną
- Przez mury zamku jej serca i głowy.
WDOWA
- Co? śmierć na córkę?... Panie, bądź mi zdrowy.
- Żegnaj, królowo, ja wracam do boru,
- Będę żyć rosą...
KANCLERZ
- Podług ustaw toru,
- Kto zaniósł skargę, odstąpić nie może.
- Wyznaj...
WDOWA
- Nie! nie! nie!
KANCLERZ
- Wziąć na tortur łoże,
- I wszystkie stawy jej w żelazne kleszcze,
- Cóż? Wyznaj, stara...
WDOWA
- Nie, panie.
KANCLERZ
- Raz jeszcze
- Pytam się ciebie o imię złej córy.
WDOWA
- Ona niewinna.
KANCLERZ
- Wziąć ją na tortury.
WDOWA
wydzierając się straży
- Królowo moja, zlituj się! ja stara!
- Ja bym być mogła matką twoją... Boże!
- Ty nic nie mówisz? Nic?... To jakaś mara
- Straszna na tronie. Więc ja się położę
- Na tych żelazach i skonam, a w niebie
- Bóg wam odpuści.
KANCLERZ
- Wygadasz w boleści.
WDOWA
- Panie mój! jasny panie! i u ciebie
- Żelazne serce.
Odchodzi ze strażą.
KANCLERZ
- Praw się trzymam treści.
- A za to niech mię wielki Bóg obwini,
- Lub uniewinni. A ty, monarchini,
- Wiedz, że mam serce pełne łez, goryczy
- I przerażenia.
Słychać jęk.
- Co to jest?
ŻOŁNIERZ
- To krzyczy
- Stara kobieta...
KANCLERZ
- I nic nie wydała?
ŻOŁNIERZ
- Nic...
KANCLERZ
- Poczekajmy.
BALLADYNA
- Z mego teraz ciała
- Kat zrobił sercu torturę... rozciąga...
- Wody!...
Podają pić.
ŻOŁNIERZ
- Już zdjęta z żelaznego drąga.
BALLADYNA
- Już!... Powiedziała co w bolach?
ŻOŁNIERZ
- Umarła.
BALLADYNA
- Umarła, mówisz?
ŻOŁNIERZ
- Jak ją kat położył
- Na tortur kleszczach, to oczy zawarła;
- A patrząc na nią, kto by się pobożył,
- Że to kościany Chrystus był bez ducha.
- Każda kosteczka wywiędła i sucha
- Przez rozciągniętą skórę wyglądała
- Prosząc o litość...
KANCLERZ
- I nic nie wydała?
ŻOŁNIERZ
- Umarła cicho... A na suchej twarzy
- Dwa wykopała dołki śmierć kościana,
- I w obu dołkach stoją łzy.
BALLADYNA
- Od rana
- Siedzę na sądach, a żaden z nędzarzy
- Tak nie pracuje długo i tak znojnie.
- Już noc, panowie.
KANCLERZ
- Nie... to czarna chmura
- Wisi nad zamkiem. Poradź się spokojnie
- Twego sumnienia, czego wartą córa,
- Dla której matka taką śmiercią kona?
BALLADYNA
- Wy ją osądźcie.
KANCLERZ
- Niech twoja korona
- Przybierze blasku sądem sprawiedliwym.
- Ona zaprawdę winna ogniem żywym
- Być obrócona na węgiel piekielny.
- Osądź ją...
WSZYSCY
- Osądź!
KANCLERZ
- Jak Bóg nieśmiertelny,
- Winna jest sądu.
WSZYSCY
- Pociąć ją na ćwierci.
KANCLERZ
- Radź się sumnienia i sądź.
BALLADYNA
po długim milczeniu
- Winna śmierci!
Piorun spada i zabija królowę - wszyscy przerażeni.
KANCLERZ
- Król-kobieta piorunem boskim zastrzelony;
- Zamiast w koronacyjne bić w pogrzebu dzwony!
Koniec aktu piątego
BALLADYNA - EPILOG
PUBLICZNOŚĆ
wywołując
- Dziejopis Wawel! Wawel, narodu dziejopis!
Wawel wychodzi, kłaniając się.
WAWEL
- Prześwietna publiczności, oto mój skoropis
- Zaczął rzecz wydarzoną wpisywać do kronik.
- Przerwaliście mi pracę.
PUBLICZNOŚĆ
- Czyjże jesteś stronnik?
WAWEL
- Jestem sędzia bezstronny i naoczny świadek.
PUBLICZNOŚĆ
- Jakżeś ty piorunowy opisał przypadek?
- Powiedz! myśmy widzieli rzecz całą do końca.
WAWEL
- Z ziarnka piasku dójść można do obrotu słońca,
- Zaciekając się w rzeczy wydarzonej jądrze.
- Królowa jak Salomon panowała mądrze,
- Więc musiała być mądrą, przy mądrości cnota.
PUBLICZNOŚĆ
- Panie Wawel, za prędka tych sądów szczodrota.
- Było za kulisami stać od pierwszej sceny.
WAWEL
- Komponowałem wtenczas nad Popielem treny.
PUBLICZNOŚĆ
- Cóż o rodzie królowej?
WAWEL
- Z historycznych szczytów
- Patrząc, ród jej prowadzę z kraju Obotrytów,
- Którzy mięsa nie jedzą. Choć jeden uczonek
- Mieni, że pochodziła z kraju Amazonek;
- Ale ja mu zarzucam fałsz w kroniki nocie
- I dowodzę dowodem, i topię go w błocie.
- Obaczycie go piórem zabitego w trunie.
PUBLICZNOŚĆ
- Cóż powiadasz na piorun?
WAWEL
- Sądzę o piorunie,
- Że kiedy burza bije, trzeba bić we dzwony,
- Że gałązka laurowa lepsza od korony,
- Bo w laur piorun nie bije ani głowie szkodzi.
PUBLICZNOŚĆ
- Czy jesteś tego pewny?
WAWEL
- Ten, co w laurach chodzi,
- Autor niniejszej sztuki, słusznie wam opowie,
- Że odkąd nosi wieniec laurowy na głowie,
- Piorun weń nie uderzył.
PUBLICZNOŚĆ
- Pochlebiasz, mój łysy,
- I królom, i poetom... Idź precz za kulisy!
Koniec epilogu
BALLADYNA - OSOBY DRAMATU
W "Balladynie" występują dwa typy postaci:
Bohaterowie prawdopodobni:
PUSTELNIK, Popiel III wygnany
KIRKOR, pan zamku
MATKA, wdowa
BALLADYNA, córka
ALINA, córka
FILON, pasterz
GRABIEC, syn zakrystiana
FON KOSTRYN, naczelnik straży zamku Kirkora
GRALON, rycerz Kirkora
KANCLERZ
WAWEL, dziejopis
PAŹ
POSEŁ ZE STOLICY GNIEZNA
OSKARŻYCIEL SĄDOWY
LEKARZ KORONNY
Pany, rycerze, służba zamkowa, wieśniacy, dzieci
Bohaterowie fantastyczni:
GOPLANA
nimfa, królowa Gopła
CHOCHLIK
SKIERKA
Za czasów bajecznych, koło jeziora Gopła.